Rozdział dwudziesty trzeci

Ociepliło się w dniu mojej ceremonii molnija. W rzeczywistości, było tak ciepło, że dużo śniegu w miasteczku akademickim zaczęło topnieć, spływając po kamiennych ścianach budynku akademii, wąskimi, srebrnymi strugami. Do końca zimy było jeszcze daleko, więc wiedziałam, że wszystko znów zamarznie w ciągu następnych kilku dni. Ale teraz, cały świat sprawiał wrażenie, jakby płakał.

Wyszłam z incydentu w Spokanie z niewielkimi siniakami i skaleczeniami. Oparzenia po więzach były moją najgorszą raną. Ale ciągle trudno mi było uporać się, z tym, że spowodowałam śmierć; że ją widziałam. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko zwinąć się w kłębek i nie rozmawiać z nikim, może poza Lissą. Ale czwartego dnia po powrocie do Akademii, moja mama znalazła mnie i powiedziała mi, że przyszedł czas, żebym otrzymała swoje znaki.

Zajęło mi kilka chwil, zanim załapałam, o co jej chodziło. Potem dotarło do mnie, że ścinając głowy dwóm strzygom, zarobiłam dwa znaki molnija. Moje pierwsze. Świadomość tego ogłuszyła mnie. Całe moje życie, zważywszy na moją przyszłość, jako strażniczki, było oczekiwaniem na znaki. Uważałam je za sprawę honoru. Ale teraz? Znaki molnija, były czymś, o czym chciałabym zapomnieć.

Ceremonia miała miejsce w budynku strażników, w dużym pokoju używanym do spotkań i bankietów. W ogóle nie przypominał wspaniałej jadalni w kurorcie. Był wydajny i praktyczny, tak jak strażnicy. Prosty i ciasno utkany dywan, w niebieskoszarym odcieniu. Nagie, białe ściany trzymały oprawione czarno-białe zdjęcia św. Vladimira przed lat. Nie było tam żadnych innych dekoracji ani Fonfarów; już w tym momencie powaga i siła tego momentu były widoczne.

Byli tu wszyscy strażnicy z kampusu – ale nikt z nowicjuszy. Tłoczyli się w głównym pokoju, stając w grupkach, ale nie rozmawiając. Kiedy ceremonia się rozpoczęła, bez słowa stanęli w uporządkowany sposób i patrzyli na mnie.

Usiadłem na stołku w kącie pokoju, pochylając się do przodu, z włosami zasłaniającymi przód mojej twarzy. Za mną, strażnik nazywający się Lionel przyłożył igłę do tatuowania do tyłu mojej szyi. Znałam go, odkąd tylko zaczęłam uczęszczać do Akademii, ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że jest wykwalifikowany w tatuowaniu znaków molnija.

Zanim zaczął, odbył szeptaną rozmowę z moją matką i Albertą.

– Ona nie ma „znaku obietnicy. – zauważył. – Nie ukończyła szkolenia.

– Zdarza się. – powiedziała Alberta. – Zabiła. Zrób molnija, a znak obietnicy dostanie później.


Wobec przechodzącego przez moje ciało bólu; nie spodziewałam się, że tatuaże będą bolały tak bardzo, jak bolały. Ale przygryzłam wargę i siedziałam cicho, kiedy Lionel tatuował znaki. Proces ten wydawał się ciągnąć bez końca. Gdy skończył, wyjął kilka luster, i manewrując nimi, pokazał mi tył mojej szyi. Dwa malutkie, czarne tatuaże, były tam, tuż obok siebie, odcinając się na mojej zaczerwienionej, wrażliwej skórze. Molnija oznaczało w rosyjskim "błyskawicę", co miał symbolizować ich poszarpany kształt. Dwa znaki. Jeden dla Isaiaha, jeden dla Eleny.

Gdy tylko je zobaczyłam, zabandażował je i dał mi wskazówki jak o nie dbać, dopóki się nie zagoją. Większość z nich przegapiłam, ale pomyślałam, że mogę o nie zapytać później.

Wciąż byłam tym wszystkim wstrząśnięta.

Po tym, wszyscy zebrani strażnicy podchodzili do mnie, jeden po drugim. Każdy z nich, dał mi jakąś oznakę sympatii – uścisk, pocałunek w policzek – i miłe słowa.

