Rozdział ósmy

Nie było wyjścia. Zapłata za moje wybawienie znajdowała się w zamszowym woreczku, ten spoczywał w kufrze, zamkniętym na siedem spustów. Wróciwszy z wioski, gdzie delektował się bezkarnością jeszcze wtedy nie schwytany Kliwi, byłem gotów wziąć księgę i natychmiast pobiec z nią do domu na wzgórzu. Niech mag objawi swoją moc na potomku Rekotarsów.

Zimowe dni są jednak krótkie. Wspomniałem mroczne i chłodne, bez jednego światełka, domostwo Czarno Tak Skoro i zaciskając zęby, odłożyłem wizytę na jutro.

Tym bardziej, że jak dotąd nie zajrzałem ani razu do księgi O magach, napisanej przez dziadka mojej żony i bardzo pożądanej przez Czanotaksa.

Zjedliśmy z Alaną kolację w ogromnej jadalni, przy wtórze wiatru w kominie i sapania Itera (sługa Sollów, Klow parę dni temu wrócił do domu, zanieść swemu panu nowinę o naszym bezpiecznym dotarciu na miejsce).

Kolacja przeszła w milczeniu. Sprzyjał mu fakt, że Alana siedziała na drugim końcu długiego stołu i dowołać się można było tylko przez tubę.

Gdy tak siedziała w milczeniu, dziwnie przypominała portret mojej prababki. Nieoczekiwanie dojrzała tego wieczoru, a nawet wypiękniała. Siedziała jakby nieobecna i blada. Dziewczyna, która stała się ofiarą mego egoizmu, żywym losem na loterii.

Przeklinałem sam siebie, patrząc na poważne oblicze mej młodej żony. Postanowiłem od następnego dnia uczynić wszystko, żeby była szczęśliwa. A nawet jeszcze tej nocy.

Jestem jej mężem. Silnym mężczyzną, nie jakimś chuderlawym magiem. Mam przed sobą legalną ślubną połowicę. Wystarczy tego niezdrowego poszczenia. Chcę się z nią kochać czule i mocno…

Alana zauważyła, jak zmienił się mój sposób patrzenia i na jej bladych policzkach wykwitły rumieńce.

Po kolacji szarmancko podałem jej dłoń. Droga do sypialni była daleka, przez dwie galerie, po niebezpiecznych, kręconych schodach. Początkowo szedł przed nami Iter, potem go odesłałem, przejmując od niego świecznik.

Ujmująca mnie pod ramię ręka Alany lekko drżała.

A swoją drogą… Kto wie, co się wydarzyło naprawdę podczas nocy poślubnej?!

– Alano – rzekłem, pragnąc ją uspokoić – czytałaś tę księgę?

Nie powiedziałem, jaką. Naturalnie, wiedziała, o jaką pytam. Jej dłoń zacisnęła się na mym ramieniu.

– Nie lubię jej. Ci wszyscy wszechmocni magowie – dodała jakby z pogardą – tacy niby potężni. Więc czemu na straży stoi jeden Luar?

Byliśmy już u półotwartych drzwi sypialni. W środku buzował ogień. Pokojówka Alany tym razem się postarała.

– Twój zmarły brat? – spytałem machinalnie.

Nie bez powodu szczycę się swym rozumem i taktem, lecz i najmędrszym zdarzają się potknięcia, tym bardziej, że głowę miałem zajętą czymś zgoła innym. Do tego stopnia, że zreflektowałem się dopiero wtedy, gdy zziębła nagle dłoń Alany ześliznęła się z mego ramienia.

Miała wielkie, okrągłe oczy, odbijające blask świec.

– On… nie umarł… On…

– Wybacz, kochanie – powiedziałem bystro. – Przejęzyczyłem się. Nie to chciałem powiedzieć…

Jej twarz zrobiła się mokra od łez, które popłynęły kaskadami.

– Ty… Pan…

Odskoczyła i zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni.

– Alano! Wybacz mi, głupcowi. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że Luar… Przepraszam, tak wyszło przypadkowo. Chcesz może zawiązać mi język?

Milczenie.

Dobrze wiedziałem, jak z nią jest. Jak się zamykała, niczym ślimak w skorupie i choćbyś stanął na głowie, odpowiedzią będzie tylko bolesna uraza podlotka. Miałem ochotę cisnąć lichtarzem o ścianę, lecz, my, Rekotarsowie, nie bez przyczyny szczycimy się hartem ducha i opanowaniem.

Otworzyłem kolejno siedem zamków i wydobyłem z kufra zamszowy futerał zawierający ciężkie tomisko. Nie miałem innego towarzysza na ten długi wieczór, prócz książki.

I zapewne bezsenną noc.

Żal mi było Alany. Jej dziecięca wiara w to, że brat ciągle żyje, zasługiwała w ostateczności na szacunek. Chociaż, z drugiej strony, nie powinno się żyć iluzjami.

Pokonując strach przed zamszowym woreczkiem, lecz wolałem nie wsadzać w niego dłoni, chwyciłem za rogi i wytrząsnąłem zawartość na biurko. Biografie magów uderzyły o blat z głuchym łoskotem, wzniecając tuman kurzu w świetle świec.

Połyskiwały złote tłoczenia na okładce. Kiedy się pochyliłem, zauważyłem okrągłą czarną plamę na stronie tytułowej, jakby ktoś postawił w tym miejscu mokry puchar.

Przetarłem oczy.

Kiedy wręczano mi uroczyście tę książkę w charakterze posagu Alany, nie było czegoś takiego. Gotów bym dać sobie rękę uciąć, że nie było…

Przełknąwszy gorzką ślinę, otwarłem księgę mniej więcej pośrodku. Bez dreszczy i trzepotania serca. Beznamiętnie, jak bibliotekarz, biorący do rąk kolejny cenny egzemplarz.

A jednak.

Plamy na wszystkich stronach. Zagięte rogi. Czyżby Sollowie oddali mi zanieczyszczony egzemplarz?! Czyżby pozwolili obchodzić się komuś w taki sposób z rodową świętością?!

Zamszowy woreczek spoczywał przede mną na blacie biurka, jak pusta skorupa. Nie, Sollowie nie chcieli mnie oszukać, coś takiego byłoby dla nich kompromitacją. Domyślałem się, czyja to sprawka.

