Nuczi wrócił, nim skończyli śniadanie. Według jego relacji « tygrysica z dwoma małymi znajdowała się w odległości około trzech kilometrów od obozu. Szybko uzgodnili plan polowania. Bosman z Udadżalaką mieli strzałami odpędzić tygrysicę od potomstwa, natomiast Nuczi, jego trzej synowie, Tomek, Smuga oraz Wilmowski powinni osaczyć kociaki. Pawłow, jak uprzednio ustalono, podjął się roli strażnika obozu.
Wkrótce ruszyli w tajgę. Na przedzie kroczył Nuczi, za nim jego synowie z trzema psami na smyczy, a potem reszta łowców z czterema ogarami. Tomek zamykał pochód, szedł tuż za bosmanem.
Im dalej zagłębiali się w ostęp, tym wędrówka stawała się bardziej uciążliwa. Ledwie widoczny kręty ślad ścieżyny często ginął w gąszczu krzewów głogu, cierni i jałowca, oplatanych goścem-powojnicą, zwaną przez Jakutów [18] “sieciami diabła”. Czasem musieli nakładać drogi, by obejść zwalone przez wiatr drzewa. W cienkiej warstwie gleby leśne olbrzymy nie mogły zbyt głęboko zapuszczać korzeni, toteż kładły się pokotem pod podmuchem wichury i tworzyły trudne do przebycia zapory. Niekiedy stanowiły je wiekowe drzewa. Nadżarte próchnicą same padały na ziemię jakby w bałwochwalczym pokłonie przed wszechwładnym czasem.
Ogrom dziewiczej tajgi budził w sercach ludzkich lęk przed czymś nieznanym, kryjącym się w jej głębi. Na pozór wydawała się ponura i milcząca, lecz baczny wzrok łowców co chwila odczytywał jakąś nową tajemnicę. Tuż przy ścieżce pod spróchniałym zwalonym pniem znajdował się barłóg niedźwiedzi. Nieco dalej, na małym pagórku, zadomowił się żarłoczny bunduruk [19], jeden z najmniejszych na świecie drapieżników. Właśnie na uschłych gałęziach przewróconego dębu przewietrzał swoje przysmaki: grzybki, korzonki i orzechy, których zapasy gromadził nieraz na dwa lata. Za pagórkiem wiła się ścieżka wydeptana przez jelenie, w rozłożystej lipie wokół sporej dziupli krążyły pszczoły — tam na pewno można znaleźć aromatyczny leśny miód.
Tomek ciekawie rozglądał się po ostępie. W tę stronę tajgi zapuszczali się po raz pierwszy. Nuczi prowadził, niemal się nie zatrzymując. Tomek szedł ostatni. Właśnie mignęła mu w gąszczu krępa postać starego tropiciela, budząc pewne wspomnienia.
Wynajęcie Nucziego oraz jego synów jako tropicieli zwierzyny na tę niebezpieczną wyprawę nie było dziełem przypadku. Wilmowski znał ich z opowiadań byłego zesłańca na Syberię, z którym przed własną ucieczką z kraju stykał się w Warszawie w konspiracyjnej pracy rewolucyjnej. Dzięki temu po przybyciu do Chabarowska, pamiętając relacje polskiego zesłańca, odszukał w puszczy sadybę Nucziego i nakłonił go do wzięcia udziału w łowach.
Wybór starego Golda na przewodnika i tropiciela okazał się bardzo korzystny. Nuczi był prawdziwym synem tajgi. Urodził się w niej, wychował, ona zaś żywiła go i dawała schronienie, nic więc dziwnego, że znał wszystkie jej tajniki i kochał jak własną matkę, czasem nieco zbyt surową, lecz zawsze przygarniającą swoje dzieci.
Pewnego razu podczas polowania, słysząc utyskiwania bosmana na “diabelski kraj”, Gold zapewniał Tomka, że kto bliżej pozna tajgę, ten później tęskni za nią, jeśli zmuszony jest opuścić ją na jakiś czas. Te wywody przypomniały Tomkowi ich przewodnika z wyprawy australijskiej, krajowca Tony’ego. On wtedy również mówił mu o uroku rzuconym na wędrowców przez busz australijski.
Z zamyślenia wyrwał nagle Tomka cichy okrzyk bosmana Nowickiego.
— A niech to wieloryb połknie...! — zaklął marynarz swoim zwyczajem, odskakując od karłowatej kolczastej palmy.