Witamy w szeregach. – powiedziała Alberta, jej zwietrzała twarz wygładziła się, gdy mnie uścisnęła.

Dymitr nie powiedział nic, gdy przyszła jego kolej, ale jak zawsze, jego oczy powiedziały mi wszystko. Duma i czułość wypełniły jego twarz, a ja przełknęłam łzy. Oparł delikatnie jedną rękę na moim policzku, przytakną i odszedł.

Myślałam, że zemdleję, kiedy Stan – instruktor, z którym walczyłam od swojego pierwszego dnia w Akademii – uścisną mnie i powiedział:

– Teraz jesteś jedną z nas. Zawsze wiedziałem, że będziesz jedną z najlepszych.

Gdy podeszła do mnie moja matka, nie mogłam powstrzymać łzy, która spłynęła po moim policzku. Otarła ją, po czym przesunęła palce na tył mojej szyi.

– Nigdy nie zapomnij. – powiedziała mi.

Nikt nie powiedział „gratuluję” i cieszyłam się z tego. Śmierć nie była czymś, czym można było się ekscytować.

Kiedy to się już skończyło, podano napoje i jedzenie. Podeszłam do bufetu i włożyłam na talerz zapiekankę serową i kawałek sernik z owocami mango. Jadłam właściwie bez smakowania jedzenia i odpowiadałam na pytania innych, nie wiedząc nawet, co mówiłam przez większość czasu. To było tak, jakbym była Rose-robotem, wykonującym ruchy, których się po mnie spodziewano. Z tyłu mojej szyi, moja skóra piekła od tatuaży, a w myślach widziałam obraz niebieskich oczu Masona i czerwonych Isaiaha.

Czułam się winna, że nie cieszyłam się bardziej moim wielkim dniem, ale ulżyło mi, gdy grupa w końcu zaczęła się rozpraszać. Moja matka podeszła do mnie, tak jak inni, żegnając się. Poza jej słowami podczas ceremonii, nie rozmawiałyśmy dużo, od czasu mojego załamania w samolocie. Wciąż uważałam, że to trochę zabawne – jak również trochę żenujące. Nigdy o tym nie wspominała, ale cos odrobinę przesunęło się w naszych relacjach, Nie byłyśmy nigdy koło przyjaźni… ale nie byłyśmy już też wrogami.

– Lord Szelsky niedługo wyjeżdża. – powiedziała, gdy stanęłyśmy obok drzwi wejściowych, niedaleko miejsca, gdzie krzyknęłam na nią pierwszego dnia. - Jadę razem z nim.

– Wiem. – powiedziałem.

Nie było żadnych pytań, czy musi wyjeżdżać. To właśnie tak było. Moroje byli na pierwszym miejscu. Strażnicy podążali za nimi Przez kilka chwil przyglądała mi się brązowymi, zamyślonymi oczami. Pierwszy raz od dłuższego czasu, miałam wrażenie, że jesteśmy równe. Bez tego jej patrzenia na mnie z góry. Co było dość dziwne, bo byłam o pół stopy wyższa od niej.

– Dobrze sobie poradziłaś. – powiedziała w końcu. – Zważywszy na okoliczności.

To był jedynie w połowie komplement, ale nie zasłużyłam na więcej. Teraz, rozumiałam błędy i pomyłki, które doprowadziły do wydarzeń w domu Isaiaha.

Niektóre były moja winą; inne nie. Chciałabym móc zmienić to, co się stało, ale wiedziałam, że ona ma rację. W bagnie, które sama stworzyłam, ostatecznie, zrobiłam to, co mogłam.

– Zabijanie strzyg nie było tak wspaniałe, jak myślałam, że jest – powiedziałem jej. Posłała mi smutny uśmiech.

– Nie. Nigdy nie jest.

Pomyślałam wtedy o wszystkich znakach na jej szyi, wszystkich zabójstwach. Zadrżałam.

– O, hej. – marząc, aby zmienić temat, sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam mały niebieski wisiorek, który mi dała. – Ta rzecz, którą mi dałaś. To jest n-nazar.

Zająknąłem się przy słowie. Wyglądała na zaskoczoną.

– Tak. Skąd wiesz?

Nie chciałam tłumaczyć jej moich snów z Adrianem.

