Ranek był mglisty. Południowo-wschodni letni monsun znów niósł znad morza ciepłe, nasycone wilgocią powietrze. Po tajdze snuły się opary, przez które od czasu do czasu nieśmiało przeświecało słońce.
Zupełnie widoczne pogarszanie się pogody wprawiło w dobry humor bosmana Nowickiego, wiatr bowiem zapewniał zniknięcie dokuczliwych meszek. Tego dnia bosmanowi przypadła w udziale rola kucharza, wstał więc ochoczo o świcie, by nazbierać na odżywczy kompot owoców limonnika. Teraz samotnie szedł przez tajgę, niefrasobliwie wymachując trzymanym w ręku wiaderkiem. Prócz myśliwskiego noża za pasem nie miał przy sobie innej broni — gniewne pomruki tygrysów więzionych w obozie przepłoszyły zwierzynę z najbliższej okolicy i bosmanowi zdawało się, że nie grozi mu żadne niebezpieczne spotkanie.
Wkrótce odnalazł w tajdze krzewy limonnika; zaczął zrywać małe, czerwone niczym jarzębina owoce. Po pewnym czasie miał ich już pół wiaderka. Przerwał pracę, usiadł wygodnie na trawie opierając się plecami o drzewo. Wydobył z kieszeni fajkę, nabił ją tytoniem i zapalił. Samotność niebawem znudziła towarzyskiego olbrzyma. Przywykł do częstych pogawędek ze swoim młodszym przyjacielem, Tomkiem Wilmowskim, toteż z pewnym rozgoryczeniem spojrzał w kierunku obozu. Zachowanie Tomka w czasie ostatnich kilku dni było dla niego niezrozumiałe. Młodzieniec nie wdawał się w rozmowy, przebywał na uboczu, a nagabywany przez towarzyszy odpowiadał półsłówkami i tylko od czasu do czasu ukradkiem wymieniał ze Smugą porozumiewawcze spojrzenia. “Co za licho go nagle ugryzło?” — gubił się w domysłach marynarz.
Od lat stanowili parę wypróbowanych przyjaciół. Podczas studiów Tomka w Londynie bosman odwiedzał go niemal co miesiąc. Gawędzili wtedy do późnej nocy. Młody przyjaciel zwierzał mu się ze wszystkich kłopotów, zasięgał rady. Natomiast na wakacyjnych wyprawach łowieckich nie rozstawali się prawie ani na chwilę, ponieważ na prośbę ojca bosman czuwał wtedy nad jego bezpieczeństwem. Nic więc dziwnego, że doskonale poznał słabostki chłopca i przywiązał się nieomal jak do własnego syna.
“Coś musi leżeć mu na wątrobie, to pewne, ale co? — głowił się marynarz. — Może stęsknił się za Sally? Nie, nie, tu nie o spódniczkę chodzi, bo wtedy szukałby u mnie pociechy! Wie, że w sprawach sercowych może na mnie polegać. Jeśli taki roztropny i sprytny chłopak milczy i zasępiony łazi po kątach, to jasne jak słońce, że sprawa jest znacznie poważniejsza.”
Wydobył z kieszeni płaską butelkę ulubionego rumu. Pociągnął z niej spory łyk i ciężko westchnął zafrasowany.
“Co to poczciwe chłopczysko może chować w zanadrzu? — zastanawiał się dalej. — Oho, czuję że coś rozjaśnia mi się w łepetynie? Utknęliśmy w tajdze i niby to łapiemy kociaki, a carski szpicel, którego władze nam narzuciły, wciąż zezuje na nas i we wszystko wtyka nos. Zbyszek jest uwięziony w Nerczyńsku, dokąd nie możemy się dostać bez specjalnego zezwolenia gubernatora. Tfu, do licha! Nie chciałbym znajdować się w skórze Smugi! On tu dowódcą, na nim spoczywa cała odpowiedzialność. Na szczęście stary to wyga! Jeśli potajemnie oczkuje z Tomkiem, to ani chybi obydwaj coś knują. Ho, ho! Ten nasz szkrab naprawdę mógłby zostać królem cwaniaków. Ile to razy jego cudaczne pomysły wyciągały nas wszystkich z tarapatów! Ha, skoro oni obydwaj tak uparcie milczą, niezawodnie słusznie robią — staruszek mój zawsze mówił: ticho jediesz, dalsze staniesz.” [33]
Zadowolony z toku swego rozumowania jeszcze raz wydobył płaską butelkę.
