— Do stu beczek zjełczałego tranu, przerwij z łaski swojej to polowanie na karaluchy! — ofuknął bosman Tomka. — Zdrzemnąć się nie mogę, gdy co chwila te wstrętne robaki trzaskają ci pod nogami!
Tomek przystanął przed przyjacielem spoczywającym na sienniku położonym wprost na podłodze i odparł nieco oburzony:
— Jednemu przeszkadzają meszki, a drugiemu karaluchy. Widzę, że pan jakoś dziwnie szybko pokumał się z tą plagą syberyjskich mieszkań. Proszę, robak włazi panu na poduszkę!
— A cóż mi to szkodzi? Pewno wyczuł moje dobre serce. Przecież to też stworzenie boże! — filozoficznie odparł bosman. — Brać marynarska nie może być wrażliwa na takie drobiazgi. Czasem różnie bywa na statku. Wiesz, brachu, raz płynąłem na starym pudle do Chin. Wieźliśmy same rury, ale gdybym tego nie widział na własne oczy, pomyślałbym, że płyniemy z ładunkiem karaluchów i szczurów. Bestie wpadały nawet do kotła z zupą.
— Nie pracowałbym ani jednej godziny na takim statku — zawołał Tomek.
— Tak mówisz? Ha, może taki zuch jak ty zaraz wskoczyłby do morza! Ja zaś wolałem dopłynąć do Kolombo na Cejlonie, i dopiero tam z jednym koleżką przezornie spóźniliśmy się na krypę. Dalej pożeglowała już bez nas.
— Nie do żartów mi teraz — mruknął Tomek. — Gdyby pan Klemensowicz nie odziedziczył tej nory po swoim ojcu, polskim zesłańcu, podpaliłbym ją bez wahania.
— Pomysł niezły, ale wtedy musielibyśmy mieszkać pod gołym niebem, bo to przecież jedyny hotel w Nerczyńsku. No, no, przedsiębiorczy to był człek, skoro założył interes pozbawiony konkurencji!
Tomek zniecierpliwiony kpinami bosmana wzruszył ramionami. Podszedł do okna wychodzącego na ciemny, brudny dziedziniec. Smuga jakoś długo nie wracał z miasta. Na podwórzu kudłate psisko buszowało koło cuchnącego śmietnika. Młodzieniec, nie doczekawszy się widoku powracającego Smugi, zniechęcony odwrócił się tyłem do okna. Powiódł wzrokiem po nędznym pokoiku. Przypominał on bardziej spelunkę [113] niż pomieszczenie hotelowe. Farba dawno już poodpadała z rani i okien, w wypaczonych deskach brudnej podłogi ziały czernią dziury służące za schronienie robactwu i szczurom, a ze ścian zwisały strzępy tapet, które poruszane wiatrem, powiewały niczym chorągiewki. Jedynym stałym umeblowaniem był chwiejący się na nogach stół, przykryty poplamionym, starym obrusem. Trzy wypchane słomą sienniki oraz miedziana powyginana miska pojawiły się w pokoju dopiero na usilne prośby podróżników, poparte sutym napiwkiem. Przyniósł je z prywatnego mieszkania pana Klemensowicza brudny jak wszystko w tym hotelu chłopak, posługacz i kucharz zarazem.
— Oszaleć można, czekając bezczynnie w tej norze — mruknął Tomek.
— A cóż innego możemy robić, skoro Smuga zakazał nam afiszować się po ulicach? — zapytał bosman. — Nudno tu i jedzenie kiepskie. Nawet drzemać nie mogę, bo już wyspałem się za wszystkie czasy.
— Pan Smuga słusznie postępuje — dodał Tomek. — W takiej kilkutysięcznej mieścinie jak Nerczyńsk, każdy obcy człowiek natychmiast zwraca na siebie uwagę. Im mniej nas tu widzą, tym lepiej! Poza tym, cóż tu jeszcze jest do oglądania? Prawie wszystkie domy znam już na pamięć: biblioteka, muzeum, trzy szkoły, bank i jedynie naprawdę wspaniały pałac Naszkina.