– Ktoś mi powiedział. To ochronny amulet, prawda?

Zamyślenie przemknęło przez jej twarz, po czym wypuściła powietrze i kiwnęła głową.

– Tak. To pochodzi ze starego przesądu na Bliskim Wschodzie… Niektórzy ludzie wierzą, że Nazar ma przeciwdziałać złemu urokowi, chroni tego, który go nosi przed klątwami i tymi, którzy chcą go zranić. – przejechałam palcami po kawałku szkła.

– Bliski Wschód… miejsce w rodzaju, hm, Turcji?

Wargi mojej matki zmarszczyły się.

– Miejsce dokładnie takie jak Turcja. – zawahała się. – To był… prezent. Prezent, który otrzymałam dawno temu… – jej spojrzenie skryło się wewnątrz, zatraciło we wspomnieniu. – Otrzymywałam dużo… uwagi, od mężczyzny, gdy byłam w twoim wieku. Uwagi, która na początku wyglądała na pochlebną, ale nie była nią do końca… Czasami ciężko powiedzieć, kto jest tobą naprawdę zainteresowany, a kto chce cię wykorzystać. Ale kiedy poczujesz, że to prawdziwe… cóż, będziesz wiedzieć.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego była tak nadopiekuńcza, jeśli chodziło o moją reputację – on zagroził jej własnej reputacji, gdy była młodsza. Może więcej niż to zostało uszkodzone…

Wiedziałam również, dlaczego dała mi nazar. Mój ojciec najpierw dał to jej. Pomyślałam, że ona nie chce już o tym więcej rozmawiać, wiec nie pytałam. Wystarczyła mi wiedza, że w ich stosunkach może, tylko może, w ich stosunkach nie chodziło tylko o biznes i geny.

Pożegnałyśmy się, i wróciłem do swojej klasy. Każdy wiedział gdzie byłam tego ranka, moi koledzy-nowicjusze chcieli zobaczyć moje znaki molnija. Nie obwiniłam ich. Gdyby nasze role się odwróciły, też bym ich nękała.

– No Dalej, Rose – błagał Shane Reyes, i przytrzymał mój kucyk.

Spacerowaliśmy po naszym porannym treningu. Zanotowałam w pamięci, aby umyć jutro moje włosy. Kilka innych osób poszło za nami i zaczęło powtarzać jego prośby.

– Tak. Pokaż nam, co dostałaś za swoją szermierkę!

Ich oczy promieniały entuzjazmem i podnieceniem. Byłam bohaterem, ich koleżanka z klasy zdołała wytropić przywódców wędrownej grupy strzyg, która sterroryzowała nas podczas naszego wyjazdu. Ale zauważyłam kogoś stojącego z tyłu z grupy, kogoś, kto nie wyglądał ani na chętnego ani podnieconego. Eddie. Spotykając moje spojrzenie, posłał mi mały, smutny uśmiech. Zrozumiał.

– Wybaczcie chłopaki.- powiedziałam, odwracając się do nich. – One muszą zostać zabandażowane. Zalecenia lekarza.

Spotkało się to z narzekaniami, które szybko zamieniły się w pytania, jak w rzeczywistości zabiłam strzygi. Ścięcie głowy było jednym z najcięższych i najrzadszych sposobów zabicia wampira; nie było łatwo unieść miecz pod odpowiednim kątem.

Więc, opowiedziałam moim przyjaciołom, co się zdarzyło, najlepiej jak umiałam, starając się trzymać faktów i nie wychwalać zabójstwa.

Szkolny dzień nie zakończył się, choć nadszedł już czas. Razem z Lissą wracałyśmy do mojego dormitorium. Nie miałyśmy okazji porozmawiać od czasu wydarzeń w Spokane. Przeszłam przez liczne przesłuchania, a potem był jeszcze pogrzeb Masona. Lissa wypełniała swoje obowiązki wobec wyjeżdżających z kampusu arystokratów, więc nie miała wiele więcej wolnego czasu ode mnie.

Bycie blisko niej sprawiało, że czułam się lepiej. Nawet jeśli mogłam w każdej chwili znaleźć się w jej głowie, to nie było to samo co, co fizyczne przebywanie z osobą, która się o ciebie troszczy.

