Tomek pełen najczarniejszych myśli niemal biegł w stronę pałacu, którego okna w przedwieczornym mroku gorzały jasnym światłem. Czy będzie miał możność natychmiast porozumieć się z przyjaciółmi? Przecież nieoczekiwane spotkanie z posłańcem Pawłowa znacznie przedłużyło jego pobyt na dworcu! Drzemka stangretów kilkunastu powozów stojących przed okazałą rezydencją Naszkina świadczyła, że przyjęcie już się rozpoczęło. Teraz wywabienie Smugi i bosmana na ubocze mogło się okazać niemożliwe. Obawy Tomka wkrótce sprawdziły się całkowicie. Zaledwie bowiem wkroczył do hallu, służba zaraz go poinformowała, że goście zasiedli do stołu.
Poprzedzany przez lokaja szedł zdumiony przepychem pałacu, który nawet w stolicy Rosji, Petersburgu [119], nie znalazłby wiele równych sobie. Na pokrytych drogimi tapetami ścianach salonów wisiały obrazy najbardziej znanych w Europie malarzy. W jednej z sal Tomek ujrzał największe wówczas na świecie zwierciadło, zakupione przez Butina na paryskiej wystawie w roku 1878, przewiezione morzem do portu w Mikołajewsku, a potem Amurem do Nerczyńska na specjalnie w tym celu zbudowanym statku. W lśniących posadzkach odbijały się kryształowe kandelabry oraz marmurowe rzeźby, a w zacisznych gabinetach wzorzyste perskie dywany tłumiły kroki. Jedwabne portiery, oryginalne stylowe meble i egzotyczne palmy stanowiły wymowny dowód bogactwa właściciela tej wspaniałej siedziby.
Na przyjęciach u syberyjskich bogaczy gromadzili się zazwyczaj najwybitniejsi obywatele miasteczka. Tak więc i tego wieczoru wśród biesiadników nie brakło dwóch właścicieli prywatnych kopalń złota położonych w okręgu nerczyńskim, zamożniejszych kupców, dygnitarzy wojskowych i cywilnych, jak i reprezentantów tego prowincjonalnego światka kulturalnego. Gdy lokaj wprowadził do jadalni nowego gościa, przycichły na krótką chwilę rozmowy przy długim stole. Naszkin, jako gospodarz, powstał na powitanie Tomka, ogólnie przedstawił go całemu towarzystwu i zaprowadził ku wyznaczonemu dla niego miejscu.
Tomek, zaledwie usiadł, niecierpliwym wzrokiem szukał swoich przyjaciół, chcąc ściągnąć ich uwagę i gdy tylko nadarzy się sprzyjający moment, powiadomić o nie znanym nowym niebezpieczeństwie. Najpierw spostrzegł olbrzymiego bosmana. Rubaszny przyjaciel niefrasobliwie mrugnął do niego okiem i zaraz odwrócił się ku dwóm wpatrzonym w niego damom, z którymi wiódł wesołą rozmowę. W czarnym żakiecie [120] oraz sztywnej białej koszuli wyglądał bardzo szykownie, lecz zapewne w wizytowym stroju nie czuł się zbyt swobodnie, gdyż co chwilę mimo woli poprawiał krawat. W przeciwieństwie do niego Smuga od razu zauważył niezwykłe podniecenie Tomka. Początkowo sądził, że huczne przyjęcie w tchnącym przepychem pałacu wprawia go w zakłopotanie, ale wkrótce porzucił tę myśl, Tomek bowiem wcale nie zwracał uwagi na swe otoczenie przy stole. Toteż gdy młodzieniec w końcu wypatrzył Smugę usadowionego między jakąś damą i oficerem, napotkał jego karcący wzrok.
Nieme upomnienie podziałało na Tomka jak zimny prysznic. Zaczerwienił się i pomyślał zmieszany:
“Widocznie przestrach pozbawił mnie rozsądku, muszę cierpliwie poczekać, dopóki nie wstaniemy od stołu.”
Naszkin właśnie wzniósł toast za zdrowie gości z dalekich krain, więc Tomek, pragnąc opanować własne wzburzenie, uniósł kielich napełniony szampanem [121] i wychylił go do dna. Z wysiłkiem odetchnął, gdyż dzięki wzorowym zasadom wpojonym przez ojca nie używał napojów wyskokowych. Po chwili poczuł pewną ulgę. Teraz zerknął na swe sąsiadki.
Dama z prawej strony, pochylona ku siedzącemu tuż obok niej oficerowi, rozmawiała z nim półszeptem. Natomiast młoda, znacznie skromniej ubrana dziewczyna z drugiej strony Tomka, przymrużywszy oczy uważnie mu się przyglądała. Była to szczupła, błękitnooka blondynka o bardzo regularnych rysach twarzy. Tomek zaczerwienił się pod jej badawczym, poważnym spojrzeniem.
“Do licha, pewno spostrzegła moje głupie zachowanie” — pomyślał.
Chcąc w jakiś sposób zatuszować niezręczność, podsunął sąsiadce paterę z kawiorem. Jakby tylko czekała na okazję do rozmowy, uśmiechnęła się i zagadnęła po rosyjsku:
— Spóźnił się pan, już myślałam, że stracił pan ochotę do zabawy z syberyjskimi dzikusami!
— Załatwiałem po drodze drobny sprawunek — usprawiedliwiał się Tomek. — Proszę wybaczyć moje roztargnienie. Trochę oszołomił mnie przepych pałacu. Nie spodziewałem się ujrzeć takich wspaniałości w głębi Syberii.
