Posada posadzie nierówna.
Można być tajnym agentem – godzinami moknąć na deszczu, obserwując z kłujących krzaków drugie od lewej okno na drugim piętrze, albo wlec się ulicą za przekazanym jak w sztafecie „obiektem”, który jest nie wiadomo kim i nie wiadomo co zbroił.
Można być posłańcem – gnać z wywieszonym językiem przez całe miasto, z torbą wypchaną urzędowymi przesyłkami.
Ale można też być tymczasowym pomocnikiem jego jaśniewielmożności urzędnika do specjalnych poruczeń. W oficynie na Małej Nikickiej należało się stawić około dziesiątej. Czyli że idziesz jak człowiek – nie biegiem przez mroczne zaułki, ale bez pośpiechu, z godnością, w biały dzień. Otrzymywał też Anisij pieniądze na fiakra, tak że, zamiast marnować czas na drogę, mógł zajeżdżać na służbę jak panisko. Ale bez przesady, można i piechotką, a dodatkowe pół rubla zawsze się przyda.
Drzwi otwierał japoński służący Masa, z którym Anisij zdążył się już dobrze poznać. Masa kłaniał się i mówił: „Dzenobry Turi-san”, co znaczyło „Dzień dobry, panie Tulipanow”. Japończyk miał kłopoty z wymową długich rosyjskich słów, a z literą „l” w ogóle sobie nie radził, i „Tulipanow” zamieniał się w jego ustach w „Turi”. Anisij nie miał wszakże pretensji do Fandorinowego kamerdynera i udało im się nawiązać stosunki całkiem przyjazne, by nie rzec konspiracyjne.
Masa przede wszystkim półgłosem informował przybyłego o „stanie atmosfery”, jak nazywał w duchu Anisij panujące w domu nastroje. Jeżeli Japończyk mówił: „Czycho”, znaczyło to, że panuje spokój, piękna hrabina Addi wstała w dobrym humorze, podśpiewując, grucha z Erastem Pietrowiczem i na Tulipanowa będzie spoglądać z roztargnieniem, ale życzliwie. A skoro tak, to można śmiało iść do salonu, Masa poda kawę z bułeczką, pan radca dworu zacznie gawędzić wesoło i żartobliwie, a nefrytowy różaniec w jego palcach będzie grzechotać figlarnie i energicznie.
Jeśli zaś Masa szeptał: „Glosno”, to trzeba się było na paluszkach przemknąć do gabinetu i od razu brać do roboty, bo w domu szalała burza. To znaczy, Addi znowu szlochała i krzyczała, że się nudzi, że Erast Pietrowicz ją zgubił, zbałamucił, zabrał od męża, najlepszego i najszlachetniejszego z ludzi. Akurat, dałabyś się zabrać, gdybyś nie chciała! – myślał Anisij, lękliwie nasłuchując odgłosów burzy i wertując gazety.
Takie było obecnie jego poranne zajęcie – lektura moskiewskiej prasy. Sama przyjemność: szeleścisz pachnącymi stronicami, czytasz miejskie ploteczki, oglądasz kuszące reklamowe ogłoszenia. Na biurku ostro zatemperowane ołówki, niebieski do zwykłych uwag, czerwony do szczególnie ważnych. Co prawda, to prawda: teraz życie Anisija całkiem się zmieniło.
Wynagrodzenie za tę rajską pracę było, nawiasem mówiąc, dwa razy wyższe od poprzedniego, a jeszcze awansował. Wystarczyło, że Erast Pietrowicz skrobnął do Dyrekcji parę słów i natychmiast Tulipanow został kandydatem do stopnia cywilnego. Przy pierwszym wakacie, jaki się pojawi, zda łatwiutki egzamin i gotowe – był posłańcem, jest urzędnikiem, panem asesorem kolegialnym.
A zaczęło się wszystko tak.
Owego pamiętnego dnia, kiedy ukazała się Anisijowi biała gołębica, wraz z radcą dworu udał się z domu gubernatora prosto do biura notarialnego, które sporządziło akt sprzedaży z szyderczym podpisem. Niestety, za drzwiami z miedzianą tabliczką „Iwan Karłowicz Möbius” nikogo nie było. Właścicielka domu, radczyni tytularna Kapustina, otworzyła zamknięte drzwi własnym kluczem i zeznała, że pan Möbius wynajął parter przed dwoma tygodniami, płacąc za miesiąc z góry. Człowiek solidny, zapobiegliwy, wydrukował anons o biurze we wszystkich gazetach na najbardziej widocznym miejscu. Od wczoraj się nie pokazał, ona sama jest zdumiona.
Fandorin słuchał, kiwał głową, od czasu do czasu zadawał krótkie pytania. Rysopis zaginionego notariusza kazał Anisijowi zapisać. „Wzrostu średniego – starannie skrobał ołówkiem Tulipanow. – Wąsy, szpicbródka. Włosy szpakowate. Pince-nez. Ciągle zaciera ręce i chichocze. Uprzejmy. Na prawym policzku duża brązowa brodawka. Wiek z wyglądu około czterdziestki. Kalosze. Palto szare z czarnym szalowym kołnierzem”.
– O k-kaloszach i palcie proszę nie pisać – powiedział radca dworu, zerknąwszy w bazgroły Anisija. – Tylko wygląd zewnętrzny.
