Podczas żeglugi Amurem łowcy nie naprzykrzali się kapitanowi “Sungaszy”. Dnie były pogodne i ciepłe. Dzięki temu mogli spędzać większość czasu pod gołym niebem na barkach przy zwierzętach. Tylko w porze obiadowej wszyscy gromadzili się w mesie [53] na wspólny posiłek, lecz wówczas przeważnie prowadzono grzecznościowe rozmowy w języku rosyjskim.
Niekrasow zachowywał się uprzejmie, trochę wyniośle, nie wciągał pasażerów w pogawędki, o nic nikogo nie pytał. Jedynie w stosunku do Pawłowa okazywał wyraźną niechęć, gdy zaś czasem nie udało mu się go wyminąć, zaraz mroził agenta zimnym spojrzeniem.
Łowcy obserwowali kapitana. Wszystko świadczyło o tym, że był to rewolucjonista zahartowany w walce z caryzmem. Postępowaniem swoim budził zaufanie. Nawet Nuczi, który przecież nienawidził Rosjanina Pawłowa, o Niekrasowie mówił: “Kapitan dobre oko, swój człowiek”.
Powściągliwość Niekrasowa była łowcom bardzo na rękę. W innej sytuacji na pewno nawiązaliby z nim bliższą znajomość, ale na tej ryzykownej wyprawie woleli unikać osób podejrzanych dla policji. Agent Pawłow nieustannie wodził wzrokiem za kapitanem, pilnie nadstawiał ucha. Na polecenie Smugi, wierny Udadżalaka w dalszym ciągu śledził każdy krok agenta, toteż łowcy mogli się nie obawiać, że zostaną zaskoczeni.
“Sungasza” wolno płynęła w górę rzeki. Stan wody był wysoki, jak to zwykle tu bywa w lecie w okresie deszczów monsunowych. Brzegi stawały się coraz bardziej urwiste, aż w końcu skaliste góry przesłoniły horyzont. W tej właśnie okolicy Amur przełamywał się przez pasmo Gór Burejskich, które po prawej stronie rzeki, już w Mandżurii, przybierały nazwę Małego Chinganu. Holownik wpłynął w kręty kanał. Prąd wody stawał się coraz silniejszy.
Groźne, a zarazem malownicze skały czasem wyrastały wprost przed statkiem, ale sterowana wprawną dłonią “Sungasza” odważnie brała ostre zakręty.
Kapitan Niekrasow czuwał przy sterze na pomoście nawigacyjnym. Z wygasłą fajką opuszczoną z ust na brodę, spokojnym wzrokiem spoglądał po urwistych, lesistych wybrzeżach, jakby widział je po raz pierwszy. Biali łowcy również nie opuszczali pokładów barek, urzekał ich ten uroczy syberyjski kraj, którego sama nazwa przedtem wywoływała w nich uczucie grozy.
Za skalistym łańcuchem górskim dolina Amuru była znacznie szersza. Pojedyncze pasma gór odsunęły się od rzeki, a napotykane od czasu do czasu nadbrzeżne skały przypominały wyglądem ruiny zamczysk. Znacznie już spokojniejszy nurt wody, zazwyczaj przejrzystej, mętniał przy ujściach dopływów, przynoszących dużą ilość zawiesin. Zapewne dlatego też rzekę nazwano Amurem, czyli Czarną Wodą.
Czas mijał... Holownik wciąż piął się w górę rzeki. Coraz bardziej jednostajny, równinny step, urozmaicony tu i ówdzie świerkami oraz karłowatymi sosnami, przywodził na myśl bliskość Błagowieszczeńska. Tam rezydował gubernator Wschodniej Syberii, w którego kancelarii łowcy musieli załatwić formalności policyjne, umożliwiające dalszą podróż po kraju. Z tego powodu, na prośbę Smugi, kapitan Niekrasow zgodził się na dłuższy postój w Błagowieszczeńsku.