— Kraj kontrastów, dorobkiewicze dzięki katorżniczej pracy zesłańców pławią się w szampanie, tubylcy natomiast przymierają głodem, zżerani jeszcze za życia przez robactwo — ironicznie odparła dziewczyna.
Tomek uważniej spojrzał na nią. Czyżby prowokowała go do jakichś nieostrożnych wypowiedzi? Nie, nie sprawiała takiego wrażenia. Dużymi, jasnymi oczyma poważnie wpatrywała się w niego. Zagadkowy uśmiech czaił się w kącikach jej ust.
— Mniej tu kontrastów niż na przykład w Indiach — powiedział Tomek. — Gościliśmy niedawno u maharadży Alwaru. Jego pałac mógłby olśnić nawet królów państw europejskich, a przecież większość Indusów żyje w nędzy i często ginie śmiercią głodową. Mój przyjaciel, król Bugandy w Afryce, również inaczej żyje niż jego poddani.
— Przez grzeczność lub... z innych względów usiłuje pan usprawiedliwić gwałt, jaki dzieje się prawowitym mieszkańcom Syberii. Nie dziwię się, przecież to ja tylko znam pana, podczas gdy pan nic o mnie nie wie.
— Czy to ma znaczyć, że gdybym więcej wiedział o pani, to zmieniłbym zdanie o takich czy innych sprawach? — ostrożnie zapytał Tomek.
Ktoś wzniósł toast na cześć gospodarza. Intrygująca rozmowa urwała się, wszyscy powstali z kielichami w dłoniach. Tomek teraz ledwo dotknął ustami kieliszka. Usiedli. Dziewczyna pochyliła się ku niemu i szepnęła:
— Nazywam się Natasza Władimirowna Bestużewa. Nerczyńsk jest moim więzieniem, przybyłam tutaj z wyroku sądu jako zesłaniec polityczny.
— Nie przypuszczałem, że zesłańcy mogą uczestniczyć w przyjęciach u syberyjskich bogaczy — zauważył Tomek, nieufnie mierząc ją wzrokiem. — Nie taki więc diabeł straszny, jak go malują!
— To tylko dzięki wpływom wszechwładnego tutaj Naszkina. On jest spokrewniony z moją matką. Na wieść o aresztowaniu wyjednał, by zesłano mnie do Nerczyńska. Pracuję w jego przedsiębiorstwie.
— Hm, jeśli tak, to naprawdę przyzwoicie postąpił — powiedział Tomek. — Czy on zatrudnia również innych zesłańców?
— Tak, przecież to przeważnie inteligentni ludzie. Na Syberii brak umiejących czytać i pisać. Ja studiowałam w Moskwie medycynę.
— Ciekawe, słyszałem, że są trudności w przyjmowaniu zesłańców do pracy.
— Naszkin dorobił się fortuny, nawet gubernator mile widzi go u siebie. Carska administracja na Syberii pławi się w wódce, a na to przecież trzeba pieniędzy. Kto ma czym płacić, może sobie na wiele pozwolić.
Niespodziewane wyznanie młodej dziewczyny dało Tomkowi wiele do myślenia. Zamilkł i zaczął obserwować biesiadników siedzących przy stole. Niebawem zwrócił uwagę na wysokiego, barczystego oficera, który uparcie wpatrywał się w jego towarzyszkę.
Tomek pochylił się ku niej i szepnął:
— Ktoś pilnie panią obserwuje!
— Czy ma pan na myśli tego oficera w żandarmskim mundurze? — zapytała.
Tomek potwierdził, a wtedy rzekła:
— To sztabskapitan żandarmerii Mikołaj Aleksiejewicz Gołosowow. Twierdzi, że zakochał się we mnie. Niech pan się go wystrzega, to niebezpieczny człowiek. Postarałam się o to, aby wyznaczono panu miejsce obok mnie. Pragnęłam ostrzec pana.
Tomek zdumiony oparł się ciężko o poręcz krzesła. Co miały oznaczać słowa tej dziwnej, tajemniczej dziewczyny? Czego ona od niego chciała? Zdezorientowany zerknął ku Smudze. Na krótką chwilę spotkały się ich spojrzenia. Tomek odetchnął głęboko i odzyskał spokój. Znów pochylił się ku Nataszy.
— Dziękuję za... radę, lecz nie znam żandarma Gołosowowa i nie wiem, dlaczego miałbym się go obawiać. Jestem łowcą zwierząt, a nie więźniem politycznym [122]. Czy jednak nie będzie pani miała przykrości za tę rozmowę z cudzoziemcem?
— Być może, lecz to nie ma znaczenia w tej chwili. Niecierpliwie czekałam tego wieczoru — odparła dwuznacznie spoglądając na młodzieńca.
— Nie rozumiem pani... — zdumiał się Tomek.
— Kilka dni temu sotnik Tucholski powiadomił Naszkina o ujęciu bandy chunchuzów i panów cennej pomocy. Zaledwie usłyszałam wasze nazwiska, od razu, domyśliłam się, w jakim celu przybył pan do Nerczyńska. Niestety, spóźnił się pan! Parę miesięcy temu Zbyszka wywieźli do Ałdanu...
Widelec wysunął się ze zmartwiałej dłoni Tomka i z brzękiem upadł na talerz. Na szczęście czujny Smuga, choć nie mógł odgadnąć, co się dzieje z Tomkiem, spostrzegł jego przerażenie i niemal w tej samej chwili nożem zastukał w talerz, dając tym sposobem znać, że pragnie przemówić. Tym sprytnym manewrem skupił na sobie uwagę wszystkich biesiadników. W grzecznych słowach podziękował gospodarzowi za miłą gościnę. Zanim skończył, Tomek zdążył nieco ochłonąć. Jeszcze tylko trochę drżącym głosem zapytał:
— Czy Zbyszek pani powiedział...?
