Sierociniec mieścił się w opuszczonym klasztorze niedaleko Wzgórza Smoczej Kości, do którego prowadziła stroma i kręta droga od stacji kolejowej. Aby oszczędzić osła, pan Wei kazał mi ostatni kilometr przejść pieszo. Kiedy mnie wysadził z wozu i się pożegnał, rozpoczęło się moje nowe życie.
Była jesień i bezlistne drzewa wyglądały jak armia szkieletów strzegących wzgórza i ogrodzonego budynku na jego szczycie. Gdy mijałam bramę, nikt mnie nie witał. Zobaczyłam przed sobą wyschnięte drewno i odpadający lakier świątyni, a na nagim otwartym placu stały w rzędach dziewczynki w białych bluzach i niebieskich spodniach, równo jak oddział wojska. Przeginały się w pasie – w przód, na bok, w tył i znów na bok – jak gdyby posłuszne wiatrowi. Ujrzałam jeszcze jeden dziwny widok: byli tam dwaj mężczyźni, cudzoziemiec i Chińczyk. Dopiero drugi raz w życiu widziałam cudzoziemca z tak bliska. Przeszli przez podwórko, niosąc mapy, za nimi szła grupa ludzi z długimi kijami. Przestraszyłam się, że natknęłam się na tajną armię komunistów.
Przekraczając próg, omal nie wyskoczyłam ze skóry ze strachu. Zobaczyłam dwadzieścia albo trzydzieści martwych ciał okrytych całunami. Stały pośrodku korytarza, po bokach, wysokie i niskie. Natychmiast pomyślałam, że to Powracający Zmarli. Droga Ciocia opowiadała mi kiedyś, że w jej dzieciństwie rodziny wynajmowały kapłana, który rzucał na ciało zaklęcie, przez co zmarły mógł wrócić do domu swych przodków. Mówiła, że kapłan prowadził ich tylko w nocy, aby zmarli nie spotykali żywych ludzi, których mogliby opętać. Za dnia odpoczywali w świątyniach. Droga Ciocia nie wierzyła w te opowieści, dopóki nie usłyszała, jak późną nocą kapłan walił w drewniany dzwon. I zamiast uciec jak reszta mieszkańców wsi, schowała się za ścianą, żeby popatrzeć. Kwak, kwak, a potem ich ujrzała – sześć postaci niby gigantyczne robaki, skaczących wysoko na dziesięć stóp.
– Nie jestem pewna, czy naprawdę to widziałam – mówiła Droga Ciocia. – Wiem tylko, że przez długi czas potem byłam inną dziewczyną.
Miałam już wybiec za drzwi, gdy nagle spod całunu mignęły mi złote stopy. Przyjrzałam się dokładniej. To nie byli zmarli, ale posągi bogów. Podeszłam do jednego i zdarłam materiał. Był to Bóg Literatury z rogatą głową, pędzelkiem w jednej dłoni i studencką czapką w drugiej.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zawołał czyjś głos. Odwróciwszy się, zobaczyłam przed sobą małą dziewczynkę.
– Dlaczego jest zasłonięty?
– Nauczyciel mówi, że nie ma dobrego wpływu. Nie powinniśmy wierzyć w starych bogów, tylko w chrześcijańskich.
– Kim jest wasz nauczyciel?
– A do kogo przyjechałaś?
– Do tego, kto ma przyjąć Liu LuLing jako sierotę.
Dziewczynka wybiegła. Chwilę później stanęły przede mną dwie cudzoziemskie damy.
Amerykańskie misjonarki nie spodziewały się mojego przybycia, a ja nie spodziewałam się, że są Amerykankami. Ponieważ nigdy wcześniej nie rozmawiałam z cudzoziemcem, nie mogłam wykrztusić słowa i tylko patrzyłam. Obie miały krótkie włosy, jedna białe, druga kręcone i rude, obie też nosiły okulary, przez co wydawało mi się, że są w tym samym wieku.
– Z przykrością muszę powiedzieć, że nikt się z nami nie umawiał – rzekła po chińsku jasnowłosa.
– A ja z przykrością muszę powiedzieć – dodała druga – że większość naszych sierot jest dużo młodsza.
Kiedy zapytały mnie o imię i nazwisko, nadal nie potrafiłam się odezwać, palcami wypisałam więc litery w powietrzu. Zamieniły ze sobą kilka słów po angielsku.
– Umiesz to przeczytać, prawda? – spytała mnie jedna, wskazując na chiński napis.
– “Jedzcie do syta, ale nie chowajcie na zapas" – przeczytałam.
Kobieta dała mi ołówek i kartkę papieru.
– Umiesz przepisać te słowa? Zrobiłam to, na co obie wykrzyknęły:
– Nawet nie popatrzyła na znaki! – Po czym zaczęły mnie zasypywać kolejnymi pytaniami: Czy umiem pisać pędzelkiem? Jakie czytałam książki? Potem znów rozmawiały ze sobą w obcej mowie, a gdy skończyły, oznajmiły, że mogę zostać.
