Księżyc wyjrzał zza gór. Karawana posuwała się teraz wzdłuż linii rzadkiego lasu. Z szeroko rozwartej gardzieli doliny płynął orzeźwiający chłód. Konie widocznie poczuły bliskość ludzkiej sadyby, gdyż same przyspieszały kroku.
— Już niedaleko, nasza fanza znajduje się tuż za lasem — zawołał Fu Czau ku Smudze jadącemu wierzchem.
— Jeśli tak, to podskoczymy prędzej i zbudzimy twego ojca — odparł łowca.
Popędzili wierzchowce; wkrótce wóz pozostał daleko za nimi. Nim minął kwadrans, wjeżdżali w dolinę. Nie opodal zaszczekał pies, zaraz wszakże umilkł i znów zapanowała cisza. Rzadki las urywał się na skraju poletka. W świetle księżyca łowcy ujrzeli charakterystyczną, ulepioną z gliny chińską fanzę z kamiennym kominem zbudowanym na tyłach domostwa. Dwie ściany szczytowe oraz tylna były całkowicie pozbawione otworów, natomiast niemal całą frontową zajmowały dwa wielkie okna, podzielone listwami na małe kwadraty, starannie oklejone papierem. Pomiędzy oknami widniały szeroko otwarte drzwi. Fanzę pokrywał dwuspadowy dach z płatów kory.
Łowcy zatrzymali wierzchowce przed domem. Na kilkakrotne wołanie nikt nie odpowiedział, jakby fanza była zupełnie nie zamieszkana. Zeskoczyli z koni i zbliżyli się do stojących otworem drzwi. Tomek ostrożnie przekroczył próg domu. Przy blasku drgającego płomyka zapałki rozejrzał się wokoło.
Tuż z lewej strony drzwi stał niski, kamienny piec, ogrzewający kany [73], czyli prawie dwumetrowej szerokości ławy do spania, zbudowane również z kamienia, które ciągnęły się wzdłuż połowy frontowej oraz jednej szczytowej ściany. Na kanie leżała słomiana mata i odrzucona w nieładzie watowana kołdra upstrzona łatami.
Tomek dotknął ręką kany; była ciepła. W głębi fanzy zwisała z belek podtrzymujących dach, który jednocześnie stanowił sufit, część przepierzenia, dawniej zapewne dzielącego dom na dwie połowy. Tomek zapalił nową zapałkę. Postąpił kilka kroków. Na czysto wymytym stole z heblowanych desek stał świecznik z ogarkiem świecy. Tomek przytknął do niej zapałkę. Teraz ujrzał pod szczytową ścianą, naprzeciwko kany, mały domowy ołtarzyk, przypominający wyglądem kapliczkę, ozdobiony błyszczącymi papierkami oraz polnymi kwiatami. Oprócz stołu oraz trzech koślawych stołków w fanzie znajdowała się jeszcze stara chińska skrzynia. Stała z odrzuconym do góry wiekiem, jakby ktoś w pośpiechu porwał jej zawartość.
Młodzieniec nie gasząc świecy, wyszedł z fanzy.
— Nikogo tam nie ma — poinformował przyjaciół. — Ojciec Fu Czau chyba uciekł słysząc tętent koni. Przypuszczał zapewne, że jesteśmy chunchuzami.
— A może ktoś naprawdę napadł go przed naszym przybyciem? — zaniepokoił się bosman.
— Przedtem pies szczekał, a teraz go nie ma — wtrącił Udadżalaka. — Obudził gospodarza, a potem uciekł razem z nim.
— Nic dziwnego, po nieszczęściu, jakie tych ludzi spotkało, żyją teraz jak zające pod miedzą — zauważył Smuga. — Nasze wołania na nic się nie zdadzą, lepiej poczekamy na Fu Czau.
Zdrożone konie stały spokojnie, łowcy tymczasem przysiedli na ławie stojącej przed fanzą. Opodal budynku mieszkalnego stała drewniana szopa. Za nią widniał warzywny ogródek okolony niskim, ażurowym płotkiem. Łowcy cierpliwie czekali, aż wóz zajechał przed fanzę. Fu Czau zeskoczył na ziemię.