— Pan jeszcze nie wie, że Zbyszek pisał do pana do Anglii. Czytałam ten fatalny list, zanim wpadł w ręce policji — potwierdziła. — Wszystko wiem o panu i pana ojcu. Zbyszek wierzy w pana jak w nikogo na świecie. Żal mi go było, bo nie sądziłam, żeby ktokolwiek mógł teraz pokusić się o uprowadzenie zesłańca z serca Syberii.
Tomek wydobył chusteczkę. Wytarł czoło z potu. Dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Cicho zapytał:
— Co on pisał w tym liście?
— Prosił o pomoc w zorganizowaniu ucieczki. List miał być wysłany nielegalnie. Jednemu z naszych wspólnych znajomych skończyła się kara zesłania. Wracał do Moskwy, stamtąd zamierzał przemycić list za granicę.
— Czy on zdradził?
— Och, nie! To agent Pawłow wykrył naszą tajemnicę i podstępnie odebrał list.
— Byliście nieostrożni... Dlaczego tu śledzono Zbyszka? Czy tak postępuje się również z innymi więźniami?
— Wszyscy zesłańcy podlegają tutaj Gołosowowowi. To prawdziwa kanalia, lecz Zbyszka szczególnie nienawidził. Mścił się za to, że Zbyszek darzył mnie sympatią. Teraz już wie pan wszystko.
Tomek zamyślił się. Natasza na pewno mówiła prawdę. Informacje jej nie tylko pokrywały się ze znanymi mu faktami, lecz nawet logicznie uzupełniały. Natomiast ona nie była świadoma, że Pawłow znów schwycił nić spisku w swoje drapieżne ręce. Po krótkim namyśle powiedział jej o liście do sztabskapitana żandarmerii. Po raz pierwszy podczas całej rozmowy dziewczyna pobladła. Tomkowi zdawało się, że zemdleje. Jednakże zapanowała nad sobą. Marszcząc gniewnie brwi, powiedziała:
— Gdybym była mężczyzną, wyzwałabym go pod jakimkolwiek pretekstem na pojedynek i w uczciwej walce usunęłabym z waszej drogi. Niestety, jestem tylko dziewczyną-zesłańcem, więc zastrzelę go po prostu jak wściekłego psa!
Tomek, przestraszony nie na żarty, milczał dłuższą chwilę. Nie mógł się zdobyć na słowa. Rozejrzał się ostrożnie; na szczęście najbliżsi sąsiedzi, zajęci sobą, prowadzili ożywione rozmowy.
Nachylił się bardziej ku dziewczynie i siląc się na spokój rzekł:
— Cóż z tego, że zginie Gołosowow? Przecież oprócz niego istnieje jeszcze Pawłow [123].
— Zabiję Gołosowowa! Musicie uwolnić Zbyszka! On jest ciężko chory, załamał się, rozumiesz? Umrze na pewno, jeśli dłużej tu zostanie.
— Głupstwa pleciesz? Zastanów się, co by uczynił Zbyszek, gdybyś przez niego zginęła na szubienicy?!
Łzy zalśniły w oczach dziewczyny, usta jej drżały. Tomek przeraził się, że Gołosowow lub ktoś inny z gości zauważy wzburzenie Nataszy, przerwał więc rozmowę i pospiesznie nakładał jej na talerz zakąski. Gdy po chwili ochłonęła, Tomek nie powracał już do przerwanej rozmowy. Uczta ożywiała się w miarę spełnianych toastów. Gdzieś z głębi pałacu dobiegały dźwięki orkiestry... Biesiadnicy zaczęli wstawać od stołu. Tomek ujął dziewczynę pod ramię i poprowadził do sali balowej. Na galerii tworzącej półkole, obok instrumentu przypominającego kościelne organy, stało kilku muzykantów. Grali walce. Tomek otoczył Nataszę ramieniem, zaczęli tańczyć.
— Zachowuj się rozsądnie — szepnął, gdy znaleźli się z dala od innych par. — Pozostaw nam całą sprawę, jakoś damy sobie radę. Nie zrezygnujemy z uwolnienia Zbyszka. Możesz być pewna.
— Pawłow jest mniej groźny, to zwykły policyjny szpicel — odparła. — Gołosowow natomiast nawet i bez jego pomocy może się domyślić prawdy. Czy ty nie rozumiesz, że on już interesuje się wami jedynie dlatego, że jesteście cudzoziemcami? Muszę go unieszkodliwić za wszelką cenę!
Tomek zasępił się, przecież doskonale rozumiał, że w tej chwili największe niebezpieczeństwo groziło im ze strony sztabskapitana żandarmerii. Spojrzał w zdeterminowaną twarz Nataszy i nagle wprost szaleńczy pomysł przyszedł mu do głowy.
— Czy chcesz mi pomóc? — szepnął.
— Wszystko uczynię dla ratowania Zbyszka...
— A więc uważaj...!
Orkiestra właśnie kończyła walca. Już od dłuższej chwili Tomek widział Gołosowowa. Stał na uboczu sali. Wściekłym wzrokiem śledził tańczącą Nataszę. Tomek zręcznym manewrem zbliżył się do niego. Zawirował tuż przed nim. Natasza nie zdawała sobie nawet sprawy, jak zderzyli się z żandarmem. Zaskoczony Gołosowow odruchowo odepchnął dziewczynę, gdy na moment utraciła równowagę i oparła się plecami o jego pierś. Tomek natychmiast podtrzymał Nataszę.
