Morelli oparł się o kontuar i skrzyżował ramiona na piersi.
– Wyszło na jaw, że istnieje dysproporcja między ilością gotówki, jaką przynosiły pralnie Grizollego, a sumą deklarowaną na potrzeby urzędu podatkowego.
– Jezu, też mi niespodzianka.
– Federalni postanowili go za to przyszpilić i przy okazji szybko się okazało, że Vito tak naprawdę traci pieniądze, o których nie wie.
– Ktoś go skubie?
Morelli wybuchnął śmiechem.
– Dasz wiarę?
– Rany, musi chodzić o dużo forsy.
– Wystarczająco dużo, by skarbówka chciała się zająć Yitem i przy okazji zgarnąć grubszą rybę.
– Na przykład jaką? Morelli wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Ci dwaj mózgowcy, z którymi pracuję, uważają, że to jakaś nowa organizacja przestępcza.
– Co ty na to?
– Dopóki nie pokazałaś mi tych czeków, przypuszczałem, że jakiś gość o samobójczych skłonnościach próbuje w ten sposób spłacić hipotekę. Teraz już sam nie wiem, co myśleć, ale nowa organizacja przestępcza to chyba naciągany pomysł. Nie widzę żadnych sygnałów.
– Może to zbieg okoliczności?
– Też mi się nie wydaje. Za dużo rzeczy naraz. Jak dotąd, są zamieszane w sprawę trzy firmy. Trzech urzędników od ściągania należności nie żyje. Fred zaginął. Ktoś podłożył bombę w twoim wozie.
– A co z bankiem? Czy te brakujące rachunki Vita przechodziły przez First Trenton?
– Tak. Warto by zajrzeć do dokumentacji, ale istnieje ryzyko, że ktoś, kto jest w to zamieszany, coś zwącha. Okazuje się, że RGC była w przeszłości podejrzewana o przekręty podatkowe. Skrót RGC to Ruben, Grizolli i Cotell. Wiedziałem, że Grizolli jest współwłaścicielem, ale nie miałem pojęcia o tych nieścisłościach. Moi chłopcy ze skarbówki nie powiedzieli mi o tym.
– Pracujecie razem, a oni nie powiedzieli ci o RGC?
– Nie znasz tych facetów. Prawdziwe psy gończe. I nie lubią się bratać z lokalną policją. Uśmiechnęłam się do niego.
– Tak, wiem – przyznał. – Jakbym mówił o sobie. W każdym razie Bronfman, facet, którego znasz jako Mokrego, obserwował RGC. Patrzył, kto wchodzi, kto wychodzi. Siedział w kawiarni po drugiej stronie ulicy akurat w piątek, tego dnia, kiedy zniknął Fred. Myślę, że Fred chciał załatwić sprawę wcześnie, ale zjawił się przed otwarciem biura, przeszedł więc na drugą stronę ulicy, na kawę. Bronfman i Fred zaczęli rozmawiać, i Bronfman zorientował się, że Fred to jeden z tych klientów, którzy nagle przestali figurować w dokumentacji firmy. W następny wtorek Bronfmanowi przyszło do głowy, że warto zdobyć od Freda ten czek, w taki czy inny sposób. Poszedł z nim pogadać i odkrył, że Fred zaginął. Kiedy Mabel powiedziała mu, że nad tym pracujesz, wykombinował sobie, że posłuży się tobą jako zasłoną. Mogjaś sobie węszyć i zadawać pytania bez zbytniego ryzyka, że ktoś się poważnie wystraszy. Nie wyszło mu całkiem tak, jak sobie zaplanował, bo nie wziął pod uwagę twojej podejrzliwej i zawziętej natury.
– Nie powiedziałam mu wiele.
– Wiem. Nic nie zyskał. To pozytywne – pochwalił Morelli i spojrzał mi prosto w oczy. – A skoro już wiesz, co jest grane, zechcesz mi powiedzieć, co zdołałaś ustalić?
– Jasne. Może.
– Chryste – jęknął Morelli.