“Nic tak nie rozjaśnia w mózgownicy jak rum” — mruknął, delektując się swoim ulubionym napitkiem. Powtórnie nabił fajkę tytoniem; wkrótce kłęby dymu unosiły się wokół niego. Lekki szum gałęzi zaczął go usypiać. Oparł głowę o drzewo i przymknął oczy.
Naraz wewnątrz pnia drzewa rozległy się jakieś podejrzane szmery. Zaintrygowany czujnie nadstawił ucha. W drzewie niezawodnie coś chrobotało. Otworzył oczy, zadarł do góry głowę.
O jakiś metr ponad nim czernił się mały otwór dziupli, zasnuty jeszcze dymem z fajki.
“Do stu zdechłych wielorybów, czyżbym moją fajką podrażnił w dziupli jakąś gadzinę?” — zaniepokoił się ogromnie.
Zerwał się na równe nogi. Uciął nożem długą gałąź z krzewu jałowca i bez namysłu wepchnął ją w dziuplę w drzewie. Było to przysłowiowym włożeniem kija w mrowisko, albowiem dziupla okazała się gniazdem jakichś bardzo żywotnych zwierzątek. Przestraszone wyskakiwały z dziupli i wymachując kitami ogonów, zwinnie wspinały się wyżej na gałęzie.
W pierwszej chwili bosman oniemiał na widok gromady pięknych wiewiórek [34], które rozbiegały się na wszystkie strony, przeskakując w panice z drzewa na drzewo. Wkrótce jednak przypomniał sobie, że futra wiewiórek syberyjskich są bardzo poszukiwane, więc niezadowolony mruknął:
“Niech mnie tajfun porwie! Łaskawy los zesłał mi wspaniałe futerka, które mógłbym podarować Sally, a ja przegapiłem taką okazję!”
Teraz widząc na własne oczy kilkanaście gryzoni uciekających z jednego gniazda, uwierzył w przechwałki Nucziego, który kiedyś mówił, że synowie jego potrafią złowić nieraz do pięćdziesięciu “biełek” w trakcie jednego polowania. Wiewiórki przywiodły bosmanowi na myśl starego Nucziego, więc znów usiadł na trawie i zaczął rozmyślać o ostatnich wydarzeniach.
Otóż wieczorem tego dnia, kiedy schwytali już czwartego tygrysa, Tomek i Nuczi wyruszyli potajemnie w tajgę, aby przepłoszyć tygrysicę wałęsającą się w pobliżu. Nocna strzelanina w ostępie zaniepokoiła pozostałych w obozie towarzyszy. Wilmowski skarcił potem obydwóch śmiałków za niepotrzebne narażanie się na niebezpieczeństwo. Wtedy właśnie Smuga oświadczył, że czas już zakończyć łowy na tygrysy i poprowadzić wyprawę w okolice Błagowieszczeńska, gdzie w nadamurskich suchych łęgach oraz stepach łąkowych roiło się od wszelakiego ptactwa. Tam bowiem mieli zapolować na duże okazy i preparować ich skórki do wypchania.
Zapowiedź przeniesienia obozu w pobliże jednego z głównych miast Dalekiego Wschodu ucieszyła wszystkich członków wyprawy, aczkolwiek każdego z innego powodu. Dla Tomka oraz jego towarzyszy polowanie na ptactwo było oczywiście jedynie pretekstem przybliżenia się do Nerczyńska. Toteż radowała ich myśl o rychłym rozpoczęciu akcji mającej doprowadzić do uwolnienia nieszczęsnego zesłańca. Dla synów Nucziego, spędzających większość życia w tajdze, odwiedzenie miasta było nie lada wydarzeniem, dla agenta Pawłowa stanowiło zaś okazję do złożenia władzom odpowiedniego meldunku i otrzymania dalszych poleceń.
Tylko Nuczi nie okazał zadowolenia; poprosił o krótką zwłokę. Przed wyruszeniem dalej na zachód postanowił odprowadzić do domu psy poranione podczas łowów na tygrysy i zastąpić je innymi. O świcie następnego dnia osiodłał dwa konie, po czym z psiarnią wyruszył w drogę. Obecnie lada chwila można było spodziewać się jego powrotu.
