Gwałtowna palba przemieniła się wkrótce w pojedyncze strzały. Trzej łowcy nie zważali na gałęzie smagające ich po twarzach, potykali się w wykrotach, czasem któryś padał na ziemię, lecz zaraz wstawał i doganiał towarzyszy. Bosman trochę kulał po upadku z drzewa, porozrywane pazurami pantery spodnie zahaczały o krzewy, ale mimo wszystko nie pozostawał w tyle. Twarz Smugi krwawiła, nie zdążył się bowiem uchylić przed uzbrojoną w ostre pazury łapą irbisa. Teraz uderzenia gałęzi sprawiały mu dotkliwy ból. Jedynie Tomek nie poniósł żadnego szwanku, toteż wyrywał się do przodu.
— Prędzej, jeszcze się bronią! — zawołał, znów przyspieszając biegu.
— Nie wyprzedzaj! — krzyknął Smuga, przytrzymując młodzieńca za ramię.
— Biegnij za mną! — dodał bosman; jednocześnie wysunął się przed Tomka, by nadawać równe tempo.
Marynarz bez trudności odgadywał myśli Smugi. Im mniej zmęczeni przybiegną do fanzy, tym skuteczniej uderzą na wroga. W tej chwili sytuacja nie mogła tam być zbyt groźna. Udadżalaka, doskonały żołnierz, na pewno nie dał się zaskoczyć bandzie pospolitych opryszków. Pojedyncze strzały były najlepszym dowodem, że pierwszy atak został skutecznie odparty.
Las rzedniał... Poprzez drzewa widać już było zabudowania fanzy. Smuga wyprzedził bosmana. Poprowadził towarzyszy ku szopie, obok której przywiązane były wierzchowce. Z lasu przebiegli chyłkiem do pobliskich krzewów. Pod ich osłoną podpełzli o kilkanaście kroków od szopy. Pospiesznie zbadali sytuację.
Chunchuzi, ukryci w zaroślach na wprost fanzy, strzałami trzymali w szachu obrońców znajdujących się w jej wnętrzu. Część napastników zapewne okrążała dom, by pod osłoną ścian pozbawionych okien podkraść się do drzwi. Słychać było ich nawoływania na tyłach domu. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że zaatakują jeszcze przed świtem.
Dwóch chunchuzów, w krótkich kożuszkach i szerokich, stożkowatych kapeluszach na głowach, usiłowało uprowadzić konie przywiązane obok szopy. Nie mogli jednak podejść do nich od przodu żerdzi, ponieważ z szeroko otwartych drzwi fanzy natychmiast padał strzał, gdy tylko któryś z nich wychylał się zza wystraszonych koni. Chunchuzi klęli, ponawiali próby, a tymczasem z jednej strony kule, a z drugiej kopyta wierzgających koni wciąż broniły im dostępu.
Smuga obawiał się, że sytuacja lada chwila może ulec zmianie na korzyść bandy, nie zważając więc na nic, postanowił rozpocząć atak. Trącił bosmana w ramię, wskazując ruchem głowy obydwóch chunchuzów. Bosman skinął głową, po czym na migi polecił Tomkowi, by w razie potrzeby osłaniał ich ogniem przed napaścią bandytów zgrupowanych na wprost fanzy.
Młodzieniec zaraz skierował lufę sztucera w tamtą stronę, obydwaj zaś jego towarzysze złożyli swe karabiny obok niego. Wydobyli noże. Broń palna była obecnie bezużyteczna — kule mogłyby poranić konie.
Smuga i bosman jednocześnie poderwali się na nogi i poskoczyli ku chunchuzom. Była to krótka walka. Zaskoczeni bandyci stawiali słaby opór. Smuga od razu pierwszym ciosem powalił jednego z nich, bosman natomiast trafiony w twarz arkanem oślepł na chwilę, ale mimo to chwycił chunchuza za rękę. Krótką szamotaninę zakończył okrzyk bólu i trwogi. Z boku huknęło kilka strzałów. Zaraz odpowiedziały im błyski ognia z fanzy.