– Mogjam powiedzieć ci już dawno.
– Przykro mi, za mało wcześniej wiedziałem, żeby poskładać wszystko do kupy.
– To trochę moja wina – przyznałam.
– Tak, zgadza się, trochę twoja. Nie mówisz mi dostatecznie dużo. Trochę moja.
– Jaką grasz rolę u tych ze skarbówki?
– Vito nie chciał gadać z nimi bezpośrednio. Powiedział, że może mówić tylko z kimś, kogo zna. Czuje się chyba pewniej, kiedy informacja przechodzi przez kilka źródeł. Łatwiej wtedy zaprzeczyć, że coś się mówiło. Więc Vito gada z Terry, Terry ze mną, a ja z gośćmi ze skarbówki.
– Kogo konkretnie obserwujecie? Morelli zgasił światło w kuchni.
– Pracownika Vita od ściągania należności. Harveya Tippa.
– Obserwuj go dobrze. Linia jego życia może być dość krótka.
Morelli podrzucił mnie do domu, nim pojechał zastąpić Bronfmana.
– Dzięki – powiedziałam.
Złapał mnie za kołnierz, kiedy chciałam wysiąść.
– Mamy umowę – przypomniał. – Jesteś mi dłużna.
– Teraz?
– Później.
– Kiedy później?
– Ustali się – odparł. – Nie chcę tylko, żebyś zapomniała.
Mało prawdopodobne.
Briggs pracował, kiedy dotarłam na górę.
– Siedzisz do późna – zauważyłam.
– Muszę uporać się z tą robotą. Zostałem w tyle, kiedy się do mnie włamali. Miałem szczęście, że nie znaleźli laptopa w szafie. Większość materiału miałem na dysku, więc nie jest jeszcze tak źle.
Obudziłam się o czwartej i nie mogłam już zasnąć. Leżałam tak przez godzinę, nasłuchując odgłosów na schodach pożarowych i planując drogę ucieczki, gdyby ktoś wrzucił przez okno do sypialni bombę zapalającą. W końcu wstałam i poszłam na palcach do kuchni przygotować sobie coś do jedzenia. Miałam tyle spraw do załatwienia, że z trudem udało mi się je uporządkować. Fred był ostatni na liście. Morelli odbierający ode mnie swój dług znajdował się nieco bliżej jej szczytu.
Briggs przywlókł się za mną do kuchni.
– Znowu nie w sosie?
– Tak. Za dużo zmartwień. Nie mogę spać. – Popatrzyłam na niego z góry. Miał na sobie nocny kombinezo-nik Kubusia Puchatka. – Ładne wdzianko – zauważyłam.
– Mam kłopoty ze znalezieniem odpowiednich rzeczy. Kiedy chcę zrobić na paniach wrażenie, wkładam Spider-mana.
– Trudno być niskim człowiekiem?
– Raz tak, raz nie. Często coś zyskuję, bo ludzie uważają, że jestem słodki. Staram się też korzystać ze statusu osoby należącej do mniejszości.
– Zdążyłam już to zauważyć.
– Trzeba robić użytek z darów bożych – oznajmił.
– Prawda.
– Masz na coś ochotę? Może zagramy w monopol?
– Okay. Ale ja trzymam bank.
O siódmej, kiedy wciąż graliśmy, zadzwonił telefon.
– Jestem na parkingu – odezwał się Komandos. – Zejdziesz na dół, czy mam wejść na górę?
– Dlaczego pytasz? Zwykle włamujesz się bez pozwolenia.
– Nie chciałem cię wystraszyć i przy okazji oberwać.
– Słusznie. O co chodzi?
– Cztery kółka, dziecinko.
Podeszłam do okna, odsunęłam zasłonę i spojrzałam w dół. Komandos stał obok czarnego bmw.
– Zaraz schodzę – rzuciłam w słuchawkę. – Daj mi minutę, muszę się ubrać.
Naciągnęłam dżinsy, wsunęłam stopy w rozczłapane tenisówki, a na koszulę nocną wdziałam obszerny szary sweter. Chwyciłam klucze i ruszyłam w stronę schodów.