Bosman przełaził przez zwaloną kłodę i dla utrzymania równowagi oparł się o pień stojącego przy ścieżce dębu. Naraz pod naporem jego potężnego cielska skruszyła się kora i ręka aż po łokieć wpadła w spróchniałe drzewo. Marynarz przestraszył się, że sędziwy “staruszek” może runąć lada chwila, wielkim skokiem znalazł się w bezpiecznej odległości od pnia, lecz wtedy właśnie otarł się o skarłowaciałą, kolczastą palmę. Zaklął, szybko cofając pokłutą rękę. Tomek podbiegł do przyjaciela, by pomóc my wydobyć wbite w dłoń kolce.
— A cóż to za piekielne nasienie?! — burczał marynarz. — Niby to palemka, a szczerzy kły jak kaktus!
— W gąszczu tajgi nie można tak skakać na oślep — powiedział Tomek. — To dalekowschodnia aralia [20], swego rodzaju osobliwość w tych stronach...
— Daj mi święty spokój z botaniką — ofuknął go bosman. — Łeb już mam naznaczony przez przeklęte meszki, a teraz do kompletu napuchnie mi łapa!
Zaraz wszakże ucichli, gdyż przewodnik przystanął, pochylony nad ziemią uważnie rozglądał się wokoło. Wszyscy zatrzymali się natychmiast. Tomek podszedł do Nucziego i przykucnął, by lepiej widzieć.
— Bardzo świeży trop — szepnął, badając duże wgłębienia wyciśnięte w ziemi. — Tygrys, niezawodnie tygrys! Sądząc po rozrzucie śladów oraz ich rozmiarach, musi to być starszy okaz...
— Dobrze mówi, dobrze! — pochwalił Nuczi.
— Dlaczego on tak ciężko stąpał? — głośno zastanawiał się Tomek, zachęcony pochwałą wytrawnego tropiciela.
Posunął się kilka kroków wzdłuż tropów.
— Są tu krople krwi, może ktoś go zranił? — monologował. — Nie, nie! Z powodu rany nie stąpałby tak ciężko. Już wiem! Dźwigał upolowane zwierzę! Na krzaku cierni zaczepiło się trochę jasnobrunatnej sierści. Przypomina mi ona pewnego jelenia.
Smuga wyprzedził Tomka, również badając ślady. Słyszał wywody młodego przyjaciela i uśmiechał się zadowolony.
— Słuszne wyciągasz wnioski! — przytaknął. — Może uda ci się jeszcze dokładniej określić zwierzę upolowane przez tygrysa.
Tomek pomyślał chwilę, po czym rzekł:
— Wyłącznie w lasach południowej Syberii żyje odmiana szlachetnego jelenia, zwana maralem [21]. Mógł to również być łoś [22] lub ren [23].
— Nie, mój drogi, to nie był maral ani łoś, ani ren — odpowiedział Smuga. — Pójdź jeszcze nieco dalej!
Tomek wolno posuwał się wzdłuż zbocza starannie badając wyraźne tropy.
— Może to był jeleń Dybowskiego? [24] — rzekł. — Przypominam sobie, że Dybowski na zesłaniu na Syberii odkrył nowy gatunek jelenia, nazwany jego imieniem. Jeleń ten wyglądem przypomina indyjskiego jelenia aksis. Na ciemnej sierści posiada kilka nieregularnych rzędów białych plam.
— Brawo, Tomku, masz doskonałą pamięć — pochwalił Wilmowski.
— Nie zgaduj, chłopcze, szukaj dalej, to nie był jeleń Dybowskiego — ponaglił Smuga. — Jeleń ten żyje bardziej na południu, w Kraju Ussuryjskim.
Tomek przyklęknął. Głowę nisko pochylił ku ziemi. Na zgniecionej trawie widniały jakieś plamy. Urwał jedno złamane źdźbło. Zaledwie przysunął je do nosa, wydał cichy okrzyk triumfu. Trawa splamiona była kleistą, ciemną masą wydającą przejmujący zapach.
— Już wiem, to piżmowiec [25] — zawołał do towarzyszy. — Tygrys ciągnąc go po ziemi rozerwał mu pazurami woreczek na podbrzuszu, wydzielający piżmo.
— No, no, naprawdę jesteś już świetnym tropicielem — przyznał Smuga.
— Gapa ze mnie! Pan szybciej odkrył woń piżma.
— Faktycznie łepetynę nosisz nie od parady — wtrącił bosman.
— Niuchasz po ziemi niczym ogar. Pokaż no tę trawkę, ciekaw jestem, jak pachnie piżmo!
Ostrożnie powąchał, skrzywił się i mruknął:
— Tak samo zalatywało w jednej mydłami na Powiślu, dokąd moja staruszka posyłała mnie po bielidło.
— Piżmo jest w cenie. Wykorzystuje się je w produkcji leków oraz wyrobów perfumeryjnych jako środek utrwalający zapach — wyjaśnił Wilmowski.
— Jak widzisz, bosmanie, i Syberia na coś się przydaje — dodał Smuga.