Kiedy doszłyśmy do drzwi mojego pokoju, dostrzegłam bukiet frezji postawiony obok nich, na podłodze. Wzdychając, podniosłam kwiaty, nawet nie patrząc na dołączoną kartkę.

– Od kogo to? – spytała Lissa otwierając drzwi.

– Od Adriana – odpowiedziałam.

Weszłyśmy do środka, i wskazałam na swoje biurko, gdzie stało kilka innych bukietów. Postawiłam frezje obok nich.

– Będę szczęśliwa, kiedy on opuści kampus. Nie sadzę, żebym mogła znieść więcej tego.

Odwróciła się do mnie zdziwiona.

– Oh, hm, ty nie wiesz.

Przez wieź dostałam ostrzeżenie, które powiedziało mi, że nie spodoba mi się to, co za chwilę mi powie.

– Czego nie wiem?

– Cóż, on nie wyjeżdża. Zamierza tutaj zostać na jakiś czas.

– Musi wyjechać. – sprzeczałam się.

O ile wiedziałam, jedynym powodem, dla którego wrócił był pogrzeb Masona, choć ciągle nie byłam pewna, dlaczego to zrobił, ponieważ ledwie go znał. Może Adrian zrobił to na pokaz. Albo może kontynuował śledzenie mnie i Lissy.

– On studiuje. Albo jest w jakiejś innej szkole. Nie wiem, ale z pewnością coś robi.

– Wziął sobie semestr wolnego.

Gapiłam się na nią. Śmiejąc się z mojego szoku, pokiwała głową.

– Zamierza tutaj zostać i pracować ze mną… i panną Carmack. Przez cały ten czas, nie wiedział nawet czym jest duch. Wiedział tylko, że nie ma specjalizacji, tylko te dziwne umiejętności. Zatrzymał je w tajemnicy, zwłaszcza, gdy od czasu do czasu, spotykał innego użytkownika ducha. Ale oni nie wiedzieli więcej, niż on sam.

– Powinnam była domyślić się wcześniej. – zadumałam się. – Było coś takiego w przebywaniu blisko niego… Zawsze chciałam z nim rozmawiać, wiesz? On po prostu miał tą… charyzmę. Tak jak ty. Zgaduję, że to wszystko jest powiązane z duchem, wpływem czy czymkolwiek. To sprawia, że go lubię… mimo tego, że go nie lubię.

– Nie? – przekomarzała się.

– Nie. – odpowiedziałam stanowczo. – I nie lubię tej całej rzeczy ze snem.

Jej jadeitowe oczy rozszerzyły się szeroko ze zdumienia.

– To jest świetne. – powiedziała. – Zawsze mogłaś powiedzieć, co działo się ze mną, ale ja nigdy nie byłam zdolna komunikować się z tobą w inny sposób. Cieszę się, że wydostaliście się gdy zrobiłaś to… ale chciałabym tak jak Adrian, umieć chodzić w snach, i móc pomóc cię znaleźć

– A ja nie. – powiedziałam. – Cieszę się, że Adrian nie namówił cię do rzucenia tabletek.

Dowiedziałam się o tym dopiero kilka dni po pobycie w Spokane. Lissa wyraźnie odrzuciła początkową propozycję Adriana, mówiącą, że rzucenie tabletek mogło jej pozwolić nauczyć się więcej o duchu. Jednak później, przyznała mi sie, że gdybyśmy z Christianem dłużej pozostali zaginieni, przełamałaby się i posłuchała Adriana.

– Jak się czujesz ostatnio? – zapytałam przypominając sobie o jej obawach związanych z lekami. – Ciągle masz wrażenie, że leki nie działają?

– Mmmm… cóż, trudno to wyjaśnić. Wciąż czuję się blisko magii, jakby juz nie blokowały mnie tak bardzo. Ale nie czuję żadnych innych psychicznych efektów ubocznych… żadnego rozstrojenia czy czegokolwiek.

– Wow, to świetnie.

Piękny uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– Wiem. To pozwala mi myśleć, że jest nadzieja, że któregoś dnia nauczę się korzystać ze swojej magii.

Widzenie jej tak szczęśliwej przywróciło uśmiech na moje usta. Nie podobało mi sie, że ponure uczucia zaczęły do niej wracać i byłam szczęśliwa, że w końcu znikły. Nie rozumiałam jak i dlaczego, ale tak długo jak czuła się dobrze…


Każdy jest otoczony światłem, oprócz ciebie. Ty masz cienie. Zabierasz je od Lissy.