Kto chwytał moją dłoń, którą nieostrożnie wsadziłem do środka? Skoro moja dłoń była dostępna dla Czarno, to również książka, przynajmniej podczas podróży. Dopóki wierzyłem, że mój zastaw znajduje się bezpiecznie pod ręką, mag zdążył nacieszyć się drogocennym dziełem i dowiedział wszystkiego, czego chciał. A to oznaczało…

Usiadłem. I znowu wstałem. Opadłem na fotel, podciągnąwszy kolana pod brodę. Zimno…

Owinął mnie sobie wokół palca. Bawił się mną. Przepełniła mnie tak silna złość, że wsadzając dłoń do woreczka, omal go nie przebiłem na wylot.

Nie musiałem długo czekać. Chłodne palce zacisnęły się na moim przegubie, jakby badając puls.

– Bydlaku – wycedziłem przez zęby – dlaczego zniszczyłeś cenne dzieło?

„Ach, Retano. Cały świat składa się z rzeczy, lecz nie one są najważniejsze".

– Jeszcze się doigrasz.

„Kiedyś jeszcze mi podziękujesz, że włączyłem cię do mej gry".

– Więc tak, szanowny magu. Jutro… dzisiaj o świcie odwiedzę cię w twej siedzibie, ty zaś uczynisz ze mną to samo, co zrobiłeś z Kliwi. Oddam ci księgę wraz z futerałem. I nie chcę cię więcej znać, czy to jasne?!

„Powoli, Retano. Nie gorączkuj się tak. Zdejmę z ciebie klątwę, możesz być pewien. Ale o świcie jeszcze śpię, więc nie masz po co przychodzić. Później, rankiem, proszę bardzo… Masz jakąś złotą rzecz, którą zna także Alana?"

Milczałem, zbity z tropu.

„Powiedz jej, że ta złota rzecz… rdzewieje".

– Co?!

„Powiedz jej, że złoto rdzewieje. To wszystko. Potem przyjdź do mnie".

Jego palce ześliznęły się z mego przegubu. W zamszowym woreczku zrobiło się pusto, tylko moje palce nerwowo mięły wewnętrzny szew.

Resztę nocy spędziłem nad książką dziekana Łujana. Nie wiem, ile musiał włożyć wysiłku w napisanie tak grubego tomu, skoro nawet czytanie go było wielce męczące. Od początku musiałem się do tego zmuszać.

Pominąłem tę część, która odnosiła się do wydarzeń sprzed tysięcy lat. „To było dawno i nieprawda".

Pierwsze wyłapane znajome nazwisko należało do Larta Legiara. Podniosło mnie to na duchu, bo skoro wspomina się z szacunkiem o słudze, z tym większym powinno się pisać o jego panu?

O Magu z Magów Damirze nie było jednak w tym rozdziale ani słowa. Musiałem się o tym przekonać. Odsunąłem z niechęcią książkę zniszczoną przez Czanotaksa.

Miałem tylko nadzieję, że dzieło ojca mojej teściowej nie zostało przekłamane, lecz było tylko niepełne.

Był środek nocy, w kominie wył wicher, nie było mowy o spaniu. Przeszedłem się smętnie po komnacie i od nowa zabrałem się do lektury.

Jak widzimy, Legiar był jednym z wybitniejszych magów swoich czasów i ważną postacią historii magii. Za jego największy czyn uznano pokonanie Czarnego Moru, który pojawia się też w naszych czasach, chociażby w strasznych opowieściach. Już to tylko by wystarczyło, by Legiar pozostał na zawsze w naszej pamięci, lecz inne jego dzieło, według mnie bardziej istotne, pozostało utajnione… Ważny autorytet w tej dziedzinie stwierdza…

Oblizałem wargi i przepuściłem przydługi przypis.

Nie mogę stwierdzić z całą pewnością, czy owe świadectwa są pełne i rzetelne. Biorąc pod uwagę…

Znowu przepuściłem długi odsyłacz, pełen nic mi nie mówiących imion i nazw.

Według relacji zanotowanej podczas rozmowy z…

Ziewnąłem.

Zaryzykuję jednak twierdzenie, że głównym dziełem Larta Legiara była walka w Przedsionku Świata z Tym, Kto Przyszedł Stamtąd… Wiemy na ten temat niewiele. Taka była wola Legiara, by sprawy nie nagłaśniać. Być może miał po temu ważkie powody. Szanując decyzję mego starszego kolegi, przedstawię tutaj tylko parę bezspornych, jak sądzę, faktów: w czasie, gdy Legiar znalazł się u szczytu potęgi, za Drzwiami stanął Ten, Kto Przyszedł Stamtąd (zwany też Trzecią Siłą). Jego Odźwiernym miał być Raul Illmarranien, zwany Marran, mag o pomniejszej mocy. Illmarranien wycofał się ze swej misji i omal przez to nie zginął, lecz wmieszanie się w sprawę Legiara zmieniło bieg przeznaczenia. Wiemy, że obu magów przez wiele lat łączyły skomplikowane i nieraz bolesne układy. Wiemy, że ta ostatnia walka podkopała siły Legiara. Wiemy również, że Tego, Kto Przyszedł Stamtąd nie można pokonać siłą woli, można go tylko wpuścić lub nie. Wydaje się zatem, że nasz świat uratowany został przez Marrana, Legiar zaś uratował go przed zemstą Trzeciej Siły. Padają często pytania: ale przecież Ten, Kto Przyszedł Stamtąd został za Drzwiami? Z kim więc walczył Legiar? Któż to wie… Odpowiem tylko, że kiedy mróz zostaje za drzwiami, przez szczeliny i tak wnika zimno…

Zjeżyłem się. Akurat w tym momencie zima przypomniała o sobie. Przez szczeliny w murach wiało tak, że zakołysały się płomienie świec.

Tak więc Legiar powstrzymał Zarazę, ratując w ten sposób tysiące ludzi. Być może także piszącego te słowa. Potem zmierzył się z Tym, Kto Przyszedł Stamtąd, skracając sobie tym samym życie. Uratował Raula Illmarraniena, w danej chwili wroga i okrył swój czyn tajemnicą. Kto ma prawo osądzać jego decyzje? Ja na pewno nie.

Przekartkowałem parę stron do przodu, potem z powrotem. Była to cała biografia Legiara: kiedy, skąd, z kim, dlaczego…

Tylko o służbie u Maga z Magów nie wspomniano ani słowa.

Poczułem przypływ rozdrażnienia. Przewracałem tępo stronice. Przypomniałem sobie nudne lata nauki i zrobiłem tak samo jak w dzieciństwie: zmrużyłem powieki, otworzyłem książkę byle gdzie i dotknąłem palcem pośrodku strony.