— Pominąłeś szpital, w którym niby to leczy się Smuga — wtrącił bosman.
— Na szczęście pan Smuga szybko odzyskał siły po leku buddyjskiego mnicha. W tym nędznym szpitaliku niewiele by mu mogli pomóc.
— Smuga wszystko to dobrze wykombinował!
— Ma pan rację! Udaje chorego, żeby stworzyć pretekst do przedłużenia pobytu w Nerczyńsku i jednocześnie usiłuje zebrać informacje o Zbyszku.
— Jakoś długo nie wraca — zauważył bosman. — Ciekawe, co mu też dzisiaj powie ten znajomek Pandita Davasarmana? Przecież obiecał nam pomóc!
— Miejmy nadzieję, że nie zawiedzie! Jak to się nisko kłaniał, gdy powiedzieliśmy, z czyjego polecenia przychodzimy do niego — zauważył Tomek.
— Święta racja — potaknął bosman. — Kto by się spodziewał, że Pandit Davasarman ma takie długie ręce!
— To niezwykły człowiek!
— Musi być nie byle jaką szyszką między pundytami. Nawet Anglicy liczą się z jego zdaniem. Mieliśmy tego dowody podczas poprzedniej wyprawy do Tybetu.
Obydwaj przyjaciele pogrążyli się w rozmowie na temat wpływów Davasarmana, a potem pochyleni ku sobie roztrząsali plan uprowadzenia zesłańca z Nerczyńska. Karaluchy nie napastowane przez Tomka wspinały się spokojnie nawet na stół...
Skrzypnięcie drzwi przerwało cichą rozmowę. W progu stanął Smuga. Tomek i bosman podskoczyli ku niemu, on zaś najpierw starannie zamknął drzwi, zdjął kurtkę, po czym spoczął na sienniku i zapalił swą ulubioną fajkę. Teraz dopiero spojrzał na przyjaciół. Wzrokiem wskazał im miejsce obok siebie. Usiedli przy nim.
— Czy dowiedział się pan czegoś? — niecierpliwie zapytał Tomek. Bosman chrząknął i zaczął nabijać fajkę tytoniem.
— Przynoszę niepomyślne wiadomości — po dłuższej chwili odezwał się Smuga. — Zbigniew Karski został wywieziony z Nerczyńska osiem miesięcy temu.
Tomek pobladł, zamarł w bezruchu wpatrzony w Smugę. Bosman z rozmachem strzepnął robaka spacerującego po poduszce i powiedział:
— Zaraz mi się wydało, że pańska mina nie wróży nic dobrego... No tak, biedaczysko przepadł jak w paszczy wieloryba...
— A więc wszystko stracone... — drżącym, łamiącym się głosem szepnął Tomek.
— Tego nie powiedziałem! — zaprzeczył Smuga. — Wprawdzie wywiezienie Zbyszka z Nerczyńska znacznie skomplikowało sprawę, lecz tym bardziej należy mu pomóc w odzyskaniu wolności.
— Czy istnieje jeszcze jakaś szansa? — gorączkowo zapytał Tomek, chwytając dłoń przyjaciela.
— Uspokój się, Tomku, wiesz, że uczynię wszystko, co w mej mocy, by ocalić tego chłopca — odpowiedział Smuga.
— To są prawdziwie męskie słowa! — pochwalił bosman. — Jak amen w pacierzu wskoczę w ogień, jeśli zajdzie potrzeba!
Smuga z uśmiechem spojrzał na olbrzyma i rzekł:
— Cieszy mnie, bosmanie, twoja gotowość, bo wkrótce będzie nam gorąco.
— Wal pan prosto z mostu, jak przedstawia się sprawa. Na mnie możesz liczyć — zapewnił marynarz. — Łepetyna do góry, Tomku! Nie opuścimy w niedoli tamtego nieboraka!
— Wyjmij mapę z mojej torby — rozkazał Smuga.