— Drzwi zastaliśmy otwarte, a dom opustoszały — zawołał Tomek. Fu Czau wbiegł do fanzy. Przy ostatnich błyskach świecy bystrym wzrokiem obrzucił jej wnętrze, po czym wyszedł przed dom i wysokim głosem krzyknął coś po chińsku w ciemność nocy.
Wokół panowała cisza przerywana jedynie parskaniem koni. Fu Czau ponowił wołanie. Z krzaków wynurzył się lekko przygarbiony mężczyzna. Z wycelowaną prosto przed siebie lufą starej flinty wolno podszedł do Fu Czau. Młodzieniec skrzyżował ręce na piersiach; nisko pokłonił się starcowi. Ten zaś dłonią najpierw dotknął ramienia syna, jak gdyby chciał się upewnić, że wzrok go nie myli, a następnie pochyleniem głowy powitał nieznanych przybyszów.
Fu Czau po chińsku wytłumaczył ojcu, kim są jego towarzysze. Starzec kiwnął głową, podreptał ku zaroślom. Powrócił ze sporym zawiniątkiem na plecach i kudłatym psiskiem u nogi. Ruchem dłoni zaprosił gości do fanzy.
Łowcy rozkulbaczyli wierzchowce. Razem z dwoma wyprzęgniętymi z wozu luzakami przywiązali je do poprzecznej żerdki obok szopy. Następnie całą uprząż oraz wszystkie juki wnieśli do fanzy. Udadżalaka zapalił dwie świecowe latarnie, podczas gdy Smuga i bosman zaczęli wydobywać z juków zapasy żywności.
Stary Chińczyk przykucnął przy piecu. Otworzył drzwiczki i rozdmuchał żar tlący się w popiele. Fu Czau przyniósł naręcze drobno porąbanego drewna. Wkrótce ogień trzaskał w piecu; starzec zbliżył się do stołu, na którym uprzednio położył zawiniątko. Łowcy ujrzeli skarb ukrywany przed chunchuzami. Stanowiły go: niebieska bluza i spodnie, wytarty barani kożuszek, kilka wiewiórczych skórek, jedna lisia oraz dobrze już podniszczony blaszany czajnik. W ten ostatni starzec nalał wody z wiadra. Postawił go na piecu. Resztę rzeczy schował do skrzyni pod ścianą.
Tomek dyskretnie rozglądał się po fanzie. Górne części ścian oraz belki podtrzymujące dach, dawno nie czyszczone, znacznie już pociemniały. Poza tym w izbie panowała czystość, aczkolwiek z każdego kąta wyzierała skrajna nędza gospodarzy. Starzec wydobył ze skrytki pod podłogą garnek z odrobiną gotowanego ryżu, lecz bosman natychmiast zaprosił go na posiłek przyrządzony z przywiezionych zapasów.
Obydwaj Chińczycy przysiedli na brzegu kany, olśnieni bogactwem rozpakowanych juków.
Bosman przygotował niemal prawdziwą ucztę. Otworzył puszki konserw mięsnych i rybnych, podał solone masło, ser, suchary, konserwowaną fasolę w sosie pomidorowym, suszone owoce i butelkę rosyjskiej wódki. Wszyscy, porządnie zgłodniali, ochoczo zasiedli do stołu.
Na zakończenie posiłku Smuga podarował gospodarzowi woreczek tytoniu. Stary Chińczyk natychmiast przytroczył go sobie do paska spodni. Pykając z fajeczki, zafrasowany, potrząsał głową. Niepewnie zerkał na uchylone drzwi. Widoczne było, że jakaś myśl nie daje mu spokoju. Łowcy niebawem zauważyli dziwne zachowanie starca, toteż Smuga zapytał, czy przypadkiem nie jest mu zimno. Chińczyk zaprzeczył ruchem głowy.
— Wóz, dużo koni, broń dobra, worki pełne drogich rzeczy, to niedobrze. Jeśli chunchuzi dowiedzą się, że mamy tak bogatych gości, na pewno tu przyjdą! — wyjaśnił w żargonie rosyjsko-chińskim.