Zasłaniając ją sobą, zawołał:
— Uderzył pan kobietę! To nikczemne!
Sztabskapitan osłupiał. Przez chwilę stał zdumiony; zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Tomek dodał:
— Tylko tchórz i podlec tak postępuje!
Twarz sztabskapitana pokryła się purpurą. Zamachnął się prawą ręką i uderzył przeciwnika w twarz. Tomek pobladł, przysunął się ku Gołosowowowi, lecz nie oddał policzka.
— Zapłaci mi pan za tę obelgę! — powiedział złowrogo.
Kilku innych gości spostrzegło przykre zajście. Otoczyli powaśnionych. Smuga był między innymi.
— Co się stało, Tomku? — zapytał po rosyjsku, niespokojnym wzrokiem mierząc przyjaciela i dziewczynę stojącą u jego boku.
— Co tu się dzieje? — basem zahuczał bosman, wyrósłszy jak spod ziemi.
Tomek umyślnie zwlekał z wyjaśnieniem, gdyż spostrzegł Tucholskiego przepychającego się ku nim. Sotnik był już w mundurze esauła [124]. Nie minął go awans za “rozgromienie” bandy chunchuzów.
— Ten pan najpierw uderzył kobietę będącą w moim towarzystwie, a potem mnie spoliczkował — powiedział Tomek, gdy Tucholski zbliżył się do niego. — Żądam satysfakcji!
— Wot, skatina! [125] Upił się pewno, na uczastok [126] go wziąć, to wytrzeźwieje — syknął Gołosowow.
— Zachował się pan jak na śledztwie — zawołała Natasza. — Na szczęście ten pan nie jest więźniem!
Smuga odwrócił się do Gołosowowa, zmierzył go ostrym wzrokiem i rzekł głośno:
— Powściągnij swój język, sztabskapitanie, żebym nie musiał ci go przyciąć bez żądania zadośćuczynienia.
— Pozwól pan, porozmawiam z tym... — odezwał się bosman, wyciągając łapsko ku żandarmowi.
— Przepraszam, to moja sprawa, mnie tu obrażono — wtrącił Tomek.
— Chwileczkę, panowie, nie zakłócajmy wszystkim zabawy. Przejdźmy porozmawiać w ustronne miejsce — zaproponował Tucholski. — Proszę panów za mną.
Trzej przyjaciele i Gołosowow w ślad za esaułem Tucholskim opuścili salę balową.
— Oszalałeś! Coś ty zrobił najlepszego?! — szepnął Smuga do Tomka.
— Później wyjaśnię... Grozi nam niebezpieczeństwo... Specjalnie go sprowokowałem... — odszepnął Tomek.
Weszli do gabinetu. Esauł Tucholski rzekł oschłym tonem:
— Sztabskapitanie Gołosowow, ci panowie wyświadczyli władzom wojskowym dużą przysługę. Jego ekscelencja gubernator interesuje się nimi. Jest pan zobowiązany dać im satysfakcję!
Gołosowow ze złością spojrzał na Tucholskiego. Był to oficer do specjalnych poruczeń i zarazem ulubieniec gubernatora. Jego opinia mogła zaważyć na dalszej karierze, toteż Gołosowow powstrzymał cisnące mu się na usta przekleństwo i tłumiąc wściekłość mruknął:
— Nie miałem złego zamiaru, sam przyczepił się, czegóż chcecie ode mnie? W tej chwili do gabinetu wbiegł Naszkin.
— Gospodi [127], taka nieprzyjemność spotkała panów w moim domu — zawołał. — Przeproś, sztabskapitanie, naszego miłego gościa, bo pomyśli, że znajduje się wśród bradiagów!
— Pospiesz się pan, bo ręka mnie diabelnie świerzbi! — dodał bosman postępując ku żandarmowi.
Smuga natychmiast zagrodził mu drogę, nie spuszczając czujnego wzroku z Tomka.
Gołosowow drżał z gniewu, lecz czuł własną bezsilność. Skoro zausznik gubernatora i potentat syberyjski byli przeciwko niemu, nierozsądnie byłoby przeciwstawiać się im.
Tomek obawiał się, że bosman lub Smuga mogą lada chwila przeszkodzić mu w jego zamiarach, podszedł więc do Naszkina i rzekł stanowczym tonem:
— Przykro mi, że to... zdarzyło się tutaj, wszakże wśród ludzi honoru za policzek nie płaci się zwykłym przeproszeniem. Żądam satysfakcji z bronią w ręku.
— Cóż, ma pan słuszność, ale proszę wziąć pod uwagę, że pojedynki są zakazane — zafrasował się Naszkin. — Co pan na to, esaule?
Tucholski, do którego były zwrócone ostatnie słowa, ze złośliwym błyskiem w oczach spojrzał na oficera żandarmerii. Wielu wojskowych nie lubiło policji politycznej.
— Zakaz zakazem, a honor honorem, zwłaszcza... oficera! — odparł.
— Przy zachowaniu dyskrecji można by to jakoś urządzić.
— A co będzie, jeśli tego pana spotka dalsza nieprzyjemność podczas pojedynku? — zapytał Gołosowow.
— O ile nie brak panu odwagi, to o mnie proszę się nie troszczyć — wtrącił Tomek.
— Dość tego, proszę o sekundantów — warknął Gołosowow.
— Ejże, nie wytrzymam, jak mi Bóg miły — rozgniewał się bosman.
