Wet za wet

Czego jak czego – ale niewyjaśnionych zagadek po prostu nie cierpiał. Każde zdarzenie, każda rzecz, nawet pryszcz, co nagle wyskoczył na nosie, ma swoją prehistorię i przyczynę. Tak po prostu, ni stąd, ni zowąd, nic się na świecie nie dzieje.

A tu nagle – s’il vous plaît - wspaniale opracowana, piękna, w ogóle, mówiąc bez fałszywej skromności, genialna operacja zrobiła klapę, i to bez żadnej widocznej przyczyny!

Drzwi gabinetu uchyliły się ze wstrętnym skrzypieniem i w szparze ukazała się mordka Mimi. Momus zdarł z nogi skórkowy pantofel i cisnął nim z furią, celując w złocistą grzywkę – nie pchaj się tu, nie przeszkadzaj mi myśleć – ale drzwi przezornie się zamknęły. Momus z wściekłością zmierzwił sobie włosy (we wszystkie strony poleciały papiloty) i gryząc cybuch, zaskrzypiał miedzianym piórem po papierze.

Bilans wyglądał fatalnie.

Według pobieżnych obliczeń zysk z loterii pod koniec pierwszego dnia wynosił siedem do ośmiu tysięcy. Kasę zarekwirowano, więc jest to oczywista strata.

W ciągu tygodnia loteria, nabrawszy rozmachu, powinna była, według najskromniejszych szacunków, przynieść około sześćdziesięciu tysięcy. Dłużej nie można było jej ciągnąć, bo a nuż jakiś niecierpliwy posiadacz paryskiej willi zechciałby zobaczyć swą wygraną i przekonałby się, że pod Pantalonami barwy „płonące serce”, czyli pod całunem, znajduje się zupełnie co innego, niż przypuszczał. Ale przez tydzień z pewnością można było zbierać nektar.

Zatem stracony zysk to minimum minimorum sześćdziesiąt tysięcy.

A bezpowrotnie zmarnowane wydatki na przygotowania? Niby same głupstwa: wynajęcie lokalu, druk losów, ekwipunek. Ale tu chodzi o zasadę – Momus znalazł się na minusie!

Poza tym złapali „pionka”. Powiedzmy, że ten nic nie wie, ale to niedobrze, błąd. No i szkoda starego durnia, zapijaczonego aktorzyny z Teatru Małego; za nieszczęsne trzydzieści rubli zaliczki będzie teraz karmić pchły w kozie.

Najbardziej zaś żałował Momus samego pomysłu. Loteria błyskawiczna – toż to sama rozkosz! Jakie mankamenty mają zwykłe, nudne oszustwa, zwane loteriami? Klient najpierw wpłaca pieniądze, a potem musi czekać na losowanie. Losowanie, którego, proszę zauważyć, nie zobaczy. Dlaczegóż ma wierzyć, że wszystko jest uczciwe i czyste? A w ogóle czyż wielu się znajdzie amatorów czekania? Ludzie, jak wiadomo, są niecierpliwi.

A tu proszę – własnymi rękami wyciągasz śliczny szeleszczący bilet do raju. Aniołek cię wabi, uwodzi: uwierz mi na słowo, Cymbale Jołopowiczu. Co może tam być, pod tym kuszącym obrazkiem, oprócz samej przyjemności? Nie udało się? Nie szkodzi, spróbuj jeszcze raz.

No i, naturalnie, ważne są szczegóły. Żeby to nie była zwykła loteria dobroczynna, tylko europejska, ewangelicka. Prawosławni za innowiercami nie przepadają, jednak w kwestiach pieniężnych ufają im bardziej niż swoim – to fakt dowiedziony. No i żeby ją urządzić nie byle gdzie, ale właśnie w Radzie Opiekuńczej! I żeby dać reklamę w gazecie policyjnej. Po pierwsze, moskwianie ją lubią i chętnie czytają, a po drugie, któż by tu podejrzewał jakąś nieczystą sprawę? No i ten posterunkowy przy wejściu.

Momus zerwał papilot, zbliżył kosmyk włosów do oczu – ruda farba prawie zeszła. Jeszcze raz się umyje i będzie świetnie. Szkoda tylko, że włosy na końcach są odbarwione i zaczęły się rozdwajać – od częstego przefarbowywania. Ale cóż robić – taka profesja.

Znowu skrzypnęły drzwi i Mimi powiedziała pospiesznie:

– Kotku, niczym nie rzucaj. Przyniesiono to, co kazałeś.