Najprawdopodobniej ostatni wyczyn szalonego Łasza nie powiódł się. Czekający za Drzwiami nie zdołał wejść. Przy tym „wyczyn" Starca byłby straszną zbrodnią, ponieważ nie wiemy, w jakim celu Trzecia Siła pragnie zawładnąć światem. Pewne niejasne wzmianki znajdują się w Testamencie Pierwszego Wieszczbiarza, jednej z najcenniejszych ksiąg. Niestety, ani jedna kopia, których i tak było niewiele, nie zachowała się do naszych czasów. Straciliśmy cenne świadectwo i obecnie możemy polegać jedynie na relacjach tych, którzy owo dzieło czytali. Ze słów Orwina Wieszczbiarza, Larta Legiara i Orlana Pustelnika wynika tylko jedno. Pojawienie się Tego, kto czeka za Drzwiami wywołuje reakcję Amuletu Wieszczbiarza. Złoty medalion rdzewieje…

Nie dla mnie mądre książki.

Podniosłem głowę. Zbliżał się ranek. Nieprędko zrobi się jasno, lecz zbudziły się już koguty i psy, a piętro niżej wałęsał się krewny Itera, najęty jako pachołek.

W głowie mi szumiało od sławnych imion i wielkich czynów, które dawno odeszły w przeszłość i o których prawie już nikt nie pamiętał, prócz dziwaków w rodzaju Czarno Tak Skoro.

Natomiast żywa została pamięć o moim przodku Damirze. Jeśli będziemy mieć dzieci z Alaną (w tym momencie westchnąłem mimowolnie), przekażę im ową pamięć.

Wrzuciłem bez żalu starą książkę do zamszowego futerału.

Skoro jest tak niezbędna Czanotaksowi, niech ją bierze. Dla mnie jest do niczego.

Alana pojawiła się na śniadaniu smutna i bledziutka. Starając się zatuszować wczorajszą niezręczność, rozpocząłem długą rozmowę o nadchodzącej zimie i tradycyjnym polowaniu i kuligu. Zimowe zabawy jej nie rozweseliły. Postanowiła dąsać się do upadłego.

W tym momencie, nie tyle z głupoty, ile z rozpaczy, wymamrotałem, zwracając się w stronę wąskiego, pokrytego szronem okna:

– Pamiętasz pierścionek, dzięki któremu odegrałem karetę? Złoty pierścionek? Odnoszę wrażenie, że… jakby rdzewiał. To przecież niebywałe. Dziwne, prawda?

Nie miałem zamiaru wypełniać polecenia Czarno Tak Skoro, a jednak…

Nigdy w życiu nie wykonywałem cudzych rozkazów. Nie wiem, co mnie podkusiło. Najwidoczniej dało o sobie znać rozdrażnienie i chęć starcia z twarzy Alany pogardliwego grymasu. Nie przebierałem w środkach.

Alana milczała. Poczułem się jak błazen. Dziwne sprawy magów i dziwne żarciki. Ostatecznie będę miał pełne prawo zameldować Czanotaksowi, że jego głupie zadanie zostało wykonane.

Marszcząc brwi i starając się powstrzymać uśmiech, odwróciłem się do małżonki.

Twarz Alany była biała jak chusta.

Śmiech zamarł mi na wargach, gdy zobaczyłem jej strach.

– Co ci jest, Alano?

Przełknęła ślinę, przy czym szyja drgnęła konwulsyjnie. Zdawało się, że zaraz zemdleje. Podbiegłem i chwyciłem ją wpół.

– Co się stało, do licha?!

– Rdzewieje – powtórzyła takim szeptem, że poczułem ciarki na plecach.

Przeklęty Czanotaks. Przeklęty Czarno Tak Skoro. Co takiego powiedziałem?!

– On znowu przyszedł – powiedziała Alana, zaciskając dłoń na moim ramieniu. – Znowu… A Luar… tam…

Znowu ten Luar. Wciąż stawał na przeszkodzie nocy poślubnej. W końcu znienawidzę sam dźwięk jego imienia.

– Alano, żartowałem. Nie można zażartować?

Tak na mnie spojrzała, że gdyby mogła zabić wzrokiem, zostałaby już ze mnie mokra plama na ścianie.

Potem odepchnęła moje dłonie i pobiegła do swego pokoju, nie wiadomo dlaczego kuśtykając.

Zazgrzytałem zębami. Przebrałem się jak na paradę, przypasałem szpadę, wziąłem księgę w zamszowym futerale i udałem się do tego łotra, Czanotaksa z nadzieją, że krótka historia tej niemiłej znajomości właśnie dobiega końca.

Czwarty raz wstępowałem w progi domu czarnoksiężnika i spodziewałem się, że ostatni. Mag przyjął mnie uprzejmie. W zwierciadlanej komnacie specjalnie na tę okazję objawił się wygodny fotel, a niewygodny zydel, na którym zwykle mag sadzał gości, poszedł tym razem w kąt.

Swoją drogą, owa drobna uprzejmość wcale mnie nie zmiękczyła.

– Więc tak – rzekłem oficjalnie – panie Czanotaksie Oro, wypełniłem pańskie warunki. Przywiozłem interesującą pana rzecz i mam prawo oczekiwać teraz wypełnienia obietnicy. Natychmiast. Jeśli dobrze pamiętam, wystarczyło panu dziesięć godzin na Kliwiego Młynarczyka?

Pokryte szronem lustra odbijały mdło zimowe słońce. Salon tonął w chłodnym, matowym świetle. W miejscu, gdzie oddech Kliwiego rozpuścił lód, pozostało niezamarznięte. Dziwna plama, przypominająca pokracznego grzybka.

– Ten złodziejaszek marnie skończy – burknął w zadumie mag.

Wyjąłem księgę w futerale i położyłem na dłoni, jakbym chciał ją zważyć. Ciężar był odpowiedni, dziekan Łujan ciężko pisał.

Jakiś czas spoglądaliśmy sobie w oczy. Potem Czanotaks odszedł od okna – cały czas stał tam przygarbiony, jakby nie miał sił trzymać się prosto – przeszedł do mnie przez całą długość pokoju. Wyciągnął rękę, by odebrać dzieło Łujana. Położyłem sobie księgę na kolanach.

– Panie Czanotaksie, kiedy zacznie mnie pan uwalniać od zaklęcia?

– Właściwie – wymamrotał tamten, obserwując, jak gładzę nerwowo zamsz futerału – mogłaby zostać u pana. Wiem już wszystko, czego się chciałem dowiedzieć.