“Za powodzenie naszej wyprawy” — mruknął bosman pociągając rum z butelki. Następnie, oparłszy się wygodnie o drzewo, zasnął prawie natychmiast.
Natarczywe, głuche gruchanie oraz trzepot skrzydeł wschodnio-syberyjskich leśnych synogarlic [35]wyrwały z błogiego snu rozpartego na trawie bosmana. Leniwie otworzył oczy. Płowe synogarlice właśnie znikały wśród drzew.
Nagle jakieś rozpędzone rudawobrunatne stworzonko przekoziołkowało przez jego pierś. Poderwał się zaskoczony, by ujrzeć zająca bielaka [36] czmychającego w rosnące opadał krzewy limonnika.
“Czyżby klepki pomieszały się w łepetynach tych zwierzaków?! — mruknął zdumiony. — Same pchają mi się dzisiaj w ręce!”.
Mimo woli spojrzał w kierunku, z którego musiał przybiec przestraszony zając. Zdumienie bosmana natychmiast ustąpiło miejsca niepokojowi; o kilka kroków od siebie ujrzał baraszkujące dwa brunatne niedźwiadki [37].
“O, do diabła! Te niedźwiedzie bachory gotowe jeszcze ściągnąć mi tu na kark swoją matkę” — pomyślał rozglądając się pospiesznie po okolicznych krzewach. Naraz cały znieruchomiał, tylko jego prawa dłoń jak wąż przypełzła do rękojeści tkwiącego za pasem myśliwskiego noża i mocno zacisnęła się na niej. Olbrzymia niedźwiedzica buszowała w krzakach malin. Potężnymi łapami naginała gałęzie bądź stawała na tylnych nogach, by pyskiem dosięgnąć słodkiego owocu.
Bosman powoli oparł się plecami o pień drzewa. Siedział nieruchomo, pocieszając się zapewnieniami Smugi, że nawet najsilniejsze gatunki niedźwiedzi atakują człowieka jedynie wtedy, gdy są przez niego zaczepiane lub zranione. Ewentualna próba ucieczki mogła tylko pogorszyć jego sytuację. Niedźwiedzica, mimo pozornie ociężałego wyglądu, z łatwością by go dogoniła. Stanięcie do walki z nożem w dłoni również nie rokowało nadziei na zwycięstwo. W tej chwili był niemal bezbronny wobec olbrzymiego, słynącego z niezwykłej siły zwierzęcia. Wprawdzie niektórzy syberyjscy myśliwi odważali się polować na niedźwiedzie, podsuwając im pod kły lewe ramię owinięte w grubą skórę, podczas gdy prawą dłonią wbijali w serce bestii długi, ostry nóż, lecz do takich zapasów należało posiadać nie lada wprawę! Najmniejsza niezręczność oznaczała nieuchronną straszną śmierć! Bosman nie znał uczucia lęku, toteż chociaż uprzytomnił sobie własną bezsilność, nie wypuścił z dłoni rękojeści noża.
Bura niedźwiedzica nie zwracała uwagi na siedzącego bez ruchu człowieka, za to obydwa baraszkujące misie coraz bardziej zbliżały się ku niemu.
Bosman, obserwując niedźwiedzie igraszki, bezdźwięcznie mruknął:
“Żeby je tajfun porwał! Te szczeniaki, jak amen w pacierzu, gotowe wpakować mnie w paskudną kabałę!” Obydwa rozbawione misie oplotły się przednimi łapami jak zapaśnicy i w końcu walczyły już tuż-tuż przy bosmanie. Nagle potoczyły się wprost na jego nogi. Grube krople potu wystąpiły na czoło marynarza, lecz w dalszym ciągu siedział nieruchomo. Naraz jeden miś, szarpnięty przez swego braciszka za ucho, pisnął żałośnie. Olbrzymia niedźwiedzica natychmiast odwróciła ku nim swój kudłaty łeb. Ciężko opadła na cztery łapy i powoli ruszyła ku tarmoszącym się niedźwiadkom. Bosman spod przymrużonych powiek obserwował kołyszące się brunatne cielsko.