— Panowie, panowie, proszę o chwilę cierpliwości — pojednawczo zawołał Naszkin. — Najlepiej niech sekundanci omówią to między sobą. Ja proponuję wymianę strzałów. W ten sposób wilk będzie syty i owca cała.
Bosman pochylił się do Smugi.
— Zwariował chłopak czy co? — zaoponował. — Po jakiego diabła ma się strzelać z tym żandarmem?! Jeśli nie mógł oddać mu policzka, zaraz zrobię to za niego i sprawa załatwiona!
— Już za późno, bosmanie — odszepnął Smuga, powstrzymując krewkiego marynarza za ramię. — Tomek powiedział, że umyślnie go sprowokował. Grozi nam jakieś poważne niebezpieczeństwo...
— Czyżby coś wyniuchał?
— Prawdopodobnie. Milcz teraz...
Smuga z niepokojeni śledził Tomka. Jednocześnie gubił się w domysłach, co mogło skłonić zazwyczaj rozsądnego młodzieńca do tak nierozważnego kroku. Było to tym bardziej niezrozumiałe, że Tomek zazwyczaj unikał walki z bronią w ręku, a pojedynki uważał za warcholską farsę [128]. Do czego wobec tego zmierzał i z jakiego powodu? Proponowana przez Naszkina wymiana strzałów nie przedstawiała dla walczących zbyt dużego ryzyka. W starciu na takich warunkach, przeciwnicy przeważnie strzelali w powietrze, nie mierząc do siebie. Cóż jednak za cel mógł mieć Tomek, chcąc doprowadzić do parodii [129] pojedynku?
Smuga nie miał czasu na rozważanie sytuacji, bowiem Tomek ukłonił się Naszkinowi i rzekł:
— Słuszna uwaga, proszę pana. Niech sekundanci ustalą warunki spotkania. Czy pan Smuga i pan Brol zechcą występować w moim imieniu?
— Oczywiście, proszę bardzo — odparł Smuga. — Kto będzie reprezentował pana Gołosowowa?
Oficer żandarmerii z drwiącym uśmiechem zwrócił się z prośbą do Tucholskiego i Naszkina. Nie odmówili. Sztabskapitan zadowolony mierzył przeciwnika lekceważącym spojrzeniem. W swojej karierze wojskowej odbył już przecież kilka pojedynków i z wszystkich wyszedł bez szwanku. Zabroniona rozprawa orężna, której patronowali tacy dwaj wpływowi ludzie jak Tucholski i Naszkin, nie groziła mu przykrymi następstwami, nawet gdyby zabił przeciwnika.
Zgodnie z przepisami kodeksu honorowego [130] obydwie strony udały się do oddzielnych pokoi w celu omówienia sprawy, potem zaś już tylko sami sekundanci mieli ustalić warunki spotkania.
Zaledwie trzej przyjaciele znaleźli się w zacisznym gabinecie, bosman wybuchnął:
— Jak amen w pacierzu wściekły rekin ugryzł cię w zadek i... oszalałeś! Cóżeś zrobił najlepszego?!
— Milcz, bosmanie! — zgromił go Smuga. — Zaraz dowiemy się, dlaczego to uczynił.
Młodzieniec, nic nie mówiąc, wyjął z kieszeni list Pawłowa do Gołosowowa i podał go przyjaciołom.
— A więc Pawłow odgadł prawdę — odezwał się Smuga, na głos przeczytawszy pismo.
— Nie posądzałem tej gadziny o taką przebiegłość — zdumiał się bosman. — Ukręcę mu łeb po powrocie do obozu!
— To jeszcze nie wszystko — dodał Tomek i poinformował towarzyszy o swej rozmowie z Nataszą.
Słuchali z napięciem, a gdy wyjaśnił, w jaki sposób doprowadził do zajścia z Gołosowowem, bosman pochwalił:
— Gracko spisałeś się, brachu! Do licha, mdli mnie w dołku na myśl, że masz się nadstawić pod lufę temu żandarmowi! Panie Smuga, czy nie ma żadnych możliwości, żebym stanął do pojedynku zamiast Tomka?!
— Od samego początku awantury szukam jakiegoś sposobu, by móc to uczynić — z namysłem odpowiedział Smuga. — Hm... Tomek jest niepełnoletni... Opiekun miałby prawo za niego wystąpić.
— Jak amen w pacierzu to przednia myśl! — radował się bosman.
— Naszkin i Tucholski wyglądają na przyzwoitych ludzi, na pewno zgodzą się, abym go zastąpił.
— Nic z tego, szanowny panie! — porywczo zaprotestował marynarz. — Mnie ojciec Tomka zlecił opiekę, więc ja nadstawię karku. Rany boskie, w oczy nie mógłbym spojrzeć ani Wilmowskiemu, ani Sally, gdyby jemu się coś stało!
— Bosmanie! Wiem, że ty za każdego z nas bez namysłu skoczyłbyś w ogień, lecz ja tu jestem dowódcą i ja decyduję. Przyrzekliście bezwzględne posłuszeństwo. Sam stanę do pojedynku, byle tylko sekundanci i Gołosowow nie robili trudności. Musimy unieszkodliwić Gołosowowa...
— Skoro powołujesz się pan na dyscyplinę, to muszę ustąpić, lecz gdyby ci się nie poszczęściło, bez pojedynkowych ceregieli rozprawię się z Gołosowowem.
— Głupstwa pleciesz! Gdyby mnie spotkało coś złego, rozkazuję ci umykać z Tomkiem do ojca i ostrzec o niebezpieczeństwie. Gołosowow już wie zbyt wiele.