– Dobrze – odparłem spokojnie. – Niech ta księga, będąca posagiem mojej żony, ozdobi mą bibliotekę. W każdym razie wypełniłem swoje zobowiązanie. Chciałbym, żeby pan jak najszybciej wypełnił swoje.

Czanotaks westchnął. Cofnął się, przystanął obok zamarzniętego lustra i ostrożnie drapnął szron koniuszkiem długiego paznokcia.

– A czemu się tak spieszysz, Retano? Masz przecież jeszcze pół roku przed sobą?

Wstałem.

Prawdę mówiąc, oczekiwałem czegoś w tym rodzaju. Czarno Tak Skoro lubił upajać się swoją wszechmocą. Był urodzonym szantażystą.

Przez krótką chwilę walczyłem z pragnieniem dobycia szpady.

Ten gest byłby zbyteczny. Nie po to obnaża się ostrze, by kogoś straszyć. Na razie nie miałem zamiaru zaszlachtować Czanotaksa. Opanowując się, położyłem dłoń na rękojeści.

– Panie Czanotaksie, nie mam zamiaru tracić czasu na próżne gadanie. Proszę sobie darować te kiepskie żarty i wypełnić zobowiązanie. Tu i teraz.

Rękojeść broni robiła się coraz cieplejsza pod moim dotykiem.

Czarno Tak Skoro powiódł palcem po lodowej powierzchni. Chrząknął niemal karcąco.

– Retano… Wciąż widzisz we mnie jakiegoś oszusta i wydrwigrosza. Przecież powiedziałem, że to zrobię! Zdejmę z ciebie zaklęcie, możesz już teraz zapomnieć o wyroku Sędziego…

– Więc zrób to teraz! Po co to niepotrzebne strzępienie języka?!

– Och, jaki jesteś nieuprzejmy, Retano – zaburczał niechętnie Czanotaks.

Przeszedł całą komnatę do okna, odkrył okrągły otwór strzelniczy w oszronionej szybie i spojrzał w dal. Wytężał wzrok, jakby nad jasnym, śnieżnym widnokręgiem przepływały właśnie wspomnienia jego pierwszej miłości.

– Przystąp do wypełnienia obietnicy – zażądałem zwięźle.

Czarno Tak Skoro westchnął. Przesunął dłonią po łysej czaszce. Dziwne, że całkiem goła, nie pokryła się dotąd szronem.

– Widzisz, Retano… problem polega na tym, że nadal będę potrzebował twojej pomocy. Pamiętasz, jak się umawialiśmy: „usługa za usługę". Proszę, pocierp jeszcze trochę i pomóż mi. To dla ciebie nic trudnego, ja zaś będę ci wdzięczny do grobowej deski.

Mówił to odwrócony, takim tonem, jakby rozmawiał o pogodzie.

Prawie czułem świerzbienie klingi mej szpady.

– To jak? – spytałem strasznym głosem. – Uważa pan, że warunki umowy nie zostały spełnione?!

– Nie do końca.

Czarno w końcu oderwał się od otworu obserwacyjnego i odwrócił ku mnie. Z jego czarnych oczu trudno było wyczytać, kpi sobie ze mnie, czy prosi o wybaczenie.

Moja szpada wyskoczyła bezszelestnie z pochwy. Jeden ruch sprawił, że sztych oparł się o grdykę czarownika.

Nikt jeszcze na świecie nie wyzwolił we mnie takiej nienawiści.

– Bydlak! Kłamca! Spełnisz obietnicę albo…

Po klindze rodowego oręża popłynęła gruba, mętna łza, jak wosk spływający ze świecy. Z otwartą gębą obserwowałem, jak topi się mój oręż. Niby wosk. Stal się rozpływa, klinga się kurczy, a mętne krople kapią na podłogę… Kap, kap…

W istocie wszystko stało się w okamgnieniu. Moja szpada spłynęła na podłogę, a krople ułożyły się w rysunek jakby kwiatu w rodzaju chryzantemy. Wpatrywałem się weń baranim wzrokiem, ściskając w garści dziwnie lekką gardę.

– Retano – rzekł ponuro Czanotaks – dlaczego jesteś taki porywczy, przecież rozmawiam z tobą, jak z przyjacielem…

Cisnąłem weń rękojeścią. Chybiłem z odległości trzech kroków. Żałośnie zadzwoniwszy o ścianę, ułamek rodowej szpady przetoczył się z kąta w kąt.

– To wszystko, czy jeszcze coś, Retano? Tak być nie może.

Mogę bez problemu walczyć sam jeden z dwudziestką wrogów, lecz przyczajona, wyzywająco spokojna bestia z wąskimi, czarnymi oczami doprowadziła mnie niemal do szaleństwa.

Moja wściekłość była niczym ognista przepaść, rozwierająca się pod nogami, jeszcze chwila i rzuciłbym się na niego z rykiem urażonej godności, rozpaczliwie i bezpowrotnie. Zapewne zamieniłbym się po chwili w miotające się bezsilnie zwierzę. Chciałem udusić czarodzieja albo rzucać w niego meblami, może skopać nogami. Zapewne rozbawiłbym go. A jeszcze pewniej, nie mogąc znieść hańby, powiesiłbym się na najbliższym drzewie.

Cudem się opanowałem.

Panując nad sobą opadłem na fotel, odprowadzany uważnym spojrzeniem ciemnych, nieco szalonych oczu. Siadłem, zarzucając nogę na podłokietnik, choć mięśnie miałem jak odrętwiałe.

– Miej cierpliwość, Retano. Zrobię wszystko, co obiecałem, lecz trochę później. Im chętniej mi pomożesz, tym szybciej nastąpi wyzwolenie. Rozumiesz?

– Szantażysto – wycedziłem przez zęby. – Ty…

Z natury nie bałem się żadnych magów. Oprócz tego, który całkiem niedawno zadziwił mnie swymi możliwościami. Teraz pomyślałem, że może w ogóle nie należało przestępować jego przeklętych progów. Myśl była upokarzająca, więc przegnałem ją ze swego umysłu. Uśmiechnąłem z przymusem.

– Możesz dźwigać góry? Może byś zarabiał jako jarmarczny kuglarz?

Czarno nie obraził się. Wymamrotał smutno:

– Góry przenosić… A coś ty myślał, Retano? Kiedy miotałeś się, szukając, wielu znalazłeś chętnych do zmiany twego Wyroku? Ustawili się do ciebie w kolejce?

Odwróciłem wzrok.