O dzień drogi od miasta łowcy postanowili urządzić małe przyjęcie na cześć kapitana. Niekrasow nie tylko wyraził na to zgodę, lecz nawet oddał do ich dyspozycji swego kucharza. Oczywiście bosman, jako znany smakosz, ujął ster przygotowań w swoje fachowe dłonie. Od samego ranka szperał w jukach, a około południa przeniósł się do kuchni z koszem pełnym rozmaitych zapasów. Jedynie Tomek, obdarzony jak zwykle specjalnymi łaskami bosmana, został dopuszczony do nęcących podniebienie przygotowań.
O zmierzchu kapitan zakotwiczył statek w pobliżu wybrzeża, cała załoga oraz pasażerowie zebrali się w mesie. Niekrasow nie szczędził starań, by wytworzyć jak najprzyjemniejszy nastrój, ale wszelkie jego wysiłki nie odnosiły pożądanego skutku. Lisio przebiegła twarz Pawłowa oraz jego niespokojne oczy, spoglądające spode łba na rozmawiających, odbierały wszystkim apetyty i humor. Zniechęcony tym Niekrasow zamilkł w końcu i siedział nachmurzony.
Bosman Nowicki był tego wieczoru bardzo markotny. Przez cały dzień starał się wznieść na najwyższy szczyt sztuki kulinarnej, lecz wszystkie jego trudy nie przyniosły pożądanego rezultatu. Wspólny obiad bardziej przypominał stypę pogrzebową niż wesołą biesiadę. Na domiar złego, dziwnym zrządzeniem losu, Niekrasow posadził go przy stole obok Pawłowa. Wprawdzie z drugiej strony marynarza siedział Tomek, ale i tak przecież nie mogli swobodnie rozmawiać. Zerkali tylko na siebie porozumiewawczo i, jak reszta gości, jedynie od czasu do czasu rzucali jakieś zdawkowe słowo.
Tomek siedział znudzony, aczkolwiek przedtem cieszył się z owego wieczornego spotkania. Miał nadzieję, że mile pogawędzą z Niekrasowem, a tymczasem... Zaledwie obiad dobiegł końca, załoga “Sungaszy”, Goldowie i Udadżalaka przenieśli się na pokład holownika.
— Ci przynajmniej teraz będą mogli swobodnie pogadać — mruknął bosman do Tomka.
Tomek kiwnął głową. Rozmyślał nad czymś, aż w końcu nieznacznie szturchnął przyjaciela w łokieć i szepnął:
— Do licha, niech pan częściej napełnia kieliszek Pawłowa!
— Zwariowałeś? Szkoda gorzałki! — oburzył się bosman.
— Niech pan mu dogodzi, wtedy wyniesie się stąd!
— Ba, kiedy on sprytny! Ledwo jęzor macza w kieliszku...
— Trzeba zmusić go do picia; niech pan słucha... — pochylił się ku bosmanowi, ten zaś najpierw poczerwieniał z oburzenia, a potem poweselał. Zgodnie kiwnął głową.
Po chwili chrząknął głośno; wszyscy zaciekawieni spojrzeli w jego stronę.
— Siedzimy z nosami zwieszonymi na kwintę, bo każdy z nas poczuwa się do ciężkiego grzechu — zagaił.
Pawłow poruszył się tak gwałtownie, że omal nie zrzucił talerza na podłogę. Wzrokiem przylgnął do ust mówiącego, aby nie uronić ani jednego słowa. Wyraźny niepokój odmalował się na twarzach Smugi i Wilmowskiego, Niekrasow zaś zdumiony spoglądał niepewnie.
— A tak, szanowni panowie, nagrzeszyliśmy, ale lepiej wyznać swe winy i... naprawić błędy — perorował marynarz.
— Upił się po raz pierwszy w życiu — szepnął zdenerwowany Wilmowski.
— Prędzej oszalał — syknął Smuga.