W końcu niedźwiedzica dostrzegła człowieka. Być może było to jej pierwsze spotkanie z nieznanym stworem, bo zdziwiona przystanęła na chwilę. Potrząsnęła pochylonym ku ziemi łbem. Rozległo się głuche mruczenie i jakby mamrotanie. Na odgłos gniewu matki misie przerwały zabawę. Szybko i zwinnie podbiegły do niej. Niedźwiedzica obwąchała obydwa niedźwiadki, po czym jednego podrzutem pyska pchnęła w stronę malinowych zarośli, a drugiego pognała tam uderzeniem łapy w zadek. Już nie spojrzawszy nawet na bosmana, truchtem podążyła za dziećmi.
Przez pewien czas bosman w dalszym ciągu siedział nieruchomo. Potem powolnym ruchem ręki wyciągnął z kieszeni butelkę z rumem. Opróżnił ją do dna. Odetchnął głęboko.
“Tfu, do diabła! Czułem się, jakby mnie tknął paraliż — mruknął. — Widocznie jednak nie jest mi pisane wylądować w niedźwiedzim brzuchu. Upiekło mi się tym razem, ale już więcej nie pójdę w tajgę bez spluwy!”
Dłonią zgarnął pot z czoła. Ociężale powstał, zabrał wiaderko z owocami limonnika i lekko kołyszącym się krokiem marynarza pospieszył do obozu. Niebawem znalazł się w kręgu namiotów.
— Gdzież to podziało się całe bractwo? — zagadnął Smugę, rozglądając się po opustoszałym obozowisku.
Smuga przerwał skubanie jarząbków [38] z pierza i odparł pytaniem na pytanie.
— A gdzież to szanowny pan bosman włóczył się całe przedpołudnie? Komu to przypadło dzisiaj kucharzowanie?
— Właśnie podskoczyłem po owoc na kompot... — usprawiedliwiał się bosman.
— I przy okazji uciąłem sobie drzemkę pod drzewkiem — dodał Smuga.
— Faktycznie tak mi się przydarzyło, ale skąd pan wiesz o tym?
— Sądząc po długiej nieobecności oraz “wspaniałym” łupie nietrudno się tego domyślić — ironicznie odparł Smuga.
— Zacząłem rozmyślać nad tym i owym na osobności, a potem sen mnie trochę zmorzył, nie denerwuj się pan, raz dwa upitraszę obiad. Widzę, że nawet postarałeś się pan o niezłe danie! Riabczyki [39]to prawdziwy przysmak!
— To nie ja upolowałem te jarząbki. Nuczi przywiózł je z drogi — wyjaśnił Smuga.
— Czyżby wrócił w czasie mojej nieobecności? Gdzież to się wszyscy podziali?
— Nuczi przyjechał przed jakąś godziną. Namówił całe towarzystwo na polowanie na iziubry [40], które wypatrzył niedaleko stąd. Byłbym również chętnie poszedł z nimi, ale ktoś musiał zostać w obozie.
— Ha, wobec tego ruszymy nareszcie ku Nerczyńskowi — ucieszył się bosman.
— Jutro o świcie zaczniemy zwijać manatki — potwierdził Smuga.
— No, to naszemu Tomkowi poprawi się humor. Zmarkotniał ostatnio, nawet wiele nie gada. Jak pan myślisz, czy uda się nam oswobodzić tamtego nieboraka?
— Przecież jedynie w tym celu zapuściliśmy się w syberyjską głuszę. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy.
— Oby tylko szczęście nam sprzyjało! Serce mi się kraje, gdy widzę Tomka smutnego. Poczciwe to chłopaczysko! Dobrze, że poszedł na polowanie, przynajmniej trochę się rozerwie. No, jeśli raz dostaniemy tego zesłańca w nasze ręce, to już nie damy go sobie odebrać.
— Ciszej mów, bosmanie, wprawdzie jesteśmy tu sami, lecz nigdy nie wiadomo, co w trawie piszczy — ostrzegł Smuga.
— Racja, święta racja! Trudno jednak rozmawiać szeptem w tym hałasie. Dlaczego te zwierzaki tak się tłuką po klatkach? Wściekły się, czy co?!
Bosman przez chwilę uważnie spoglądał na klatki, w których uwięzione były tygrysy. Zwierzęta pomrukiwały głośno i uderzały cielskami o kraty.