Za drzwiami było najzwyklejsze biuro: biurko, uchylona kasa ogniotrwała, półki z teczkami. Wszystkie teczki puste, same okładki, a w sejfie na żelaznej półce, w najbardziej widocznym miejscu – karta, walet pikowy. Erast Pietrowicz wziął kartę, obejrzał przez lupę i rzucił na podłogę, mówiąc do Anisija:
– Karta jak karta, wszędzie można takie kupić. Nie cierpię kart, Tulipanow, a waleta pikowego (nazywają go też Momus) w szczególności. Mam związane z nim nieprzyjemne wspomnienia.
Z biura pojechali do konsulatu brytyjskiego na spotkanie z lordem Pittsbrookiem. Tym razem Anglikowi towarzyszył tłumacz z konsulatu, tak że zeznania poszkodowanego Anisij mógł zapisywać sam.
Brytyjczyk oznajmił radcy dworu, że biuro notarialne „Möbius” polecił mu mister Speyer jako najszacowniejszą i najstarszą firmę w Rosji. Na potwierdzenie swych słów mister Speyer pokazał kilka gazet z reklamą „Möbiusa” w najbardziej wyeksponowanym miejscu. Lord nie zna języka rosyjskiego, ale rok założenia firmy – tysiąc sześćset któryś – wywarł na nim jak najlepsze wrażenie.
Pittsbrooke pokazał na dowód jedną z gazet, „Moskowskije Gubiernskije Wiedomosti”, które nazywał na swą angielską modłę „Moscow News”. Anisij, wyciągając szyję, zajrzał panu Fandorinowi przez ramię i zobaczył wielkie ogłoszenie, zajmujące ćwierć strony:
Biuro notarialne
MÖBIUS
Licencja Ministerstwa Justycji numer 1672
Sporządzanie testamentów i aktów
kupna-sprzedaży,
poświadczanie pełnomocnictw,
poręczanie zastawów,
egzekwowanie płatności
oraz inne usługi
Zawieźli Anglika do nieszczęsnego biura. Opowiedział ze szczegółami, jak otrzymawszy dokument, podpisany przez „starego dżentelmena” (to jest jego ekscelencję generała-gubernatora), udał się tutaj, do office. Mister Speyer z nim nie pojechał, albowiem źle się czuł, zapewnił go wszakże, że właściciel firmy jest uprzedzony i oczekuje dostojnego cudzoziemskiego klienta. Istotnie, lord został przyjęty bardzo uprzejmie, poczęstowany herbatą z „twardymi okrągłymi biskwitami” (piernikami?) i dobrym cygarem. Dokumenty poświadczono bardzo szybko, pieniądze zaś, sto tysięcy rubli, notariusz wziął za pokwitowaniem na przechowanie i włożył do sejfu.
– Akurat, na przechowanie – mruknął Erast Pietrowicz i o coś zapytał, wskazując szafę ogniotrwałą.
Anglik przytaknął, uchylił niezamknięte stalowe drzwi i sepleniąco zaklął.
Do portretu Iwana Karłowicza Möbiusa lord nie potrafił dodać nic istotnego, wciąż wspominał o brodawce. Anisij nawet zapamiętał to angielskie słowo: wart.
– Ważny znak szczególny, wasza jaśniewielmożność. Duża brązowa brodawka na prawym policzku. Może dzięki niej znajdziemy tego hochsztaplera? – nieśmiało wtrącił Tulipanow. Mocno wziął sobie do serca słowa generała-gubernatora o powinięciu się nogi i starciu na proch. Chciał się okazać przydatny.
Ale radca dworu nie docenił Anisijowego wkładu w śledztwo. Rzucił z roztargnieniem:
– Nic z tego, Tulipanow. To chwyt psychologiczny. Taką brodawkę albo, dajmy na to, znamię na pół policzka bardzo łatwo zrobić. Zazwyczaj świadkowie zapamiętują tylko t-taki, rzucający się w oczy znak szczególny, a na inne już nie zwracają uwagi. Zajmijmy się lepiej obrońcą małoletnich l-ladacznic, „mister Speyerem”. Zanotował pan jego rysopis? Proszę pokazać. „Wzrost nieokreślony, bo jeździ na wózku. Włosy ciemnoblond, podstrzyżone na skroniach. Spojrzenie łagodne, dobre. (Hmm…). Oczy chyba jasne. (To ważne, trzeba będzie jeszcze przepytać sekretarza jego ekscelencji). Twarz szczera, sympatyczna”. Nno tak, nie ma się za co zahaczyć. Będziemy musieli pofatygować jego wysokość księcia Saxen-Limburskiego. Miejmy nadzieję, że wie coś o „wnuku”, skoro rekomendował go „dziadkowi” w specjalnym liście.
Do hotelu „Bazar”, z wizytą do udzielnego księcia, Erast Pietrowicz pojechał sam, przyodziany w mundur. Długo go nie było, a wrócił ponury jak chmura gradowa. W hotelu powiedziano mu, że jego wysokość wyjechał poprzedniego dnia, udając się na warszawski pociąg. Jednakże na Dworcu Briańskim dostojny pasażer wczoraj wcale się nie pojawił.
Wieczorem, dla podsumowania wyników całodziennego śledztwa, radca dworu odbył z Anisijem naradę, którą nazwał „analizą operacyjną”. Dla Tulipanowa taka procedura była czymś nowym. Dopiero potem, kiedy już przywykł, że każdy dzień kończy się „analizą”, nabrał trochę śmiałości, ale w ów pierwszy wieczór przeważnie trzymał język za zębami, bojąc się palnąć jakieś głupstwo.