Momus się poderwał.

– Kto? Sluńkow?

– Nie wiem, taki jakiś wstrętny, ulizany Ten, którego na Boże Narodzenie oskubałeś w winta.

– Zawołaj go!

Przygotowując się do podboju nowych terytoriów, Momus zaczynał od angażowania pożytecznych ludzi. Tak jak na polowaniu. Gdy trafiasz na bogate tereny łowieckie, to najpierw się rozejrzyj, zbadaj ścieżki, znajdź wygodne kryjówki, przestudiuj obyczaje zwierzyny. Tak więc również w Moskwie miał Momus swoich informatorów w różnych kluczowych miejscach. Choćby takiego Sluńkowa. Człowieczek na niewysokim stanowisku, kancelista z tajnego wydziału kancelarii gubernatora, a ileż z niego pożytku! Przydał się już w aferze z Anglikiem, a i teraz jest jak znalazł. Omotać kancelistę było najłatwiej w świecie: wkopał się Sluńkow w karty na trzy i pół tysiąca i teraz wyłaził ze skóry, żeby wydostać swoje weksle.

Wszedł, przylizany płaskostopy, z teczką pod pachą, i przemówił półszeptem, ciągle oglądając się na drzwi.

– Antuanie Bonifacjewiczu – znał Momusa jako poddanego francuskiego – tylko, na rany Chrystusa, to kryminalna sprawa. Niech się pan pospieszy, bo będę zgubiony. Kolana mi się trzęsą!

Momus w milczeniu pokazał gestem, by położył teczkę na biurku, i nadal bez słowa machnął ręką – czekaj za drzwiami.

Nagłówek na teczce brzmiał:


Urzędnik do specjalnych poruczeń

ERAST PIETROWICZ FANDORIN

W lewym górnym rogu pieczęć:


Urząd

Generała-Gubernatora

Moskwy

Referat spraw tajnych


I odręczny dopisek: Ściśle tajne.


Na wewnętrznej stronie okładki przyklejono wykaz dokumentów:


Lista stanu służby

Poufna charakterystyka

Informacje natury osobistej


No, popatrzmy, co to za ptaszek ten cały Fandorin.

Pół godziny później kancelista wyszedł na paluszkach z tajną teczką i anulowanym wekslem na pięćset rubli. Za taką usługę można by właściwie temu judaszowi zwrócić wszystkie weksle, ale niewykluczone, że Sluńkow jeszcze się przyda.

Momus w zadumie spacerował po gabinecie, z roztargnieniem bawiąc się chwastem szlafroka. Toś ty taki? Proszę, proszę: demaskator spisków, specjalista od tajnych dochodzeń. Na piersi tyle orderów i medali, co na butelce szampana. Kawaler Orderów Chryzantemy – coś takiego! I w Turcji się zasłużył, i w Japonii, i do Europy jeździ w specjalnych misjach. Taaak, to nie byle kto.

Co tam było w charakterystyce? „Nieprzeciętny talent do prowadzenia spraw delikatnej natury i tajnych, zwłaszcza wymagających dedukcji śledczej”.

Hmm. Warto by się dowiedzieć, jak pan radca dworu zaraz pierwszego dnia wydedukował aferę z loterią.

No nic, ty japońskie wilczysko, jeszcze zobaczymy, kto komu ogon przytrzaśnie – pogroził Momus niewidzialnemu adwersarzowi.

Jednakże opierać się tylko na oficjalnych dokumentach, choćby po stokroć tajnych, nie należało. Informacje o panu Fandorinie trzeba było uzupełnić i „ożywić”.


Na „ożywianiu” informacji upłynęły jeszcze trzy dni.

W tym czasie Momus przeprowadził następujące działania.

W przebraniu poszukującego miejsca lokaja zaprzyjaźnił się z Prokopem Kuźmiczem, stróżem w domostwie Fandorina. Wypili razem butelkę monopolowej, zakąsili solonymi rydzykami, pogadali o tym i owym.

Był w teatrze Korsza i obejrzał sobie lożę, w której siedzieli urzędnik do specjalnych poruczeń i dama jego serca, niewierna małżonka petersburskiego kamerhera Opraksina. Patrzył nie na scenę, gdzie, nomen omen, grano komedię pana Nikołajewa Specjalne poruczenie, lecz wyłącznie na radcę dworu i jego flamę. Bardzo się przydała zeissowska lornetka, na pozór zwykła, teatralna, w rzeczywistości powiększająca dziesięciokrotnie. Hrabina istotnie była prawdziwą pięknością, ale nie w typie Momusa. Dobrze znał takie kobiety i wolał je podziwiać z bezpiecznej odległości.