Smuga zmierzył starca przenikliwym wzrokiem. Czyżby ci dwaj Chińczycy byli w zmowie z chunchuzami? Pawłow nieraz mówił, że bandyci posiadają wywiadowców wśród licznych mieszkańców, którzy informują ich, kiedy i na kogo warto dokonać napadu. Dlaczego ten starzec i chłopak pozostali na zgliszczach osady w tak bliskim sąsiedztwie dzikiej bandy? Może historia o wymordowaniu rodziny była zwykłą bajeczką, a irbis jedynie przynętą w celu zwabienia w pułapkę?
— Czy liczna to banda? — zagadnął, obserwując uważnie tajemniczych gospodarzy.
— Wypatrzyłem ich, gdy przeprawiali się na drugi brzeg. Kilkunastu ludzi, może nawet dwudziestu — odparł starzec. — Potem mówiono, że napadli budujących kolej...
— Bagatelka! To wypadałoby najwyżej po pięciu na każdego z nas — niedbale wtrącił bosman.
Smuga również nie wyglądał na zakłopotanego możliwością spotkania z bandytami. Tomek dostrzegł zagadkowy uśmiech na jego ustach, pomyślał więc, że tym razem złe wiadomości musiały mu być bardzo na rękę.
— Ano, zobaczymy jak to będzie! — rzekł Smuga. — Teraz kładźmy się spać, bo nocy zostało nam już niewiele!
— Kto pierwszy stanie na straży? — zapytał Tomek.
— Nie warto dzisiaj czuwać! Tylko patrzeć świtu — głośno odparł Smuga.
Udadżalaka rozścielał właśnie koce na kanach. Bosman ziewnął potężnie; zaczął się rozbierać.
— Skoro nie trzymamy wachty, to kimajmy jak susły — mruknął.
— Wprawdzie niejeden już, co zaniedbał obowiązku, ze zdziwieniem budził się w królestwie świętego Piotra, ale pan żeś tu dowódcą!
— Święta racja, bosmanie, wobec tego nie mrucz i kładź się spać — szepnął Smuga. — Dzisiaj już nikt by nie zdążył powiadomić chunchuzów...
— Być może, ale zawsze lepiej nikomu zbytnio nie dowierzać!
— Zawsze wierzę tylko sobie — odparował Smuga.
— To mów pan tak od razu! — burknął uspokojony marynarz i domyślnie zmrużył oko.
Upewniwszy się w ten sposób, że Smuga nie zaniedba ostrożności, bosman, zwyczajem Chińczyków, nago legł na kanach zwrócony głową do środka fanzy, a nogami do ściany. Naciągnął koc na głowę. Prawie zaraz zaczął chrapać. Tomek oraz Udadżalaka poszli w jego ślady. Smuga również ułożył się na posłaniu, twarzą zwrócony ku drzwiom. Udając sen, spod przymrużonych powiek obserwował Chińczyków.
Przez jakiś czas Fu Czau szeptem rozmawiał z ojcem. Ten potrząsał głową, co chwila zerkał na śpiących gości. W końcu Fu Czau zdjął z kołka na ścianie starą, powiązaną drutem strzelbę, nabił ją starannie i usiadł na progu w otwartych drzwiach fanzy. Ojciec zdmuchnął świece w latarniach, przykucnął za plecami syna.
Smuga odwrócił się na drugi bok.
Kwik koni przerwał łowcom zasłużony odpoczynek. Jak na komendę zerwali się z posłań. Jednym spojrzeniem upewnili się, czy nikt nie ruszał ich broni. Karabiny stały rzędem oparte o ścianę. Wylegli przed fanzę. Fu Czau właśnie pętał konie i puszczał je na łąkę. Jego ojciec, w słomianym stożkowym kapeluszu na głowie, wyganiał z ogródka warzywnego dwa warchlaki.
Łowcy przystanęli przed zagrodą. Starzec powitał ich pokłonem, a następnie rzekł:
— Syn mówił mi, że czcigodni goście zamierzają schwytać irbisa. Pewno na wyżynach zapowiada się ostra zima, bo jedna pantera zawędrowała już aż tutaj. Niedawno porwała mi najlepszą świnię.