Później dowiedziałam się, że przyjęto mnie, żebym była jednocześnie uczennicą i nauczycielką. Było tu tylko czworo nauczycieli, dawnych uczniów szkoły, którzy mieszkali teraz w jednym z trzydziestu sześciu pokoi i budynków znajdujących się na terenie sierocińca. Nauczyciel Pan uczył starsze dziewczęta. Zostałam jego pomocnicą. Kiedy on był uczniem przed pięćdziesięciu laty, była to szkoła tylko dla chłopców. Nauczycielka Wang uczyła młodsze dziewczęta, a jej siostra wdowa – nazywaliśmy ją Matką Wang – zajmowała się najmłodszymi maluchami, a pomagały jej starsze dziewczęta, które sama wybrała. Była jeszcze Siostra Yu, drobna kobieta o kościstych, zgarbionych plecach, przenikliwym głosie i twardej ręce. Odpowiadała za czystość, schludność i właściwe zachowanie. Poza ustalaniem harmonogramu naszych kąpieli i zadań na cały tydzień lubiła komenderować kucharzem i jego żoną.
Dowiedziałam się, że misjonarki nie są w tym samym wieku. Panna Grutoff, ta z kręconymi włosami, miała trzydzieści dwa lata, dwa razy mniej niż druga. Była pielęgniarką i dyrektorką szkoły. Panna Towler była dyrektorką sierocińca i błagała o datki ludzi, którzy powinni się nad nami litować. Prowadziła także naszą niedzielną kaplicę, urządzała przedstawienia na temat historii chrześcijaństwa i grała na fortepianie, ucząc nas śpiewać “jak anioły". Wówczas, oczywiście, nie wiedziałam, kim jest anioł. Nie potrafiłam także śpiewać.
Cudzoziemcy natomiast nie byli komunistami, ale naukowcami, którzy pracowali w kamieniołomach, gdzie znaleziono kości Człowieka z Pekinu. Dwóch cudzoziemskich i dziesięciu chińskich uczonych mieszkało w północnym skrzydle klasztoru, a poranne i wieczorne posiłki jadało z nami w głównej sali świątyni. Kamieniołomy były niedaleko, dwadzieścia minut drogi krętą ścieżką.
Wszystkich dzieci było około siedemdziesięciorga: trzydzieści starszych dziewcząt, trzydzieści młodszych i dziesięcioro zupełnie małych dzieci – mniej więcej, w zależności od tego, ile dorastało i ile umierało. Sytuacja większości dziewcząt była podobna do mojej – były nieślubnymi dziećmi samobójczyń, nieobyczajnych dziewczyn i niezamężnych panien. Niektóre z nich wyglądały jak kuglarze z Zaułka Żebraków, których widziałyśmy z GaoLing – nie miały rąk albo nóg, były cyklopami lub karłami. Były też dziewczęta – mieszańce, których ojcami byli cudzoziemcy – Anglik, Niemiec i Amerykanin. Uważałam, że są osobliwie piękne, ale Siostra Yu zawsze z nich kpiła. Mówiła, że z zachodnią krwią odziedziczyły wyniosłość, którą trzeba rozcieńczyć pokorą.
– Można być dumnym z tego, co się co dzień robi – mówiła. – Ale nie można gardzić tym, co mamy od urodzenia.
Często nam przypominała, że nie wolno się nad sobą rozczulać. Traktowała to jak słabość.
Kiedy któraś z dziewcząt miała chmurną minę, Siostra Yu mawiała:
– Spójrz na Małą Ding. Nie ma nóg, ale przez cały dzień się uśmiecha.
A pyzate policzki Małej Ding unosiły się, niemal zasłaniając jej oczy, tak się cieszyła, że zamiast nóg ma dwa ledwie zawiązane pączki. Według Siostry Yu, szczęście daje nam myśl, że sytuacja kogoś innego może być znacznie gorsza od naszej.
Pełniłam funkcję starszej siostry Małej Ding, a Mała Ding z kolei była starszą siostrą dziewczynki imieniem Mała Jung, która miała tylko jedną rękę. Każdy był za kogoś odpowiedzialny, jak w rodzinie. Starsze i młodsze dziewczynki mieszkały w tych samych pokojach. Były trzy sypialnie, a w każdej stały trzy rzędy łóżek dla dwudziestu dziewcząt. Pierwszy rząd należał do najmłodszych, drugi do średnich, trzeci do najstarszych dziewcząt. W ten sposób łóżko Małej Ding znajdowało się pod moim, a łóżko Małej Jung pod łóżkiem Małej Ding. Każda zajmowała pozycję zgodną ze stopniem odpowiedzialności i należnego szacunku.
Dla misjonarek byłyśmy Dziewczętami Nowego Przeznaczenia. W każdej klasie wisiał czerwony transparent z wyhaftowanymi złotem znakami, które o tym mówiły. Co dzień po południu podczas ćwiczeń śpiewałyśmy o swoim przeznaczeniu w piosence napisanej przez pannę Towler po angielsku i chińsku:
Uczmy się pilnie, by sen nasz się ziścił,
Pracujmy, by pełen był trzos.
Wybierzmy męża po naszej myśli,
I precz odegnajmy zły los.
Ilekroć w szkole zjawiali się specjalni goście, panna Grutoff kazała nam odgrywać scenkę, a panna Towler grała na fortepianie bardzo skoczną muzykę, jak na niemych filmach. Jedna grupa dziewczynek pokazywała znaki, które symbolizowały Dawny Los: opium, niewolnictwo, kupowanie talizmanów. Chodziły z trudem na spętanych nogach i bezradnie padały na ziemię. Wtedy w roli lekarzy zjawiały się dziewczynki Nowego Przeznaczenia. Leczyły palaczy opium. Rozwiązywały pęta skazanych i miotłami wymiatały niepotrzebne talizmany. Na końcu dziękowały Bogu i kłaniały się gościom, cudzoziemcom, którzy przyjechali do Chin, dziękując im także za to, że pomogli tylu dziewczynkom pokonać zły los i ruszyć ku Nowemu Przeznaczeniu. W ten sposób zbierałyśmy dużo pieniędzy, zwłaszcza jeśli udało się wywołać u gości łzy.