Tylko Tomek spokojnie przysłuchiwał się wywodom przyjaciela, zerkając na biesiadników. Bosman tymczasem ciągnął dalej:
— Tak, tak, zapomnieliśmy, że co boskie należy oddać Bogu, a co cesarskie cesarzowi! Musimy natychmiast odrobić karygodne zaniedbanie! Wznoszę toast za zdrowie cara Mikołaja II [54].
Gdyby grom niespodziewanie uderzył w statek, nie wywołałby większego wrażenia niż toast wzniesiony przez bosmana. Wilmowski pobladł z gniewu, Niekrasow pogardliwie wzruszył ramionami, natomiast Pawłow przestraszył się nie na żarty, że ten zawalidroga wytknął mu tak poważne niedopatrzenie. Smuga, zgorszony w pierwszej chwili postępkiem bosmana, teraz spojrzał na Tomka. Dostrzegł błysk wesołości czający się w jego oczach, natychmiast zrozumiał wszystko.
Bosman powstał, ujął karafkę. Kolejno napełniał kieliszki. Już pochylił się nad stołem przy Pawłowie, gdy naraz wstrzymał rękę w połowie drogi i rzekł:
— Właściwie pan zawiniłeś najwięcej, boś urzędowa osoba. Pawłow przygarbił się, poszarzał na twarzy, a bosman uradowany jego zmieszaniem ciągnął:
— Bardziej zgrzeszyłeś niż my, cywile, ale nie martw się pan. Nadrobimy karygodne zaniedbanie większym naczyniem.
Mówiąc to odstawił swój i Pawłowa kieliszek, podsuwając na ich miejsce szklaneczki do wody. Napełnił je po brzegi.
— Wszyscy piją do dna! — zawołał.
Pawłow poderwał się gorliwie; stojąc spełnił toast. Zaledwie usiadł, nieubłagany bosman znów przemówił:
— Nie możemy obrażać szanownej małżonki cara. Nalewaj pan, panie Pawłow!
Wkrótce potem przyszła kolej na każde z carskich dzieci, rodziców cara, rodziców carowej, aż Pawłow, stukając się z bosmanem szklaneczkami przy każdym toaście, w końcu całym ciężarem już bezwładnego ciała ciężko opadł na fotel.
Bosman popatrzył na niego krytycznym wzrokiem, po czym jeszcze raz napełnił szklanki.
— Panie Pawłow, pijemy zdrowie twojego szefa, ministra spraw wewnętrznych — zawołał.
Pawłow chwiał się. Coś mamrotał nieprzytomnie. Bosman silnie potrząsnął go za ramiona.
— Zdrowie ministra policji, słyszysz?! — krzyknął.
Pawłow bezwładnie opadł na oparcie fotela. Głowę zwiesił na piersi, spał w najlepsze. Bosman zarechotał basem:
— Ale go wykończyła carska rodzinka! Nawet swego ministra zlekceważył! Jak amen w pacierzu złożę na niego skargę na ręce gubernatora w Błagowieszczeńsku. Skoro jednak drań już śpi, to pozwolę sobie zmienić toast. Niech żyje rewolucja!
Wszyscy powstali i wypili do dna. Bosman wygodnie rozparł się w fotelu, nabił fajkę tytoniem, po czym zwrócił się do Niekrasowa:
— Dokończ pan mego dzieła i każ ludziom wynieść tego pijaczynę! Do rana mamy spokój!
— A niech cię diabli porwą, niedźwiedziu! — do łez śmiał się Niekrasow. — Pójdź, niech cię uściskam! Zawsze mi się zdawało, że mam mocną głowę do szklanicy, ale tobie nie sprostam!
— Iii, to była tylko drobna zaprawka. Niech Tomek opowie, jak podczas ostatniej wyprawy grałem na pełne kieliszki w Chotanie z jednym Chińczykiem [55]. Tamten to miał łepetynę!
— Zaraz spokojnie pogadamy — śmiał się Niekrasow. Wyjrzał przez iluminator i klasnął w dłonie: — Hej, Iwan, chodź tu na chwilę!