— Ech, co tu gadać, przecież zdmuchniesz go pan za jednym pociągnięciem cyngla! A tobie co, do licha? — naraz zdumiał się bosman.
Tomek, blady jak płótno, wbił pałający wzrok w twarze przyjaciół i ciężko oddychał.
— Tomku, co tobie? — zawołał przestraszony Smuga.
Szukając wyjścia z trudnej sytuacji, zapomnieli o Tomku. Ten zaś, wzburzony do głębi duszy, nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa. Dopiero po długiej chwili nieco się opanował i drżącym głosem rzekł:
— Więc wy... chcecie zrobić ze mnie... tchórza! Boicie się, że... on mnie... zastrzeli. Co wszyscy o mnie pomyślą?! I Nataszą... i Zbyszek! Jeśli zabronicie mi pojedynku, zabiję się ze wstydu... przysięgam!
Łzy pojawiły się w jego oczach. Bosman poderwał się z fotela:
— Brachu kochany, nie przyszło mi to do łepetyny! Święta racja! Cóż jednak powiedzielibyśmy ojcu?
— Co powiedzielibyście ojcu? A to, co ja bym musiał powiedzieć, gdyby któremuś z was przytrafiło się nieszczęście! — odparł Tomek, wycierając oczy chustką. — Wiem, że chcecie to zrobić przez wzgląd na moje bezpieczeństwo, ale to ja wyzwałem sztabskapitana...
Smuga siedział nieruchomy, wpatrzony w ciemne okno. Gdy odwrócił się do przyjaciół, był już jak zwykle opanowany.
— Ano, bosmanie, zapomnieliśmy, że Tomek mimo młodego wieku jest naprawdę dzielnym mężczyzną — powiedział poważnie. — Podczas wszystkich wypraw na równi z nami spogląda w oczy niebezpieczeństwu. O prawdziwej dojrzałości człowieka nie tyle świadczy wiek, ile jego postępowanie. Staniesz do pojedynku z Gołosowowem.
— Serce mi się kraje na samą myśl... ale widzę, że nie może być inaczej — powiedział bosman ciężko wzdychając. — Teraz zbierz się do kupy, kochany brachu, i posłuchaj dobrej rady. Strzał z pistoletu nigdy nie jest dość pewny, mierz nisko, prosto w brzuch, wtedy położysz go na pewno!
— Czas nagli, mówmy o sprawie — odezwał się Smuga, gdy znów usiedli naprzeciw siebie. — Powiedz, jaki jest twój plan, Tomku?
— Chcę unieszkodliwić sztabskapitana — odparł. — Jeśli szczęście będzie mi sprzyjać, Gołosowow przez kilkanaście dni nie będzie mógł nam szkodzić. My tymczasem dotrzemy do obozu, uwięzimy Pawłowa i przemkniemy do Ałdanu.
— Nie ulega wątpliwości, że przez pozbycie się Gołosowowa zyskalibyśmy na czasie — potwierdził Smuga. — Tym samym nie możemy się zgodzić jedynie na wymianę strzałów, która by nic nie dała. Bosmanie, idziemy do sekundantów Gołosowowa. Tomku, czy nie zadrży ci dłoń, gdy będziesz mierzył do człowieka? Pamiętaj, że to gra o życie nas wszystkich!
— Niech pan się o to nie obawia — zapewnił Tomek.
Wyszli. Tomek pozostał sam. Teraz dopiero zdał sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką wziął na swoje barki. “Mierz nisko, prosto w brzuch...” — wspomniał słowa bosmana. Zadrżał na myśl o zabójstwie... Wprawdzie Gołosowow w nadgorliwości prześladował zesłańców i szkodził im, jak tylko mógł, jednak we własnym mniemaniu mógł sądzić, że wypełnia swój obowiązek.
“Czy wolno zabić go tylko dlatego, że nam zagraża?” — rozmyślał Tomek. Zdawało mu się, że wyrasta przed nim postać ojca. Widział jego poważną, skupioną twarz. Nie, nie, ojciec byłby przeciwny zabójstwu żandarma! Na pewno powiedziałby, że taki postępek jest nikczemnością i tchórzostwem!
Ojciec na pewno nie pochwali ich za krwawą rozprawę z chunchuzami. Tomek usprawiedliwiał się we własnych myślach, że byli to źli, okrutni ludzie, którzy wyrządzili wiele krzywd spokojnym mieszkańcom. Mimo to nie mógł zagłuszyć wyrzutów sumienia.
“Nie, nie mogę zabić Gołosowowa — postanowił. — Jeśli pokonam własny lęk, na pewno uda mi się go tylko unieszkodliwić.”
Chcąc rozproszyć napływający strach, pobiegł myślą do Sally. Ile to już czasu jej nie widział? Co porabia, czy myśli o nim, czy tęskni jak on za nią? Ciepły uśmiech z wolna pojawił się na jego twarzy. Wspominał wspólnie z nią przeżyte przygody w Australii, Arizonie, a potem spacery i rozmowy w Londynie.
“Tak długo jej nie widziałem — szepnął. — To mój prawdziwy przyjaciel!”
Myśl jednak wracała uporczywie do tego wieczoru. Natasza... To ona chciała zabić Gołosowowa, by umożliwić uprowadzenie Zbyszka. Ona również podsunęła myśl wyzwania wroga na pojedynek!
“A więc tacy są rewolucjoniści: nieustraszeni i zdecydowani na wszystko. Jeśli pokochała Zbyszka, to i on teraz musi być również nie mniej wspaniałym chłopcem!”
Zamyślenie Tomka przerwało wejście przyjaciół. Byli poważni, z trudem kryli niepokój.