Podczas spotkań w kaplicy panna Towler zawsze mówiła nam, że tylko od nas zależy, czy zostaniemy chrześcijankami, czy nie. Nikt nie będzie nas zmuszał, żebyśmy uwierzyły w Jezusa, mówiła. Nasza wiara musi być prawdziwa i szczera. Ale Siostra Yu, która przybyła do sierocińca w wieku siedmiu lat, często nam przypominała o swoim dawnym losie. Jako dziecko była zmuszana do żebrania i jeśli nie udało się jej uzbierać dość monet, do jedzenia dawano jej tylko przekleństwa. Pewnego dnia poskarżyła się, że jest głodna, więc mąż jej siostry wyrzucił ją jak śmieć. W tej szkole, mówiła, możemy jeść, ile tylko zechcemy. Nie musimy się martwić, że ktoś nas wypędzi. Możemy same decydować, w co wierzyć. Mimo to, dodawała, każda z nas, która nie uwierzy w Jezusa, będzie jak robak żywiący się zwłokami, a po śmierci spadnie do podziemnego świata, gdzie jej ciało przekłują bagnetem, upieką jak kaczkę i każą cierpieć tortury gorsze od tych, które stosowano w Mandżurii.
Czasem myślałam o dziewczynkach, które nie uwierzą. Dokąd pójdą po śmierci? Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłam dziecko, które, nawet zdaniem misjonarek, nie miało Nowego Przeznaczenia, dziewczynkę, której ojcem był jej własny dziadek. Ujrzałam ją w sali dla najmłodszych, gdzie co rano pracowałam. Nikt nie dał dziewczynce imienia, a Matka Wang powiedziała mi, żebym nie brała jej na ręce, nawet gdyby płakała, bo coś jest nie tak z jej szyją i główką. Dziecko nie wydawało żadnych dźwięków. Miało płaską i okrągłą twarz jak duży półmisek, dwoje wielkich oczu, mały nosek i usteczka. Dziewczynka miała skórę białą niczym ryżowy makaron, a ciało, za małe w porównaniu z głową, nieruchome jak kwiat z wosku. Poruszały się tylko jej oczy, tam i z powrotem, jak gdyby obserwowały latającego pod sufitem komara. Któregoś dnia zobaczyłam jej łóżeczko puste. Panna Grutoff powiedziała, że dziewczynka jest już dzieckiem Boga, wiedziałam więc, że umarła. W ciągu lat spędzonych w sierocińcu widziałam sześcioro dzieci, które wyglądały tak samo i ojcami wszystkich byli dziadkowie. Wszystkie urodziły się ze “wspólną twarzą", jak mówiła Matka Wang. Jak gdyby przez czyjś błąd ta sama osoba wracała w to samo ciało. Za każdym razem witałam takie dziecko jak dobrą przyjaciółkę. I za każdym razem płakałam, gdy znów opuszczało świat.
Ponieważ pochodziłam z rodziny wyrabiającej tusz, byłam najlepszą uczennicą kaligrafii, jaka kiedykolwiek chodziła do tej szkoły. Tak powiedział Nauczyciel Pan. Często wspominał czasy dynastii Qing, gdy wszystko uległo zepsuciu, nawet system egzaminów. Jednak wracał do dawnych czasów z sentymentem. Mówił do mnie:
– LuLing, gdybyś wtedy urodziła się jako dziewczynka, mogłabyś zostać uczonym.
Tak dokładnie powiedział. Mówił też, że jestem lepsza w kaligrafii od jego syna, Kai Jinga, którego sam uczył.
Kai Jing, geolog, w istocie był bardzo dobrym kaligrafem, zwłaszcza na kogoś, kto miał osłabioną prawą połowę ciała po przebytym w dzieciństwie polio. Na szczęście kiedy zachorował, rodzina wydała całe oszczędności na najlepszych lekarzy z Zachodu i Chin. Jedyną pozostałością po chorobie było więc tylko lekkie utykanie i opadające ramię. Później misjonarki pomogły mu zdobyć stypendium na słynnym uniwersytecie w Pekinie, gdzie studiował, by zostać geologiem. Po śmierci jego matki wrócił do domu, żeby zaopiekować się ojcem i pracować z naukowcami w kamieniołomie.
Codziennie jeździł na rowerze z sierocińca do kamieniołomów i z powrotem, pedałując do samych drzwi klasy ojca. Nauczyciel Pan siadał bokiem z tyłu roweru i gdy jego syn pedałował do ich pokoi na drugim końcu klasztoru, wszystkie uczennice i nauczyciele wołali:
– Ostrożnie! Niech pan nie spadnie! Siostra Yu bardzo podziwiała Kai Jinga. Kiedyś pokazała go dzieciom, mówiąc:
– Widzicie? Wy też możecie postawić sobie za cel pomaganie innym zamiast być dla nich ciężarem. Innym razem słyszałam, jak mówi:
– To wielka tragedia, że taki przystojny chłopiec musi kuleć.