Trzej łowcy podpełzli bliżej domu. Teraz znaleźli się między końmi i chunchuzami ostrzeliwującymi oblężonych. Bandyci przerwali ogień. Widocznie naradzali się, zdezorientowani.
Niebo zaróżowiło się na wschodzie.
— Już świta, zaraz uderzą na fanzę... — szepnął bosman.
— Udadżalaka nie próżnował — mruknął Tomek. — Trzech leży na majdanie przed domem...
— Z naszymi dwoma to już pięciu... — dodał marynarz.
— Cicho! Idą! — ostrzegł Smuga.
Brodaty łeb wychylił się zza węgła fanzy. Bandyta wzrokiem mierzył odległość między węgłem a szeroko otwartymi drzwiami. Po chwili ostrożnie wynurzył się cały i zaraz przylgnął plecami do ściany. Noga za nogą sunął ku drzwiom. Za nim pokazało się kilku następnych.
Wkrótce byli już przy szerokim oknie. Opadli na czworaki i pełzli dalej...
Niektórzy trzymali w zębach noże, inni uzbrojeni byli w maczugi. Tylko trzech posiadało flinty.
— Dziewięciu... Skoczę między nich, osłaniajcie mnie ogniem! — szepnął bosman.
— Dobrze, nic nie wiedzą o nas... — przyzwolił Smuga.
Łowcy się nie mylili; bandyci zgrupowani na tyłach domu nie byli zorientowani w sytuacji. Rękoma dawali znaki towarzyszom ukrytym w krzewach, by przyłączyli się do ataku. Już tylko dwa lub trzy kroki dzieliły ich od drzwi.
Bosman nie tracił cennego czasu. Położył karabin na ziemi, wyjął rewolwer z pochwy, wepchnął go za pas. Przesunął rękojeść noża, by łatwo mógł trafić do niej dłonią, dźwignął się i skoczył...
— Nie strzelaj, Udadżalaka! — wrzasnął Tomek, ujrzawszy lufę wychylającą się zza framugi drzwi.
— Milcz! — syknął Smuga, usiłując dłonią zatkać mu usta, lecz było już za późno.
Chunchuzi o kilka sekund za wcześnie spostrzegli, że to ktoś obcy biegnie do nich. Jak na komendę poderwali się z ziemi. Pierwszy potężnie zamachnął się maczugą; byłby niechybnie roztrzaskał bosmanowi głowę, gdyby ten, tuż przed nim, jak długi nie padł na ziemię. W tej chwili czujny Udadżalaka rzucił się marynarzowi na pomoc. Wyskoczył z fanzy, uderzeniem kolby powalił chunchuza. Bosman rozzłoszczony niepowodzeniem porwał się z ziemi jak huragan. Chwycił obezwładnionego przez Udadżalakę wroga, uniósł go jak piórko ponad głowę i z rozmachem rzucił w gromadę atakujących chunchuzów. Dwóch czy trzech przewróciło się, a olbrzymi marynarz już wskoczył w czeredę bandytów. Silnym ciosem pięści powalił jednego z nich, drugiego pchnął nożem. Trzech naraz chwyciło go za ramiona, bosman strząsnął ich z siebie; celnymi uderzeniami pięści, z nożem w zębach, siał straszliwe spustoszenie. Udadżalaka wiernie mu sekundował. Kolbą karabinu uderzał na prawo i lewo, osłaniał bosmana, aby nikt nie mógł zdradziecko zaatakować go z tyłu. Naraz Fu Czau i jego stary ojciec włączyli się do walki.
Chunchuzi czatujący w zaroślach byli bezsilni. Nie mogli użyć broni palnej, ponieważ gwałtowna walka wręcz uniemożliwiała rozpoznanie wroga. Widząc, że może ich spotkać sromotna klęska, postanowili wesprzeć swych towarzyszy. Z przeraźliwym wrzaskiem wyskoczyli z zarośli.