— Czy wiesz może, gdzie urządziła sobie legowisko? — zapytał Smuga.
— Wytropiłem ją kilka dni temu — odparł Chińczyk. — To przebiegła sztuka! Zazwyczaj czatuje nad strumieniem przy wodopoju.
— Wobec tego prosimy cię, dostojny panie, abyś jeszcze dzisiaj wskazał nam to miejsce — wtrącił Tomek.
— Czy naprawdę obiecaliście za to mojemu synowi karabin? — niedowierzająco spytał Chińczyk.
Smuga jakby nie dosłyszał pytania i znów zagadnął:
— Podobno chunchuzi odwiedzają was dość często? Twój syn mówił nam, że przeżyliście przez nich bardzo ciężkie chwile, czy to prawda?
Starzec wyszedł z zagrody. Ręką dał znak, aby goście poszli za nim. Kilkadziesiąt kroków za fanzą ujrzeli niezbyt wysoki płotek upleciony z gałęzi. Okalał on siedem mogił usypanych w jednym rzędzie. Groby były bardzo starannie utrzymane, pokryte kwieciem.
— To moja szlachetna małżonka i dzieci — powiedział starzec, oddając głęboki pokłon każdej mogile. — Chunchuzi odebrali mi ich wraz z całym dobytkiem.
— Słuchaj, poczciwy człowieku, jeśli kiedykolwiek spotkamy chunchuzów, będziemy o tym pamiętali — powiedział bosman, groźnie marszcząc brwi. — A o ten karabin, przyobiecany twemu chłopakowi, nie kłopocz się więcej! Dostanie go jak amen w pacierzu!
Starzec pokłonił się bosmanowi.
— Czcigodny panie, taka broń drogo kosztuje. Mój dobry syn odłożył już trochę pieniędzy, mówił mi, że wam je odda!
Wsunął się za ogrodzenie. Spod darniny na środkowej mogile wydobył blaszaną puszkę od herbaty, po czym wręczył ją bosmanowi. Marynarz zakłopotany zajrzał do jej wnętrza. Trochę wzruszony spoglądał na garść srebrnych monet. W końcu zanurzył dłoń w kieszeni, wyjął złotą pięciorublówkę, wrzucił ją do “skarbonki” i zamknął wieko.
— Schowaj to na czarną godzinę — mruknął, wciskając puszkę do rąk Chińczyka. — Chodźmy do fanzy, zaraz damy ci ten karabin.
Starzec jeszcze raz pokłonił się marynarzowi do kolan, ten zaś, nie chcąc być mniej uprzejmy, uczynił to samo, naraz jednak stuknęli się głowami jak dwa kozły. Zasmucony Tomek zaraz poweselał. Ujął przyjaciół pod ręce i ochoczo poprowadził ich ku fanzie.
Radość obydwóch Chińczyków nie miała granic. Smuga bowiem wręczył im nowy karabin, a bosman dodał do niego własną lunetkę do zakładania na lufę. Tomek dołożył paczkę nabojów. Udadżalaka zaś ofiarował im swój kukri [74], czyli krótki zakrzywiony nóż o szerokim ostrzu.
Po śniadaniu łowcy razem z gospodarzami udali się na poszukiwanie tropów śnieżnej pantery.
Stary Chińczyk tego dnia odmłodniał co najmniej o kilka lat. Szedł raźnym krokiem. Z dumą zerkał na syna niosącego nowy karabin. Nikt w najbliższej okolicy nie posiadał tak wspaniałej broni! Obecnie razem będą mogli chodzić na polowanie. Gdy uskładają dość pieniędzy na kupno kawałka ziemi, przeniosą się w pobliże większego miasta, gdzie zapomną o strachu przed chunchuzami. Starzec już nie łaknął zemsty.