Po chwili mapa leżała rozłożona na podłodze, a wtedy Smuga wyjaśnił:
— Osiem miesięcy temu Zbyszek został przetransportowany z Nerczyńska do Ałdanu. O, to tutaj, w Jakucji.
— A niech to wieloryb połknie! Przecież z naszego obozu bliżej nam było do Ałdanu niż do Nerczyńska! — zdumiał się bosman.
— Będzie około sześciuset kilometrów — dodał Tomek, wymierzywszy na mapie odległość.
— Cóż, należało się liczyć z przykrymi niespodziankami — ciągnął Smuga. — Teraz zastanówmy się, w jaki sposób moglibyśmy dotrzeć do Ałdanu.
— Ba, a co na to powie policja? Przecież Pawłow siedzi nam na karku — zafrasował się bosman.
— Tyle trudu kosztowało nas przedostanie się z Kraju Nadamurskiego do Zabajkala! Jak teraz upozorujemy konieczność udania się do Jakucji? — zawtórował Tomek. — Będziemy musieli się przedzierać przez dziką tajgę! Czy to jednak pewne, że Zbyszek przebywa w Ałdanie?
— Nasz informator uczynił wszystko, co leżało w jego mocy, aby udzielić nam jak najpewniejszych wiadomości. Zastałem u niego jego krewnego, który pracuje u Naszkina. To on właśnie podał mi te dane!
— Czy może osobiście znał Zbyszka — porywczo zawołał Tomek.
Smuga skinął głową.
— Co powiedział? Wal pan prosto z mostu — zachęcił bosman.
— Zbyszek wykazywał duże zainteresowanie handlem futrami. Dzięki temu zyskał sobie dobrą opinię u zwierzchnika. Protekcja syberyjskiego magnata mogła zesłańcowi ułatwić przetrwanie okresu kary. Naszkina łączą dobre stosunki z gubernatorem i władzami policyjnymi.
— Więc dlaczego Zbyszka stąd wywieźli? — wtrącił bosman. — Nic z tego nie rozumiem...
— Słuchaj cierpliwie, to wszystko pojmiesz — odparł Smuga. — Chłopiec nie przerwał na zesłaniu działalności przeciwko carskiemu rządowi.
— Co pan mówisz! A to rogata dusza! Zuch chłopak! — pochwalił marynarz.
— Policja wykryła, że utrzymywał zażyłe stosunki z młodymi rosyjskimi studentami, zesłanymi na Sybir za knowania rewolucyjne. Wszystkich podejrzanych policja powywoziła do innych miejscowości. Naszkin wstawił się za Zbyszkiem, lecz nic nie wskórał. Na domiar złego policja podobno przechwyciła list napisany przez niego do kogoś w Anglii, w którym prosił o jak najszybszą pomoc.
— Mój Boże, to na pewno był list do mnie — szepnął Tomek.
— I ja tak przypuszczam — powiedział Smuga. — W każdym razie Naszkin postąpił bardzo przyzwoicie. Nie mogąc zatrzymać Zbyszka w Nerczyńsku, wyjednał wysłanie go do swej placówki handlowej w Jakucji, w Ałdanie. Niestety surowy klimat źle wpłynął na zdrowie chłopca. Podobno choruje... Ostatnią wiadomość o nim przyniósł przed trzema miesiącami jakiś agent handlowy.
— A niech to tajfun porwie! Nie mamy chwili do stracenia — stanowczo rzekł bosman.
— Musimy go ratować! — zawołał Tomek, zrywając się z posłania.
— Słuchajcie dalej — powstrzymał ich Smuga. — Nie powiedziałem jeszcze najważniejszego. Agent policji, który wykrył konszachty Zbyszka z rosyjskimi zesłańcami, nazywał się Pawłow.
Bosman i Tomek zaniemówili na chwilę. Zdumionym wzrokiem spoglądali na Smugę. Pierwszy otrząsnął się marynarz.
— Fiu, fiu — gwizdnął przez zęby. — Czy to tylko to samo nazwisko, czy też jest to jeden i ten sam człowiek. Ho, ho, naprawdę robi się gorąco.