– Wyglądasz raczej okropnie – oświadczył na mój widok Komandos.
– Pewien mój znajomy uznał, że to nowa metoda antykoncepcji.
– Nie jest aż tak źle.
Wygładziłam jakąś urojoną fałdę na swetrze i obejrzałam dokładnie fragment sfilcowanej wełny na rękawie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam uśmiech na twarzy Komandosa.
– Twoja kolej – zauważył. – Powiedz mi, kiedy będziesz gotowa.
– Na ten samochód? Znów się uśmiechnął.
– Jesteś pewien, że znów chcesz dać mi wóz?
– Ma zainstalowane czujniki na podwoziu. – Pokazał małego pilota, którego trzymał w dłoni. – Włączasz je zielonym przyciskiem. Jeśli coś się rusza pod bryką, to się włącza alarm, a na tablicy rozdzielczej zapala się czerwona lampka. Niestety, samochód nie zna różnicy między kotem, piłką i bombą, więc jak zobaczysz migające światełko, musisz zajrzeć pod spód. Nie jest to idealny system, ale to lepsze, niż gdybyś miała nacisnąć gaz i zamienić się w konfetti. Pewnie ci się nie przyda. Wątpię, by ktoś próbował wysadzić cię w powietrze dwa razy z rzędu.
Wręczył mi pilota i wyjaśnił pozostałe arkana systemu.
– Zupełnie jak James Bond – zauważyłam.
– Masz jakieś plany na dzisiaj?
– Muszę zadzwonić do Morellego i sprawdzić, czy facet z RGC, który miał załatwić ze mną sprawę, pokazał się. Potem pewnie to, co zwykle. Odwiedzę Mabel. Wpadnę do biura. Ponachodzę śmieciarzy.
Będę czujnie wypatrywać Ramireza. Każę się zbadać na głowę.
– Ktoś jest wkurzony, że nie zginęłaś. Może warto włożyć kamizelkę kuloodporną.
Patrzyłam, jak wyjeżdża z parkingu, i zanim wróciłam do siebie, włączyłam alarm w bmw. Dokończyłam grę w monopol, wzięłam prysznic, potrząsnęłam głową w nadziei, że odpowiednio ułożę dzięki temu włosy, i podma-lowałam rzęsy, by ludzie zwracali uwagę na moje oczy, nie dostrzegając reszty.
Przyrządziłam jajecznicę z jednego jajka i spożyłam ją z sokiem pomarańczowym i multiwitaminą. Zdrowe śniadanie na początek dnia – zakładając, że uda mi się przeżyć ranek.
Doszłam do wniosku, że Komandos miał słuszność, jeśli chodzi o kamizelkę. Byłam, co prawda, płaska jak decha, ale czy bez niej wyglądałam lepiej? Miałam na sobie dżinsy, kozaki i T-shirt z kamizelką kuloodporną, przylegającą ściśle do ciała. Na to włożyłam flanelową koszulę, zapinaną na guziki, i pomyślałam, że nie wyglądam tak źle.
Nie zapaliło się światełko alarmowe, kiedy stanęłam przy wozie, usiadłam więc za kierownicą z poczuciem bezpieczeństwa. Dom rodziców zajmował pierwsze miejsce na liście odwiedzin. Przyszło mi do głowy, że nie zawadzi napić się kawy i wysłuchać najświeższych plotek.
Gdy tylko podjechałam pod krawężnik, w drzwiach stanęła babka.
– Rany, niezła maszyna – orzekła, przyglądając się, jak wysiadam i włączani alarm. – Co to za wóz?
– Bmw.
– Przed chwilą przeczytałyśmy w gazecie o twoim por-sche. Jak wyleciał w powietrze. Matka jest w łazience, właśnie zażywa aspirynę.
Wbiegłam na ganek, przeskakując po dwa stopnie naraz.
– Było o tym w gazecie?