– A więc, zastanówmy się – zaczął radca dworu. – Notariusza Möbiusa, który nie jest żadnym notariuszem, nie ma, wyparował – to raz. – Nefrytowy paciorek różańca głośno stuknął. – Inwalidy filantropa Speyera, który nie jest żadnym filantropem i inwalidą też chyba nie, także nie ma, zniknął bez śladu – to dwa. (Znowu – stuk!). Co zaś dodaje całej sprawie szczególnej p-pikanterii, w niepojęty sposób zniknął również książę, który w odróżnieniu od „notariusza” i „inwalidy” wydaje się prawdziwy. Oczywiście, udzielnych książątek jest w Niemczech zatrzęsienie, wszystkich nie sposób pilnować, ale tego w Moskwie przyjmowano z wszelkimi honorami, o jego przybyciu pisały gazety – to trzy. (Stuk!). W drodze z dworca zajechałem do redakcji „Niedieli” i „Russkiego Wiestnika”. Spytałem, skąd się dowiedzieli o wizycie jego wysokości księcia Saxen-Limburskiego. Okazało się, że gazety otrzymały tę wiadomość zwykłym trybem: depeszą od petersburskich korespondentów. Co pan o tym sądzi, Tulipanow?
Anisij, który w jednej chwili cały spotniał z przejęcia, odezwał się niepewnie:
– Każdy mógł przysłać te całe telegramy, wasza jaśnie wielmożność.
– Ja też tak uważam – przytaknął radca dworu i Tulipanowowi od razu ulżyło. – Wystarczy znać nazwiska petersburskich korespondentów, a depeszę może wysłać każdy i z każdego miejsca… A, właśnie. Niech mnie pan nie tytułuje „jego jaśniewielmożnością”, nie jesteśmy w wojsku. Wystarczy „Eraście Pietrowiczu” albo… albo niech mnie pan nazywa po prostu szefem, tak będzie krócej i wygodniej. – Fandorin uśmiechnął się jakoś niewesoło i powrócił do swej „analizy”. – No i proszę, co z tego w-wynika. Jakiś sprytny osobnik, dowiedziawszy się po prostu nazwisk paru korespondentów (w tym celu wystarczy przejrzeć gazetki), wysyła do redakcji depeszę o przybyciu niemieckiego fürsta, a dalej wszystko się toczy zwykłą koleją. Reporterzy witają „jego wysokość” na dworcu, „Russkaja Mysl” drukuje wywiad, w którym dostojny gość wypowiada nader śmiałe opinie o problemie bałkańskim, kategorycznie odcina się od politycznego kursu Bismarcka, i już – Moskwę ma u stóp, nasi patrioci przyjmują księcia z otwartymi ramionami. Ach, prasa, ludzie u nas w ogóle nie są świadomi jej potęgi… No, panie Tulipanow, a teraz przejdźmy do wniosków.
Radca dworu, vel szef, zawiesił głos i Anisij się przeraził, że to on ma wyciągać wnioski, a w głowie nieszczęsny posłaniec miał kompletny mętlik.
Ale na szczęście pan Fandorin poradził sobie bez pomocy Anisija. Energicznie przespacerował się po gabinecie, postukotał różańcem, po czym założył ręce do tyłu.
– Składu szajki Waleta Pikowego nie znamy. Ale należą do niej co najmniej trzy osoby: „Speyer”, „notariusz” i „książę” – to raz. Niesłychany tupet, wielka pomysłowość i niewiarygodna pewność siebie – to d-dwa. Żadnych śladów – to trzy… – Po krótkiej pauzie Erast Pietrowicz cicho, niemal konspiracyjnym szeptem dokończył: – Ale pewne punkty zaczepienia mamy, i to cztery.
– Naprawdę? – ożywił się posmutniały Anisij, który oczekiwał zupełnie innego zakończenia: nie ma żadnej nadziei, więc wracaj, Tulipanow, do swojego biegania na posyłki.
– Tak uważam. „Waleci” są mocno przekonani o swej bezkarności, a to oznacza, że najprawdopodobniej zechcą jeszcze coś zbroić – to raz. Przecież już przed figlem wypłatanym lordowi Pittsbrooke’owi zdążyli wykręcić dwa udane, wyjątkowo bezczelne numery. W obu wypadkach nieźle się obłowili, w obu wypadkach ostentacyjnie zostawili „wizytówkę” i nawet im w głowie nie postało, żeby zgarnąwszy bogate łupy, opuścić Moskwę. Poza tym… Może cygaro? – Radca dworu otworzył wieczko stojącej na biurku hebanowej szkatułki.
Anisij, chociaż nie palił tytoniu z przyczyn oszczędnościowych, nie wytrzymał, poczęstował się – bardzo apetycznie wyglądały zgrabne, czekoladowej barwy cygara w czerwono-złotych opaskach. Naśladując Erasta Pietrowicza, zacmokał wargami, przypalając, i przygotował się na rajską rozkosz, dostępną jedynie bogaczom. Widział takie cygara na moście Kuznieckim, w witrynie sklepu kolonialnego Syczowa – półtora rubla za sztukę.
– Następny punkt – ciągnął Fandorin. – „Waleci” powtarzają się w swoich metodach – to dwa. I w historii z „księciem”, i w epizodzie z „notariuszem” wykorzystali zaufanie ludzi do słowa drukowanego. Cóż, lord to jeszcze zrozumiałe. Anglicy p-przywykli wierzyć we wszystko, co d-drukuje ich „Times”. Ale nasze moskiewskie gazety? Same zawiadomiły moskwian o przybyciu „jego wysokości”, same narobiły szumu, namąciły w głowie całemu miastu… Tulipanow, cygarem nie należy się zaciągać!