— Czy nie dowiedział się pan niczego więcej o tym agencie? — gorączkowo pytał Tomek, z trudem tłumiąc wzburzenie.
— A jakże, dowiedziałem się — potwierdził Smuga. — W jakiś czas później przeniesiono go do Chabarowska.
— Więc to nasz Pawłow! — syknął bosman. — A to gadzina! Nic dziwnego, że łapska swędziały mnie na sam jego widok!
— Musimy jak najprędzej wracać do ojca — powiedział Tomek. — Wydaje mi się, że nie doceniliśmy przebiegłości tego szpicla!
— Ano faktycznie, ziemia pali się nam pod stopami — przyznał bosman. — Zbierajmy manatki i... wiejmy stąd!
— Zaraz pójdę na stację sprawdzić, kiedy odchodzi pociąg — rzekł Tomek powstając z siennika.
— Siadaj — stanowczo rozkazał Smuga i dodał: — Wiedziałem, że ta wiadomość wytrąci was z równowagi, dlatego właśnie oznajmiłem ją wam na końcu. Teraz należy zachować zimną krew i rozwagę. Dzisiaj nie możemy stąd wyjechać, ponieważ Naszkin zaprosił nas na bankiet, jaki wyprawia na naszą cześć. Zakomunikował mi to sotnik Tucholski. Szedł do nas, gdy wracałem do hotelu. Naszkin chce nam podziękować za pomoc w schwytaniu chunchuzów.
— Niech go wieloryb połknie z jego bankietem — zaklął bosman.
— Akurat teraz będziemy tracili czas na zabawę!
— Powinniśmy jak najszybciej uprzedzić ojca o Pawłowie!
— Co nagle, to po diable — studził ich Smuga. — Nie wolno nam nierozważnie postępować, by nie popełnić jakiegoś błędu. Niebezpieczeństwo grozi nie tylko zesłańcowi.
— Prawda, proszę pana, prawda! Ojciec i bosman są szczególnie zagrożeni, lecz gdyby policja odkryła cel ekspedycji, kiepsko by było z nami wszystkimi. Co teraz zrobimy?
— Dzisiaj wieczorem udamy się na przyjęcie — odpowiedział Smuga.
— Już zamówiłem dorożkę, która przyjedzie po nas. Gdy będziemy przejeżdżali koło dworca, powiesz, Tomku, że zapomniałeś kupić papierosów. Zatrzymasz dorożkę i pójdziesz do bufetu na stacji. Przy okazji sprawdzisz, kiedy odjeżdża pociąg na wschód.
— Sprytnie pan to wykombinowałeś! — roześmiał się bosman, który powoli odzyskiwał humor. — Dorożkarz może pozostawać na usługach policji, nie domyśli się więc, że chcemy czmychnąć stąd jak najprędzej.
— Ostrożność nie zawadzi — rzekł Smuga. — W Rosji agenci policyjni zazwyczaj śledzą cudzoziemców. Chociaż dobrze miałem się na baczności, mogli wyniuchać moje odwiedziny u znajomka Pandita Davasarmana.
— Dmuchajmy na zimne, nie sparzymy się na gorącym — zawtórował bosman. — Czy nie obawiasz się pan, że agenciaki mogą poszperać w naszych jukach w hotelu?
Smuga poważnie skinął głową.
— Dlatego właśnie trzymałem was obydwóch tutaj w pokoju — odparł.
— Czemuś pan tego od razu nie powiedział?! — obruszył się marynarz.
— I tak byłem pewny, że ściśle wykonacie moje polecenie.
— Gdy dzisiaj wieczorem wszyscy pójdziemy do Naszkina, policja może skorzystać z okazji — zafrasował się Tomek. — Sąsiednie pokoje są obecnie nie zajęte przez gości, w jednym z nich możemy ukryć juk z ekwipunkiem dla Zbyszka.
— Bardzo dobry pomysł, Tomku — pochwalił Smuga. — Rekwizyty przeznaczone do charakteryzacji zaintrygowałyby policję. Bosmanie, pójdziesz zagadać pana Klemensowicza i jego sługę, a my tymczasem...