— Ustaliliśmy warunki, Gołosowow zgodził się na pistolety [131]. Obydwaj macie prawo do jednego wystrzału — poinformował Smuga. — Odległość dwanaście kroków. Pojedynek ma się odbyć natychmiast. Służba już uprząta salę bilardową.
— Więc pojedynek odbędzie się w nocy?! Pierwszy raz słyszę o czymś podobnym — zdumiał się Tomek.
— Ano, Gołosowow czuje się bardzo pewny siebie — powiedział bosman. — Oświadczył sekundantom, że nie ma zamiaru dla byle głupstwa psuć sobie zabawy. Dlatego pojedynek zaraz lub wcale.
— Przypuszczał zapewne, że odstraszy to nas niecodziennością starcia — dodał Smuga.
— Skoro tak, dobrze, jestem gotów! — oświadczył Tomek powstając z fotela.
— Mamy kilkanaście minut, doktor posłał po narzędzia i opatrunki — powstrzymał go Smuga. — Słuchaj, Tomku, bądź rozważny. Pamiętaj, że strzał z pistoletu nie jest zbyt celny. Lufa nie gwintowana... Najpewniej jest mierzyć nisko i mocno trzymać rękojeść. Wtedy nie poderwie dłoni do góry!
— Pamiętam o tym, proszę pana — odparł Tomek. — Pan bosman kupił mi kiedyś na urodziny parę pistoletów, z których często strzelałem dla wprawy.
— Na sześć kroków gasi świecę — chełpliwie zapewnił marynarz.
— Moja szkoła, szanowny panie.
— Słuchaj, Tomku, esauł Tucholski szepnął mi, abyśmy nie lekceważyli przeciwnika — odezwał się Smuga. — Podobno jest wprawnym strzelcem.
— Jak to się będzie odbywało? — zapytał Tomek.
— Staniecie w odległości dwunastu kroków plecami do siebie. Na hasło “gotów” odwracacie się i każdy strzela, kiedy tylko zechce. Masz pewną rękę i celne oko. Radzę strzelać natychmiast, gdy tylko się odwrócisz.
— Dobrze, proszę pana — rzekł Tomek nadrabiając miną, niepokój bowiem podstępnie wkradał się do jego serca.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że teraz od niego zależą dalsze losy wyprawy. Wiedział również, że obydwaj przyjaciele skrzętnie ukrywają przed nim swoje obawy. Co chwila spostrzegał ich ukradkowe zatroskane spojrzenia.
Ktoś zapukał do drzwi. Wszedł Tucholski.
— Wszystko przygotowane — krótko oświadczył.
— A więc chodźmy, jesteśmy gotowi — odparł Smuga. Ujął Tomka pod ramię.
Wkrótce znaleźli się w sali bilardowej. Tomek poczuł wiele mówiący uścisk dłoni przyjaciela.
— Będę ostrożny, przyrzekam... — szepnął.
Minęła dłuższa chwila, zanim oswoił się z jaskrawym światłem, rzucanym przez trzy duże żyrandole i kilkanaście świeczników. Na stoliku umieszczonym na uboczu lekarz w białym kitlu rozkładał narzędzia i opatrunki. Sztabskapitan Gołosowow pojawił się w towarzystwie Naszkina. Obydwie strony złożyły ceremonialne ukłony.
— Jako sekundant i... gospodarz, poczuwam się do obowiązku jeszcze raz zaproponować panom polubowne załatwienie sprawy — odezwał się Naszkin. — Człowiek strzela, pan Bóg kule nosi... Bez ujmy na honorze pana Wilmowskiego można by spór zakończyć przeprosinami...
— Warunki pojedynku zostały już ustalone, jestem gotów — stanowczo odrzekł Tomek.
— Służę panu — uprzejmie powiedział Gołosowow. — Proszę jednak o dopełnienie pewnej... formalności. Jest pan cudzoziemcem, w razie wypadku mogą zaistnieć kłopoty. Napiszmy oświadczenie, że staję do pojedynku na wyraźne pańskie żądanie, a ja z kolei stwierdzę, że nie roszczę pretensji, jeśli spotka mnie coś złego. Wszyscy obecni przy rozprawie złożą swoje podpisy.
Esauł Tucholski pytająco spojrzał na trójkę przyjaciół.
— Nie mamy nic przeciwko temu, ze swej strony proszę o taki sam egzemplarz pisma dla nas — odpowiedział Smuga.
Wkrótce wszyscy podpisali oświadczenie. Tucholski podał pudło z długimi pistoletami, po czym razem z bosmanem nabili broń. Sztabskapitan skłonił się przed Tomkiem mówiąc:
— Panu, jako obrażonemu, przysługuje wybór broni.
Tomek ujął rękojeść ciężkiego pistoletu; po nim to samo uczynił Gołosowow. Tucholski odliczył kroki, Smuga zaś ustawił przeciwników na wyznaczonych miejscach.
— Możemy zaczynać — rzekł, spojrzeniem dodając Tomkowi otuchy. Gołosowow niedbałym ruchem, wolno, uniósł ciężki pistolet na wysokość głowy, kierując lufę ku sufitowi. Tomek mocno zacisnął dłoń na rękojeści opuszczonego w dół pistoletu i zajął pozycję.
Bosman uważnie śledził każdy ruch młodego przyjaciela. Odetchnął z ulgą widząc zacięty wyraz jego twarzy.
“Dobra nasza, chłopak wziął się w garść” — pomyślał.