— Ładny z ciebie pogromca, bosmanie. Kiepsko grasz swoją rolę, za mało zajmujesz się tygrysami — zauważył Smuga. — Powinieneś okazywać większe zainteresowanie zwierzętami, aby nie wzbudzać podejrzeń agenta. Pamiętaj, że on nas wszystkich bacznie obserwuje!
— Kiepsko gram swoją rolę, to prawda! Niemniej kiepski też był pomysł robić ze mnie pogromcę — oburzył się marynarz. — Wiesz pan przecież, że nie lubię niańczyć bydląt!
— Lubisz czy nie lubisz, to twoja rzecz. Teraz nie wolno ci dla własnych upodobań narażać nas na niebezpieczeństwo. Hałasują, bo Tomek na pewno nie dał im świeżej wody do picia.
— Chyba mylisz się pan, wprawdzie nasze chłopaczysko lubi czasem to i owo zmalować, lecz tygrysy pielęgnuje troskliwie niczym niańka bachory na spacerze w Ogrodzie Saskim [41].
— Spieszył się na polowanie, to i mógł zapomnieć — pojednawczo rzekł Smuga. — Sprawdź, bosmanie, czy mają wodę!
Marynarz zaraz podszedł do klatek.
— Faktycznie, garnki puste — mruknął pod nosem; porwał wiadro i pobiegł do strumienia.
Wkrótce napełnił wodą miski w dwóch klatkach, przykucnął przed trzecią.
— No, ty przecież masz jeszcze co pić, po jakiego więc diabła tłuczesz się po klatce jak Marek po piekle? — burczał, zaglądając poprzez pręty.
Obserwował rozdrażnione zwierzę. Tygrys niespokojnie wiercił się w klatce, uderzał bokami o ściany i pomrukiwał gniewnie.
— Wpakowałbym ci kawałek ołowiu w łepetynę, to byś się zaraz uspokoił — rzekł bosman.
W tej właśnie chwili tygrys nagłym skokiem rzucił się na kratę. Bosman błyskawicznie się odsunął. ,
— Można by pomyśleć, że bestia rozumie ludzką mowę — zdziwił się marynarz. — Odsuń się, bo ci nie naleję wody i będziesz tu siedział z wywieszonym do pasa ozorem!
Tygrys nieco cofnął się od kraty. Bosman znów podszedł do klatki, nachylił wiadro, gdy wtem tygrys przyskoczył do miski i uderzył w nią łapą, wylewając resztkę wody na pogromcę. Bosman upuścił wiaderko. Z mokrą twarzą stał pochylony, nie mogąc wymówić ze zdumienia słowa. Tygrys tymczasem wysunął pomiędzy kratami łapę i zaczął odryglowywać skobel zamykający drzwi klatki.
“Pijany jestem albo klepki pomieszały mi się we łbie” — pomyślał bosman, cofając się krok za krokiem.
Tygrys uporał się ze skoblem, pchnął kratę; drzwi stanęły otworem. Pręgowane cielsko wysunęło się z klatki. Bosman wielkim susem dopadł drzewa, na którego sęku zawieszony był karabin, porwał broń, złożył się do strzału i nacisnął spust. Metaliczny szczęk iglicy uderzającej w próżnię ostrzegł go, że broń nie jest nabita.
— Janie, uważaj! — krzyknął odrzucając bezużyteczny karabin. Zaraz też w jego prawej dłoni błysnęło ostrze myśliwskiego noża.
Tygrys nie kwapił się do zaatakowania szaleńczo odważnego łowcy. Wolno uniósł się na tylne łapy i odezwał się ludzkim, dziwnie znajomym bosmanowi głosem:
— Nie pożrę cię, żeglarzu, chociaż kiszki dobrze mi już marsza grają! Śniada twarz marynarza aż poszarzała z oburzenia. Wyprostował się, wepchnął nóż w pochwę. Spod tygrysiej skóry wynurzyła się twarz Tomka.
Bosman przełknął ślinę, po czym syknął:
— Ha, nieźle zabawiliście się moim kosztem!
— Przepraszamy cię, bosmanie, zapewniamy, że to nie był żart — poważnie powiedział Smuga. — Odbyliśmy generalną próbę, czy będzie można ukryć zesłańca w klatce w tygrysiej skórze.
— Wspaniale! Próba się udała! — wołał Tomek zrzucając przebranie. Podbiegł do zdumionego marynarza, uścisnął go, a potem objął Smugę i zapytał:
— Czy jest pan zadowolony?