– Tak, tyle że jak zwykle bez twojego zdjęcia. Ale zamieścili za to zdjęcie wozu. Jezu, jest płaski jak naleśnik. Wspaniale.
– Napisali coś jeszcze?
– Nazwali cię Bombową Łowczynią Nagród.
Może i mnie przydałaby się aspiryna. Rzuciłam torbę na krzesło i sięgnęłam po gazetę leżącą na stole. Boże, wszystko zamieścili na pierwszej stronie.
– Piszą, że policja jest pewna, że to była bomba -relacjonowała babka. – Ale jak ta ciężarówka runęła na samochód, to chyba z trudem się zorientowali, co się stało.
Do kuchni weszła matka.
– Czyj to samochód stoi pod naszym domem?
– To nowy wóz Stephanie – wyjaśniła babka. – Ekstra, co?
Matka uniosła pytająco brew.
– Dwa nowe wozy? Skąd je bierzesz?
– Samochody firmowe – odparłam.
– Słucham?…
– Nie ma mowy o seksie analnym – uspokoiłam ją. Matka i babka rozdziawiły usta.
– Przepraszam – powiedziałam. – Wyrwało mi się.
– Myślałam, że tylko homoseksualiści uprawiają seks analny – wyznała babka.
– Każdy, kto ma odbyt, może go uprawiać – wyjaśniłam.
– Hni – mruknęła w zamyśleniu. – No cóż, też go mam.
Nalałam sobie filiżankę kawy i usiadłam przy stole.
– A więc co słychać?
Babka też nalała sobie kawy i usiadła naprzeciwko.
– Harriet Mullen urodziła chłopca. Musieli w ostatniej chwili robić cesarskie cięcie, ale wszystko poszło dobrze. No i umarł Mickey Szajak. Był już chyba najwyższy czas.
– Słyszeliście coś ostatnio o Grizollim?
– Widziałam go w zeszłym tygodniu na targu mięsnym. Zdawało mi się, że utył.
– Jak mu się wiedzie finansowo?
– Słyszałam, że robi duże pieniądze na tych pralniach. Widziałam też Vivien w nowym buicku.
Vivien była żoną Vita. Miała sześćdziesiąt pięć lat, nosiła sztuczne rzęsy i farbowała sobie włosy na jasnoczer-wony kolor, bo Vito tak lubił. Każdy, kto wyraził krytyczną opinię na ten temat, wpadał przez przypadek do rzeki Delaware w cementowych butach.
– A First Trenton? Jakieś plotki?
Matka i babka podniosły wzrok znad kawy.
– Bank? – spytała matka. – Dlaczego pytasz o bank?
– Nie wiem. Fred miał tam rachunek. Sprawdzam tropy.
Babka wlepiła wzrok w moją klatkę piersiową.
– Wyglądasz inaczej niż zwykle. Włożyłaś jeden z tych sportowych staników? – spytała i przyjrzała się uważniej. – Ja cię kręcę! Wiem, co to jest. Nosisz kamizelkę kuloodporną. Ellen, popatrz tylko – zwróciła się do matki. – Stephanie nosi kamizelkę kuloodporną. Niesamowite, co?
Twarz matki zrobiła się biała.
– Za jakie grzechy?… – spytała.
Drugi w kolejności był dom Mabel. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się.
– Stephanie, jak dobrze cię widzieć, moja droga. Napijesz się herbaty?
– Nie mogę długo zostać – odparłam. – Chciałam tylko zobaczyć, jak się miewasz.
– Miło z twojej strony. Czuję się doskonale. Chyba zdecyduję się na Bermudy. Wzięłam ze stolika broszurę.
– Rejsy dla samotnych emerytów?
– Mają bardzo atrakcyjne ceny.
– Stało się coś, o czym powinnam wiedzieć? Może masz wiadomości od Freda?
– Nie dał znaku życia. Przypuszczam, że nie żyje. Rany, oby to nie była prawda.
– Minęły dopiero dwa tygodnie – powiedziałam. -Może się jeszcze pojawi.
Mabel spojrzała tęsknie na broszurę.