Smuga i Tomek tylko na to czekali. Dwukrotnie wypalili z karabinów, a następnie uzbrojeni w rewolwery, z boku dopadli napastników. Gruchnęły strzały. Skurcz bólu przebiegł po twarzy Smugi. Kula ugodziła go w lewe ramię, lecz dwoma celnymi strzałami usunął napastników ze swej drogi. Tomek podstawił nogę jakiemuś chunchuzowi, już miał powstającego ogłuszyć rękojeścią rewolweru, gdy wtem sam otrzymał cios w głowę. Upadł. Jak przez mgłę ujrzał plecy Smugi, który w porę osłonił go przed ponownym uderzeniem kolbą. Dzielny Tomek przemógł własną słabość. Dźwignął się na nogi. Smuga walczył wręcz z jakimś brodaczem. Tomek chwycił chunchuza za kołnierz, uderzył go w tył głowy.
Krótka, lecz nadzwyczaj gwałtowna walka dobiegała końca. Bo oto rozjuszony bosman nadbiegł swoim druhom na pomoc. Reszta chunchuzów nie miała już odwagi stawić mu czoła w otwartej walce. Huknęło parę niecelnych strzałów. Chunchuzi zaczęli czmychać z pola walki.
Smuga znów z karabinem w dłoni słał za nimi strzał za strzałem, czym zmuszał ich do wycofywania się w wylot doliny. Niespokojnym spojrzeniem ogarnął grupkę przyjaciół. Bosman posiniaczony na twarzy naprędce obwiązywał chustką dłoń skaleczoną nożem, wszakże wesoło błyskał oczami. Wołał na Chińczyków, by natychmiast siodłali konie. Uderzenie, które otrzymał Tomek, złagodziła na szczęście futrzana czapka; z walki wyszedł jedynie z dużym guzem. Fu Czau zraniony był nożem w plecy, ale jego rana nie była groźna. Nóż lekko przeciął skórę i osunął się po lewej łopatce.
Tomek przestraszył się ujrzawszy strugę krwi ściekającą po lewej dłoni Smugi. Natychmiast popędził do fanzy po apteczkę. Gdy wrócił, Smuga był już obok szopy przy wierzchowcach. Tomek podbiegł ku niemu, a tymczasem obydwaj Chińczycy wynosili przed dom uprząż i juki.
— Niech pan zrzuci kurtkę! — zawołał Tomek. — Mam opatrunki!
— Później! Bierz konie dla bosmana i Udadżalaki. Pieszo nic nie zdziałają! — odkrzyknął Smuga. — Dołącz się do pościgu! Pędźcie chunchuzów w górę rzeki! Spiesz się, do licha!
Tomek ujął trzy wierzchowce za arkany i po chwili pospiesznie siodłał je przy pomocy Chińczyków. Niebawem galopował ku wylotowi doliny. Na stepie zaraz wypatrzył towarzyszy, którzy celnymi strzałami zmuszali chunchuzów do ucieczki w kierunku Amuru.
Tymczasem przed domem Smuga osiodłał swego konia. Razem z Chińczykami objuczył obydwa luzaki.
— Szybko utracisz siły, dostojny panie! Trzeba zahamować upływ krwi — powiedział stary Chińczyk, gdy Smuga miał dosiadać wierzchowca.
— Tu jest torba z opatrunkami. To nie potrwa długo — zachęcił Fu Czau.
Smuga nigdy nie lekceważył dobrej rady. Nierozsądny pośpiech mógł zaważyć na wyniku pościgu.
— Pomóżcie mi zdjąć kurtkę — rzekł po krótkiej chwili wahania. Stary Chińczyk przyniósł w wiadrze wodę. Smuga obmywszy się pozalepiał plastrami zadrapania na twarzy. Dopiero na końcu prawą dłonią wprawnie obmacał wciąż krwawiące lewe ramię. W mięśniu tkwiła kula. Chińczycy mocno przewinęli ranę bandażami. Fu Czau przyniósł świeżą koszulę z juków pozostawionych w fanzie.