Mimi także wniosła swój wkład. Udając modystkę, zaznajomiła się z pokojówką hrabiny, Nataszą, i sprzedała jej nową serżową suknię po bardzo przystępnej cenie. Przy okazji wypiły kawkę z ciastkami i poplotkowały sobie o różnych kobiecych sprawach.

Pod koniec trzeciego dnia plan kontruderzenia był gotowy: finezyjny, elegancki – mucha nie siada.


Operację wyznaczono na sobotę, piętnastego lutego.

Działania bojowe potoczyły się zgodnie z opracowanymi dyspozycjami. Za kwadrans jedenasta rano, kiedy w oknach oficyny na Małej Nikickiej rozsunięto story, pocztylion doręczył pilną depeszę, zaadresowaną do hrabiny Opraksinej.

Momus siedział w karecie trochę na ukos od pałacyku i sprawdzał czas na zegarku. Za oknami oficyny dało się zauważyć jakieś poruszenie i chyba nawet dobiegły stamtąd kobiece krzyki. Trzynaście minut po dostarczeniu depeszy z domu pospiesznie wyszli sam pan Fandorin i hrabina. Z tyłu dreptała, zawiązując chustkę, rumiana dziewoja – Wspomniana wyżej pokojówka Natasza. Madame Opraksina była niewątpliwie zalterowana, radca dworu coś do niej mówił – zapewne uspokajał, ale hrabina najwyraźniej za nic nie chciała się uspokoić. Cóż, można jej ekscelencję zrozumieć.

Treść depeszy była następująca: „Addi, przyjeżdżam do Moskwy pociągiem o jedenastej i udaję się prosto do pani. Tak dłużej trwać nie może. Albo wracasz, pani, ze mną, albo zastrzelę się na twoich oczach. Twój szalony z rozpaczy Toni”.

Tak właśnie, wedle informacji otrzymanych od pokojówki, nazywała Ariadna Arkadjewna swego wprawdzie porzuconego, lecz ślubnego męża, tajnego radcę i kamerhera, hrabiego Antona Apołłonowicza Opraksina. Zupełnie naturalne, że monsieur Fandorin zechce wybawić swą damę od przykrej sceny. Zrozumiałe też, że dotrzyma jej towarzystwa podczas ewakuacji, ponieważ Ariadna Arkadjewna ma bardzo delikatne nerwy i dość długo trzeba będzie ją pocieszać.

Kiedy sanie Fandorina, wyróżniające się puszystą derą z amerykańskiego niedźwiedzia, zniknęły za rogiem, Momus bez pośpiechu wypalił cygaro, sprawdził w lusterku charakteryzację i dokładnie dwadzieścia po jedenastej wyskoczył z karety. Ubrany był w mundur kamerhera, z szarfą, gwiazdą i szpadą, na głowie miał pieróg z piórami. Jak na kogoś, kto przybywa prosto z pociągu, był to oczywiście strój dosyć dziwny, ale na azjatyckim służącym powinien zrobić wrażenie. Najważniejsze – to szybkie natarcie. Nie dać przeciwnikowi czasu do namysłu.

Momus stanowczym krokiem minął bramę, półbiegiem przeciął dziedziniec i głośno zastukał do drzwi oficyny, chociaż doskonale widział dzwonek.

Otworzył kamerdyner Fandorina. Poddany japoński, imię – Masa, bezgranicznie oddany swemu panu. Te właśnie informacje oraz przestudiowana poprzedniego dnia książka pana Goszkiewicza o japońskich obyczajach pomogły Momusowi w obmyśleniu linii działania.

– Aa, monsieur Fandorin! – rozdarł się Momus na skośnookiego konusa, krwiożerczo tocząc wzrokiem. – Porywacz cudzych żon! Gdzie ona jest? Gdzie moja ubóstwiana Addi? Coś pan z nią zrobił?!

Jeśli wierzyć panu Goszkiewiczowi (a dlaczego nie wierzyć znanemu uczonemu?), dla Japończyka nie ma nic gorszego niż kompromitująca sytuacja i publiczny skandal.

Prócz tego owi żółtolicy synowie mikada mają wysoko rozwinięte poczucie obowiązku wobec suzerena, a radca dworu dla tej okrągłej gęby jest właśnie suzerenem.