Być może chciała w ten sposób pocieszyć dziewczęta. Mnie zdawało się jednak, że chciała powiedzieć, że tragedia Kai Jinga była większa, ponieważ urodził się ładniejszy od innych. Jak Siostra Yu mogła w ogóle tak pomyśleć? Akurat ona? Czy jeśli bogacz straci dom to gorzej, niż gdyby dom stracił biedak?
Zapytałam o to starszą dziewczynę, która odparła:
– Co za głupie pytanie. Oczywiście! Przystojny i bogaty mają więcej do stracenia.
Jednak nie wydawało mi się to słuszne.
Pomyślałam o Drogiej Cioci. Podobnie jak Kai Jing, urodziła się piękna, a potem jej twarz została zniszczona. Zawsze słyszałam, jak ludzie mówili:
– To straszne mieć taką twarz. Lepiej by było, gdyby umarła.
Czy myślałabym tak samo, gdybym jej nie kochała? Pomyślałam o tamtej ślepej żebraczce. Komu będzie jej brakowało?
Nagle zapragnęłam odnaleźć tę żebraczkę. Mogłaby porozmawiać w moim imieniu z Drogą Ciocią. Mogłaby mi powiedzieć, gdzie ona teraz jest. Wędruje po Końcu Świata czy tkwi uwięziona w słoju? I co z klątwą? Czy niebawem mnie odnajdzie? Gdybym teraz umarła, komu na tym świecie będzie mnie brakowało? Kto powita mnie na tamtym?
Gdy była ładna pogoda, Nauczyciel Pan zabierał starsze dziewczęta do kamieniołomów na Wzgórzu Smoczej Kości. Robił to z dumą, wśród geologów bowiem pracował jego syn. Kamieniołom z początku był tylko jaskinią, podobną do tej, która należała do rodziny Drogiej Cioci, lecz gdy go ujrzałam, zmienił się już w gigantyczny wykop głębokości stu pięćdziesięciu stóp. Od dołu do góry i od prawej do lewej, na dnie i ścianach wymalowano białe linie, więc kamieniołom wyglądał, jak gdyby przykryto go olbrzymią siecią rybacką.
– Jeśli ktoś znajdzie kawałek zwierzęcia, człowieka albo broni myśliwskiej – tłumaczył nam Kai Jing – zapisuje, z którego kwadratu kamieniołomu pochodzi znalezisko. Możemy obliczyć wiek tego przedmiotu na podstawie miejsca, w którym go znaleziono, ponieważ wiemy, że najstarsza jest warstwa ósma. Wtedy naukowcy wracają tam i kopią głębiej.
Zawsze przynosiłyśmy naukowcom termosy z herbatą i ciasteczka, a oni, widząc nas, szybko wychodzili z dołu, posilali się i wzdychali z wdzięcznością:
– Dziękuję, dziękuję. Byłem taki spragniony, że jeszcze trochę i sam zmieniłbym się w wyschniętą kość.
Od czasu do czasu na stromej drodze pojawiała się riksza, z której wysiadał palący fajkę cudzoziemiec w grubych okularach i pytał, czy znaleziono coś nowego. Zazwyczaj naukowcy wskazywali jakieś miejsce, a człowiek z okularach kiwał głową, lecz wydawał się rozczarowany. Kiedy indziej bywał bardzo ożywiony i mówiąc, coraz szybciej ssał swoją fajkę. Potem wsiadał do rikszy i zjeżdżał ze wzgórza, u stóp którego czekał na niego lśniący czarny samochód, by zawieźć go z powrotem do Pekinu. Biegłyśmy do punktu obserwacyjnego na szczycie wzgórza, skąd można było zobaczyć drugi koniec kotliny i jadący wąską drogą czarny samochód, który wzbijał słupy kurzu.
Gdy nadchodziła zima, naukowcy musieli się śpieszyć, zanim ziemia stanie się zbyt twarda i skończy się sezon kopania. Pozwalali niektórym dziewczętom schodzić na dno dołu i pomagać sypać wykopaną ziemię do skrzyń albo malować na nowo białe linie, albo uważnie przesiewać to, co przesiano już dziesięć razy. Nie wolno nam było wchodzić w miejsca, gdzie były sznury – to tam znaleziono ludzkie kości. Niewprawne oko mogło pomylić kości z kamieniami lub kawałkami glinianych naczyń, ale ja umiałam je rozróżnić. Nauczyłam się tego, zbierając kości z Drogą Ciocią. Wiedziałam również, że kości Człowieka z Pekinu w rzeczywistości nie pochodzą od jednej osoby, lecz od wielu – mężczyzn, kobiet i dzieci. Były to małe kawałeczki, z których nie udałoby się złożyć nawet jednej osoby. Nie mówiłam o tym innym dziewczętom. Nie chciałam się popisywać. Pomagałam więc tak jak one, tylko tam, gdzie pozwalali nam chodzić naukowcy, czyli w miejscach, w których były przede wszystkim kości zwierząt, rogi jeleni i skorupy żółwi.
Pamiętam dzień, w którym doczekałam się szczególnej pochwały od syna Nauczyciela Pana.
– Pracujesz z wielką uwagą – powiedział Kai Jing.
Odtąd przesiewanie ziemi stało się moim ulubionym zajęciem. Potem jednak zrobiło się lodowato zimno i przestałyśmy czuć własne palce i policzki. Nadszedł więc kres pracy i pochwał.