Z czasem przecież pojął, że śmierć kilku nieznanych bandytów nie może przywrócić życia jego rodzinie! Teraz pragnął tylko ocalić jedynego syna i umrzeć spokojnie, otoczony wnukami. Toteż wdzięczność dla tych obcych ludzi, którzy tak szczodrze go obdarowali, wypełniała jego serce. Chciał im to jakoś okazać, więc jak za dawnych lat odważnie prowadził łowców do legowiska śnieżnej pantery.
Wkrótce złowił uchem tak dobrze mu znany szum potoku. Ścieżka wydeptana przez antylopy znajdowała się nieco z boku, ale starzec umyślnie ją omijał, aby nie płoszyć zwierzyny. Gdyby antylopy zmieniły miejsce wodopoju, irbis również by za nimi powędrował.
Okrężną drogą podkradali się nad potok. Chińczyk przykucnął w chaszczach. Ostrożnie rozchylił gałęzie.
— To tutaj — szepnął. — Spójrzcie, dostojni panowie, na ten rozwidlony pień, którego konar zwisa nad wodopojem! Pantera zazwyczaj czatuje na nim o świcie...
— Ejże, człowieku, przecież nawet najgłupsze bydlę natychmiast ją wypatrzy i czym prędzej da drapaka! — powątpiewał bosman.
— Mylisz się, szlachetny panie — zaprzeczył Chińczyk. — Nawet w dzień trudno ją spostrzec! Wyciąga się wzdłuż na gałęzi, łeb opiera na przednich łapach i czatuje nieruchoma.
— Pantery są bardzo przebiegłe — potwierdził Smuga. — Poczekajcie tu na mnie. Rozejrzę się po okolicy i obmyślę plan zasadzki.
— Dobra nasza, poniuchaj pan trochę, bo musimy tu trafić w nocy — powiedział bosman, po czym wygodnie rozparł się na ziemi pod drzewem.
Tomek usiadł obok niego. Korzystając z okazji, że Chińczycy z Udadżalaką zaszyli się w krzewy malin, zagadnął:
— Czy zauważył pan, że Smuga wcale się nie zmartwił wieścią o chunchuzach?
— Ba, nawet był z niej zadowolony — potwierdził marynarz. — Gdy taki cwaniak zabiera się do rzeczy, to chunchuzi mądrzej by zrobili nie włażąc mu w drogę!
— Hm, gdyby bandyci zechcieli nas ścigać w kierunku Nerczyńska...
— Coś mi się wydaje, że jesteś blisko prawdy — potaknął bosman.
— Smuga gotów to tak urządzić...
— A to byłaby heca!
— Jak amen w pacierzu rozerwalibyśmy się trochę — dodał bosman.
— Na szczęście twój szanowny tatuś został w obozie!
Bosman zatarł ręce na samą myśl o spotkaniu z chunchuzami. Dawniej w różnych portach chętnie wdawał się w awantury, jednak od czasu, gdy Wilmowski zwerbował go do wspólnych wypraw łowieckich, nie mógł zbyt często folgować swym upodobaniom. Tomek zauważył to wymowne zatarcie rąk przez przyjaciela. Zaraz też, pomny przestróg ojca, rzekł:
— A co zrobimy, jeśli chunchuzi za mocno przyprą nas do muru?
— Pytasz, co zrobimy? Ano, będziemy celnie mierzyli! — odparł bosman.
— To straszne przelewać krew ludzką!
— Ejże, koleżko, coś mi się wydaje, że masz ochotę wystawić Sally do wiatru!
— Co ma piernik do wiatraka! Po jakie licho zaraz miesza pan Sally do rozmowy o bójkach?!
— Bo gadasz niczym mnich. Nie zamyślasz chyba wstąpić do zakonu?! Zrobiłbyś naszej sikorce paskudny kawał! Gdy jakiś drań skacze ci do oczu, zapomnij, brachu, o Biblii!
— Ładne nauki pan mi daje — z przekąsem rzekł Tomek.
— Ba, nie wszystko złoto, co się świeci! Raz podbiłem kumplowi oko i matka jego przyszła do mego staruszka ze skargą. Za karę cały wieczór musiałem pisać: “Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu lewy!”
— I na pewno wyszło to panu na dobre!