Ale już było za późno. Przygotowawszy się starannie, Anisij wciągnął pełną piersią cierpki, poszczypujący podniebienie dym. Pociemniało mu w oczach, całe trzewia jakby ktoś dźgnął pilnikiem i biedny Tulipanow zgiął się wpół, kaszląc, dusząc się i czując, że za chwilę umrze.
Przywróciwszy pomocnika do życia (za pomocą wody z karafki i energicznych klapsów po chudym Anisijowym grzbiecie), Fandorin krótko podsumował:
– Musimy mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
I oto już cały tydzień Tulipanow miał szeroko otwarte oczy i uszy. Rano, idąc na swą pozazdroszczenia godną służbę, kupował komplet miejskich gazet. Podkreślał w nich wszystko, co rzucało się w oczy i było niezwyczajne, przy obiedzie składał sprawozdanie „szefowi”.
Obiad zasługuje na osobną wzmiankę. Kiedy hrabina była dobrze usposobiona i przychodziła do stołu, podawano wyszukane potrawy, dostarczane z francuskiej restauracji „Hertel”: jakieś osobliwe haut-froid z bekasów z truflami, salade romain, macedoine w melonie i inne kulinarne cudowności, o których Anisij nigdy wcześniej nawet nie słyszał. Jeśli zaś Addi od rana dąsała się w swym buduarze albo wyjeżdżała na miasto odwiedzić sklepy galanteryjne i perfumerie, rządy w jadalni sprawował Masa, a wtedy była to już zupełnie inna para kaloszy. Z chińsko-japońskiego sklepu na Pietrowskich Liniach kamerdyner Fandorina przynosił pozbawiony smaku ryż, marynowaną rzodkiew, chrzęszczące jak papier wodorosty i smażoną rybę na słodko. Radca dworu pałaszował całe to świństwo z wyraźną przyjemnością, Anisijowi zaś Masa podawał herbatę, świeżą bułkę i kiełbasę. Szczerze mówiąc, taki posiłek podobał się Tulipanowowi o wiele bardziej, jako że w towarzystwie kapryśnej pani tak okropnie się peszył, że nie był w stanie należycie ocenić bajecznych frykasów.
Erast Pietrowicz wysłuchiwał sprawozdania z porannych odkryć Tulipanowa. Większość odrzucał, niektóre raczył brać pod uwagę. W drugiej połowie dnia wyjeżdżali, by sprawdzać: Anisij – podejrzane ogłoszenia, szef – ważne persony przybyłe do Moskwy (wizytował je pod pretekstem przekazania ukłonów od generała-gubernatora, a w rzeczywistości by się przyjrzeć, czy to nie mistyfikatorzy).
Na razie dochodzenie nie przynosiło rezultatów, ale Anisij nie zwieszał nosa na kwintę. Ech, gdyby można było tak służyć do końca życia!
Dzisiejszego ranka Sońkę bolał brzuch – widać znów jadła pobiałę z pieca – toteż Tulipanow nie zdążył pośniadać w domu. W oficynie szefa też nie dano mu kawy – dzień był akurat „glosny”. Anisij siedział w gabinecie jak myszka, wertował gazety i, jak na złość, ciągle kłuły go w oczy reklamy rozmaitego jadła:
„Na Srietience, w sklepie Safanowa, pojawiło się wyjątkowej jakości peklowane mięso pod nazwą «Antrykot» – czytał całkowicie bez potrzeby. – 16 kop. za funt, bez kości, może z powodzeniem zastąpić najlepsze gatunki wędliny”.
Krótko mówiąc, ledwie dotrwał do obiadu. Pochłaniając bułkę, relacjonował Erastowi Pietrowiczowi dzisiejszy połów.
Nowo przybyłych dziś, jedenastego lutego 1886 roku, było niewielu: pięciu dostojników wojskowych i siedmiu cywilnych. Szef zanotował sobie adresy dwóch: szefa intendentury marynarki wojennej kontradmirała von Bombe i tajnego radcy Swinjina, zarządzającego skarbem państwa.
Następnie Tulipanow przeszedł do ciekawszej części raportu – do niezwykłych anonsów.
„Zgodnie z decyzją Dumy Miejskiej – czytał na głos, robiąc znaczące pauzy – wszystkich właścicieli kramów z Miejskich Hal Targowych na placu Czerwonym prosi się o przybycie na naradę w sprawie utworzenia towarzystwa akcyjnego, mającego na celu rozbiórkę hal i wzniesienie na ich miejscu krytego szklaną kopułą emporium”.
– No i co się tu panu wydaje p-podejrzane? – zapytał Fandorin.
– To jakaś bzdura. Po co na targowisku szklana kopuła? – rezolutnie odrzekł Anisij. – Zresztą to pan, panie szefie, kazał mi zwracać uwagę na wszystkie anonsy, w których nawołuje się do wpłacania pieniędzy, a tu, proszę, towarzystwo akcyjne. Czyż to nie afera?
– Nie – uspokoił go radca dworu. – Duma istotnie postanowiła zlikwidować Hale Targowe i z-zbudować w tym miejscu potrójną krytą galerię w rosyjskim stylu. Co dalej?