– Obawiam się, że prawda.
Dziesięć minut później byłam już w biurze.
– Hej, koleżanko! – zawołała na przywitanie Lula. -Czytałaś dziś rano gazetę? Jest sporo o tobie. O mnie nie napisali, że oberwałam, w ogóle ani słowa. I nie dali mi super przezwiska, jak ta twoja Bombowa Łowczyni Nagród. Cholera, jestem przecież niezła.
– Wiem – powiedziałam. – Dlatego pomyślałam, że może znów zechcesz ze mną pojechać.
– No, nie wiem. Jakim wozem jeździsz? Znów bui-ckiem?
– Beemką.
Lula rzuciła się do okna i wyjrzała na ulicę.
– Jasny gwint. Nieźle.
Yinnie wyjrzał ze swojego gabinetu.
– Co się dzieje?
– Stephanie ma nowy samochód – odparła Lula. -Ten przy krawężniku.
– Słyszeliście, żeby w First Trenton działo się coś niezwykłego? – spytałam. – Jakieś podejrzane praktyki?
– Powinnaś spytać tego małego gościa, z którym rozmawiałyśmy wczoraj – podsunęła Lula. – Nie pamiętam, jak się nazywał, ale wyglądał sympatycznie. Nie sądzisz chyba, że jest nieuczciwy.
– Trudno powiedzieć, kto jest nieuczciwy – odparłam. W gruncie rzeczy sądziłam, że nieuczciwość to byłby prawdziwy krok do przodu w przypadku Shempsky'ego.
– Skąd wytrzasnęłaś ten wóz? – spytał Yinnie.
– To samochód firmowy. Pracuję z Komandosem. Twarz Yinniego pofałdowała się w szerokim, obłudnym uśmiechu.
– Komandos dał ci samochód? Ha! Co to za robota? Trzeba być naprawdę dobrym, żeby dostać taki wózek.
– Może powinieneś spytać Komandosa – podsunęłam.
– Tak, pewnie, jak mi się życie znudzi.
– Jacyś zbiegowie? – spytałam Connie.
– Mieliśmy dwóch wczoraj, ale to nędza. Nie byłam pewna, czy chcesz sobie nimi zawracać głowę. Jesteś ostatnio zajęta.
– Co mają na sumieniu?
– Kradzieże w sklepie i bicie żony.
– Bierzemy damskiego boksera – oświadczyła Lula. -Żaden taki nam nie ujdzie. Uwielbiamy zajmować się damskimi bokserami.
Wzięłam od Connie teczkę i przejrzałam. Kenyon Lal-ly. Wiek dwadzieścia osiem lat. Niepracujący. Długa i bogata historia przemocy w rodzinie. Dwukrotnie skazany za jazdę po pijanemu. Mieszka w blokach socjalnych. Brak wzmianki o użyciu w przeszłości broni palnej w stosunku do łowców nagród.
– Okay, bierzemy go – postanowiłam.
– O rany! – zawołała Lula. – Zgniotę tego faceta jak karalucha.
– Nie, nie, nie, żadnego zgniatania. Żadnej zbędnej przemocy.
– Pewnie – zgodziła się Lula. – Wiem. A możemy zastosować przemoc niezbędną?
– Niezbędna przemoc nie będzie niezbędna.
– Po prostu nie stłuczcie go jak tego świra komputerowego – wtrącił Yinnie. – Zawsze mówię, kopcie ich po nerkach, tam gdzie nie widać.
– Pokrewieństwo z tym facetem to musi być coś niesamowitego – skomentowała Lula, zerkając na Yinniego.
Connie wypełniła moje pełnomocnictwo i wręczyła mi. Wrzuciłam dokumenty do torby, którą podciągnęłam energicznie na ramieniu.
– Do zobaczenia.
– Do zobaczenia – rzuciła Connie. -1 uważaj na śmieciarki.
Wyłączyłam alarm i obie z Lula wsiadłyśmy do beemki.