Drugim z moich ulubionych zajęć było uczenie innych. Czasem uczyłam malować. Pokazywałam młodszym uczennicom, jak pędzelkiem zrobić uszy, ogon i wąsy kota. Malowałam konie i żurawie, małpy, a nawet hipopotama. Pomagałam również uczennicom poprawiać kaligrafię i myśli. Przypomniałam sobie wszystko, czego Droga Ciocia mnie nauczyła o pisaniu znaków, o tym, że trzeba pomyśleć o swoich intencjach, o przepływie ch'i z ciała do ręki, przez pędzelek i do malowanej linii. Każde z pociągnięć pędzelka miało znaczenie, a ponieważ każde słowo składało się z wielu linii, miało także wiele znaczeń.
Najmniej lubiłam zajęcia, które co tydzień wyznaczała mi Siostra Yu: zamiatanie podłóg, czyszczenie umywalek czy ustawianie ławek w rzędy na czas zajęć w kaplicy, a potem ustawianie ich z powrotem przy stołach w porze obiadu. Może te zajęcia nie wydawałyby mi się takie złe, gdyby Siostra Yu nie wytykała mi cały czas błędów. Jednego tygodnia kazała mi się zająć pełzającymi owadami. Narzekała, że mnisi ich nie zabijali, sądząc zapewne, że mogły być kiedyś istotami ludzkimi albo świętymi.
– Te robaki pewnie były kiedyś panami – gderała Siostra Yu, a potem kazała mi: – Depcz je, zabijaj, rób wszystko, żeby tu nie wchodziły.
Drzwi większości pokoi, z wyjątkiem tych, które zajmowali cudzoziemcy, nigdy nie zamykano, chyba że zimą, więc mrówki i karaluchy swobodnie maszerowały przez progi. Wchodziły także przez szczeliny w ścianach i przez kraty z szerokich drewnianych desek, które wpuszczały do środka powietrze i światło. Wiedziałam jednak, co zrobić. Droga Ciocia mnie tego nauczyła. Kratownice zakleiłam papierem. Potem wzięłam z klasy kawałek kredy i narysowałam linie przed wszystkimi progami i wokół szczelin. Mrówki wyczuwały kredę i zdezorientowane zawracały i wychodziły. Karaluchy były odważniej sze. Przechodziły przez kredę, a pył wchodził pod ich pancerze do stawów. Na drugi dzień leżały na grzbietach z nogami w powietrzu, zaduszone na śmierć.
Tego tygodnia Siostra Yu nie ganiła mnie. Otrzymałam natomiast nagrodę za Nadzwyczajne Oczyszczanie – dwie wolne godziny, w których mogłam robić, co mi się podoba, o ile nie będzie to nic złego. W zatłoczonym sierocińcu nigdy nie było miejsca na samotność. Postanowiłam zatem spędzić dwie darowane godziny sama. Przez długi czas nie czytałam stronic, które przed śmiercią zapisała Droga Ciocia. Powstrzymywałam się przed tym, ponieważ wiedziałam, że jeśli ujrzę jej pismo, rozpłaczę się i Siostra Yu skarci mnie za rozczulanie się nad sobą w obecności Małej Ding czy innych młodszych dziewcząt. W niedzielne popołudnie znalazłam opuszczony składzik zalatujący stęchlizną i pełen małych posążków. Usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę przy oknie. Rozwinęłam niebieski materiał, w który zapakowane były stronice. I pierwszy raz spostrzegłam, że Droga Ciocia wszyła w ten materiał małą kieszonkę.
W kieszeni spoczywały dwie zupełnie niezwykłe rzeczy. Pierwszą była kość wróżebna, którą mi pokazała, gdy byłam mała, mówiąc, że dostanę ją, kiedy nauczę się pamiętać. Kiedyś należała do niej, a przedtem do jej ojca. Przycisnęłam kość do serca. A potem wydobyłam drugi przedmiot. Była to mała fotografia młodej kobiety w haftowanym czepku i ocieplanym zimowym kaftanie z kołnierzem sięgającym jej policzków. Uniosłam zdjęcie do światła. Czy to… Rzeczywiście, na fotografii była Droga Ciocia, zanim poparzyła sobie twarz. Miała rozmarzone oczy, zdradzające odwagę, wygięte ku górze brwi i usta – o pełnych i wydętych wargach i gładkiej skórze. Była piękna, ale nie wyglądała tak, jak ją pamiętałam. Było mi przykro, że na zdjęciu nie ma jej poparzonej twarzy. Im uważniej się jednak przyglądałam, tym bardziej wydawała mi się znajoma. I wtedy zrozumiałam: jej twarz, jej nadzieja, wiedza i smutek – były moje. Zaczęłam płakać i płakałam, zalewając serce łzami radości i żalu nad sobą.
Raz na tydzień panna Grutoff i żona kucharza jechały na stację kolejową odebrać paczki i pocztę. Czasem przychodziły listy od przyjaciółek z innych szkół, prowadzonych przez misjonarki w Chinach, lub od naukowców z Pekińskiej Szkoły Medycznej. Innym razem listy z zobowiązaniami wsparcia. Te przychodziły z daleka: z San Francisco w Kalifornii, Milwaukee w Wisconsin, Elyrii w Ohio. Panna Grutoff czytała na głos listy w niedzielę w kaplicy. Pokazywała nam na globusie:
– Jesteśmy tu, a oni tu. Przesyłają wam wyrazy miłości i dużo pieniędzy.
Potem kręciła globusem, a nam kręciło się w głowie, gdy próbowałyśmy to objąć umysłem.