Smuga dosiadł wierzchowca.
Stary Chińczyk podał mu karabin, który otrzymał od Udadżalaki przed rozpoczęciem walki.
— Dostojny panie, weź swoją broń! — powiedział.
— Dzielnie stanąłeś po naszej stronie, zatrzymaj ją na pamiątkę — odpowiedział Smuga. — Wóz i juki przechowajcie aż do naszego powrotu.
— Będziemy ich pilnie strzegli — zapewnił Fu Czau.
— Słuchaj, chłopcze, ruszamy w pogoń za chunchuzami. Muszą ponieść zasłużoną karę. Oddamy ich w ręce władz rosyjskich. Powiadom o tym naszych towarzyszy w obozie po drugiej stronie rzeki.
— Uczynię to natychmiast! — zapewnił Fu Czau.
— Zaraz nie możesz wyruszyć w drogę — zaoponował Smuga. — Dzisiaj musicie pogrzebać zabitych. Jeśli jutro rano pożegnasz swego czcigodnego ojca, przed wieczorem będziesz w obozie. To wystarczy. A więc do zobaczenia!
Ruszył stępa, wiodąc na arkanie dwa juczne luzaki. Podążył stepem na przełaj, wsłuchując się w odgłosy strzałów karabinowych. Nie wątpił w pomyślny wynik pościgu. Bosman i Udadżalaka posiadali zbyt dużo doświadczenia, aby pozwolili chunchuzom na ucieczkę z potrzasku. Toteż uśmiech zadowolenia błąkał się na jego ustach. Rozgromienie bandy chunchuzów i wzięcie niedobitków do niewoli powinno otworzyć im drogę do Nerczyńska.
Pognał konie. Nie zważał na ból w ramieniu, chciał jak najprędzej połączyć się z towarzyszami. Po jakimś czasie wierzchowiec, na którym jechał, gwałtownie rzucił się na bok, parskając z przestrachu. Smuga omal nie wyleciał z siodła. Spostrzegł martwego chunchuza leżącego w trawie. Smagnął konie i pognał dalej. Niebawem ujrzał pościg i uciekających.
“Dobrze się spisują” — pomyślał, obserwując zręczne manewry przyjaciół.
Tomek harcował na koniu na tyłach chunchuzów, nie pozwalając im uciekać na wschód. Natomiast bosman z Udadżalaką naciskali ich z boku i spychali ku rzece. Był dopiero wczesny ranek. Pościg powinien trwać do wieczora. W ten sposób, według obliczeń Smugi, mogli przebyć około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu kilometrów. Wtedy zaledwie pół dnia drogi dzieliłoby ich jeszcze od toru kolejowego.
Smuga wystrzelił z rewolweru. Tomek obejrzał się, powstrzymał konia.
— Jak dobrze, że pan już jest z nami! — zawołał, gdy Smuga zrównał się z nimi. — Czy rana nie jest poważna?
— Głupstwo, Tomku! Zajmiemy się nią na wieczornym biwaku — odparł Smuga. — Czy żaden z chunchuzów nie zdołał uciec?
— Jeden próbował, ale bosman go zastrzelił.
— Ilu ich jest teraz?
— Dziesięciu, proszę pana! Co zrobimy?
— Na razie niech uciekają na zachód...
— W nocy na pewno nam umkną!
— Bądź spokojny, przed zmrokiem weźmiemy ich w pęta — odparł Smuga.
Pościg trwał dalej... W ciągu dnia chunchuzi jeszcze raz podjęli rozpaczliwą próbę rozbiegnięcia się po stepie. Znów jeden z nich legł martwy. W kilka godzin później byli niemal całkowicie wyczerpani. Niektórzy słaniali się na nogach, inni co chwila padali.