Marynarz wsunął się do mesy.
— Zamknij gdzie tego szpicla! Niech śpi do rana i nie odbiera nam humoru — rozkazał kapitan.
Iwan przerzucił sobie przez ramię Pawłowa; znikł z nim tak cicho, jak przyszedł.
Zaczęła się miła pogawędka. Niekrasow ciekaw był przygód podróżniczych swoich gości, więc na przemian opowiadali bardziej interesujące przeżycia, a on uważnie słuchał i wciąż zasypywał ich nowymi pytaniami. Bosmanowi wprost nie zamykały się usta. Umiał mówić ciekawie i dowcipnie. Właśnie odstawił do kredensu trzecią opróżnioną z rumu butelkę i biorąc z półki nową, zagadnął Niekrasowa:
— Do stu gnijących na mieliźnie wielorybów! Widać, że kochasz pan prawdziwą przygodę, po jakiego więc diabła po wyjściu z ciupy utknąłeś na tym holowniku, zamiast ruszyć w świat?
— Nie pierwszy zadałeś mi to pytanie — odparł Niekrasow uśmiechając się melancholijnie.
Napił się rumu, zapalił fajkę, po czym dopiero zaczął mówić jakby do siebie:
— Nie było jeszcze wtedy kolei transsyberyjskiej... Wraz z grupą innych skazańców, skuty kajdanami i z połową głowy ogoloną, pieszo przekroczyłem Ural. Trudno sobie wyobrazić, co działo się w duszach więźniów gnanych na Sybir na widok wielkiego słupa granicznego, na którego jednej stronie widniała tablica z herbem prowincji Permu, a na drugiej — azjatyckiego Tobolska. Niektórzy płakali, inni całowali rodzinną ziemię bądź zabierali jej okruch ze sobą na poniewierkę.
Nie rozczulałem się nad swoim losem. Byłem na wszystko przygotowany. Odczytałem niektóre napisy wyryte na granicznym słupie. Były wśród nich znajome nazwiska... Na komendę: “Formować szeregi” podniosłem tułaczy worek, nie obejrzawszy się za siebie, ruszyłem ku przeznaczeniu.
Potem poznałem wiecznie zatłoczone skazańcami więzienia etapowe o drewnianych pryczach, po których snuło się robactwo. Zmieniali się to przekupni, to znów służbiści żołnierze eskortujący konwój, a my wciąż szliśmy na wschód. Trwało to całe miesiące. Zmęczeni, wyczerpani mijaliśmy wsie i miasteczka...
Czy znacie pieśń błagalną [56], śpiewaną przeważnie przez więźniów pospolitych, gdy przechodzą przez osadę? — zapytał Niekrasow.
Nie czekając na odpowiedź, ni to śpiewał, ni mówił:
Zlitujcie się nad nami, ojczulkowie!
Pamiętajcie o znużonych wędrowcach!
Pamiętajcie o biednych więźniach!
Nakarmcie nas i pomóżcie nam, ojczulkowie!
Miejcie dla nas współczucie, ojczulkowie!
Zlitujcie się nad nami, mateczki!
Na Chrystusa, miejcie litość
Nad uwięzionymi!
Poza murami i kratami,
Za zamkami żelaznymi
Musimy marnieć.
Rozłączeni z ojcem i matką,
Rozłączeni z bratem i przyjacielem,
Jesteśmy więźniami.
Zlitujcie się nad nami, ojczulkowie!
Przykre wspomnienia pokryły twarz Niekrasowa chmurą zadumy, umilkł na chwilę. Potem znów mówił:
— Nędza życia skazańców niezrozumiała jest dla tych, co nie słyszeli tej pieśni, na wpół śpiewanej, na wpół wolno mówionej przez setki głosów przy wtórze złowrogiego szczęku kajdan.
Podczas długiej, uciążliwej wędrówki oraz wskutek niezwykle złych warunków na postojach wielu skazańców zapadało na różne choroby i umierało. Szły z nimi również więźniarki i żony niektórych zesłańców, dobrowolnie towarzyszące swoim nieszczęsnym mężom.