Zastanawiałam się: dlaczego obcy miałby kochać drugiego obcego? Matka i Ojciec byli teraz dla mnie obcy. Nie kochali mnie. Dla nich już nie istniałam. A obietnice GaoLing, że mnie odnajdzie? Czy przynajmniej próbowała? Nie sądzę.
Byłam już w sierocińcu dwa lata, kiedy pewnego popołudnia panna Grutoff wręczyła mi list. Od razu rozpoznałam charakter pisma. Było południe, a ja ogłuchłam w środku gwarnej sali. Dziewczęta siedzące najbliżej mnie domagały się głośno, żeby im przeczytać list i powiedzieć, kto go napisał. Uciekłam od nich, pilnując swojego skarbu jak wygłodniały pies. Nadal go mam, a oto, co w nim przeczytałam:
“Moja najdroższa siostro, przepraszam cię, że nie pisałam wcześniej. Nie było dnia, w którym nie myślałabym o Tobie. Ale nie mogłam pisać. Pan Wei nie chciał mi powiedzieć, dokąd cię zawiózł. Matka też nie. Wreszcie w zeszłym tygodniu usłyszałam na rynku, że w kamieniołomach na Wzgórzu Smoczej Kości znowu zaczyna się ruch, a amerykańscy i chińscy naukowcy mieszkają w starym klasztorze razem z uczennicami z sierocińca. Kiedy następnym razem spotkałam Żonę Pierwszego Brata, powiedziałam: «Ciekawe, czy LuLing poznała naukowców, skoro mieszka tak blisko nich». A ona odrzekła: «Też się zastanawiałam». I już wiedziałam.
Matka czuje się dobrze, ale narzeka, że ma tyle pracy, że jej palce są wciąż czarne. Wszyscy wciąż ciężko pracują, żeby uzupełnić zapasy tuszu, które spaliły się w pożarze. Ojciec i wujowie musieli odbudować sklep w Pekinie. Pożyczyli pieniądze i drewno od Changa trumniarza, który jest teraz właścicielem większej części interesu. Oni dostali część, kiedy wyszłam za Chang Fu Nana, czwartego syna, którego Ty miałaś poślubić.
Matka mówiła, że mamy szczęście, że Changowie w ogóle chcą jeszcze jakąś dziewczynę z naszej rodziny. Mnie się jednak nie wydaje, żebym miała szczęście. To Ty miałaś szczęście, bo nie zostałaś synową w tej rodzinie. Codziennie, z każdym kęsem przy każdym posiłku, przypominają mi o wyższości Changów nad naszą rodziną. Jesteśmy im dłużni za drewno i dług cały czas się powiększa. Za sto lat klan Liu będzie nadal pracował dla nich. Tusz nie sprzedaje się już tak dobrze i za takie ceny jak dawniej. Szczerze mówiąc, nie jest już tak dobrej jakości, bo składniki są gorsze i nie mamy już Drogiej Cioci, która rzeźbiła w pałeczkach. Żebym pamiętała o długu, nie dają mi żadnych własnych pieniędzy. Żeby kupić znaczek na ten list, musiałam wymienić na niego szpilkę do włosów.
Powinnaś także wiedzieć, że rodzina Changów wcale nie jest tak bogata, jak sądziliśmy w dzieciństwie. Większość ich fortuny pochłonęło opium. Żona jednego z synów opowiedziała mi, że wszystko się zaczęło, gdy Fu Nań był dzieckiem i wybił sobie ramię ze stawu. Jego matka zaczęła mu podawać opium. Później matka zmarła, niektórzy powiadają, że pobita na śmierć, choć Chang twierdzi, że to był wypadek, bo spadła z dachu. Chang wziął sobie nową żonę, która była przyjaciółką generała kupującego trumny za opium. Druga żona też była opętana przez nałóg. Generał powiedział Changowi, że jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzi, to on zrobi z niego eunucha. A Chang wiedział, że tak się może stać, bo widział innych ludzi, którzy długi za opium spłacili różnymi częściami własnego ciała.
W tym nieszczęsnym domu jest wieczny krzyk i szaleństwo, ciągłe szukanie pieniędzy na więcej opium. Gdyby Fu Nań mógł mnie sprzedawać po kawałku, żeby mieć co palić, na pewno by to zrobił. Jest przekonany, że wiem, gdzie można znaleźć smocze kości. Wciąż gada, że powinnam mu powiedzieć, żebyśmy wszyscy byli bogaci. Gdybym wiedziała, sprzedałabym wszystkie kości, żeby tylko opuścić tę rodzinę. Sama bym się sprzedała. Ale gdzie miałabym pójść?
Siostro, przepraszam za cierpienie i zmartwienia, jakich ten list może Ci przysporzyć. Piszę, żebyś wiedziała, dlaczego nie mogę Cię odwiedzić i dlaczego masz szczęście, że jesteś tam, gdzie jesteś. Proszę Cię, nie odpisuj. Miałabym przez to same kłopoty. Wiem, gdzie jesteś, więc spróbuję napisać jeszcze raz. Tymczasem mam nadzieję, że jesteś zdrowa i zadowolona. Twoja siostra, Liu GaoLing".
Skończyłam czytać, trzymając list w drżącej ręce. Przypomniałam sobie, że kiedyś byłam zazdrosna o GaoLing. Teraz jej los był gorszy od mojego. Siostra Yu mówiła, że szczęście powinna dawać myśl o ludziach, których sytuacja jest znacznie gorsza od naszej. Ale nie czułam się szczęśliwa.