– Ale wygoda – pochwaliła. – Duża kobieta, jak ja, potrzebuje takiego wozu. Jedno jest pewne, chciałabym wiedzieć, skąd Komandos bierze te wszystkie samochody. Widzisz ten srebrny pasek na drzwiach? To twoje numery rejestracyjne. Więc teoretycznie ta beemka nie jest nawet kradziona.
– Teoretycznie.
Komandos produkował pewnie te paski na kilogramy. Zadzwoniłam z telefonu samochodowego do Morellego i po sześciu sygnałach odezwała się sekretarka. Zostawiłam mu wiadomość i spróbowałam szczęścia z pagerem.
– To nie moja sprawa, ale co się dzieje między tobą i Morellim? – spytała Lula. – Myślałam, że to koniec, kiedy się od niego wyprowadziłaś.
– To skomplikowane.
– Twój problem to związki z facetami, którzy mają duży potencjał w łóżku i ani krzty przy ołtarzu.
– Zastanawiam się, czy w ogóle nie dać sobie spokoju z mężczyznami – odparłam. – Celibat to nie taka zła rzecz. Nie musisz zawracać sobie głowy goleniem nóg.
Zadzwonił telefon. Odebrałam przez głośnik.
– Jaki to numer? – dopytywał się Morelli.
– Telefonu w moim samochodzie.
– W buicku?
– Nie. Komandos dał mi nowy wóz. Cisza. A po chwili:
– Co to za marka?
– Beemka.
– Ma w środku tabliczkę z numerem rejestracyjnym?
– Tak.
– Sfałszowaną? Wzruszyłam ramionami.
– Wygląda na prawdziwą.
– Powiesz to przed sądem.
– Miałeś jakieś informacje o Marku Stemperze?
– Nie. Przypuszczam, że jedzie na jednym wózku z twoim wujem Fredem.
– A Laura Lipinski?
– Zniknęła z powierzchni ziemi. Wyszła z domu w czwartek, dzień przed zniknięciem Freda.
Odpowiedni moment, by wylądować w worku na śmieci.
– Dzięki. To wszystko, co chciałam wiedzieć. Do usłyszenia.
Skręciłam na parking pod Grand Union i dojechałam do końca centrum, pod bank. Zatrzymałam się w bezpiecznej odległości od innych samochodów, wysiadłam z bmw i włączyłam alarm.
– Chcesz, żebym została w wozie, na wypadek gdyby krążył tu ktoś z bombą na tylnym siedzeniu i szukał okazji, żeby ją podłożyć? – spytała Lula.
– Nie trzeba. Komandos twierdzi, że wóz ma czujniki.
– Komandos dał ci samochód z czujnikami bomb? Nawet szef CIA nie ma takiego. Słyszałam, że dali mu tylko patyk z lusterkiem na końcu, żeby mógł sobie zaglądać pod karoserię.
– To chyba żaden cud techniki. Wygląda mi na detektory ruchu zainstalowane w podwoziu.
– Rany, chciałabym wiedzieć, skąd on je wziął. Może warto wybrać się dzisiejszej nocy do rezydencji gubernatora i go obrobić.
Zaczęłam się już uważać za stałą klientkę banku. Przywitałam się ze strażnikiem przy wejściu i pomachałam do Leony. Szukałam wzrokiem Shempsky'ego, ale nigdzie go nie dostrzegłam. Gabinet był pusty.
– Wyszedł na lunch – poinformował mnie strażnik. -Wcześniej niż zwykle.
Żaden problem. I tak Leona przywoływała mnie ruchem ręki.
– Czytałam o tobie w gazecie – wyznała. – Napisali, że w twoim wozie była bomba.
– Tak. A potem zwaliła się na niego śmieciarka.
– To było świetne – skomentowała Lula. – To było coś.
– A rany, mnie nigdy nie przytrafi się nic ekstra -westchnęła z żalem Leona. – Nigdy nie wysadzili mi samochodu ani nic w tym rodzaju.
– Ale za to pracujesz w banku – pocieszyłam ją. – To całkiem fajne. I masz dzieciaki. Dzieciaki są najlepsze.