— Oczywiście, Tomku! — potwierdził Smuga. — Jeśli taki zuch jak nasz bosman dał się wyprowadzić w pole, to możemy uznać, że twój pomysł zdał egzamin.
— Pawłow nie odważy się zbliżyć do klatek — mówił Tomek. — Co innego pan bosman! Skóra cierpła mi na grzbiecie, gdy porwał karabin, a potem wydobył nóż. Nawet prawdziwy tygrys mógłby się przestraszyć.
Czuły na pochlebstwa marynarz rozchmurzył się i mruknął:
— No cóż, skoro tak, nie mogę się na was gniewać. Dla uwolnienia naszego nieboraka chętnie nie raz dałbym się wystawić do wiatru. No, pal was sęk! Faktycznie, sztuczka z tygrysem jest pomysłem pierwszej klasy! Zróbmy taką próbę z tą gadziną Pawłowem, a jak amen w pacierzu, szlag go trafi na miejscu! Przez chwilę myślałem, że wszystkie dzikie bydlęta uwzięły się dzisiaj na mnie. Ba, żeby nie te dwa bachory niedźwiedzie, to gotów bym pomyśleć, że i ta niedźwiedzica w tajdze była przebrańcem...
— Czy miał pan jakąś przygodę z niedźwiedziami? — zaciekawił się Tomek.
— Iiii, nic ważnego, drobnostka! Opowiem przy sposobności. Skąd, u licha, wytrzasnęliście tygrysie przebranie?
— Tomek zabił tygrysicę, która wałęsała się w pobliżu obozu, a Nuczi, niby to odprowadzając poranione psy, zabrał ją do domu i oporządził jak należy — wyjaśnił Smuga.
— To pewno było wtedy, gdy strzelałeś nocą w tajdze, a twój szanowny tatuś potem cię ochrzanił — domyślił się bosman. — Do licha, ale w takim razie musiałeś dopuścić Nucziego do tajemnicy. Co będzie, jeśli nas zdradzi?!
— Niech pan się uspokoi, nie wszystko mu powiedziałem. Poza tym to człowiek pewny, nienawidzi caratu.
— Niewątpliwie musi być godny zaufania, skoro Sieroszewski [42] wspominał o nim twemu ojcu — wtrącił Smuga.
— Chyba masz pan rację, ja również znam Sieroszewskiego — pochwalił się bosman. — W Warszawie jeszcze, jako wyrostek, terminowałem na ślusarza w warsztacie kolei warszawsko-wiedeńskiej. Tam właśnie zetknąłem się z Sieroszewskim i niejakim Waryńskim [43], którzy agitowali robotników za socjalizmem. Obydwaj nie mieli chyba więcej jak po osiemnaście lat, a gadali niczym profesorowie. Tęgie to łepetyny i patrioci!
— Dlatego też carat ich prześladował — dodał Tomek. — No, no, ale nie wiedziałem, że może pan się poszczycić tak wybitnymi znajomymi! Wacław Sieroszewski z zesłańca stał się pisarzem i zasłużonym badaczem Azji, a Ludwik Waryński, jako założyciel pierwszej polskiej partii robotniczej, zasądzony był na szubienicę wraz z pięcioma towarzyszami.
Bosman smutno pokiwał głową i rzekł:
— Pamiętam dobrze ów proces Proletariatczyków, na którym skazano Waryńskiego. Chociaż wtedy uniknął śmierci, i tak zginął w więzieniu. Za to Sieroszewskiemu się upiekło! Przetrzymał piętnaście lat na Syberii! Nawet czytałem tę jego książkę o Jakutach, za którą car pozwolił mu wrócić do kraju. Ano, skoro Sieroszewski rekomendował ojcu tego Nucziego, to chyba musimy mu zawierzyć.
— Oczywiście i ja wolałbym nie wtajemniczać nikogo obcego w nasze plany, ale w takiej sytuacji pomoc krajowca może znacznie ułatwić wykonanie zadania — powiedział Smuga.
— Gdybyście słyszeli moją rozmowę z Nuczim, nie żywilibyście żadnych obaw. Ja mu wierzę! — żarliwie zapewnił Tomek.
— Nie przeczę, potrafisz wyniuchać sojuszników — wtórował bosman.