Tulipanow odłożył zlekceważoną notatkę z „Moskowskich Gorodskich Wiedomosti” i wziął „Russkoje Słowo”:
– „TURNIEJ SZACHOWY. W salach Moskiewskiego Towarzystwa Szachowego o godzinie drugiej po południu odbędzie się turniej pana M.J. Czigorina z dziesięcioma partnerami. Pan Czigorin będzie grać à l’aveugle, nie patrząc na szachownicę i nie zapisując ruchów. Stawka w grze – 100 rubli. Bilet wstępu – 2 ruble. Zapraszamy wszystkich chętnych”.
– Nie patrząc na szachownicę? – zdziwił się Erast Pietrowicz i zapisał coś w notesie. – No, dobrze. Pojadę tam i zagram.
Pokrzepiony na duchu Anisij zaczął czytać dalej, tym razem z „Wiedomosti Moskowskoj Gorodskoj Policyi”:
– „NIEZWYKŁA LOTERIA NIERUCHOMOŚCI. Międzynarodowe towarzystwo ewangeliczne «Łzy Chrystusa» po raz pierwszy przeprowadzi w Moskwie BŁYSKAWICZNĄ LOTERIĘ FILANTROPIJNĄ na rzecz budowy Kaplicy Całunu Zbawiciela w Jerozolimie. WYJĄTKOWO CENNE NAGRODY, ufundowane przez ofiarodawców z całej Europy: pałacyki, kamienice, wille w największych miastach europejskich. WYGRANE SPRAWDZA SIĘ NA MIEJSCU. Cena losu – 25 rubli. Spieszcie się, loteria będzie w mieście TYLKO TYDZIEŃ, a potem przenosi się do Sankt Petersburga”. Erast Pietrowicz wyraźnie się zainteresował:
– Loteria błyskawiczna? To bardzo dobry pomysł. Spodoba się publiczności. Nie trzeba czekać na opublikowanie wyników, można je poznać od razu. Ciekawe. I wykorzystać dla afery „Wiedomosti Policyi” to byłaby zbytnia śmiałość! Chociaż po „waletach” można się spodziewać wszystkiego… Chyba powinien pan tam pojechać, Tulipanow. Oto dwadzieścia pięć rubli. Niech mi pan kupi los. Jedźmy dalej.
– „NOWOŚĆ! Mam zaszczyt zawiadomić szanowną publiczność, że w tych dniach mój Gabinet Osobliwości, vis-a-vis Pasażu Sołodownikowa, otrzymał z Londynu wielce zabawną i wesołą szympansicę z małym. Wstęp – 3 ruble. F. Patek”.
– A cóż pan widzi niezwykłego w szympansicy? – Szef wzruszył ramionami. – O coś ją pan podejrzewa?
– To rzadkość – wybełkotał Anisij, który, szczerze mówiąc, miał straszną ochotę zobaczyć takie dziwo, w dodatku „zabawne i wesołe”. – I bilety zbyt drogie.
– Nie, to nie jest na miarę Waleta Pikowego. – Fandorin pokręcił głową. – No i przecież nie ucharakteryzuje się na małpę. Tym bardziej z małym. Dalej.
– „28 stycznia tego roku ZAGINĄŁ PIES, duży mieszaniec, wabi się Hektor, czarny, lewa łapa krzywa, na piersi biała łata. Dla znalazcy nagroda – 50 rubli. Wielka Ordynka, dom hrabiny Tołstoj, pytać o Privatdozent Andriejewa”.
– Jest pan dziś w żartobliwym nastroju. Tulipanow. Co ma tu do rzeczy „duży mieszaniec”?
– Ale te pięćdziesiąt rubli, Eraście Pietrowiczu! Za zwykłego kundla? To bardzo podejrzane!
– Ach, Tulipanow, przecież takie psiaki z k-krzywą łapą kocha się bardziej niż te piękne. Nie ma pan pojęcia o miłości. Dalej!
Anisij obrażony siąknął nosem. Pomyślał: Pan niby to zna się na miłości! To dlaczego od rana w pańskim domu trzaskają drzwi i nikt człowiekowi nie poda kawy? Po czym przeczytał ostatnie ogłoszenie:
– „Kłopoty z męskością, impotencję i skutki błędów młodości leczy wyładowaniami elektrycznymi i wannami galwanicznymi doktor medycyny Emanuel Straus”.
– Oczywisty szarlatan – zgodził się Erast Pietrowicz. – Tylko czy to nie za błahe dla „waletów”? A zresztą, niech pan jedzie i sprawdzi.
Anisij powrócił ze swej ekspedycji po godzinie trzeciej po południu, zmęczony i bez żadnej zdobyczy, ale w dobrym nastroju, który zresztą nie opuszczał go przez ostatni tydzień. Teraz pozostał jeszcze najprzyjemniejszy etap pracy – analiza i omówienie wydarzeń dnia.
– Widzę po braku błysku w pańskich oczach, że sieci są puste – powitał go Erast Pietrowicz, który najwyraźniej sam także niedawno wrócił; był jeszcze w mundurze i przy orderach.
– A co u pana, panie szefie? – zapytał z nadzieją Tulipanow. – Co z kontradmirałem i tajnym radcą? Co z szachistą?
– D-dostojnicy są prawdziwi. Szachista także. Rzeczywiście ma fenomenalny dar: siedział plecami do szachownic, niczego nie zapisywał. Z dziesięciu partii wygrał dziewięć, przegrał tylko jedną. Niezły business, jak powiadają dzisiejsi przedsiębiorcy. Pan Czigorin otrzymał dziewięćset rubli, sto oddał. No więc czystego zysku osiemset, i to w niecałą godzinę.