Kamerdyner rzeczywiście był przerażony. Jął się kłaniać w pas i mamrotać:

– Peprasam, peprasam. To moja bina. Wasia dzina ucekra, oddawat ne ma.

Momus nie zrozumiał, co bełkocze Azjata i co ma tu do rzeczy jakiś Wasia, jedno wszakże było jasne: jak przystało na japońskiego wasala, kamerdyner jest gotów wziąć na siebie winę pana. Dobra taka Masa, skoda, że nie nasa.

– Zabij, panie, to moja bina. – Wierny sługa kłaniał się i cofał w głąb mieszkania, jakby zapraszał do środka groźnego gościa.

Aha, nie chce, żeby sąsiedzi słyszeli – domyślił się Momus. Cóż, to znakomicie odpowiadało jego planom.

W przedpokoju Momus udał, że przyjrzał się lepiej i zrozumiał swoją pomyłkę:

– Ależ pan nie jest monsieur Fandorinem! Gdzie on jest? I gdzie jest ona, mój skarb?

Japończyk dotarł tyłem do drzwi salonu, nie przestając się kłaniać. Zrozumiawszy, że udawanie pana na nic się nie zda, wyprostował się, skrzyżował ręce na piersi i wyskandował:

– Pana nie ma. Wyjechari. Na zafse.

– Łżesz, łajdaku – jęknął Momus i runął do przodu, odpychając Fandorinowego wasala.

W salonie, lękliwie chowając głowę w ramiona, siedział pryszczaty cherlak o odstających uszach, w wytartym surduciku. Jego obecność nie była dla Momusa niespodzianką. Anisij Tulipanow, drobny urzędniczyna z Dyrekcji Policji. Przyłazi tu każdego ranka, a i na loterii też był.

– Aa – drapieżnie przeciągnął Momus. – To tu się pan Ukrywasz, panie uwodziciel.

Uszasty zerwał się na nogi, spazmatycznie przełknął ślinę i wybełkotał:

– Wasza jaś… Wasza ekscelencjo… Ja właściwie…

Aha – wywnioskował Momus – chłopaczyna jest au courant życia osobistego swego chlebodawcy – zaraz odgadł, z kim ma zaszczyt.

– Czym, czym ją pan przywabiłeś? – zajęczał. – O Boże, Addi!!! – ryknął na całe gardło, rozglądając się na boki. – Czym ta pokraka cię zbałamuciła?

Na słowo „pokraka” cherlak spąsowiał i nadął się, należało więc szybko zmienić taktykę.

– Czyżbyś uległa temu bezwstydnemu spojrzeniu i tym zmysłowym ustom?! – zawył Momus, zwracając się do nieobecnej Addi. – Ten lubieżny satyr, ten „kawaler Chryzantemy” pragnie tylko twego ciała, a ja kocham twoją duszę! Gdzie jesteś?

Młokos przybrał dziarską postawę.

– Za pozwoleniem, wasza ekscelencjo. Zupełnym przypadkiem poznałem drastyczne okoliczności tej sprawy. Nie jestem wcale Erastem Pietrowiczem Fandorinem, jak pan, zdaje się, myśli. Jego jaśniewielmożności nie ma. I Ariadny Arkadjewny także. Więc pan zupełnie bez potrzeby…

– Jak to nie ma?! – złamanym głosem przerwał mu Momus i bezsilnie padł na krzesło. – A gdzie ona jest, moja kiciunia?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, zakrzyknął:

– Nie, nie wierzę! Wiem na pewno, że ona tu jest!

Jak wicher pognał przez cały dom, otwierając z rozmachem drzwi i myśląc mimochodem: niezłe mieszkanko, i urządzone ze smakiem. W pokoju z toaletką, gęsto zastawioną słoiczkami i kryształowymi flakonami, zamarł w bezruchu i zaszlochał.

– Boże, to jej szkatułka. I jej wachlarz. – Zakrył twarz dłońmi. – A ja ciągle miałem nadzieję, wciąż wierzyłem, że to nieprawda…

Następny numer obliczony był na Japończyka, który sapał Momusowi za plecami. Komu jak komu, ale jemu powinno się to spodobać.

Momus wyjął z pochwy szpadę i ze stężałą twarzą wycedził:

– Nie, już lepsza śmierć. Takiej hańby nie zniosę. Pryszczaty Tulipanow wrzasnął ze strachu, za to kamerdyner spojrzał na zhańbionego męża z nieukrywanym szacunkiem.