W końcu dotarłem do Kary. Wspomniałem już kiedyś, że spotkałem tam kilku Polaków. Zmusili mnie do szczerego podziwu... Od pierwszego dnia zesłania zastanawiali się nad ucieczką i powrotem do swego kraju. Brali udział w protestach, spiskach, buntach, próbowali ucieczki, chociaż za to groziła jeszcze sroższa kara lub śmierć. Moja buntownicza natura wyczuwała w nich bratnią duszę. Wielu z nas szanowało polskich towarzyszy niedoli. Toteż pośród pieśni najrozmaitszych narodowości, śpiewanych przez więźniów, dużo było polskich [57]. Niektóre z nich przetłumaczono nawet na rosyjski.
Niekrasow przerwał, kilka razy pyknął z fajeczki, z czego skorzystał Tomek i zapytał:
— Czy pamięta pan może którąś z tych polskich pieśni? Kapitan wolno skinął głową.
— Bardzo proszę, niech pan ją nam zanuci — szepnął Tomek, głęboko wzruszony opowiadaniem byłego zesłańca.
Niekrasow zdjął zawieszoną na ścianie bałałajkę [58], z powrotem usiadł w fotelu, uderzył w struny...
W cichy, wysrebrzony blaskiem księżyca step nadamurski popłynęła pieśń nierozerwalnie związana z tragiczną historią polskiego narodu:
Boże, czto Polszu rodimuju naszu
Cholil, lelejal stol dołgije gody,
Nynie k tiebie my woznosim molenije
Daj nam swobodu, poszli izbawlenije...
Długo potem trwało wymowniejsze od słów milczenie...
— To i nasze “Boże, coś Polskę” śpiewaliście w Karze? — szepnął bosman, osuszając oczy chustką.
— Śpiewaliśmy. Szczególnie porywały nas pieśni wyrażające tęsknotę za wolnością i rewolucyjne. Wielu z nas knuło plany ucieczki i buntu, a czy wiecie, kto był dla nas wzorem? Wasz rodak, Beniowski [59], były konfederat barski!
— Czyż to możliwe?! Nasz Beniowski prysnął stąd przeszło sto lat temu! — zdumiał się bosman.
— Tak, to prawda, ale jego głośna wówczas na cały świat ucieczka znalazła przede wszystkim żywy oddźwięk na Syberii. Wielu skazańców chciało go naśladować. Potem często rodziły się fantastyczne plany buntu.
— Faktycznie, miał on łepetynę nie od parady. Nieźle wystawił do wiatru swoich gnębicieli — z uznaniem wtrącił bosman. — Masz pan rację, że słuchanie takich historii podnosi na duchu...
— Czytałem w Anglii pamiętniki Beniowskiego, ale tak bardzo chciałbym jeszcze raz usłyszeć od pana o jego ucieczce — poprosił Tomek. — Przepadam za takimi opowieściami...
— Przyłączam się do prośby — gorąco poparł Tomka bosman. — Zwilż pan gardło, słuchamy!
Napełnił rumem szklaneczkę Niekrasowa. Kapitan nie dał się długo prosić, zakurzył fajkę i zaczął mówić:
— Beniowski po dostaniu się do niewoli od razu zaczął przemyśliwać o ucieczce. Zaledwie przywieziono go do Kazania, nawiązał kontakt z Tatarami oraz przebywającą tam szlachtą, przy pomocy których chciał wywołać zbrojne powstanie i w ten sposób ułatwić sobie odzyskanie wolności. Spisek wydał ktoś przedwcześnie. Na szczęście Beniowski w porę wyjechał do Petersburga. Tam wkrótce opracował nowy plan ucieczki, tym razem na statku holenderskim. Niestety, jego zamiary znów się pokrzyżowały, zdradził go bowiem kapitan statku. Oberpolicmajster Cziczerin aresztował Beniowskiego. Osadzono go w twierdzy, a potem oddano pod sąd. Jako niebezpieczny przestępca polityczny został skazany na wygnanie do Bolszerecka na Kamczatce.