Miał rację. Żaden z tych łotrów nie zgodził się. Nawet tak porządny czarodziej, jak ten strzec z bagien.

Przypomniałem sobie, jak Kliwi Młynarczyk radośnie ściągał cudze sakiewki. Mieliśmy różne Wyroki, ale Sędzia był jeden!

– To znaczy, że jesteś wyjątkowy – wycedziłem, patrząc w bok. – Mag z Magów Czanotaks… Niemal nowe wcielenie Wielkiego Maga Damira? Tak?

– Co za różnica, czyje wcielenie – odparł tamten lekko roztargniony, wzdychając.

Nie wiedzieć czemu, poczułem się nieswojo.

Krótki zimowy dzień zbliżał się do końca. Białe, matowe światło czerwieniało powoli. Jutro może być porywisty wiatr.

Nagle opadł mnie ze wszystkich stron mróz, jakiego do tej pory nie czułem. Wciskał się pod ubranie i do butów. Miałem ochotę objąć się ramionami, lecz powstrzymałem się. Byłby to gest ujawniający słabość.

– Powiedziałeś Alanie, że złoto rdzewieje?

Uniosłem głowę. Jakiś czas mierzyliśmy się wzrokiem z czarodziejem, potem znów odwróciłem oczy.

– Pies cię trącał. Dosyć tej farsy. Nie będę ci służył. Żałuję tylko, że wciągnąłem w to niewinną dziewczynę. No cóż, zostanie młodą wdówką i wyjdzie znowu za kogoś. Żegnaj, Czanotaksie Oro. Życzę szczęścia.

I wyszedłem, czując dziwną lekkość w sercu.

Dotarłem do zamku o zmroku. Iter czekał na mnie w progu. Gdy zobaczyłem jego wyciągniętą fizjonomię, zaraz zrozumiałem, że nie dadzą mi spokojnie umrzeć.

– Pani Alana… po tym, jak pan wyszedł poszła na spacer do zagajnika… Słońce świeciło… Czemu nie spacerować? Minęły dwie godziny… Posłałem chłopaka. Mówił, że ślady wiodą przez zagajnik na główną drogę i tam nikną wśród innych. Posyłałem już do wsi. Nie ma, jakby się pod ziemię zapadła…

Alana.

Spadło na mnie straszne zmęczenie, wbijało w ziemię tak, że moje ślady na śniegu wydawały się głębsze. Powłócząc nogami, wróciłem do stajni, ciężko wskoczyłem w siodło i pocwałowałem do wioski.

Ile tam karczem? Dwie? A w sąsiedniej wsi? Jakieś nieznane mi spelunki?

Uraziłem ją dwa razy pod rząd, plamiąc pamięć o jej wspaniałym bracie. Nie zdziwiłbym się, gdybym znalazł swoją piętnastoletnią żonkę w najbliższej tawernie pijaną jak szewc. Będę ją wiązać, myślałem, ostro poganiając konia. Nie ucieknie ode mnie. Będę trzymał ją na łańcuchu. Dowie się, co to znaczy igrać z honorem Rekotarsa.

Nie da się ukryć hańby. To nie duże miasto. Jest tylko jeden dziedzic na włościach i pijaną dziedziczkę z pewnością wszyscy już zobaczyli…

Koń jęczał boleśnie, źle przeze mnie traktowany. Okrutnik w siodle…

Nie znalazłem Alany w żadnej z gospód. Co więcej, nikt jej nie widział. Wszyscy patrzyli na mnie z jednakowym zdziwieniem. Miejscowi włościanie raczej nie byli powiernikami sekretów…

W sąsiedniej wsi także nie widziano Alany. Jakby wyszedłszy z zamku zamachała rękami i wzniosła się na skrzydłach do nieba.

Zasnąłem dopiero nad ranem. Całą noc wydawało mi się, że słyszę stukanie do drzwi. Gdyby tak pułkownik Soll przyjechał odwiedzić córkę… Ja zaś musiałbym wyjść mu na spotkanie.

W końcu były to tylko majaki. Wiatr stukał do okien. Uspokajałem się i pytałem siebie: a może Alany wcale nie było? Może załamany Wyrokiem Sędziego piłem pół roku z rozpaczy w rodzinnym gnieździe, mając przy tym alkoholowe omamy?

Rankiem zdrzemnąłem się. Wystarczyło, że zamknąłem powieki, gdy ujrzałem oczami duszy ciemny kanał, garbaty mostek. Widok jakby znajomy.

Na moście stał wysoki i szczupły starzec. Nigdy go wcześniej nie widziałem i wolałbym nigdy nie spotkać, gdyż jego spojrzenie było ostre jak chirurgiczny lancet. Aż się chciało od razu obudzić.

– Ona jest u niego – rzekł stary zmęczonym głosem, ciskając kamyk w nieruchomą, czarną toń.

Na wodzie rozeszły się kręgi.

Chciałem wziąć ze sobą starostę i paru wieśniaków, lecz nikt ze mną nie poszedł. Wszyscy okazali się chorzy, słabi, bardzo zajęci. Starosta przysięgał, że nie może iść w tej chwili na wzgórze. Pan Rekotars wybaczy, ale to nie jest sprawa chłopstwa włamywać się do domu maga. Jaśnie pan jest wolny jak ptak, a chłopi muszą żyć na tej ziemi…

Iter nie odważył się odmówić, lecz widząc jego sino-bladą twarz, sam zmieniłem zdanie. Wziąłem krzesiwo i wiązkę pochodni. U stóp wzgórza zapaliłem od razu dwa i wszedłem na górę z ogniem w środku jasnego dnia.

Furtka była, jak zwykle, uchylona.

Drzwi wejściowe otwarły się niemal natychmiast. Czarno czekał w głębi przedpokoju, zakutany po uszy w futrzaną szubę.

– Witam – powiedziałem, wysuwając łuczywa przed siebie. – Przyszedłem cię rozgrzać.

Trudno powiedzieć, czego oczekiwał. Milczał, a odblaski płomieni pląsały na gołym czerepie.

Ruszyłem do przodu, zamierzając wbić mu pochodnię w twarz.

– Ostrożnie – powiedział cicho. – Źle zrozumiałeś. Nie lubię ognia, lecz to nie znaczy, że się go boję. Ty na przykład nie lubisz brudu, ale gdyby ktoś rzucił w ciebie kałem, nie uciekałbyś w przestrachu? Prawda?

Patrząc, jak mrugam powiekami, wyciągnął dłoń i oderwał kawałek płomienia, jakby był to kawałek słomy.