– A z kim przegrał? – zainteresował się Anisij.
– Ze mną – odrzekł szef. – Ale to nieważne, zmarnowany czas.
Ładnie mi zmarnowany – pomyślał Tulipanow. Sto rubli! Zapytał z szacunkiem:
– Pan dobrze gra w szachy?
– Ok-kropnie. Przypadkowy łut szczęścia. – Fandorin poprawił przed lustrem i tak idealne rożki wykrochmalonego kołnierzyka. – Widzi pan, Tulipanow, ja w pewnym sensie też jestem fenomenem. Hazard jest mi zupełnie obcy, nie cierpię wszelkich gier, ale zawsze mi się w nich wiedzie w zgoła fantastyczny sposób. Przywykłem do tego i od d-dawna niczemu się nie dziwię. Nawet w szachach. Pan Czigorin pomylił pola, kazał przesunąć królową, zamiast na f5, na f6, wprost pod moją wieżę, a potem tak się zdenerwował, że poddał partię. Bądź co bądź, to niezwykle trudna rzecz: grać dziesięć partii, nie patrząc. Ale teraz niech pan opowiada.
Anisij zebrał się w sobie, w takich chwilach bowiem czuł się jak na egzaminie. Ale egzamin był przyjemny, nie to co w gimnazjum. Dwójek i pał tu nie stawiano, a często dostawały mu się pochwały za spostrzegawczość czy pomysłowość.
Choć, co prawda, dziś nie bardzo miał się czym pochwalić. Po pierwsze, Tulipanow miał nieczyste sumienie: polazł jednak do gabinetu osobliwości Patka, wydał państwowe trzy ruble i pół godziny gapił się na szympansicę z małym (oboje byli niezwykle zabawni i weseli, reklama mówiła prawdę), mimo że do sprawy nie wnosiło to absolutnie niczego. Zajechał też na Wielką Ordynkę, po prostu z gorliwości. Porozmawiał z okularnikiem, właścicielem krzywołapego kundla, wysłuchał jego rozdzierającej historii, zakończonej tłumionym męskim szlochem.
O elektrycznym doktorze Anisij nie miał ochoty opowiadać szczegółowo. Zaczął wprawdzie, ale zawstydził się i urwał. Dla dobra sprawy musiał się poddać upokarzającemu i dość bolesnemu zabiegowi, po którym do tej pory czuł, jakby go kłuto igłami w pachwinę.
– Ten cały doktor Straus to wstrętny typ – naskarżył. – Bardzo podejrzany. Zadaje różne obrzydliwe pytania. – I zakończył mściwie: – Oto kim powinna się zainteresować policja.
Erast Pietrowicz, jako człowiek delikatny, nie wypytywał Anisija o szczegóły. Powiedział z poważną miną:
– Chwali się panu, że zdecydował się pan poddać elektrycznemu zabiegowi, tym bardziej że w pańskim przypadku „skutki błędów młodości” są raczej niemożliwe. Takie poświęcenie dla sprawy zasługuje na najwyższą aprobatę, ale całkowicie wystarczyłoby zadanie kilku pytań. Na przykład, ile ten uzdrowiciel bierze za seans.
– Pięć rubli. O, mam nawet pokwitowanie. – Anisij sięgnął do kieszeni, gdzie trzymał wszystkie rachunki.
– Nie trzeba. – Radca dworu machnął ręką. – „Waleci pikowi” na pewno nie zadawaliby sobie takiego trudu dla pięciu rubli.
Anisij zmarkotniał. Przeklęte igiełki tak zapulsowały w jego wymęczonym elektrycznością ciele, że aż zakręcił się na krześle, i żeby czym prędzej zatrzeć przykre wrażenie swej głupoty, zaczął opowiadać o błyskawicznej loterii filantropijnej.
– Solidna instytucja. Prawdziwa Europa. Wynajmują wysoki parter w gmachu Rady Opiekuńczej do spraw Sierot. Kolejka przez całe schody, ludzie różnej kondycji i klas, sporo szlachty. Stałem czterdzieści minut, Eraście Pietrowiczu, zanim doszedłem do kontuaru. Trzeba powiedzieć, że Rosjanie są wrażliwi na ludzką biedę.
Fandorin zagadkowo uniósł sobolową brew.
– Więc pańskim zdaniem jest tam czysto? Hochsztaplerstwem nie z-zalatuje?
– Nie, skądże znowu! Przy wejściu posterunkowy z koalicyjką i szablą. Każdemu salutuje na znak szacunku. W środku, jak się wejdzie, kontuar. Za kontuarem bardzo skromna, miła panienka w pince-nez, cała w czerni, na głowie biała chusteczka, na piersi krzyżyk. Mniszka albo nowicjuszka, a może po prostu wolontariuszka – u tych cudzoziemców trudno się połapać. Przyjmuje wpłaty i proponuje, żeby zakręcić bębnem. Po rosyjsku mówi dobrze, tylko z lekkim akcentem. Kręci człowiek sam, sam wyjmuje los – uczciwa sprawa. Bęben szklany, a w środku takie pozwijane kartoniki: niebieskie po dwadzieścia pięć rubli i różowe po pięćdziesiąt – dla tych, którzy chcą ofiarować więcej. Choć, co prawda, przy mnie nikt różowych nie brał. Rozwija się los na miejscu, przy wszystkich. Jeżeli się nic nie wygrało, jest tam napis: „Niech Cię Bóg błogosławi”. O, proszę. – Anisij wyjął ładny niebieski kartonik z gotyckimi literami. – A ten, kto wygrał, przechodzi za barierkę. Tam za biurkiem siedzi komisarz loterii, bardzo nobliwy starszy pan, duchowny, i załatwia formalności. Tym, którzy nie mieli szczęścia, panienka serdecznie dziękuje i przypina na piersi ładną papierową różyczkę jako symbol miłosierdzia.