Po przybyciu na miejsce zesłania był początkowo pilnie strzeżony. Mimo to nie zaniechał planów oswobodzenia się z niewoli. Wkrótce pozyskał zaufanie gubernatora Nilowa. Zaczął uczyć jego córkę, Afanazję. Dzięki temu mógł ponawiązywać kontakty z wybitniejszymi mieszkańcami półwyspu, którzy zaproponowali mu założenie szkoły. Ale zesłaniec nie o tym myślał. Zawierał znajomości z oficerami i urzędnikami, a szczęśliwą grą w szachy zyskał nawet nieco pieniędzy.
W jego niespokojnym umyśle wnet zrodził się nowy pomysł ucieczki. Zjednał dla swoich planów niejakiego Krustjewa oraz przebywającego od piętnastu lat na zesłaniu Kazimierza Bielskiego, byłego polskiego starostę. Przy ich pomocy zorganizował spisek, który niebawem objął szerokie kręgi. Potajemną działalność ułatwił Beniowskiemu jego zażyły stosunek z domem gubernatora, albowiem młoda Afanazja zakochała się w nim bez pamięci. Beniowski, zmuszony koniecznością, zataił przed nią na jakiś czas, że jest już żonaty. Niełaska gubernatora udaremniłaby jego szeroko zakrojone plany. Zamierzał opanować okręt w porcie, by na nim odpłynąć z Kamczatki. Sprzysiężenie zostało jednak odkryte. Przedsiębiorczy Beniowski nie dał mimo to za wygraną! Podjął walkę. Gubernator Nilów zginął. Beniowski przy pomocy swoich zaufanych otoczył cerkiew, w której akurat znajdowały się rodziny rosyjskich dostojników zamieszkałych w Bolszerecku, i zagroził im spaleniem, jeśli żołnierze rosyjscy nie złożą broni. W ten sposób zawładnął stolicą Kamczatki.
Z kolei, zająwszy uprzednio upatrzony okręt, zgromadził na nim zapasy z magazynów Bolszerecka, wywiesił banderę polską i oddawszy dwadzieścia honorowych strzałów armatnich, odpłynął z towarzyszami. Razem z Beniowskim uciekła również Afanazja, która nawet wtedy, gdy wyznał jej, że nie może zostać jego żoną, pragnęła towarzyszyć mu jako przybrana córka.
— A cóż się potem stało z tą nieszczęsną dzierlatką? — zagadnął bosman.
— Zmarła podczas podróży na morzu — wyjaśnił Niekrasow, nabijając fajkę tytoniem.
— Hm, naprawdę mi jej żal — zauważył bosman. — Ale nasza Sally również poleciałaby za Tomkiem na koniec świata!
— Czy on mówi o pana narzeczonej? — zaciekawił się Niekrasow. — Sądząc po brzmieniu imienia, chyba nie jest Polką?
— Nie jesteśmy narzeczonymi, chociaż... bardzo się lubimy — odparł Tomek z lekkim rumieńcem na twarzy. — To Australijka, studiuje w Anglii. Ale nie wyjaśnił nam pan jeszcze, dlaczego pan pozostał na Syberii...
— Po tym, co usłyszałem, na pewno mnie pan zrozumie — odpowiedział Niekrasow, uśmiechając się do Tomka. — A więc początkowo w Karze wciąż marzyłem, aby na wzór Beniowskiego zdobyć statek i uciec z Rosji carskiej. Później wszakże zaniechałem myśli o ucieczce. Przebywałem z wielu rewolucjonistami. Dzięki nim zrozumiałem, że będę tutaj potrzebny, gdy nadejdzie pora do działania. Po odbyciu kary ożeniłem się ze studentką z Kijowa, skazaną na osiedlenie na Syberii. Mieszkamy w Chabarowsku. Żona stale przebywa tam z dwojgiem dzieci, a ja pozostaję z nimi, gdy zimowe lody skuwają Amur na kilka miesięcy.