Słowa Adriana uderzyły w mój umysł. Z trudem, pomyślałam o swoim zachowaniu przez ostatnie kilka tygodni. Niektóre wybuchy złości. Moja buntowniczość – nietypowa nawet jak na mnie. Mój własny, czarny wir emocji, powstający w mojej klatce piersiowej…

Nie, zdecydowałam. Tu nie było podobieństwa. Ciemne uczucia Lissy miały magiczne podłoże. Moje miały stresowe. Poza tym, teraz czułam się dobrze.

Widząc, jak mnie obserwuje, próbowałam przypomnieć sobie, w którym momencie przerwałyśmy rozmowę.

– Może ostatecznie znajdziesz na to sposób. Mam na myśli to, że skoro Adrian mógł znaleźć sposób na używanie ducha i nie potrzebuje leków…

Nagle zaśmiała się.

– Nie wiesz, prawda?

– Czego nie wiem?

– Adrian sam się leczy.

– Tak? Ale powiedział… – jęknęłam. – Oczywiście, że tak. Papierosy. Picie. I Bóg tylko wie, co jeszcze.

Przytaknęła.

– Tak. Prawie zawsze ma coś w swoim organizmie.

– Ale prawdopodobnie nie w nocy… i dlatego może pchać się w moje sny.

– Kurczę, chciałabym umieć to robić. – westchnęła.

– Może któregoś dnia się nauczysz. Tylko nie zostań przy okazji alkoholiczką.

– Nie mam zamiaru – zapewniła mnie. – Ale będę się uczyć. Żaden z innych użytkowników ducha nie mógł tego robić, Rose – cóż, poza Św. Władimirem. Będę się uczyła tak, jak on. Zamierzam nauczyć się używać ducha – i nie pozwolę by to mnie raniło.

Uśmiechnęłam się i dotknęłam jej dłoni. Całkowicie jej wierzyłam.

– Wiem.

Rozmawiałyśmy przez resztę wieczoru. Kiedy nadszedł czas na moje codzienne ćwiczenia z Dymitrem, rozdzieliłyśmy się. W miarę jak się oddalałam, myślałam nad tym, co mnie zaniepokoiło. Pomimo, że grupa atakujących strzyg miała o wielu więcej członków, strażnicy byli przeświadczeni, że Isaiah był ich liderem. To wcale nie znaczyło, że w przyszłości nie będzie innych zagrożeń, ale oni czuli, że minie niewiele czasu, zanim jego ludzie przegrupują się.

Ale nie mogłam przestać myśleć o liście, którą widziałam w tunelu w Spokane, tej, na której spisano arystokratów, ze względu na ich pozycję. Isaiah wspomniał Dragomirów imiennie. Wiedział, że ich prawie nie było, ale brzmiał jakby interesowało go bycie tym, który ich wykończy. Oczywiście, był teraz martwy… a jeśli tam były inne strzygi z tym samym pomysłem?

Pokręciłam głową. Nie mogłam się tym przejmować. Nie dzisiaj. Ciągle musiałam dojść do siebie po tym wszystkim. Wkrótce, pomyślałam. Wkrótce będę musiała się tym zająć.

Nawet nie wiedziałam czy nasze ćwiczenia były wciąż aktualne, ale tak czy siak, poszłam do szatni. Po tym, jak przebrałam się w strój do ćwiczeń, udałam się w dół, do sali gimnastycznej i znalazłam Dymitra w magazynku, (magazynek? u mnie, na szkółce karate nazywa się to pokojem poza-ćwiczeniowym, gdzie chłopcy ćwiczą z dziewczynami… wiecie co xD A szazi twierdzi, że w gimnazjum, zamykali się w magazynkach i pili vodke na dyskotekach xD Do żadnej z tych rzeczy nie namawiam – przyp. Ginger) czytającego jedną z tych swoich zachodnich powieści, które tak kochał. Podniósł wzrok, gdy weszłam. Rzadko widywałam go w ciągu tych ostatnich kilku dni, przez co wnioskowałam, że był zajęty Taszą.