— Dobra nasza, załatwię ten drobiazg!
Bosman znikł za drzwiami. Po chwili jego tubalny głos rozbrzmiewał gdzieś w głębi domostwa.
Tomek odwrócił się i czujnym wzrokiem spoglądał na odjeżdżającą dorożkę. Sprzed dworca do pałacu Naszkina było zaledwie kilkaset kroków, toteż chwiejący się na koźle podchmielony dorożkarz wcale nie był zdziwiony, że jeden z pasażerów resztę drogi odbędzie piechotą. Tomek wolnym krokiem wszedł do budynku. Przy kasie podróżni tłoczyli się po bilety.
“Prawdopodobnie jakiś pociąg nadjedzie za chwilę” — pomyślał młodzieniec i udał się do bufetu w sąsiedniej salce. Przystanął przy ladzie. Poprosił o dwa pudełka papierosów i o kwas. Popijając orzeźwiający napój wdał się w pogawędkę z bufetową. Po chwili wiedział już, że wkrótce nadjedzie pociąg z Ruchłowa. Upewniwszy się, że w kierunku północno-wschodnim będą mogli wyjechać dopiero następnego dnia w południe, Tomek poprosił o jeszcze jedną szklankę kwasu. Mimo woli spoglądał w okno na peron. Lokomotywa, sapiąc i buchając parą, wjechała na dworzec. Nieliczni podróżni wysiadali z wagonów.
Tomek kończył właśnie pić kwas. Już miał odejść od lady bufetu, gdy wtem żołnierz w mundurze kozackim wszedł do sali pobrzękując szablą. Nowy gość wydał się Tomkowi dziwnie znajomy. Kozak zamówił kieliszek czystej wódki. Teraz dopiero spojrzał na Tomka stojącego dotąd samotnie przy ladzie. Na widok młodzieńca zdumienie i radość odmalowały się kolejno na jego twarzy. Pospiesznie zasalutował przykładając prawą dłoń do papachy, to jest do wysokiej futrzanej czapki noszonej przez Kozaków, a następnie zawołał:
— Zdrawstwujtie wasze wysokobłagorodje [114], jak to dobrze, żeśmy się spotkali, przywożę dobrą nowinę! Aresztowaliśmy kapitana Wanga!
Tomek po chwili dopiero przypomniał sobie, skąd zna tego Kozaka.
Był to dowódca oddziałku, który z rozkazu sotnika Tucholskiego udał się na poszukiwanie przewoźnika-szpiega. Ciekaw wiadomości z obozu, ochoczo przywitał się z żołnierzem.
— Cieszę się, że kapitan Wang nie zdołał wam umknąć — odparł Tomek ściskając dłoń Kozaka. — W jaki sposób schwyciliście tego łajdaka?
— Przyłapaliśmy sobakę [115] na przystani, gdzie statki ładują drewno na opał. Towarzysz panów, który z nami jechał, natychmiast go rozpoznał.
— To znaczy, że Udadżalaka bez złej przygody dotarł do obozu — niby mimochodem zauważył Tomek, bacznie zerkając na Kozaka.
— Wasze wysokobłagorodje już nie potrzebuje się kłopotać o niego — zapewnił Kozak. — Wszyscy się radowali, słysząc o szczęśliwym zakończeniu przygody z chunchuzami. Bardzo wypytywali o rannego pana.
— Szybko wróciliście z drogi? — badał Tomek.
— Gnaliśmy na złamanie karku, bo barin [116]Pawłow rozkazał jak najprędzej doręczyć list sztabskapitanowi [117] Gołosowowowi.
Serce mocno zabiło w piersi Tomka. Przysłonił oczy powiekami, aby nie zdradzić swego przestrachu, i siląc się na spokój, zapytał:
— A kto to jest ten Gołosowow?
— To sztabskapitan żandarmerii w Nerczyńsku. Jemu podlegają wszystkie politiczeskie priestupniki [118] w tym rejonie. Gołosowow i Pawłow razem tutaj pracowali.