— Dość jednak gadaniny. Tygrysica upolowała kabargę. Teraz syta na pewno odpoczywa ze swoimi tygrysiętami. Łatwiej ją zaskoczymy. Daleko jeszcze do legowiska?
— Mnóstwo blisko — odparł Nuczi. — Zaraz za sopką dolina i strumień. Tam amby spać w krzakach. Teraz nasza iść ostrożnie. Nasza wiedzieć: amby blisko, trzeba cicho być.
Ruszyli śladami tygrysicy. Przedtem musieli powściągać arkanami psy rwące się do przodu. Obecnie ogary podtuliwszy ogony samorzutnie trzymały się tuż przy nogach mężczyzn. Niepewne strzygły uszami i zjeżywszy sierść na karku, co chwila ostrzegawczo spoglądały na swych panów. Był to nieomylny znak, że poczuły bliskość groźnych drapieżników.
Łowcy okrążywszy wzgórze, znaleźli się w dolince przeciętej wzdłuż kamienistym strumieniem. Jak wskazywały ślady, tygrysica zmęczona dźwiganiem łupu odpoczywała nad wodą i gasiła pragnienie. Nuczi poprowadził teraz ku wylotowi dolinki. Niebawem ujrzeli szeroki pas równiny porosłej bujną trawą, wysokości człowieka. Jasny błękit nieba stapiał się na horyzoncie z nieruchomym w tej chwili morzem zieleni stepowej.
— Tam daleko jest batiuszka Amur [26] — szepnął Nuczi wskazując dłonią ku południowi.
— Chyba znajdujemy się w pobliżu Niziny Zejsko-Burejskiej? — zwrócił się Tomek do ojca.
Wilmowski skinął głową i dodał:
— Na pewno wkrótce tajga cofnie się stąd dalej na północ. To jeden z nielicznych na Dalekim Wschodzie obszarów nadających się pod uprawę rolną [27].
Nuczi przyłożył palec do ust nakazując milczenie. Jego wzrok prześlizgiwał się po kępie wierzbowych łóz, widniejących w odległości około trzystu metrów nad brzegiem strumienia.
— Tam śpią amby — cicho wyjaśnił.
Główna grupa wyznaczona do schwytania młodych tygrysów musiała zatoczyć na stepie półkole, by się zbliżyć do wierzbowych chaszczy z przeciwnej strony. Natomiast bosman i Udadżalaką, których zadaniem było utrzymanie tygrysicy z dala od potomstwa mieli iść wprost ku legowisku.
Zgodnie z planem część myśliwych zaszyła się w step. Dopiero w jakiś czas po nich, już nie kryjąc się, bosman z Udadżalaką ruszyli w kierunku nadrzecznych zarośli. Niebawem rozbrzmiały przeraźliwe krzyki, ujadanie psów i huk strzałów.
Na odgłos wrzawy z traw i krzewów rosnących wokół bajorek poderwały się stada różnorakiego ptactwa. Jarząbki, bażanty, cietrzewie, kuropatwy i dzikie gęsi rozproszyły się na wszystkie strony, łowcy nawet nie zerknęli w ich kierunku. Bo oto z kępy zarośli ostrożnie wychyliła się wielka tygrysica. Najpierw ukazał się duży, kudłaty łeb, a potem pręgowane, potężne, czające się cielsko.
Bosman od razu zauważył wynurzające się z gąszczu zwierzę. Wskazał je towarzyszowi i razem z nim zaszył się w łozinę. Zaraz też rozpoczęli prawdziwie piekielną kanonadę. Tygrysica, ujrzawszy napastników, wielkim susem wyskoczyła na step, po czym zatoczywszy mały łuk, usiłowała brzegiem strumienia przedostać się do legowiska. Dwóch łowców znów zagrodziło jej drogę, osłaniając się ogniem rewolwerowym. Zdezorientowana, rzuciła się w strumień. To płynąc, to biegnąc, z uporem dążyła W kierunku kryjówki swego potomstwa. Nagle nowy rozkrzyczany wróg ukazał się tam, dokąd chciała dotrzeć. Ostra woń prochu uderzyła wprost w jej nozdrza.
Tymczasem w łozinie szalały dwa małe tygrysy. Naciskane przez ludzi i ogary ze wszystkich stron, rozpierzchły się w popłochu. Jeden z nich przerażony wrzawą wpadł pod nogi łowców, prześliznął się pomiędzy nimi i wskoczył do strumienia. Tygrysica od razu ujrzała płynące tygrysiątko. Warknęła przeciągle, zawróciła ku przeciwległemu brzegowi. Wiedziona macierzyńskim instynktem, wskazywała mu drogę ucieczki. Dwaj łowcy dalej płoszyli uciekinierów strzałami karabinowymi.