– Spodziewałem sie, że możesz przyjść. – powiedział, wsuwając zakładkę pomiędzy strony.

– To czas ćwiczeń.

Pokręcił głową.

– Nie. Żadnych ćwiczeń dzisiaj. Wciąż musisz odzyskiwać siły.

– Mam czysty rachunek zdrowotny. Jestem gotowa zacząć.

Wsadziłam w moje słowa tak dużo brawury Rose Hathaway, jak tylko mogłam. Dymitr nie dał się na to nabrać. Gestem wskazał na krzesło obok siebie.

– Usiądź, Rose.

Zawahałam się tylko na moment, zanim spełniłam jego prośbę. Przesunął swoje krzesło bliżej mojego, tak, że praktycznie siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Moje serce zabiło nierówno, gdy spojrzałam prosto w te cudne, ciemne oczy.

– Nikt nie dochodzi do siebie po swoim pierwszym zabiciu… zabiciach… tak łatwo. Nawet jeśli to były strzygi… choć, technicznie rzecz biorąc to ciągle jest odbieranie życia. Trudno to określić. I po tym wszystkim co przeszłaś… – westchnął, po czym pochylił się do przodu i ujął moją dłoń w swoją.

Jego palce były dokładnie takie, jak je zapamiętałam, długie i silne, stwardniałe przez lata szkolenia.

– Kiedy zobaczyłem twoją twarz… kiedy znaleźliśmy cię w tym domu… nawet sobie nie wyobrażasz, jak się wtedy czułem.

Przełknęłam ślinę.

– Jak… jak się czułeś?

– Załamany… zrozpaczony. Żyłaś, ale sposób w jaki patrzyłaś… Nie sądziłem, że kiedykolwiek dojdziesz do siebie. I zmartwiło mnie to, że spotkało to ciebie tak młodo. – uścisnął moją dłoń – Dojdziesz do siebie – teraz to wiem, i cieszy mnie to. Ale nie jesteś tu. Jeszcze nie. Utrata kogoś, o kogo się troszczysz, nigdy nie jest prosta.

Spuściłam wzrok i zaczęłam studiować podłogę.

– To moja wina. – powiedziałam cichym głosem.

– Hmm?

– Mason. Jego śmierć.

Nie musiałam widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć wypełniające ją współczucie.

– Oh, Roza, nie. Podjęłaś kilka złych decyzji… powinnaś powiadomić starszych, gdy zorientowałaś sie, że zniknął… ale nie możesz się obwiniać. Nie zabiłaś go.

Łzy wypełniły moje oczy, gdy ponownie spojrzałam w górę.

– Równie dobrze mogłam to zrobić. Cały powód dla którego tam poszedł – był moją winą. Pokłóciliśmy się… i powiedziałam mu o Spokane, chociaż prosiłeś mnie żebym…

Jedna łza wypłynęła z rogu mojego oka. Naprawdę, musiałam się nauczyć zatrzymywać to. Tak jak moja matka, Dymitr delikatnie starł łzę z mojego policzka.

– Nie możesz się o to obwiniać. – powiedział mi. – Możesz żałować swoich decyzji i chcieć móc zrobić wszystko inaczej, ale ostatecznie, Mason również podjął swoje decyzje. To było to, co postanowił zrobić. To była jego decyzja, nieważne jaką odegrałaś w tym rolę.

Gdy Mason wrócił po mnie, zdałam sobie sprawę, że pozwolił uczuciom, do mnie, przejąć nad sobą kontrolę. Dymitr zawsze się tego obawiał; że jeśli on i ja będziemy mieli jakiekolwiek rodzaj związku, to wpędziłoby to nas – i jakiekolwiek moroja, którego chronilibyśmy – w niebezpieczeństwo.

– Chciałabym być zdolna… Nie wiem, zrobić cokolwiek…

Powstrzymując kolejne łzy, zabrałam swoje ręce z uścisku Dymitra i wstałam, zanim zdążyłabym powiedzieć coś głupiego.

– Powinnam iść. – powiedziałam twardo. – Daj mi znać kiedy będziesz chciał wznowić ćwiczenia. I dzięki za… rozmowę.

Zaczęłam się odwracać, gdy nagle usłyszałam jak powiedział:

– Nie.

Spojrzałam do tyłu.

– Co?