Anisij wyjął z kieszeni troskliwie schowaną różyczkę. Chciał ją zanieść Sońce do zabawy.
Erast Pietrowicz obejrzał kwiatek i nawet powąchał.
– Pachnie „Fiołkiem Parmeńskim” – zauważył. – To drogie perfumy. Więc powiada pan, że to skromna panienka?
– Bardzo – przytaknął Anisij. – I ma taki nieśmiały uśmiech.
– No, no. I cóż, trafiają się wygrane?
– A jakże! – ożywił się Anisij. – Jeszcze jak stałem w ogonku na schodach, wyszedł jeden szczęśliwiec, z wyglądu jakiś profesor. Cały czerwony, macha papierem z pieczęciami – wygrał posiadłość w Czechach. Pięćset dziesięcin! A podobno rano jakaś pani wygrała kamienicę w samym Paryżu. Pięciopiętrową! Że też ludzie mają takie szczęście! Słyszałem, że zasłabła, musieli jej podawać sole trzeźwiące. A jak ten profesor wygrał majątek ziemski, to wiele osób zaczęło brać po dwa, trzy losy Dla takiej wygranej nie szkoda nawet dwudziestu pięciu rubli! Ech, szkoda, że nie miałem własnych pieniędzy, bo też bym spróbował szczęścia.
Anisij marzycielsko wzniósł oczy ku sufitowi, wyobrażając sobie, jak rozwija kartonik, a tam… No, co na przykład? A choćby château nad Jeziorem Genewskim (widział słynne jezioro na obrazku – ach, przepiękne!).
– Pięciopiętrowa? – zupełnie bez związku upewnił się radca dworu. – W Paryżu? A majątek w Czechach? Tak, tak. Wie pan co, Tulipanow, chodźmy tam, zagram i ja na tej pańskiej loterii. Zdążymy przed zamknięciem?
No i gdzie się podziały zimna krew i olimpijski spokój pana Fandorina? A mówił, że hazard jest mu zupełnie obcy.
Zdążyli w ostatnim momencie. Kolejka na schodach nie zmalała, loteria działała do wpół do szóstej, a już wybiła piąta. Ludzie byli zdenerwowani.
Fandorin bez pośpiechu wszedł po schodach, a u drzwi odezwał się uprzejmie:
– Państwo pozwolą, chciałem tylko p-popatrzeć.
No i co myślicie? Bez szemrania przepuszczono go do wejścia. Mnie by na pewno przepędzili – z szacunkiem pomyślał Anisij – a wobec kogoś takiego nikomu to nawet w głowie nie postało.
Dyżurujący przy wejściu posterunkowy, dziarski chłop z zawadiacko podkręconymi rudymi wąsami, zasalutował, wyrzucając rękę ku szarej barankowej czapce. Erast Pietrowicz przespacerował się po obszernym pomieszczeniu, przedzielonym na dwie części kontuarem. Anisij zdążył obejrzeć lokal już za pierwszym razem, toteż teraz wpatrzył się chciwie w wirujący bęben. Zerkał też na miłą panienkę, która właśnie przypinała kwiatek do klapy przygnębionego studenta, mówiąc coś pocieszająco.
Radca dworu bardzo uważnie obejrzał bęben, po czym zainteresował się komisarzem, starannie ogolonym jegomościem w surducie z białym stojącym kołnierzykiem. Komisarz wyraźnie się nudził i raz nawet ziewnął, dyskretnie zasłaniając usta dłonią.
Erast Pietrowicz od niechcenia musnął palcem w białej rękawiczce tabliczkę z informacją: „Państwo nabywający różowe losy przepuszczani są poza kolejką” – i zapytał:
– Mademoiselle, czy mogę prosić o jeden różowy?
– O tak, oczywiście, jest pan prawdziwym krześcijaninem. – Panienka obdarzyła ofiarodawcę promiennym uśmiechem, poprawiła wysuwający się spod chustki złocisty lok i przyjęła od Fandorina tęczową pięćdziesięciorublową asygnatę.
Anisij patrzył z zapartym tchem, jak szef niedbale, dwoma palcami, wyciąga z bębna pierwszy lepszy różowy bilet i go rozwija.
– Cziżbi pusti? – zmartwiła się panienka. – Ach, bilam taka pewna, że pan musi wigrat! Zeszlim razem pan, co wziął różowi los, dostał prawdziwi palazzo w Wenecji! Z własna przistań dla gondoli i podjazd dla karet! Może łaskawi pan spróbuje jeszcze raz?
– Nawet z podjazdem, no, no, no – zacmokał Fandorin, oglądając obrazek na bilecie: skrzydlatego anioła z modlitewnie złożonymi dłońmi okrytymi szmatką, najwyraźniej mającą symbolizować całun Zbawiciela.
Erast Pietrowicz odwrócił się do zgromadzonych, grzecznie uchylił cylindra i oznajmił donośnym, rozkazującym głosem:
– Panie i panowie, nazywam się Erast Pietrowicz Fandorin, jestem urzędnikiem do specjalnych poruczeń przy jego ekscelencji generale-gubernatorze. Kładę areszt na tej loterii z powodu podejrzenia o oszustwo. Posterunkowy, proszę natychmiast opróżnić lokal i nikogo tu więcej nie wpuszczać!