Tomek wolno popił kwasu. Nie mógł opanować drżenia dłoni trzymającej szklankę. Po chwili zapytał:
— Czy pan specjalnie z tym listem przyjechał? Musi zawierać jakąś ważną wiadomość?
— Barin Pawłow zmartwił się wypadkiem z chunchuzami. Wręczył mi list i rozkazał oddać go natychmiast Gołosowowowi do rąk własnych. Powiedział, że sztabskapitan najlepiej zaopiekuje się rannym. Za ujęcie Wanga otrzymałem miesiąc urlopu. Jadę więc pod Irkuck do żony. Urodził mi się syn. Mógłbym jechać dalej tym samym pociągiem. Nie wiem tylko, gdzie będę teraz mógł zastać sztabskapitana Gołosowowa, żeby oddać pismo.
Tomek zmarszczył brwi. Gdyby mógł przejąć ten list! Nie sposób siłą odebrać go Kozakowi. Gdyby jednak oddał dobrowolnie...
— Jak długo trwa postój pociągu w Nerczyńsku? — zapytał.
— Tylko pół godziny... — odparł Kozak ciężko wzdychając. — Nie zdążę. Teraz wieczór, już po służbie... Sztabskapitan na pewno na hulance! Niełatwo znaleźć...
Tomek zastukał w ladę i polecił bufetowej nalać wódki.
— Za zdrowie twego syna! — rzekł do Kozaka, przepijając do niego swoją szklanką kwasu.
Wypili. Kozak lekko poczerwieniał i dziękował Tomkowi, ten zaś wydobył z kieszeni dwie złote dziesięciorublówki, mówiąc:
— Wyświadczyłeś nam przysługę. Zdrajca Wang poniesie zasłużoną karę. Oto skromny upominek ode mnie dla twego syna.
Tomek znów skinął na bufetową.
— Stęskniłeś się za żoną. Pewno chciałbyś również jak najprędzej zobaczyć syna — mówił unosząc szklankę z kwasem. — Na zdrowie!
Kozak tęsknym wzrokiem spoglądał w kierunku pociągu.
— Jak by ci tu pomóc? — zastanawiał się Tomek, nieznacznie zerkając na towarzysza. — Ano cóż, szkoda, że osobiście musisz oddać pismo. Za godzinę lub dwie będę z przyjaciółmi na balu u pana Naszkina. Sztabskapitan Gołosowow pewno także został zaproszony...
— Jeśli tam jest dzisiaj hulanka, Gołosowow stawi się jak zwykle. To dopiero za godzinę... — markotnie powiedział Kozak. — Cóż robić, nie zdążę... Następny pociąg dopiero jutro...
— Stąd niedaleko do pałacu. Mógłbyś zostawić tam u kogoś ten list — kusił Tomek.
— A jak nie oddadzą? — zafrasował się Kozak.
Naraz przyszła mu pewna myśl do głowy. Pochylił się ku Tomkowi i zawołał:
— Wasze wysokobłagorodje idzie na bal.. Ech, nie śmiem prosić...
— Czy chcesz, abym wręczył list sztabskapitanowi Gołosowowowi? — zapytał Tomek. — Nie krępuj się, to drobnostka. Mogę to dla ciebie zrobić.
Kozak ucieszył się, lecz zapewne ogarnęły go wątpliwości, czy postępuje zgodnie z rozkazem, gdyż rzekł usprawiedliwiająco:
— Przecież barin Pawłow mówił, że pismo dotyczy waszego przyjaciela, więc przekazuję go w najpewniejsze ręce. Pawłow chyba pochwali. No, a jeśli nie, to czort z nim! — Mówiąc to, jeszcze bardziej pochylił się ku Tomkowi i mruknął: — Nie lubię... szpicli!
— Najlepiej uczynisz nie wspominając, że listu nie wręczyłeś osobiście. Nie obawiaj się, nie zdradzę cię przed Pawłowem — uspokoił go Tomek.
— Spiesz się, pociąg zaraz odjeżdża!