Jednak z czasem stałam się mniej nieszczęśliwa. Zaakceptowałam swoje życie. Być może mniej cierpiałam przez słabą pamięć. A może umacniała się we mnie siła życia. Wiedziałam tylko, że stałam się zupełnie inną dziewczyną od tej, która przyjechała do sierocińca.
Oczywiście, do tej pory zmienili się nawet bogowie w klasztorze. Z biegiem lat panna Towler zdejmowała jedną po drugiej zasłony z posągów, ponieważ materiał był potrzebny na ubrania lub kołdry. W końcu ukazały się wszystkie posągi, szydząc z panny Towler, jak twierdziła, czerwonymi twarzami, trojgiem oczu i gołymi brzuchami. Było tu mnóstwo posągów, buddyjskich i taoistycznych, ponieważ klasztor w różnych wiekach zajmowali mnisi obu tych religii, w zależności od tego, jaki generał rządził tą ziemią. Pewnego dnia przed Bożym Narodzeniem, gdy było za zimno, żeby dokądkolwiek iść, panna Grutoff postanowiła, że powinnyśmy zmienić chińskich bogów w chrześcijan. Miałyśmy ich ochrzcić za pomocą farby. Dziewczęta, które od najwcześniejszego dzieciństwa wychowywały się w sierocińcu, uważały, że to będzie świetna zabawa. Ale niektóre z uczennic przybyłych tu później nie chciały szpecić bogów, lękając się ich gniewu. Były tak przerażone, że kiedy przyciągnięto je do posągów, krzyczały z pianą na ustach, a potem padły na ziemię, jak gdyby zostały opętane. Ja się nie bałam. Sądziłam, że jeśli szanuję i chińskich bogów, i chrześcijańskiego Boga, żaden z nich nie zrobi mi krzywdy. Rozumowałam tak: Chińczycy są uprzejmi i o życiu myślą praktycznie. Chińscy bogowie rozumieją, że mieszkamy w zachodnim domu, który prowadzą Amerykanki. Gdyby bogowie mogli przemówić, na pewno także twierdziliby, że chrześcijańskie bóstwa są tu w uprzywilejowanej pozycji. Chińczycy, w przeciwieństwie do cudzoziemców, nie starają się narzucać innym swoich przekonań. Niech więc cudzoziemcy zachowują się po swojemu, choćby dziwnie, tacy już są. Dotykając pędzelkiem czerwono – złotych twarzy bogów, mówiłam:
– Przepraszam, Nefrytowy Cesarzu, wybacz mi, Pierwszy z Ośmiorga Nieśmiertelnych, robię wam tylko przebranie na wypadek, gdyby przyszli tu komuniści albo Japończycy i wybierali posągi na ognisko.
Byłam prawdziwą artystką. Niektórym bogom doklejałam brody z owczych włosów, długie włosy z makaronu, skrzydła z piór. W ten sposób Budda zmienił się w tłustego Jezusa, Bogini Miłosierdzia została Marią z szopki, Trzech Czystych, głównych bogów taoistów, stało się Trzema Królami, a Osiemnastu Luohanów Buddy przedzierzgnęło się w Dwunastu Apostołów i ich sześciu synów. Małe posągi z piekła awansowały do roli aniołów. W następnym roku panna Grutoff postanowiła, że powinnyśmy również pomalować małe rzeźby Buddy w całym klasztorze. Były ich setki.
Rok później panna Grutoff znalazła zatęchły składzik, w którym ukryłam się, żeby czytać kartki od Drogiej Cioci. Siostra Yu mówiła, że posągi, które tu stały, pochodziły z taoistycznej dioramy, ukazującej, co czeka człowieka w podziemnym świecie. Kilkadziesiąt figur wyglądało bardzo realistycznie i przerażająco. Jedna przedstawiała klęczącego człowieka, którego wnętrznościami pożywiały się rogate zwierzęta. Trzy postaci wisiały nadziane na pal jak świnie na rożen. Cztery osoby siedziały w kadzi z wrzącym olejem. Były tu także olbrzymie diabły o czerwonych twarzach i spiczastych czaszkach, które rozkazywały umarłym ruszać na bitwę. Gdy skończyłyśmy malować posągi, powstała kompletna bożonarodzeniowa szopka z małym Jezusem, Marią, Józefem i innymi, łącznie ze Świętym Mikołajem. Mimo to posągi miały nadal otwarte w okrzyku trwogi usta. Choć panna Grutoff starała się nas przekonać, większość dziewcząt nie wierzyła, że figury z szopki śpiewają “Dzisiaj w Betlejem".
Po przemalowaniu posągów nie było już więcej bożków, które można zmienić w anioły. Ja także uległam przemianie: z pomocnicy nauczyciela stałam się nauczycielką, z samotnej dziewczyny stałam się dziewczyną zakochaną w synu Nauczyciela Pana.
Zaczęło się tak:
Co roku przed Nowym Rokiem uczennice malowały na transparentach wiersze na szczęście na świąteczny jarmark w Ustach Góry. Tak więc pewnego dnia z Nauczycielem Panem malowaliśmy w klasie długie pasy czerwonego papieru, które leżały na stołach i na podłodze.