Smuga przez lunetę uważnie zlustrował okolicę. O kilkaset metrów dalej urwisty brzeg rzeki znacznie się obniżał. Widoczny jak na dłoni szeroki pas zarośli na pewno utrudniłby tam skuteczny pościg. Wobec tego dał hasło do ataku. Jeźdźcy zwrócili wierzchowce ku Amurowi. Strzałami zepchnęli chunchuzów w kierunku stromego brzegu. Pozbawieni sił bandyci prawie bez oporu zostali obezwładnieni. Wkrótce skrępowani leżeli na ziemi.
Tego dnia dalszy marsz był niemożliwy. Tak ludziom, jak i wierzchowcom należał się odpoczynek, a wieczór był już blisko. Rozłożyli obóz na wysokim brzegu Amuru.
Wkrótce siedzieli przy naprędce przygotowanym posiłku. Smuga prawie nie jadł, niewiele mówił. Z wysiłkiem podnosił dłoń zdrowej ręki do czoła, by zetrzeć krople potu. Pobladł, jakby był bliski omdlenia.
— Co panu jest? — zaniepokoił się Tomek. — Na pewno nie opatrzył pan należycie rany!
Smuga, z trudem pokonując ogarniające go coraz większe osłabienie, odparł:
— Kulę mam w ramieniu... Chciałem poczekać z wyjęciem jej do Nerczyńska, ale chyba przerachowałem swe siły...
— Do stu beczek zjełczałego tranu! Czemuś pan o tym od razu nie powiedział? — zawołał bosman oburzony. — Zdejmuj pan kapotę, znam się co nieco na tym!
Ból musiał być naprawdę bardzo dotkliwy, ponieważ Smuga bez sprzeciwu zdjął przy pomocy przyjaciół kurtkę. Koszula była na ramieniu przesiąknięta krwią. Bosman ostrożnie odbandażował ramię.
— Prawdziwe jatki — mruknął, po czym głośno rozkazał: — Udadżalaką, daj no latarkę i wody! Tomek, przygotuj apteczkę!
Starannie umył dłonie i natychmiast przystąpił do “lekarskich” oględzin. Grubymi łapskami zaczął obmacywać ramię, aż Smuga syknął z bólu.
— Niech to wieloryb połknie, siedzi głęboko — orzekł bosman. — Kulę trzeba było od razu wydobyć, nie straciłbyś pan tyle krwi. Nie martw się jednak, migiem ją wyłuskam!
Tomek przygotował bandaże oraz środki dezynfekcyjne. Bosman ułożył rannego na kocu i oparł jego głowę na swoich kolanach. Wydobył z pochwy myśliwski nóż, oczyścił ostrze chustką, po czym wolno przesunął je nad płomieniem świecy.
— Teraz coś na wzmocnienie ducha, dawaj, brachu, butelkę z rumem — zawołał do Tomka.
Młodzieniec niepewnie spojrzał na Smugę, ale bosman huknął na niego z góry, pospiesznie więc wydobył z torby przy siodle bosmana płaską butelkę. Marynarz najpierw polecił Smudze pociągnąć spory łyk, sam również wypił za jego zdrowie. Pochylił się nad ramieniem. Palcami lewej dłoni coraz mocniej naciskał boki rany, naraz zagłębił w niej ostrze noża. Smuga przygryzł wargi.
— Mam to diabelskie nasienie! — odsapnął bosman, pokazując unurzaną w krwi, spłaszczoną kulkę ołowiu. W milczeniu założył tampon i wprawnie obandażował ramię. Z kolei pozrywał plastry z twarzy Smugi. Pazury pantery pozostawiły na niej bolesne ślady. Mruczał przy tym coś niepochlebnego o Chińczykach, którzy nałożyli pierwsze opatrunki.
— Irbis nieźle pana pogłaskał, mogą pozostać blizny. Jak się pan teraz czuje?
— Do licha, naprawdę trochę mi ulżyło! Zgrabnie mnie oporządziłeś! Daj jeszcze łyk rumu!