No dobra, trochę nałgałam z tymi dzieciakami. Nie chciałam, by czuła się źle. Chodzi mi o to, że nie każdy ma tyle szczęścia, żeby posiadać chomika.
– Słuchaj, chcemy sprawdzić, czy nie pracuje tu jakiś podejrzany typ.
Leona była wyraźnie przestraszona.
– W banku?
– No, słowo „podejrzany" jest może trochę niewłaściwe – uspokoiłam ją. – Czy znasz tu kogoś, kto mógłby mieć powiązania z ludźmi nie do końca przestrzegającymi prawa?
Leona nie wyglądała na zaskoczoną.
– Dotyczy to prawie każdego. Marion Beddle nazywała się Grizolli, zanim wyszła za mąż. Wiesz o Yicie Grizol-lim? Dalej jest Phil Zuck od hipotek, mieszka po sąsiedzku z Sy Bernsteinem, prawnikiem, którego wywalili z pale-stry za nielegalne praktyki. Strażnik ma brata w Rahway, który siedzi za włamanie. Mówić dalej?
– Spróbujmy inaczej. Czy jest tu ktoś, komu powodzi się za dobrze jak na jego stanowisko? Ma za dużo pieniędzy, rozumiesz? Albo bardzo ich potrzebuje? Ktoś, kto lubi hazard? Drogie narkotyki?
– Hm, z tym będzie trudniej. Annie Shuman ma chore dziecko. Jakieś schorzenie kości. Mnóstwo rachunków za leczenie. Paru ludzi gra w numerki. Ja też. Rosę White jeździ do Atlantic City i gra na jednorękich bandytach.
– Nie bardzo chwytam, po co ci to wiedzieć – wyznała Lula.
– Trzy firmy mają w tym banku konta. Sądzimy, że założyły je, by umieszczać na nich nielegalne dochody. Może nie bez powodu wybrały ten bank.
– Że niby któryś z pracowników jest w to zamieszany -domyśliła się Lula.
– Rozumiem, do czego zmierzasz – powiedziała Leona. – Sugerujesz, że pierzemy forsę. Pieniądze wpływają na te konta i niemal od razu znikają.
– Nie wiem, czy to można nazwać praniem. Co się potem dzieje z tymi pieniędzmi?
– Nie mam dostępu do takich informacji – wyznała Leona. – Musiałabyś pomówić z kimś z kierownictwa. I pewnie nic by ci nie powiedział. Jestem pewna, że to poufne. Pogadaj z Shempskym.
Czekałyśmy jakiś kwardans, ale Shempsky nie zmaterializował się.
– Może powinnyśmy dorwać tego faceta od żony -zasugerowała Lula. – Założę się, że siedzi u siebie w domu, pije piwo i dokłada starej.
Spojrzałam na zegarek. Południe. Było bardzo prawdopodobne, że Kenyon Lally właśnie wstaje z wyra. Bezrobotni pijacy nie zrywają się o świcie. Dobry moment, żeby go przyskrzynić.
– Okay – zgodziłam się. – Podjedziemy do niego.
– Beemka pasuje w sam raz – zauważyła Lula. – Każdy w dzielnicy pomyśli, że jesteś diler. Wspaniale.
– Wiem, że masz te czujniki i w ogóle – ciągnęła. – Ale i tak siedzę obok ciebie jak na szpilkach.
Wiedziałam bardzo dobrze, o co jej chodzi. Ja czułam się identycznie.
– Mogę zawieźć cię z powrotem do biura, jeśli ci nieswojo.
– Nie, do diabła. Nie jestem taka strachliwa. Tyle że człowiek zaczyna się zastanawiać, wiesz? Tak samo się czułam, jak byłam dziwką. Nigdy nie wiedziałam, kiedy wsiądę do samochodu jakiegoś świra.
– To musiała być ciężka robota.