– Tak jest, wasza jaśniewielmożność! – szczeknął rudowąsy policjant, ani myśląc zakwestionować uprawnienia energicznego pana.
Posterunkowy stanął na wysokości zadania. Zamachał rękami, jakby wyganiał gęsi, i bardzo sprawnie wypchnął nerwowo jazgoczący tłum za drzwi. Dopiero co pomrukiwał: „Zapraszam, zapraszam, zechcą się państwo sami przekonać, co to za okazja” – i oto już pomieszczenie opustoszało, a sługa porządku publicznego stał wyprężony na baczność u wejścia, gotów do wykonania kolejnego rozkazu.
Radca dworu z zadowoleniem kiwnął głową i zwrócił się do Anisija, który zaskoczony nieoczekiwanym obrotem wydarzeń stał jak słup, z szeroko otwartymi ustami.
Starszy pan – pastor czy ksiądz, kto go tam wie – też był wytrącony z równowagi: stanął przy biurku i zamarł, mrugając wybałuszonymi oczyma.
Za to skromna panienka zachowała się w sposób zupełnie zdumiewający.
Nagle spoza pince-nez mrugnęła do Anisija błękitnym okiem, lekko przebiegła przedpokój i z okrzykiem „hop-la!” wskoczyła na szeroki parapet. Szczęknęła zasuwką, pchnęła okno i z ulicy powiało świeżością i mrozem.
– Łap ją! – krzyknął rozpaczliwie Erast Pietrowicz. Anisij rzucił się za uciekinierką i zdołał ją uchwycić za spódnicę, ale mocny jedwab wyślizgnął mu się z palców. Panienka wyskoczyła oknem i Tulipanow, upadłszy brzuchem na parapet, zobaczył tylko, jak wdzięcznie rozwiewają się w locie jej spódnice.
Okno znajdowało się dość wysoko, ale szalona akrobatka wylądowała w śniegu z kocią zręcznością, nawet nie upadła. Obejrzała się, pomachała Anisijowi ręką i zakasawszy wysoko spódnicę (spod której ukazały się różowe nóżki w trzewiczkach i czarnych pończochach), pomknęła trotuarem. Jeszcze chwila – i minąwszy krąg światła latarni, dziewczyna roztopiła się w szybko gęstniejącym mroku.
– O matko! – Anisij zrobił znak krzyża i wdrapał się na parapet. Był święcie przekonany, że zaraz się rozbije i jeszcze dobrze, jak złamie tylko nogę, bo przecież może złamać też kręgosłup. Ładnie będą wtedy z Sońką wyglądali! Sparaliżowany brat i nienormalna siostra, wspaniała para.
Zamknął oczy, szykując się do skoku, ale silna dłoń szefa chwyciła go za połę.
– Trudno – powiedział Fandorin, z wesołym niedowierzaniem patrząc w ślad za rączą panienką. – G-głównego winowajcę mamy.
Radca dworu niespiesznie podszedł do komisarza loterii. Ten podniósł ręce, jakby oddawał się do niewoli, i nie czekając na pytania, zaczął terkotać:
– Wasza… wasza jaśnie… Ja tylko za niewielkim wynagrodzeniem… W ogóle ich nie znam, robię, co każą… To ten pan, proszę jego pytać… Ten przebrany za posterunkowego.
Erast Pietrowicz i Tulipanow spojrzeli we wskazanym drżącym palcem kierunku, ale żadnego posterunkowego nie ujrzeli. Tylko na haczyku, kołysząc się lekko, wisiała mundurowa czapka.
Szef runął do drzwi, Anisij za nim. Na schodach zobaczyli gęsty, wzburzony tłum – spróbuj, człowieku, się przecisnąć.
Fandorin, skrzywiony, postukał się kłykciami w czoło i zatrzasnął drzwi.
Anisij oglądał tymczasem barankową czapkę, nie wiedzieć czemu pozostawioną przez fałszywego policjanta. Czapka była całkiem zwyczajna, tylko do podszewki przyczepiono kartę do gry: zalotnie uśmiechnięty paź w kapeluszu z piórem i symbol karcianego koloru – pik.
– Ale jak? Skąd? – wybełkotał wstrząśnięty Anisij, patrząc na rozwścieczonego Fandorina. – Jak pan się domyślił? Szefie, jest pan najprawdziwszym geniuszem!
– Nie jestem geniuszem, tylko cymbałem! – warknął gniewnie Erast Pietrowicz. – Trafiłem jak kulą w płot. D-dałem się nabrać na pionka, a hersztowi pozwoliłem uciec. Sprytny jest, bestia, sprytny… Pytał pan, jak się domyśliłem? Ależ nie było się czego domyślać. Mówiłem panu przecież, że w żadne gry, tym bardziej oparte na zwykłym szczęściu, nigdy nie p-przegrywam. Kiedy się okazało, że los jest pusty, od razu zrozumiałem, że to oszustwo. – I po chwili milczenia dodał: – A poza tym słyszał kto kiedy, żeby weneckie palazzo miało podjazd dla k-karet? W Wenecji nie ma karet, tylko same łodzie…
Anisij chciał zapytać, jak szef odgadł, że maczał w tym palce właśnie Walet Pikowy, ale nie zdążył – radca dworu wrzasnął z furią:
– No, co pan tak ogląda tę przeklętą czapkę?! Co tak pana w niej ciekawi?!