— To najlepsza wróżba, że jutro będziesz pan zdrów jak ryba — ucieszył się bosman. — Jamajka skuteczna jest na wszystkie choróbska! Piję tylko rum i dlatego jeszcze się taki nie urodził, co by mnie zaszkodził! Nawet to poranne draśnięcie scyzorykiem w łapę już się na pewno zagoiło pod plasterkiem przylepionym przez Tomka podczas pościgu!
Smuga zwrócił marynarzowi butelkę.
— Musi pan koniecznie odpocząć — powiedział Tomek, z niepokojem i czułością patrząc na pobladłego Smugę.
— A jakże — zawtórował bosman. — Teraz kimaj pan do rana. Sami będziemy trzymali wachtę! Ani słowa sprzeciwu, mówię jako doktor!
Noc minęła spokojnie. Smuga wstał o świcie. Chociaż był jeszcze osłabiony, natychmiast polecił zwijać obóz. Przyjaciele nie śmieli oponować. Dłuższy pobyt na mandżurskim brzegu groził spotkaniem z okolicznymi mieszkańcami lub, co gorsza, z jakimś oddziałem chińskich żołnierzy. Ci niezawodnie zażądaliby wydania chunchuzów, których łowcy mieli zamiar przekazać w ręce władz rosyjskich. Ponadto na pewno mieliby kłopoty w związku z nielegalnym przekroczeniem granicy.
Podążyli w górę rzeki. Na krótko przed południem ujrzeli płynącą przy brzegu dużą łódź. Rybacy, zachęceni dobrą zapłatą, podjęli się przewieźć łowców na drugą stronę Amuru. Chunchuzów usadowiono w dziobie łodzi, w tyle zaś ulokowano bagaże, uprząż zdjętą z wierzchowców i juki. Tomek z Udadżalaką wpław popłynęli na koniach.
Nadmiernie obciążona łódź mocno zanurzała się w wodzie, lecz mimo to wciąż płynęła w pobliżu znoszonych przez prąd wierzchowców. Na szczęście konie bez wypadku wylądowały na drugim brzegu. Smuga, zadowolony, sowicie wynagrodził rybaków, a ponadto kupił od nich kobiałkę świeżych ryb.
Zaraz dosiedli koni. Otoczywszy jeńców ruszyli w kierunku północno-zachodnim. W falistym terenie rychło stracili z oczu brzeg Amuru.
Trzej przyjaciele z obawą obserwowali Smugę. Z trudem trzymał się w siodle. Widząc to, postanowili rozbić obóz w lesistej dolince. Wyczerpany Smuga legł w namiocie, aczkolwiek zżymał się na nieprzewidzianą przeszkodę.
— Nic mi nie będzie — pocieszał strapionych druhów. — Tor kolejowy powinien być już niedaleko... Jutro na pewno będę czuł się lepiej.
— Nie ma co gadać! Straciłeś pan dużo krwi, musisz odpocząć — kategorycznie odpowiedział bosman. — Na szkapie do reszty opadniesz z sił, a cóż wtedy poczniemy?
— Dużo ludzi do wyżywienia, żywności mamy mało — wtrącił Udadżalaką.
— Najlepiej sporządźmy nosze i niech chunchuzi niosą pana Smugę — doradził pomysłowy Tomek. — W ten sposób będzie pan odpoczywał nawet w drodze.
Smuga chciał oponować, ale bosman nie pozwolił mu dojść do głosu.
— Cała załoga uchwala to jednomyślnie, więc nie masz pan nic do gadania — mówił rubasznie. — No, koleżki, bierzmy się do roboty!
Rada istotnie była dobra. Natychmiast zaczęto przygotowywać wygodną lektykę.
Następnego ranka bosman uwolnił z pęt czterech bandytów, aby nieśli chorego.