— Baba dla marynarza jest jak kotwica dla okrętu — mruknął bosman, a głośno dodał: — Nie martw się pan, i dla nas słoneczko zaświeci. Robotnicy burzą się wszędzie, a brać marynarska im sekunduje. Koleżki z “Potiomkina” już pokazali w Odessie pazury [60].
— W każdym razie nie tak całkowicie zarzucił pan myśl o opanowaniu statku. Przecież dowodzi pan “Sungaszą” — wmieszał się do rozmowy Wilmowski, pragnąc zmienić temat zbyt drażliwej rozmowy.
Kapitan Niekrasow uśmiechnął się i dodał:
— Może panów to zaciekawi, ten holownik jest własnością kilku Polaków zamieszkałych w Harbinie [61] w Mandżurii. Brali oni udział w pierwszej ekspedycji technicznej, wysłanej przez Rosję w celu wytyczenia linii obecnej kolei Wschodnio-Chińskiej łączącej Czytę w Kraju Zabajkalskim z Władywostokiem nad Oceanem Spokojnym. Przez jakiś czas również pracowałem przy budowie kolei, wtedy właśnie poznałem moich obecnych wspólników.
— Rzeczywiście przyjemny to dla nas zbieg okoliczności — przyznał Wilmowski. — Znałem pierwszego wiceprezesa kolei Wschodnio-Chińskiej, inżyniera Stanisława Kierbedzia. To bardzo zdolny budowniczy. Jego dziełem jest pierwszy most stalowy na Newie w Petersburgu oraz most na Wiśle w Warszawie, nazywany mostem Kierbedzia.
— Słyszałem o tym Polaku, natomiast osobiście stykałem się z inżynierem Adamem Szydłowskim, pod którego kierownictwem w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym wyznaczono miejsce na założenie Harbina. Dzisiaj jest to już spore osiedle. Mieszka w nim większość Polaków osiadłych w Mandżurii.
— Z tego co mówicie, szanowni panowie, wynika, że Polacy znacznie przyczynili się do wybudowania tej kolei — mile zdumiał się bosman.
— A czy Polacy nie brali również udziału w badaniu nawet najmniej dostępnych zakątków Syberii? — wtrącił Tomek. — Wiele tu pozostawili po sobie niezatartych pamiątek.
W tej chwili gdzieś w głębi statku rozległo się głuche dudnienie i przenikliwe krzyki.
— Cóż to takiego? Co tam się dzieje? — zaniepokoił się Smuga.
— Do licha, ktoś woła o pomoc! — dodał bosman.
— Iwan, Iwan! Przyjdź tu na chwilę! — krzyknął kapitan nie ruszając się z fotela.
Marynarz przystanął w progu.
— Co zrobiłeś z tym urżniętym szpiclem? — niedbałym głosem zagadnął Niekrasow.
— To, co pan kapitan rozkazał — dobrodusznie odpowiedział Iwan. — Zamknąłem go, żeby się wyspał i nie przeszkadzał. Widocznie wytrzeźwiał już, bo wrzeszczy...
— A gdzie go zamknąłeś? — flegmatycznie pytał Niekrasow.
— W karcerze [62], bo gdzie indziej nie ma kluczy.
Niekrasow parsknął śmiechem.
— To wypuść go teraz! — polecił. — Na pewno szczury okrętowe dały mu się we znaki. Zjedzą go jeszcze i będziemy mieli kłopot.
— Według rozkazu, panie kapitanie, zaraz go oswobodzę — odparł marynarz.
Bosman rozweselił się i zawołał:
— Słuchaj, Iwan, nie musisz zbytnio się spieszyć. Drzwi do karceru na pewno się zacinają!
— Rozumiem, zacinają się — potaknął Iwan.
— Skoro tak, to łyknij szklaneczkę rumu — zaproponował bosman.