– Przepraszam, że zbiłem cię z tropu.

Parę mgnień płomyk skakał na jego dłoni, jakby chciał uciec. Potem zacisnął palce i ogienek zgasł, zmięty jak ścierka.

Zgasły też moje obie pochodnie.

Zrobiło się ciemno, a może tylko tak mi się zdawało. Czarno Tak Skoro wisiał przede mną jak wielki, włochaty cień. Tylko na łysej makówce gorzało mdłe światełko.

– Co tak stoisz? Wejdź, skoro przyszedłeś. Właśnie rozmawialiśmy o tobie z Alaną. Wchodzisz?

Nie ruszyłem się z miejsca.

– Jeśli się rozmyśliłeś, wracaj do domu. Alana przyjdzie potem. Nie stój w progu, bo trzeba zamknąć drzwi. Ziąb…

– Alana! – zawołałem ochryple.

Ogromne domostwo milczało.

– Zapamiętam ci to – rzekłem głucho, wiedząc z góry, że to nie czcza pogróżka i kiedyś zemszczę się na panu Oro.

Przede wszystkim za bezsilność odczuwaną w tej chwili.

– Wejdź – powtórzył cierpliwie Czarno Tak Skoro. – Jesteś… wybacz, Retano, jesteś dzielnym człowiekiem, lecz głupim. Dwa tygodnie wiozłeś tę książkę i nawet nie raczyłeś do niej zajrzeć. Ożeniłeś się z panną, nie dowiedziawszy się wszystkiego o jej rodzinie. O bracie…

Znowu ten jej brat!

– Znowu wybacz, Retano. Myślałem, że skojarzysz fakty… Dziadka Alany, jego dzieło, Luara. Myślałem, że mi rzeczywiście pomożesz. Zamiast tego wpadłeś w histerię. Szkoda. Osobiście mogę obejść się na tym etapie bez twojej pomocy. Wybacz.

– Alana!!! – ryknąłem tak, że zabrzęczały szyby.

Cisza.

Potem w głębi wielkiego domu skrzypnęły drzwi. Zbliżały się niepewne kroki. Alana pojawiła się na górnym podeście schodów. Stała, jakby wahając się, czy ma do mnie zejść.

Oblizałem wargi. Drobna, w krótkim futerku, wyglądająca młodziej niż naprawdę. Jej twarzyczka, często pełna złości i dumy, wydała mi się nieznajoma. Smutna buzia skrzywdzonego dziecka.

– Alano, chodźmy do domu – powiedziałem łagodnie.

Jej usta należało posmarować odżywczym kremem, tak były spierzchnięte, że mogły zaraz zacząć krwawić.

– Alano – powtórzyłem drżącym głosem.

Alana wpatrywała się w maga, jakby dopiero teraz go zauważyła.

– On powiedział, że ty… że pan poślubił mnie tylko z powodu księgi i że to on kazał się panu ze mną żenić. Czy to prawda?

Przełknąłem ślinę.

Czarno Tak Skoro stał dwa kroki ode mnie. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, widziałem dobrze jego twarz. Jego oczy były jak zawsze beznamiętne i nie wyrażały niczego.

– Powiedz jej, Retano – rzekł z westchnieniem Czanotaks. – Odpowiedz żonie. Prawda?

Podniosłem wzrok na Alanę.

Teraz widziałem w niej podobieństwo do ojca. Tak mógł wyglądać trzynastoletni Egert.

– Nie – odparłem, patrząc jej prosto w oczy. – To wstrętne kłamstwo. Ten pan jest magiem, więc uważa, że wszystko mu wolno. Zejdź tutaj, Alano. Pójdziemy do domu.

Czarno Tak Skoro uśmiechnął się.

– Jest pan naprawdę bezczelny, panie Rekotars. Jakże to tak? Kłamać w żywe oczy ukochanej żonie?

– Alano, chodźmy do domu – powtórzyłem spokojnie.

Nie ruszyła się z miejsca.

– On mówi, że jestem związana z Luarem niewidzialną nicią i mogę go do niego zaprowadzić. Chciałabym to zrobić.

Poczułem przerażenie.

Najprościej byłoby uznać Alanę za obłąkaną. Dziedziczny obłęd po matce. Bez trudu mogłem stwierdzić pomieszanie umysłu. Gdyby obok nie stał Czarno Tak Skoro, który rozrywa ogień palcami jak wiązkę słomy. Któremu, jak się okazało, nie tyle była potrzebna księga, lecz…

„Retano, jesteś dzielnym człowiekiem, lecz głupim".

– Naprawdę jestem głupi – szepnąłem.

– Tak, jak mówiłem – przytaknął z ochotą Czarno. – Wybacz, lecz potrzebuję tej panny.

Zdawało mi się, że tonę w tych jego przeprosinach jak w bagnie. Usłyszałem, jak mówię nieswoim, niesamowicie spokojnym głosem:

– Trzeba się było samemu z nią ożenić. Ja także jej potrzebuję, Czanotaksie.

– Nie.

Wargi maga wygięły się w łuk kącikami do dołu.

– Bądź uczciwy chociaż wobec samego siebie…

– Alano, chodź tutaj! – wrzasnąłem.

Nie ruszyła się z miejsca.

Czanotaks odczekał chwilę. Uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Bezszelestnie wspiął się po schodach i już z góry kiwnął zapraszająco ręką.

Stałem nieruchomo chyba pięć minut, jakby nogi wrosły w podłogę. Potem zrobiłem krok naprzód…

Niewidoczna zapadnia momentalnie rozwarła się pod moimi stopami, a potem zamknęła, tłumiąc moje nieludzkie wycie.

W dawnych czasach istniał ciekawy sposób wyrabiania wina: beczkę składowano w kamiennej niszy, a wraz z nią zamurowywano żywego więźnia w wieku około dwudziestu, trzydziestu lat, a nawet do pięćdziesiątki, żeby następcy winiarzy, odnajdując skrytkę, znaleźli drogocenne naczynie w towarzystwie spróchniałego szkieletu.

Powiadają, że kiedyś beczka okazała się pusta, przewiercona kamieniem, a na pożółkłej czaszce zachował się wyraz pełni szczęścia. Być może delikwent zaznał radości nieznanej jego strażnikom…

Myślałem o tym, ocknąwszy się w podziemiach. Przykuty łańcuchami do zimnej, wilgotnej ściany.

„Retano, jesteś dzielnym człowiekiem, lecz głupim".