– W większości miałam stałych klientów, więc nie narzekałam. Najgorzej było wystawać na rogu. Nieważne – upał, zimno czy deszcz, trzeba stać. Ludzie myślą, że najgorsze to leżenie na plecach, ale tak naprawdę najgorsze jest to, że człowiek musi być cały dzień na nogach. Dostałam od tego żylaków. Myślę sobie, że jakbym była lepszą dziwką, to więcej czasu spędzałabym na leżąco niż na stojąco.
Ruszyłam wzdłuż Nottingham do Greenwood, skręciłam w prawo i przejechałam tory kolejowe. Budownictwo czynszowe w Trenton zawsze przypominało mi obóz jeniecki i pod wieloma względami niczym się od niego nie różniło. Choć muszę przyznać, że widywałam gorsze miejsca. Jak choćby Stark Street. Przypuszczam, że w założeniu miały to być apartamenty z ogrodami, ale w rzeczywistości są to bunkry z cementu i cegły, przycupnięte na ubitej ziemi. Gdybym miała określić okolicę jednym słowem, wybrałabym określenie „ponura".
– To następny budynek – powiedziała Lula. – Mieszkanie numer 4B.
Zaparkowałam za rogiem, przecznicę dalej, żeby Lally nie mógł nas zobaczyć, wysiadłam i zaczęłam studiować jego zdjęcie.
– Dobrze, że włożyłaś kamizelkę – oświadczyła Lula. -Przyda się, jak wyjdzie nam na spotkanie komitet powitalny.
Niebo było szare, podwórza zamiatał wiatr. Na ulicy stało kilka wozów, ale poza tym nic się nie działo. Ani śladu psów i dzieci, nikt nie okupował schodów prowadzących do drzwi wejściowych. Okolica przypominała miasto-widmo, zaprojektowane przez Hitlera.
Stanęłam z Lula pod drzwiami oznaczonymi numerem 4B i nacisnęłam dzwonek.
Otworzył nam Kenyon Lally. Był mojego wzrostu i szczupłej budowy ciała, nosił obwisłe dżinsy i podkoszulek z materiału termoizolacyjnego. Włosy miał w nieładzie, twarz nieogoloną. I wyglądał jak człowiek, który tłucze przez cały dzień kobiety.
– Chryste – zareagowała Lula na jego widok.
– Nie potrzebujemy tu żadnych pieprzonych harcerek -oświadczył Lally. I zatrzasnął nam drzwi przed nosem.
– Nienawidzę, kiedy ludzie to robią- oświadczyła Lula. Ponownie nacisnęłam dzwonek, ale nikt nie zareagował.
– Hej! – wrzasnęła Lula. – Agentki sądowe. Otwieraj drzwi!
– Pierdolcie się! – odkrzyknął Lally.
– Do cholery z tym draństwem – oświadczyła Lula. Kopnęła z całej siły drzwi, które otworzyły się z hukiem na oścież.
Byłyśmy tak zaskoczone, że stanęłyśmy jak wryte. Żadna z nas się nie spodziewała, że z drzwiami pójdzie tak łatwo.
– Budownictwo państwowe – rzuciła Lula pogardliwie, kiwając głową, po czym zwróciła się do Lally'ego: -Zdziwiony jesteś, co?
– Zapłacicie za to – powiedział Lally. Lula stała z rękami w kieszeniach kurtki.
– A może mnie załatwisz? Może mnie dorwiesz, twardzielu?
Lally zaszarżował na Lulę, która wyciągnęła rękę i dotknęła jego piersi, a wtedy zwalił się na podłogę jak wór piasku.
– Najszybsza broń paraliżująca na Wschodnim Wybrzeżu – wyjaśniła Lula. – Oj, tylko popatrz… Poraziłam niechcący damskiego boksera.
Skułam Lally'ego i sprawdziłam, czy oddycha.
– Niech mnie szlag! – zaklęła. – Jestem taka nieuważna, że chyba jeszcze raz go porażę. – Nachyliła się nad Lallym, wciąż trzymając w ręku paralizator. – Chcesz, żeby podskoczył?
Nie! – zaprotestowałam. – Żadnego podskakiwania!