Podtrzymał moje spojrzenie, i coś ciepłego, pięknego i cudownego wystrzeliło miedzy nami.

– Nie. – powtórzył – Powiedziałem jej nie. Taszy.

– Ja… – zamknęłam usta zanim moja szczęka uderzyła w ziemię. – Ale… dlaczego? To była jedyna-szansa-w-życiu. Mogłeś mieć dziecko. A ona była… ona była, wiesz, zainteresowana…

Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz.

– Tak, była. Jest. I to dlatego musiałem jej odmówić. Nie mógłbym tego odwzajemnić… dać jej to, czego chciała. Nie gdy… – zrobił kilka kroków w moim kierunku – Nie gdy moje serce jest gdzie indziej.

Prawie rozpłakałam się ponownie.

– Ale wydawałeś się być nią tak zainteresowany. I wciąż podkreślałeś, jak młodo się zachowuję.

– Zachowujesz się młodo. -powiedział. – Bo jesteś młoda. Ale rozumiesz pewne rzeczy, Roza. Rzeczy, o których ludzie starsi od ciebie, nawet nie zdają sobie sprawy. Tego dnia…

Od razu wiedziałam do którego dnia nawiązał. Tego, gdy przycisnął mnie do ściany.

– Miałaś rację co do tego, że walczę by zachować nad sobą kontrolę. Nikt nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy – i to mnie przestraszyło. Ty mnie przestraszyłaś.

– Dlaczego? Nie chcesz zęby ktokolwiek wiedział?

Wzruszył ramionami.

– Czy oni wiedzą o tym, czy nie, to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że ktoś – że ty – znasz mnie tak dobrze. Kiedy ktoś może zajrzeć do twojej duszy, jest trudno. To zmusza cie do otworzenia się. Bycia wrażliwym. Dużo łatwiej jest być z kimś, kto jest dla ciebie zwykłym przyjacielem.

– Jak Tasza.

– Tasza Ozera jest niezwykła kobietą. Jest piękna i dzielna. Ale ona nie…

– Ona nie mogła cie mieć. – dokończyłam.

Skinął głową.

– Wiem to. Ale ciągle chciałem pogłębiać nasza relację. Wiedziałem, że łatwiej byłoby gdyby mogła zabrać mnie od ciebie. Myślałam, że mogłaby sprawić, bym o tobie zapomniał.

Myślałam tak samo o Masonie.

– Ale nie mogła.

– Tak. I… to jest problem.

– Ponieważ to byłoby złe, gdybyśmy byli razem.

– Tak.

– Bo między nami jest zbyt duża różnica wieku.

– Tak.

– Ale najważniejsze jest to, że kiedyś zostaniemy strażnikami Lissy i musimy skupić się na niej – nie na sobie nawzajem.

– Tak.

Myślałam o tym przez chwilę, a potem spojrzała mu prosto w oczy.

– Cóż – powiedziałam w końcu. – Nie jesteśmy jeszcze strażnikami Lissy.

Przygotowałam się na następną odpowiedź. Wiedziałam, że będzie kolejną życiową lekcją Zen. Coś o sile wewnętrznej i wytrwałości, o wyborach których dokonaliśmy dzisiaj i które mogły się stać kolejnym szablonem dla przyszłości albo jakimś innym nonsensem.

Zamiast tego, pocałował mnie.

Czas zatrzymał się gdy pochylił się i ujął moja twarz w swoje dłonie. Zbliżył swoje usta do moich. Na początku, to był ledwie pocałunek, ale wkrótce nasilił się; stał się gwałtowny i głęboki. Kiedy w końcu odsunął się, pocałował moje czoło. Pozostawił tam swoje usta na kilka sekund, podczas gdy jego ramiona obejmowały mnie mocniej. Chciałabym, żeby ten pocałunek trwał wiecznie. Rozluźniając uścisk, przebiegł palcami przez moje włosy i w dół mojego policzka. Cofnął się w kierunku drzwi.

– Zobaczymy się później, Roza.

– Na następnych ćwiczeniach? – spytałam – Wznowimy je, prawda? Mam na myśli to, że jest jeszcze wiele rzeczy, których musisz mnie nauczyć.

Stojąc w drzwiach, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

– Tak. Mnóstwo rzeczy.

Загрузка...