Drugi młody tygrys wydostał się na step. Łowcy pod dowództwem Nucziego zręcznymi manewrami zmusili go do ucieczki w dolinkę, a potem w tajgę. Pobiegli za nim, wciąż jeszcze trzymając psy na smyczach.
Rozpoczął się długi, uciążliwy pościg. Początkowo panicznie przestraszony drapieżnik znacznie oddalił się od pogoni. Nuczi co pewien czas polecał spuszczać ze smyczy jednego psa. Na pierwszy ogień szły najsłabsze, bowiem celem myśliwych było, aby cała sfora jednocześnie dopadła tygrysa. Gdyby najsilniejsze psy były puszczone pierwsze, z całą pewnością wyprzedziłyby słabsze i wtedy, pojedynczo atakując drapieżnika, niezawodnie padłyby jego ofiarą.
W końcu ostatni pies został spuszczony ze smyczy. Ujadanie sfory oddalało się od łowców. Dopiero po półgodzinnym pościgu naszczekiwania zaczęły się przybliżać. Bieg po gąszczu tajgi nużył jednocześnie drapieżnika i pogoń. Myśliwi przedzierali się przez krzewy, przeskakiwali zwalone pnie drzew i strzałami dodawali psom odwagi.
Pot ściekał strumieniami po twarzach łowców. Mimo że zaczynało już brakować im w piersiach tchu, wciąż przyspieszali biegu, gdyż coraz bliższe szczekanie i skowyt psów zagłuszały groźne warczenie broniącego się zajadle tygrysa.
Dopadli go!
Oparty zadem o porośniętą mchem i gęstymi pnączami zaporę zwalonych pni, co chwila wyrzucał do przodu pysk uzbrojony w kły bądź też łapą starał się dosięgnąć któregoś z nacierających ogarów. Psy wyglądały nie mniej dziko od drapieżnika. Pokryte ciemną wilczą sierścią napierały to z boków, to z przodu. Ponoszone zapałem myśliwskim zapominały o odniesionych ranach. Ich ruchliwe źrenice paliły się krwawym ogniem. Odskoczywszy przed nagłym ciosem łapy tygrysa, psy natychmiast prężyły się do nowego skoku, wysuwając ostre, szeroko rozwarte pyski.
Gwałtowność psów wzrosła znacznie na widok myśliwych. Nuczi wraz z synami szybko zapanował nad niebezpieczną sytuacją. Głośne rozkazy rzucane w języku nanajskim zgrupowały psy z jednej strony, podczas gdy z drugiej przyczaili się łowcy.
Tygrys, zjeżywszy na karku miękką, gęstą sierść, bronił się rozpaczliwie. Nagle jeden z psów doskoczył do niego z boku. Tygrys natychmiast zamachnął się łapą. Tomek błyskawicznie zarzucił na nią pętlę arkanu. Drapieżnik niemal zwinął się w kabłąk, szarpnął liną, wtedy syn Nucziego uchwycił pętlą tylną nogę. Po chwili Wilmowski uwięził w ten sam sposób drugą przednią. Tygrys usiłował przegryźć sznur, lecz Smuga podszedł do niego od tyłu i własną skórzaną kurtką nakrył mu łeb. Niebawem drapieżnik leżał na ziemi ze związanymi łapami.
Nuczi przystanął nad nim i odezwał się poważnie:
— Ty mądry, amba, ty rozumiesz, ty żyć długo. Nasza nie zabija! Nasza karmi i uczy. Twój brat też być u nasza. On ci powie, że nasza mówi prawdę.
Biali łowcy starannie ukrywali uśmiechy, przysłuchując się przemowie starego tropiciela. Jak większość Goldów żyjących w prymitywnych warunkach, był animistą, wierzył, że wszystkie rzeczy otaczające go są uduchowione, posiadają własną duszę. Z równą powagą odzywał się do kolącego krzaka cierni, jak do drzewa, które musiał zrąbać na opał, czy też do swej starej berdanki, gdy przygotowywał ją do strzału.
— Ty już nie musisz męczyć się — monologował Nuczi, zarzucając pętlę na pysk tygrysa. — Nasza zaniesie twoja do obóz. Nasza da jeść. Twoja to rozumie, twoja jest mądra.
— Czy ty naprawdę sądzisz, że on rozumie, co mówisz do niego? — zagadnął Tomek.
— Amba taki sam człowiek jak nasza — odparł Nuczi, ruchem ręki ponaglając synów, którzy przesuwali długą żerdź pomiędzy związanymi łapami tygrysa.
Łowcy parami na zmianę nieśli młodego, ważącego około stu kilogramów “kodaka”. Stary Gold szedł obok usprawiedliwiając się przed nim, dlaczego musiał pozbawić go wolności.