Wędrowali przez coraz dzikszą, przeważnie górzystą krainę, która swą malowniczością nie ustępowała okolicom podalpejskim. Ostrożnie zapuszczali się w głębokie, lesiste parowy. Strzeliste cedry i modrzewie królowały wśród karłowatych, białych brzóz oraz sosen pełnych krzywizn, narośli i zgrubień — widomych śladów silnych wichrów i długotrwałych, surowych zim. Była to ojczyzna potężnego czarnego niedźwiedzia i zabajkalskiego rysia [75], dorównującego tygrysowi siłą oraz odwagą. Tomek kilkakrotnie spostrzegł na ich szlaku w pobliżu skał bardzo duże, okrągłe ślady. Zwrócił na nie uwagę bosmana. Ryś mógł się tutaj zaszyć na dzień w jakiejś skalnej szczelinie. Może teraz
nawet śledził ich, gdyż przed jego doskonałym słuchem i wzrokiem nic w tajdze nie mogło się ukryć. Obfitowała ona w inną zwierzynę. Wskazywały na to ślady jeleni i łosi oraz często spotykane lisie nory. Wokół buszowały szare, puszyste wiewiórki. Nie brak tu było tropów soboli [76], których stalowoszare futra stanowiły cenny łup dla łowieckich plemion syberyjskich.
Z głębi boru ziała wilgoć, surowy zapach butwiejących zwalonych pni i gnijących liści. Karawana wolno omijała zapory, co jakiś czas przystawała na krótki odpoczynek. Wtedy bosman zmieniał chunchuzów niosących lektykę, a Tomek, korzystając z okazji, opowiadał Smudze o poczynionych spostrzeżeniach.
Około południa łowcy dotarli poprzez rzedniejący las do doliny wśród pasm niewysokich, kamienistych wzgórz. Dolina miała charakter stepowy. Ludzie i konie przyspieszyli kroku. Tomek jechał na przedzie obok lektyki rannego. Naraz Smuga uniósł głowę.
— Słyszysz? — cicho zapytał Tomka.
Młodzieniec wstrzymał wierzchowca, ręką dał znak, aby wszyscy przystanęli. Zaczął nasłuchiwać. Smuga nie mylił się, z dali płynął jęk dzwonka i tętent koni. Tomek przywołał bosmana.
— Jacyś jeźdźcy nadciągają — krótko go poinformował.
— Hej, Udadżalaka! Wolno podążaj za nami. Dobrze pilnuj tych obwiesiów! Przy próbie ucieczki kula w łeb! — zawołał marynarz.
Uderzył konia arkanem. Tomek podążył za nim. U wylotu doliny ujrzeli wyboistą stepową drogę. Kilku jeźdźców, mężczyzn o szerokich mongolskich twarzach bez zarostu, wyróżniających się wydatnymi kośćmi policzkowymi, niskim czołem oraz płaskim nosem, kłusowało z boków tarantasu [77] zaprzęgniętego w trzy małe, mocne konie. U szczytu kabłąka hołobli [78], ponad głową biegnącego w środku konia, zawieszony był dzwonek przeraźliwie wtórujący chrapliwym okrzykom woźnicy, popędzającego swój zaprzęg krótką, rzemienną nahajką. Byli to Buriaci. Wnet spostrzegli dwóch zbrojnych mężczyzn, którzy przystanęli wyczekująco przy trakcie. Woźnica natychmiast ostro ściągnął lejce, by zatrzymać tarantas, a jeźdźcy wysunęli się do przodu. Niektórzy z nich mieli w dłoniach stare strzelby. Zatrzymali się tuż przed dwoma łowcami. Teraz dopiero ujrzeli wychodzącą z doliny małą karawanę. Zmieszali się niepomiernie na widok związanych jeńców. Udadżalaka zaraz podszedł do skonsternowanych jeźdźców.
— Mendu! — powitał ich po buriacku.
— Amor mendu! — zawołali Buriaci. Uczucie ulgi odmalowało się na ich twarzach, gdy usłyszeli swoją mowę z ust obcych przybyszów.