– Samobójstwo to grzech śmiertelny – odezwał się agencik, w okropnym zdenerwowaniu przyciskając ręce do piersi. – Zgubi pan swoją duszę i skaże Ariadnę Arkadjewnę na wieczne męki. Na miłość, wasza ekscelencjo, nie ma rady Trzeba przebaczyć. Po chrześcijańsku.

– Przebaczyć? – powtórzył w rozterce nieszczęsny kamerher. – Po chrześcijańsku?

– Tak! – wykrzyknął z zapałem młodzian. – Ja wiem, że to trudne, ale potem kamień spadnie panu z serca, sam wasza ekscelencja zobaczy!

Momus z przejęciem otarł łzę.

– Zaiste, wybaczyć, o wszystkim zapomnieć… Niech się śmieją, niech pogardzają. Małżeństwa zawierane są w niebie. Zabiorę ją, moją najmilszą. Ocalę!

Modlitewnie wzniósł oczy, po policzkach popłynęły mu najprawdziwsze, wielkie łzy – miał Momus taki cudowny dar.

Kamerdyner nagle się ożywił.

– Tak, tak, zaberasz, zaberasz do domu. Na zafse do domu – przytaknął skwapliwie. – Po co harakiri, nie trzeba harakiri, nie po frescijansku!

Momus stał z przymkniętymi oczyma i boleśnie ściągniętymi brwiami. Tamci dwaj czekali z zapartym oddechem – jakie uczucie weźmie górę: zraniona miłość własna czy szlachetność?

Zwyciężyła szlachetność.

Zdecydowanie potrząsnąwszy głową, Momus oznajmił:

– A więc niechże tak będzie. Uchronił mnie Pan od śmiertelnego grzechu. – Wsunął szpadę na powrót do pochwy i zamaszyście się przeżegnał. – Dziękuję ci, dobry człowieku, że ocaliłeś duszę chrześcijańską przed zatraceniem.

Wyciągnął do cherlaka rękę, ten ze łzami w oczach ją uścisnął i długo nie puszczał. Japończyk zapytał nerwowo:

– Wiezie jaśnie pani do domu? Na zafse?

– Tak, tak, mój przyjacielu – potwierdził ze szlachetnym smutkiem Momus. – Jestem karetą. Zanieś tam jej rzeczy, suknie, dro… dro… drobiazgi. – Głos mu się załamał, ramiona zadygotały.

Kamerdyner skwapliwie, jakby się bał, że zbolały mąż zmieni zdanie, rzucił się do pakowania kufrów i waliz. Pryszczaty, stękając, taszczył bagaże na dziedziniec. Momus znów przeszedł się po pokojach, oglądając japońskie sztychy. Były wśród nich bardzo interesujące, z różnymi zberezeństwami. Kilka co bardziej pikantnych wsunął w zanadrze – żeby rozbawić Mimoczkę. W gabinecie gospodarza zgarnął z biurka nefrytowy różaniec – na pamiątkę. Zamiast różańca zostawił coś, też na pamiątkę.

Załadunek nie trwał nawet dziesięciu minut.

Obaj – i kamerdyner, i agencik – odprowadzili „hrabiego” do karety i nawet podsadzili na stopień. Kareta mocno osiadła pod ciężarem bagażu Addi.

– Ruszaj – melancholijnie rzucił Momus woźnicy i odjechał precz z pola walki.

Szkatułkę z klejnotami hrabiny trzymał w rękach, pieszczotliwie przekładając lśniące kamienie. Łup, nawiasem mówiąc, okazał się całkiem spory. Wspaniale udało się połączyć przyjemne z pożytecznym. Za sam diadem z szafirów – zauważył go już w teatrze – da się wyciągnąć chyba ze trzydzieści tysięcy. A może podarować go Mimoczce, do jej niebieskich ocząt?

Na bulwarze Twerskim minęły go jadące z przeciwka znajome sanie. Radca dworu był sam, futro rozpięte, twarz blada i zdeterminowana. Jedzie się tłumaczyć groźnemu mężowi. Chwali mu się to – odważny z niego człowiek. Tylko że, mój miły, tłumaczyć się będziesz madame Addi, a sądząc z zebranych przez Momusa informacji i jego osobistych spostrzeżeń, nie będzie to łatwe. Ariadna cię wpędzi w nie lada labirynt – pomyślał Momus i zachichotał, zachwycony dowcipem.

Przekonasz się pan, panie Fandorin, jak to jest bruździć Momusowi. Wet za wet.

Загрузка...