— A jakże, mądralo! Nazajutrz ten z podsiniaczonym ślepiem rąbnął mnie w ucho, a gdy faktycznie usłuchałem przykazania wybił mi boczny ząb. Od staruszka dostałem porządne lanie, że jestem niedorajdą, który pozwala sobie wybijać zdrowe zęby!
Tomek wybuchnął śmiechem. Wkrótce w największej zgodzie gawędzili o różnych przygodach, aż do powrotu Smugi.
Zaraz po obiedzie Smuga zarządził przegląd broni. Uzbrojenie każdego uczestnika wyprawy stanowił pas z dwoma rewolwerami i karabin. Następnie łowcy jeszcze raz przepakowali juki, wóz bowiem oraz część sprzętu zamierzali na jakiś czas ukryć w fanzie.
Oddzielnie odłożyli juki z ubraniem dla zesłańca, śpiwory, namiot i najniezbędniejszy sprzęt obozowy oraz skromny zapas żywności, które były potrzebne w dalszej drodze.
Bosman, zaintrygowany niezmiernie tymi przygotowaniami, na uboczu zagadnął Smugę:
— Wygląda na to, że rychło ruszymy w drogę...
Smuga potwierdził skinieniem głowy, a marynarz dalej indagował:
— Czy spodziewasz się pan chunchuzów? Smuga znów kiwnął głową.
— A jeśli nie przyjdą?!
— To sami ich poszukamy... — padła lakoniczna odpowiedź. Bosman zadowolony zarechotał cicho, po czym szepnął:
— Tak też sobie kombinowałem podczas przeprawy na tę stronę rzeki. Chciałbyś pan, żeby bandziory pognały nas na zachód?
— Albo oni nas, albo my ich — odpowiedział Smuga. Bosman znów zarechotał basem i zapytał:
— Jak pan myślisz, czy szybko dowiedzą się o nas?
— Jeśli nie zjawią się w ciągu dwóch lub trzech dni, to my przystąpimy do działania. Jednak spodziewam się, że wetkną tutaj swój nos!
— A my, jak amen w pacierzu, utrzemy go im! Roześmiali się.
— Wilmowski znów rąbnie nam kazanie — zafrasował się bosman. — Szlachetny to mężczyzna, ale taki niepraktyczny...
— Nie mędrkuj, bosmanie! W razie bijatyki ani na chwilę nie spuszczaj Tomka z oka.
— Możesz pan na mnie polegać. Sally urwałaby mi łeb, gdyby jemu stało się coś złego!
Nadszedł wieczór. Łowcy wcześnie ułożyli się do snu, tej jednak nocy na zmianę czuwali.
Po Tomku przyszła kolej na Smugę. Z rewolwerem u pasa wyszedł przed fanzę.
Noc była bardzo widna. Olbrzymi księżyc w pełni zdawał się dotykać ciemnej linii lasu. Smuga sprawdził, czy wszystkie konie przywiązane są do poprzecznej żerdzi przy szopie, a następnie pomyszkował wśród krzewów wokół fanzy. Nie zauważył niczego podejrzanego, więc po jakimś czasie wrócił do izby. Po cichu zbudził towarzyszy.
Wkrótce ubrani i uzbrojeni wyszli przed dom. Smuga przyniósł sieć i arkany.
— W trójkę pójdziemy na zwiady do wodopoju — oznajmił, gdy wszyscy zgromadzili się przed fanzą. — Ty zaś, Udadżalaka, zostaniesz tutaj na straży. Gdybyś zauważył coś niezwykłego, wypal z karabinu.
Wodopój niedaleko, przybiegniemy w kilka minut. Bądź ostrożny, chunchuzi mogą się kręcić w pobliżu!
— Rozkaz, proszę pana — służbiście odparł Udadżalaka.
— Słuchaj, brachu, najlepiej usiądź sobie za framugą drzwi i tylko dobrze nadstawiaj ucha — doradził bosman. — Węsząc wokół domu stanowiłbyś doskonały cel dla kogoś przyczajonego w krzakach.
— Bosman ma rację — powiedział Smuga. — Stamtąd widać konie jak na dłoni, a właśnie przede wszystkim do nich nie wolno dopuścić nikogo obcego. W razie niebezpieczeństwa natychmiast obudź Chińczyków. Rezerwowy karabin dla starego stoi nabity obok kany.