Właśnie rozbrzmiały dwa uderzenia dzwonu. Konduktorzy zaczęli zamykać drzwi wagonów. Kozak machnął dłonią, zerwał z głowy papachę, wydobył z niej kopertę i wręczając ją Tomkowi, powiedział:
— Oto pismo, wasze wysokobłagorodje. Uniżenie dziękuję za łaskę. Nim mój urlop minie, Gołosowow zapomni, kto mu je oddał!
— Jeszcze dzisiaj otrzyma pismo — odpowiedział młodzieniec, niedbałym ruchem chowając kopertę do kieszeni.
Uścisnęli sobie dłonie. Kozak pobiegł ku wyjściu. Wskoczył do wagonu, gdy rozbrzmiały trzy uderzenia dzwonu. Konduktor zatrzasnął za nim drzwi. Pociąg wolno ruszył z miejsca. Tomek stał przy oknie, dopóki peron nie opustoszał, po czym rozejrzał się po sali bufetowej. Był jedynym gościem, więc zaszył się przy stoliku w samym kącie. Zamówił herbatę.
“W jakiej sprawie agent Pawłow pisze do sztabskapitana żandarmerii? — zastanawiał się, niecierpliwie czekając na podanie samowara. — Czy powiedział prawdę temu żołnierzowi?”
W końcu bufetowa przyczłapała z samowarem. Ustawiła go na stoliku przed Tomkiem i znikła za ladą. Tomek nalał wrzątku w szklankę. Ostrożnie rozejrzał się wokoło. Wydobył z kieszeni kopertę. Odczytał adres:
Do rąk własnych Pana Sztabskapitana Mikołaja Aleksiejewicza Gołosowowa — POUFNE.
Kilkakrotnie przesunął kopertę nad parą unoszącą się ze szklanki z herbatą. Następnie ostrzem scyzoryka podważył brzeg. Wyjął list...
Kochany Mikołaju Aleksiejewiczu!
Bardzo proszę o załatwienie dla mnie pilnej sprawy służbowej. Należy natychmiast sprawdzić w aktach polskiego zesłańca politycznego, o ile dobrze pamiętam imię — Zbigniewa Karskiego, do kogo to w Anglii usiłował przemycić list z Nerczyńska. Na pewno dobrze pamiętacie tę sprawę, gdyż ów list przyłapany przeze mnie sprawił Warn wiele satysfakcji. Jeśli tylko nie zwodzi mnie intuicja, to trzymam w sieci niezwykle drapieżne ryby. Żądaną wiadomość jak najszybciej prześlijcie przez umyślnego gońca, który pod jakimś zręcznym pozorem niech przybędzie do...
Dalej Pawłow dokładnie określał położenie obozu łowców dzikich zwierząt.
Krople potu zaperliły się na czole Tomka. Jeszcze raz odczytał list... A więc ten wykpiwany przez bosmana agent przeniknął ich tajemnicę! Wszyscy uczestnicy wyprawy znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie... Cóż za okrutną niespodziankę spłatałby im Pawłow, gdyby nie to całkowicie przypadkowe spotkanie na dworcu z “umyślnym” posłańcem.
Tomek schował list do kieszeni. Przerażony fatalnym zbiegiem okoliczności, z wielką trudnością starał się zapanować nad ogarniającą go paniką. Dopiero po jakimś czasie uspokoił się na tyle, by myśleć logicznie. Jeśli teraz nie odda listu sztabskapitanowi, zyskają kilka cennych dni czasu. Oczywiście muszą z bosmanem i Smugą natychmiast wracać do ojca, zwinąć obóz i uciekać z Syberii, zanim Pawłow, nie doczekawszy się odpowiedzi na swój list, nie wyśle drugiego posłańca. Przede wszystkim jednak należy bez zwłoki powiadomić o groźnej sytuacji Smugę i bosmana.
Przywołał bufetową i zapłacił za herbatę. Wyszedł przed dworzec. Już zapadał zmrok... Głęboko odetchnął świeżym powietrzem. Szybkim krokiem skierował się ku okazałemu domostwu Naszkina.