— W tył zwrot — zakomenderował Tucholski. — Liczę do trzech, na “gotów” proszę odwrócić się do siebie i... strzelać. Uprzedzam, że bez względu na wynik mają panowie prawo oddać tylko po jednym strzale.
Tomek w skupieniu nasłuchiwał komendy.
— Raz, dwa, trzy... gotów!
Tomek wykonał szybki jak mgnienie oka obrót. Błyskawicznym ruchem uniósł broń do góry mierząc w pistolet, którym Gołosowow jeszcze osłaniał swoją głowę. Nacisnął spust.:.
Huknął strzał! Obłok dymu na krótki moment przesłonił Tomkowi przeciwnika. Mimo woli przymknął powieki i czekał...
— Doktorze!
Tomek nie mógł zdać sobie sprawy, kto to krzyknął. Otworzył oczy. Sztabskapitan słaniał się na nogach. Pochylony do przodu, dłońmi zakrywał twarz. Pistolet leżał u jego stóp. Sekundanci podbiegli do niego razem z lekarzem. Podprowadzili go do kanapy. Tomek zbliżył się tam akurat wtedy, gdy doktor odsunął dłonie rannego od twarzy.
— Narzędzia i opatrunki — zawołał lekarz.
Tomek zbladł straszliwie. Odwrócił się, by nie patrzeć na zalane krwią usta przeciwnika.
Esauł Tucholski podszedł do Tomka z pistoletem Gołosowowa.
— Cóż za osobliwy przypadek — powiedział. — Trafił pan w zamek pistoletu, który z kolei wybity z oprawy uderzył Gołosowowa prosto w usta.
— Czy on żyje? — zapytał Tomek, nie mogąc zapanować nad drżeniem głosu.
— O, wyliże się z tego.
Tomek usiadł na uboczu. Po jakimś czasie bosman, który razem ze Smugą pomagał doktorowi, przybliżył się do niego.
— Zamek pistoletu wybił mu zęby, poranił usta i język — informował zafrasowany. — Medyk właśnie kończy rozpoczęte przez ciebie dzieło. Usuwa połamane zęby.
— Czy nic nie zagraża jego życiu? — upewniał się Tomek.
— Ano, jego pistolet ocalił mu łepetynę, ale nieprędko będzie mógł znów broić. Rana diabelnie bolesna. Co chwila mdleje.
— Dzięki Bogu — szepnął Tomek.
— Ejże, brachu, czyżbyś żałował tego... żandarma?! Mówisz, jakbyś przed chwilą nie zamierzał wyprawić go na tamten świat!
— Nie chciałem go zabić, mierzyłem w pistolet... — szczerze przyznał się Tomek.
— O, do stu zdechłych rekinów! A jakby mu się nic nie stało?
Do sali weszło kilku służących. Na rękach wynieśli jęczącego Gołosowowa. Smuga, Naszkin i Tucholski podeszli do Tomka.
— Powinszować, Gołosowow otrzymał bolesną pamiątkę — mówił zakłopotany Naszkin. — Poleży ze dwa, trzy tygodnie. Naznaczył go pan na całe życie.
— Chciałem panom udzielić przyjacielskiej rady — zaczął Tucholski.
— Tak czy inaczej pojedynki są zakazane. Na wszelki wypadek dobrze by było, aby panowie możliwie szybko opuścili Nerczyńsk. Jutro sprawa będzie głośna, zacznie się śledztwo. Nieobecnych nie można przesłuchiwać. Pokażę jego ekscelencji gubernatorowi oświadczenie podpisane przez poszkodowanego i sprawie ukręci się łeb.
— Rada słuszna i dobra — przyznał bosman. — Kiedy odchodzi najbliższy pociąg?
— Dopiero jutro w południe... — wyjaśnił Tucholski.
— Każę zaraz przygotować mój powóz — zaproponował Naszkin.
— Do południa ujadą panowie ładny szmat drogi. Kilka stacji dalej spokojnie wsiądziecie do pociągu. Wyświadczyli mi panowie przysługę, przyczyniając się do schwytania bandy chunchuzów. Nie chciałbym, abyście mieli kłopoty.
— Bardzo dziękujemy, natychmiast wracamy do hotelu Klemensowicza — powiedział Smuga. — Najdalej za pół godziny będziemy gotowi do drogi.
— Pożegnam panów, pójdę do gości, zaintrygowanych zapewne naszą długą nieobecnością — rzekł Naszkin. — Tańce, jak zwykle, przeciągną się do rana, a potem wszyscy mogą gadać, ile dusza zapragnie! Gołosowowa sam będę troskliwie pielęgnował... w moim domu.
Tucholski w zastępstwie gospodarza wyprowadził ich wyjściem wiodącym do ogrodu. W ten sposób uniknęli niepożądanego obecnie spotkania z innymi gośćmi. Jednak mimo tych ostrożności ktoś spostrzegł wychodzących. Mijali właśnie wspaniałą oranżerię, gdy wiotka dziewczęca postać zabiegła im drogę. Była to Natasza.
— A co pani tu robi? — zdziwił się esauł Tucholski.
— Nie mogłam nie podziękować panu Wilmowskiemu za tak rycerską obronę — odparła.
— Ha, wobec tego nie przeszkadzajmy — roześmiał się esauł, pociągając za sobą Smugę i bosmana.
Zaledwie zostali sami, Natasza szepnęła:
— Jest pan niezwykłym mężczyzną... Gdyby nie Zbyszek, mogłabym się w panu zakochać... Do widzenia!
Wspięła się na palce i pocałowała Tomka. Zanim zorientował się co uczyniła, zniknęła w drzwiach oranżerii.