— No, koledzy! Dość tej gadaniny! — przerwał dyskusję Smuga. — Nasi mogą niedługo wrócić. Bierzmy się do roboty! Tomku, dobrze ukryj w jukach skórę tygrysa, a ty, bosmanie, pitraś obiad, bo wszyscy jesteśmy głodni.
Wkrótce z kotła zawieszonego nad ogniskiem unosił się nęcący zapach. Bosman z warząchwią w dłoni dwoił się i troił, jednocześnie zasypując przyjaciół pytaniami.
— Chytrze to obmyśliliście, nie ma co mówić! — perorował z cicha. — Zbyszek ukryty w klatce może udawać tygrysa, ale przecież nawet taki Pawłow połapie się raz dwa, że przybyło nam jedno dzikie bydlę, którego nie schwytaliśmy. Jak mu to wytłumaczymy?
— Pawłow niczego nie spostrzeże, ponieważ po kryjomu wypuścimy na wolność jednego tygrysa — wyjaśnił Tomek.
— Dobra nasza, boję się tylko, czy nieborak wytrzyma w tej skórze. Gotów się udusić w przebraniu.
— Przez jakiś czas musi się pomęczyć — odpowiedział Tomek. — Gdy ukryjemy Zbyszka w klatce, natychmiast zwiniemy obóz i wyruszymy do Chabarowska, tam zaś wynajmiemy dla zwierząt oddzielny wagon towarowy, w którym na zmianę będziemy pełnili dyżury. Nikt obcy do niego nie wejdzie, a tym samym Zbyszek odzyska nieco swobody.
— Prawda, prawda, nie przyszło mi to do głowy — ucieszył się bosman.
— Gdyby zaś w czasie postoju na stacji jakiś ciekawski wtykał nos do nas, to patyczkiem poszturcham prawdziwe tygrysy, żeby się zezłościły, a wtedy na pewno zaraz weźmie nogi za pas.
Czas szybko mijał im na snuciu coraz to fantastyczniejszych pomysłów. W końcu bosman uderzył warząchwią w patelnię i oznajmił, że posiłek jest już przygotowany.
— Coś nasi długo nie wracają — rzekł Tomek, niecierpliwie zerkając na dymiący kocioł. — Jestem głodny, czy będziemy na nich czekali?
— Twój ojciec i Udadżalaka na pewno umyślnie przeciągają nieobecność w obozie, aby pozostawić nam dosyć czasu na próbę z przebraniem się za tygrysa. Dawaj obiad bosmanie, bo i mnie kiszki marsza grają — odpowiedział Smuga.
— Jedzmy, i to prędko, bo coś mi się wydaje, że wkrótce deszcz zaleje ognisko — przytaknął bosman, niespokojnie spoglądając w niebo. — Oby nasi tylko zdążyli wrócić przed nawałnicą!
— Czy pan wróży burzę? — zaniepokoił się Tomek, rozstawiając blaszane naczynia. — Według mnie nic nie zapowiada zmiany pogody.
— Cóż by tam taki szczur lądowy jak ty mógł wyniuchać? — odparł bosman protekcjonalnym tonem. — Zapamiętaj, brachu, że oko i nos majtka potrafią zastąpić najlepszy barometr. Wyczuwam gwałtowną zmianę ciśnienia powietrza. Las zasłania nam widnokrąg i dlatego nie widzimy czarnych chmur gromadzących się szybko na południowym horyzoncie. Nadciąga burza, i to nie byle jaka!
Pospiesznie zjedli fasolową zupę oraz potrawkę z jarząbków z żytnimi sucharami i słoniną, po czym zaczęli sprawdzać liny przytrzymujące płachty namiotów oraz umacniać węzły zaciśnięte na żelaznych kołkach wbitych w ziemię. Potem spędzili konie z łąki, przywiązali je arkanami do wozów, a kotły z jedzeniem wkopali w ziemię w największym namiocie.