— Według rozkazu, będę czuwał... — odpowiedział Udadżalaka. Trzej łowcy ostrożnie przedzierali się przez gąszcz pobliskiego lasu, toteż minęło przeszło pół godziny, zanim dotarli do wodopoju. Tomek zadarł do góry głowę. Konar pochylony nad potokiem był prawie niewidoczny na ciemnym tle wyżej rosnących gałęzi.
— Pusto tu i głucho — szeptem zauważył. — Szkoda czasu na bezcelowe tropienie... Możemy wracać do fanzy!
— Nie gadaj głupstw — skarcił go Smuga. — Umyślnie rozgłaszaliśmy o naszej wyprawie na irbisa, więc przynajmniej musimy udawać, że polujemy. Czy już zapomniałeś o Pawłowie?
— Święta racja, on na pewno przeprowadzi śledztwo, gdy my się stąd ulotnimy — dodał bosman. — Dlatego wiele zależy od zeznań obydwóch Chińczyków. Dla nich to urządzamy tę całą szopkę z polowaniem!
— Rozumiem, rozumiem, ale jakoś jestem dzisiaj bardzo niespokojny — usprawiedliwiał się Tomek.
— Nie myśl o chunchuzach, może wcale nie przyjdą — pocieszył go marynarz.
— Dość czczej gadaniny! Bosmanie, wleź na drzewo i umocuj siatkę nad pochyłym konarem — rozkazał Smuga. — Urządź to tak, aby sieć spadła za jednym pociągnięciem sznura.
— Dobra, zaraz zatknę flagę na maszcie! — powiedział bosman. Zarzucił zwój sieci na ramię i zaczął się wspinać na drzewo.
Zniknął na ciemnym konarze, lecz wkrótce rozległ się jego tubalny głos:
— Bycze miejsce na zasadzkę! Włazi się tu jak po schodach...
— Bądź cicho, do licha! — ostrzegł Smuga. — Przepłoszysz zwierzynę! Było to zupełnie niepotrzebne. Bosman sam zamilkł w pół zdania.
Właśnie dopiero teraz, nie dalej jak o wyciągnięcie ręki, spostrzegł bielejące na konarze cielsko pantery. Wpatrywała się w niego błyszczącymi, zmrużonymi ślepiami. Naraz lekko powstała. Bosman na szczęście nie stracił przytomności umysłu; błyskawicznie zasłonił twarz siecią zerwaną z ramienia. Gwałtowne uderzenie cielska pantery omal nie strąciło go z konaru. Z trudem utrzymując równowagę, prawą dłoń wczepił w puszyste futro na karku zwierzęcia, którego pazury i kły szarpały gruby zwój sieci... Bosman próbował zrzucić z siebie rozjuszoną bestię. Nagle uderzyła go tylnymi łapami w nogi. Stracił równowagę, zachwiał się. Po chwili razem z panterą runął w dół.
Nadziemna cicha walka trwała zaledwie chwilę. Toteż Tomek i Smuga przerazili się nie na żarty, gdy bosman nieoczekiwanie gruchnął z drzewa prawie wprost na ich głowy. Tomek upadł, uderzony w twarz puszystym ogonem. Smuga natomiast od razu połapał się w sytuacji. Całym ciężarem ciała przygniótł grzbiet pantery. Bosman stęknął boleśnie. Tomek pośpieszył im na pomoc. Chwycił panterę za skórę na karku tuż przy samym łbie. Niewiele już brakowało, aby gołymi rękami obezwładnili drapieżnika, gdy naraz od strony fanzy rozbrzmiał strzał karabinowy. Po nim zaraz rozpoczęła się bezładna kanonada.
Bosman podkurczył nogi, sieknąwszy z wysiłku wyprężył się i za jednym zamachem zrzucił z siebie panterę oraz przyjaciół.
Irbis szybko skoczył w krzewy, łowcy zaś natychmiast porwali porzucone na ziemi karabiny i pobiegli ku fanzie.