Ostatnim, co pamiętałem, była pustka rozwierająca się pod stopami. Nie czułem zderzenia z podłożem. Jakbym prosto z sieni domu Czanotaksa trafił w łańcuchy u ściany.

Po chwili oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Nastawiałem uszu, próbując wyłowić w zatęchłym powietrzu cokolwiek więcej, niż daleki plusk spadających kropel. Wszystko przychodziło mi z trudem. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że obok mnie znajduje się jakiś poprzednik w resztkach zetlałej odzieży, odsłaniającej szkielet.

– Ależ z ciebie bydlak, Czanotaksie – powiedziałem na głos.

Nie było odpowiedzi. Krótkie łańcuchy nie pozwalały mi opuścić rąk, żelazna obręcz, przyśrubowana do ściany, nie pozwalała wstać. W takiej pozycji można było tylko rwać włosy z głowy i nic więcej.

– Zabiję cię, Czarno!

Moja prawa noga, kopiąc ciemność, uderzyła o coś twardego. Mój cichy okrzyk i głuchy odgłos uderzenia nastąpiły niemal jednocześnie.

Beczka.

Parszywy los! Czemu musiałem wspomnieć recepturę wytwarzania wina, którą, jeśli wierzyć kronikarzom, nigdy nie posługiwali się moi przodkowie?!

Rozejrzałem się rozpaczliwie.

Pod ścianą znajdowała się długa galeria wielkich beczek, całkiem jak w mej zamkowej piwnicy. Skoro nieznajomi winiarze postawili tutaj dwadzieścia beczek, czemu skąpili na więźniach? Czyżby wystarczał jeden?

– Zabiję cię, Czarno! – powtórzyłem szeptem.

Rozmyślać można w każdym położeniu. Prawie w każdym. Po pierwsze pomyślałem o Alanie i owa myśl sprawiła, że zawyłem, szarpiąc się bezsilnie.

„Bądź uczciwy chociaż wobec samego siebie".

– Więc tak – warknąłem wściekle – Alana jest moją żoną. Nawet jeśli przespałem noc poślubną, pijany jak bela… Nawet jeśli ożeniłem się z rozsądku i tak jest moją żoną! Jestem za nią odpowiedzialny. Jeśli zaraz jej nie wypuścisz, źle będzie z tobą!

Wściekłe wrzaski dodały mi odwagi. Krzyczałem, zapluwając się ze złości, a wystraszone echo skakało po sklepieniach jak spłoszony zając.

W końcu się zmęczyłem. Zadyszałem się. Kajdany brzęczały ponuro i jakby w odpowiedzi rozległo się ciche westchnienie z ciemnego kąta.

Ucichłem.

Westchnienie było jakby znajome. Nieraz je słyszałem podczas zimowych wieczorów, gdy wicher wyje smutnie w kominie, a zwłaszcza tego pamiętnego dnia, gdy w zamku zjawili się handlarz nieruchomościami, rzeczoznawca i kupiec.

– Kto tu? – zapytałem ochryple.

Cisza. Trwała co najmniej pół godziny. Poczułem ból we wszystkich kościach. Ręce i nogi zdrętwiały. Cały drżę z zimna i jestem żałosny ze swymi pogróżkami…

Znowu westchnienie.

– Kto tu? – powtórzyłem nieswoim głosem.

Zamiast odpowiadać, wyszedł na otwartą przestrzeń. Z trudem dostrzegłem go w ciemności. Niemłoda, szczupła sylwetka z płonącymi, widmowymi oczami, wydającymi się nieco krótkowzrocznymi.

Przylgnąłem plecami do zimnego muru.

To on? Czy ktoś inny?

– Gdzie jesteśmy? – zapytałem, starając się opanować drżenie głosu. – W zamku?

Kiwnął smętnie głową.

Tym lepiej. Potomek Rekotarsów siedzi przykuty we własnym lochu. Drodzy państwo, nie wchodźcie w układy z magami, bo wyjdą wam bokiem, wiem, co mówię…

– Gdzie jest Iter?!

Duch wzruszył ramionami.

Iter może spokojnie siedzieć na górze, nie mając pojęcia o tym, że jego pan zdycha w podziemiach. Skoro Czarno miał moc uwięzić mnie we własnym lochu, wątpię, by jego plany mógł pokrzyżować stary sługa, nawet wierny.

– Zabiję cię, Czarno! – powtórzyłem trzeci raz.

Duch machnął ręką, jakby chciał powiedzieć: a co mnie to obchodzi…

Może był na mnie zły. Być może z jego punktu widzenia zostałem odpowiednio ukarany za niegodną próbę sprzedaży rodowej siedziby.

Stał wciąż nieruchomo pośrodku galerii beczek. Najlepiej wiedziałem, że większość z nich jest od dawna pusta. Nasze uprawy winorośli poszły w zapomnienie, tak jak majątek i zdegenerowany ród. Ostatni potomek jest głupcem.

– Co tak się gapisz? – wycedziłem gniewnie, spotkawszy się wzrokiem z gorejącymi źrenicami widma. – Jesteś rad?

– A czym się radować…

Tak podskoczyłem, że kajdany znów zabrzęczały. Czyżbym się przesłyszał? Czyżby ten głos, nikły jak odgłos piasku sypiącego się po kamieniach…

– A czym się radować… Nie mogę pomóc ci w żaden sposób, Retano.

– Nie potrzebuję pomocy – odparłem ochryple.

Duch przymknął zmęczone powieki, gasząc ogień źrenic.

– Potrzebujesz. Nieraz już postąpiłeś przeciw sumieniu. Rozumiem cię. Sam byłem taki.

– Kim jesteś? – burknąłem, odruchowo podwijając nogi pod siebie.

Zamrugał.

Wyglądało to strasznie i śmiesznie zarazem, zważywszy płonący wzrok. Mocniej przylgnąłem do ściany.

– Naprawdę… chcesz… wiedzieć?

Wydało mi się, że słyszę w jego głosie gorzką ironię. Pomyślałem, że przede wszystkim muszę załatwić potrzebę. Ta chwila zbliżała się nieodwołalnie. Po paru dniach, jeśli jeszcze nie umrę, będę wyglądał naprawdę żałośnie. Zwłaszcza, że w żaden sposób nie zdołam ściągnąć gaci.

A zresztą, jeśli nie dadzą mi pić… Problem sam się chyba rozwiąże?

Oblizałem wysuszone wargi.

– Oczywiście, że mnie to interesuje. Jesteś moim przodkiem?