Nim minęła godzina, ostry podmuch wiatru uderzył w tajgę i zakołysał wierzchołkami drzew. Trójka przyjaciół co chwila z niepokojem spoglądała w kierunku południowym, skąd powinni nadejść towarzysze. Czy zdążą wrócić przed burzą? W tej części kontynentu azjatyckiego pod koniec lata spotykają się nieraz potężne, ciepłe morskie prądy powietrzne ze słabymi prądami lądowymi, chłodnymi. Wtedy to tworzy się ognisko niskiego ciśnienia, zwane inaczej cyklonem, do którego środka wiatry wieją ze wszystkich stron, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Szczególnie cyklony nadchodzące z południa wywołują gwałtowne ulewy i porywiste wiatry, które wyrządzają wielkie spustoszenia. Niebezpiecznie jest w takim czasie znajdować się w tajdze, ponieważ nieraz pod naporem wichury drzewa padają pokotem na ziemię.
Nagle pociemniało na dworze, chociaż daleko jeszcze było do zachodu słońca. Czarne jak smoła chmury pokryły niebo. Wiatr przybierał na sile.
— Panie Smuga! Przywiążmy klatki z tygrysami do drzew! — zawołał bosman.
— Dlaczego oni tak długo nie wracają? — denerwował się Tomek przygotowując powrozy. — Żeby tylko nie przydarzyło im się coś złego w tajdze podczas burzy!
— Nie obawiaj się, Nuczi jest z nimi, on zaradzi złu — pocieszył go Smuga.
Zaledwie zdążyli umocować klatki, wiatr przyniósł z głębi tajgi odgłosy strzałów.
— To nasi! Uciekają przed nawałnicą, wskażmy im kierunek! — krzyknął Tomek.
Pobiegli do namiotów po karabiny. Po chwili rozbrzmiały trzy salwy jedna po drugiej. Odpowiedziały im, znacznie już bliższe, strzały w tajdze.
Błyskawica przecięła czerń chmur na nieboskłonie. W blasku jej trzej przyjaciele ujrzeli sforę psów i gromadę jeźdźców wynurzających się z lasu na polanę.
— Gdyby nie Nuczi, nie odnaleźlibyśmy obozu — wołał Wilmowski zeskakując z wierzchowca.
— Nareszcie jesteście, denerwowaliśmy się, że długo nie wracacie — mówił Tomek, pomagając ojcu rozkulbaczyć konia.
Wilmowski ogarnął syna ramieniem, przyłożywszy usta do jego ucha zapytał:
— No, jak wypadła próba z tygrysem?
— Doskonale, tatusiu — odpowiedział chłopiec ściskając ojca. Pierwsze grube krople deszczu spadły na polanę. Głuchy grzmot przetoczył się z południa na północ. Wicher powiał z huraganową mocą. Targnął konarami drzew, chwycił się za bary ze stuletnimi pniami. Naginał je ku ziemi, świszcząc i dysząc z wysiłku; czasem ustawał na chwilę, jakby dla nabrania głębokiego oddechu, by ze wzmożoną furią znów uderzyć na oślep. Dziewicza tajga mężnie stawiała czoło. Korzeniami drzew kurczowo wpijała się w ziemię, a smukłymi, giętkimi wierzchołkami na odlew smagała wichurę. Bór napełniły przeciągłe grzmoty, jękliwe poświsty, zagłuszane od czasu do czasu triumfalnym wyciem nawałnicy, gdy z dzikim łomotem powalała przeciwnika na ziemię.
Trzy groźne żywioły chyba się sprzysięgły, by zniszczyć tajgę. Wicher rwał ją pazurami, przyginał do poddańczego pokłonu, gwałtowne strumienie deszczu wyrywały jej ziemię spod stóp, a pioruny przypiekały żywym ogniem. Tajga drżała pod straszliwymi ciosami, niemal padała na ziemię, lecz po każdym morderczym uderzeniu wciąż dźwigała się z kolan i niezliczonymi ramionami urągliwie wystrzelała w górę ku zagniewanemu niebu.
Była to dla łowców bardzo ciężka, denerwująca noc. Na szczęście puszcza okalająca obóz nieco łagodziła siłę uderzeń wichury. Mimo to musieli do świtu walczyć o ocalenie swego dobytku, wiatr bowiem rwał namioty, wywracał wozy, porywał sprzęty i rozpraszał zwierzęta.
Dopiero nad samym ranem burza trochę ucichła: wiatr zelżał, a ulewny deszcz przemienił się w kapuśniaczek. Utrudzeni łowcy najpierw doprowadzili do jakiego takiego porządku obóz, potem dopiero udali się na zasłużony odpoczynek.