Jak zwykle przyjechał na rowerze Kai Jing, żeby zabrać ojca do ich pokoi. Ziemia na Wzgórzu Smoczej Kości była zamarznięta na kość, Kai Jing spędzał więc czas głównie na sporządzaniu wykresów, obliczeń i pisaniu raportów na temat miejsc, w których znaleziono kości. Tego dnia Kai Jing przyjechał za wcześnie i Nauczyciel Pan nie był jeszcze gotów do wyjścia. Kai Jing zaproponował więc, że pomoże nam malować transparenty. Stanął obok mnie, przy moim stoliku. Ucieszyłam się z dodatkowych rąk do pracy.
Ale po chwili zauważyłam, co robi. Jakikolwiek znak albo cyfrę malowałam, robił dokładnie to samo. Kiedy pisałam “fortuna", on także pisał “fortuna". Gdy rysowałam “obfitość", on rysował “obfitość". Kiedy malowałam “wszystko, czego sobie życzycie", malował to samo, linia w linię. Pisał prawie w takim samym rytmie, wyglądaliśmy więc jak dwoje ludzi w tańcu. Tak się zaczęła nasza miłość, od takich samych łuków, takich samych kropek, takiego samego uniesienia pędzelka, gdy jednocześnie nabieraliśmy tchu.
Kilka dni później razem z uczennicami niosłam transparenty na targ. Towarzyszył mi Kai Jing, idąc obok i cicho do mnie mówiąc. W ręku trzymał książeczkę z malowanymi pędzelkiem obrazkami na morwowym papierze. Tytuł na okładce brzmiał “Cztery przejawy piękna".
– Chciałabyś wiedzieć, co jest w środku? – zapytał.
Skinęłam głową. Każdy, kto podsłuchiwałby naszą rozmowę, pomyślałby, że mówimy o lekcjach w szkole. Ale w istocie Kai Jing mówił o miłości.
Odwrócił stronicę.
– W każdej formie piękna są cztery poziomy zdolności. Tak jest w malowaniu, kaligrafii, literaturze, muzyce, tańcu. Pierwszy poziom to Biegły.
Patrzyliśmy oboje na umieszczone na jednej stronicy dwa identyczne obrazki, przedstawiające bambusowy gaj, typowe i bardzo udane, realistyczne, z ciekawymi szczegółami w postaci podwójnych linii, dobrze oddające silę i długowieczność lasu.
– Biegłość – ciągnął – to umiejętność rysowania tej samej rzeczy taką samą kreską, z taką samą siłą, w takim samym rytmie i z taką samą wiernością. Taki rodzaj piękna jest jednak zwykły. Drugi poziom – mówił dalej Kai Jing – to Doskonały. – Spojrzeliśmy na następny obrazek, na którym było kilka bambusowych źdźbeł. – Coś więcej niż zwykła wprawa – rzekł. – Piękno tego malunku jest wyjątkowe. Mimo że jest prostszy, z mniej widoczną łodygą i o bardziej zaznaczonych liściach. Oddaje siłę i osamotnienie. Gorszy malarz potrafiłby uchwycić tylko jedną z tych cech, ale nie obie naraz.
Odwrócił stronę. Tym razem ukazało się pojedyncze źdźbło bambusa.
– Trzeci poziom to Boski – powiedział. – Tu liście są cieniem poruszanym przez niewidzialny wiatr, a źdźbło istnieje przede wszystkim dzięki sugestii, że czegoś brakuje. A jednak cienie są bardziej żywe niż prawdziwe liście, które przysłoniły światło. Widz nie potrafiłby znaleźć słów, by opisać, jak to się dzieje. Mimo usilnych starań ten sam malarz nie byłby w stanie jeszcze raz uchwycić nastroju tego obrazu, tylko cień cienia.
– Jak piękno może być więcej niż boskie? – spytałam cicho, wiedząc, że za chwilę otrzymam odpowiedź.
– Czwarty poziom – rzekł Kai Jing – jest jeszcze wspanialszy i odnalezienie go leży w naturze każdego śmiertelnika. Możemy go wyczuć tylko wówczas, gdy nie staramy się tego robić. Pojawia się bez przyczyny, bez pragnienia i znajomości skutków. Jest czysty. Mają go niewinne dzieci. Starzy mistrzowie mogą go odzyskać, kiedy postradają zmysły i na powrót staną się dziećmi.
Odwrócił stronicę. Na następnej widniał owal.
– Obraz nosi tytuł “Wewnątrz środka źdźbła bambusowego". Gdy będąc w środku, spojrzy się w górę lub w dół, zobaczy się ten owal. Chodzi o prostotę bycia wewnątrz, nie o powód czy tłumaczenie tego faktu. Naturalny cud istnienia każdej rzeczy we wzajemnym związku z inną, jak namalowany tuszem owal i kartka papieru, osoba i źdźbło bambusa, widz i obraz.
Kai Jing długo milczał.
– Czwarty poziom nazywa się Bez Wysiłku – powiedział wreszcie. Schował książeczkę w kieszeni i popatrzył na mnie w zamyśleniu. – Ostatnio czuję piękno Bez Wysiłku we wszystkim – rzekł. – A ty?
– Tak samo – powiedziałam i zaczęłam płakać.
Oboje wiedzieliśmy bowiem, że mówimy o tym, że można się zakochać bez wysiłku, niezależnie od własnej woli, jak gdybyśmy byli dwoma bambusowymi źdźbłami, które przez kaprys wiatru nachyliły się ku sobie. Nachyliliśmy się więc ku sobie i pocałowali, zatracając się w nieświadomości i sobie nawzajem. h!