Skinął głową. Gorejące oczy przygasły, jakby zakryte kotarą.

– Jestem twoim pradziadkiem, Retano. Pozostawiłem liczne i dorosłe potomstwo…

– Kim? – dopytywałem się ze zdziwieniem.

– Nazywam się Damir! – odpowiedział z naciskiem, prawie krzycząc, jeśli słowo „krzyk" mogło odnosić się do jego szemrzącego głosu.

Jakiś czas trwała cisza, tylko gdzieś tam kapała woda, odmierzając minuty mego milczenia.

– Marzyłem o tym – rzekłem w końcu. – Tak chciałem…

Czy widma mogą kłamać? Stojący przede mną w otoczeniu pustych beczek wcale nie przypominał żadnego ze swoich trzech portretów.

A jednak nie. Trochę podobny. Jeśli jako malarz chcesz zadowolić klienta, posłuszny pędzel doda kilkanaście centymetrów wzrostu, okrasi twarz, doda dzielności i rozumu w namalowanych oczach…

Każdy z trzech malarzy koloryzował po swojemu, każdy z nich jednak przekazał potomkom mocno upiększoną podobiznę. Mag z Magów, władający potężną mocą, powinien również potężnie wyglądać.

– Pomóż mi, Magu z Magów – poprosiłem szeptem.

Płonące źrenice znowu błysnęły.

– Widzisz, Retano… Kiedy człowiek kłamie, powinien pamiętać, że prędzej, czy później będzie mu to wypomniane. Skłamałem.

Milczałem, nie pojmując.

– Wiele lat temu służyłem czarodziejowi, który zwał się Lart Legiar. Podczas jednej z podróży przebrałem się za swego pana, a on za służącego. Każdy z nas odgrywał rolę. Tak odmienieni przybyliśmy do tego zamku i aby przekonać barona o potędze magii, mój pan zamienił się w smoka, ja zaś go „zwyciężyłem"… w pozorowanej walce. Wieść o tym rozeszła się tak szeroko, że po latach, gdy porzuciłem służbę u Legiara, wróciłem do zamku i baron wydał za mnie swoją… nie córkę, jak sądziłeś, lecz wnuczkę. Nie miałem zamiaru weryfikować starych legend. Uważali mnie za potężnego maga. Nie zamierzałem ich wyprowadzać z błędu. Żyłem szczęśliwie, spłodziłem liczne potomstwo, zapoczątkowałem nowy ród i zmarłem. Nigdy nie byłem magiem, Retano. Tylko sługą wielkiego pana. Wciąż się boję, że Legiar znajdzie mnie w tym pośmiertnym życiu… i ukarze za kłamstwo. Nie zdołam się obronić.

Woda kapała. Cały mój świat skupił się w tym jednym dźwięku, jakby sączącej krwi. Kap, kap.

– Kłamiesz – powiedziałem zdumiewająco spokojnie.

Ciężko pokręcił głową.

– Nie. Mówię prawdę.

– Kłamiesz – powtórzyłem z uporem, pojmując ze strachem, że jeszcze sekunda i uwierzę mu.

– Nie powiedziałbym ci tego, lecz znalazłeś się w tak rozpaczliwym położeniu, że… krótko mówiąc, masz wielką szansę zostać kolejnym duchem naszego zamku. Pomyślałem, że musisz koniecznie dowiedzieć się…

Uwierzyłem.

Coś jakby chłodna, lepka ciecz spłynęła na mnie z góry, zalepiła oczy i uszy, uniemożliwiła oddychanie. Moje ręce i tak zdrętwiałe, obumarły do końca.

Uwierzyłem, jak tu nie wierzyć oczywistej prawdzie. Teraz byłem nie tylko głupcem, ale już kompletnym idiotą.

– Wiesz co – rzekłem łamiącym się głosem – nie będzie ci to na rękę, gdy zostanę duchem numer dwa. Po pierwsze dobiorę się do ciebie. I…

Westchnął ciężko i znowu wzruszył ramionami.

– Nie złość się, Retano. Przede wszystkim najpierw trzeba umrzeć. A w twojej sytuacji będzie to długi i paskudny proces.

Przełknąłem ślinę. Dziwne, że miałem jeszcze co przełykać. Gęsta i gorzka, ale do śmierci było jeszcze daleko…

– Nie możesz wezwać Itera? – spytałem ledwie słyszalnie.

Przeszył mnie karcącym, płonącym wzrokiem.

– Bardzo rzadko opuszczam podziemia. Nie mogę.

Ocknąłem się, czując jak żelazna bransoleta wpija się w nadgarstek.

Przebudzenie było jedną męką. Całe ciało miałem zdrętwiałe, obolałe mięśnie zwiotczały. Jęknąłem, próbując poruszyć sparaliżowanymi nogami.

„Retano…”

Wytrzeszczyłem oczy. Miałem wrażenie, jakbym znowu wsunął dłoń do zamszowego woreczka, tylko że tym razem na mym przegubie zamiast cudzych palców zaciskał się stalowy pierścień.

„Witaj, Retano, jak się masz?"

– Zabiję cię – oznajmiłem, ledwie poruszając spękanymi wargami.

Nie wydałem w rzeczywistości żadnego dźwięku, lecz mój rozmówca usłyszał. Żelazo zacisnęło się tak, że ledwie powstrzymałem krzyk.

„Nie masz powodu mnie zabijać. Mogę cię pocieszyć, że twoja żona naprawdę cię kocha".

– Jeżeli ją tkniesz, ja…

„Nie udało mi się. Miłość do ciebie najwyraźniej wyparła… Jednym słowem, twoja Alana nie jest tak przywiązana do brata, jak tego oczekiwałem. Zasmucające, ale nie beznadziejne. Zostały jeszcze dwie nitki…”

Żelazny chwyt nieco zelżał. Wcześniej czekałem, kiedy trzaśnie kostka.

„Chcesz pić, Retano?"

Milczałem.

„Musisz wytrzymać jeszcze trzy godziny. Ona zbliża się już do zamku".

– Kto?!

„Powiesz, że istnieje możliwość przywrócenia do naszego świata jej drogiego Luara. Powiedz, że to prawda. Potem obserwuj reakcję".

Obręcz wróciła do poprzednich rozmiarów. Moja dłoń nieomal z niej wyskoczyła.

– Bydlak – wyszeptałem ledwie słyszalnie.

W oddalonej części lochu przesunął się cień Maga z Magów Damira. Jaki tam znowu mag… Awanturnik. Próżniak.

Загрузка...