6. Angela


Jazda przez śnieg podobna do lotu w kosmosie. Podświetlone reflektorami śnieżki leciały z naprzeciwka, biły o szybę i cofały się z powrotem, a na ich miejsce pojawiały się nowe. Ciemny poranek przypominał kosmos.

Było wcześnie, chmury ciężkie, świt się nie spieszył.

Niekiedy – bardzo rzadko – trafiały się mijane z naprzeciwka samochody, nagle oślepiały reflektorami i znikały z tyłu, w przeszłości, w ślad za uciekającymi śnieżkami. Spać się nie chciało. Zaczęło się „dzisiaj”, bardzo ważny i napięty dzień, nie to co apatyczne „wczoraj”.

Dalekie światło reflektorów wybiegało w przestrzeń daleko do przodu. Pasiaste słupki i rzadkie znaki drogowe płonęły biało-błękitnym ogniem. Świtało. Na szarzejącym niebie zaznaczyły się wierzchołki sosen, pojawił się śnieg na rozstawionych gałęziach, na koniec pokazał się ranek. Daleko na drodze zarysował się ludzki kształt obok sterczącego z zaspy samochodu.

Wład zatrzymał się.

Na drodze stała, podniósłszy rękę, kobieta w długim, rudym futrze. Nikogo więcej wokoło nie było – nietknięte zaspy śnieżne i czerwona limuzyna, trzema kołami znajdująca się w śnieżnej wyrwie. Żeby tak wjechać, trzeba długo trenować, pomyślał Wład.

– P-przepraszam – powiedziała kobieta.

Rzęsy jej zamarzły razem z naniesionym na nie tuszem. Miała ładnie zarysowaną twarz, wargi spękane od wiatru. To, co Wład z początku wziął za pokrytą śniegiem czapkę, okazało się gęstymi, kasztanowymi włosami, także przyprószonymi śniegiem.

– Czy mógłb-by... pan mi pomóc – powiedziała kobieta, szczękając zębami. – Zakopałam się w śniegu...

– Dzień dobry – uprzejmie przywitał się Wład.

– ...może na hol! – błagalnie spojrzała kobieta. – Z-zamarznę tutaj... s-samochód nie chce zapalić...

Wpadając w śnieg powyżej kolan, Wład obszedł czerwony samochód dookoła. Wyszedł na drogę, zatupał nogami, próbując wytrząsnąć chłód i wilgoć z wysokich butów:

– Niech pani siądzie za kółko i skręci do oporu w lewo...

Otworzył swój bagażnik, wyciągnął linę. Dama siedziała już za kierownicą, w swoim ogromnym futrze niedźwiedziotechnokraty, Wład zaczepił poszkodowany samochód, wyjechał na jako tako twardy grunt i delikatnie wcisnął gaz. Lina naciągnęła się, wnętrze wypełniło się śmierdzącymi spalinami i smrodem palonego sprzęgła, koła ślizgały się. W lusterku Wład widział, jak szarpie się w wyrwie czerwona limuzyna – prawie jak myszka, której ogon bezsprzecznie przygnieciony jest kocią łapą.

Nie wyłączając silnika, Wład wysiadł z samochodu. Dama w futrze patrzyła na niego z rozpaczą.

– Pani samochód? – spytał Wład.

– Wynajęty – powiedziała z rezygnacją.

– Zróbmy tak. Dowiozę panią do zakładu naprawczego i stamtąd wróci pani tutaj z ciągnikiem.

– Przepraszam – powiedziała kobieta. – Mogłabym się trochę ogrzać u pana w samochodzie? Mam tylko to...

Futro pachniało mokrym zwierzem, ale nie wstrętnie, a raczej wzruszająco. Śnieg na splątanych włosach topniał, zbiegając damie stróżkami za kołnierz. Dama drżała i poruszała włochatymi ramionami.

– Nie w-wzięłam taksówki. Głupia... Chciałam się przejechać po swojemu, lubię, wie pan, s-sama prowadzić...

– Dlaczego zjechała pani na pobocze? – zainteresował się Wład. Dama westchnęła:

– Spodobało mi się zatrzymać tutaj. Na chwilkę.

Śnieg sypał coraz mocniej. Wład z niepokojem pomyślał o tym, żeby samemu nie ugrzęznąć w zaspie.

– Niech pani otworzy, proszę, tę szufladkę...

Rękę kobieta miała bardzo szczupłą, prawie dziecięcą i czerwoną od zimna. Paznokcie długie, piękne, pomalowane jasnym, perłowym lakierem.

– Teraz proszę wyjąć atlas. Niech pani go tu poda...

Dama zbliżyła się, żeby też spojrzeć na mapę. Automatyczny licznik we Władowej duszy uprzedzająco zapiszczał: za blisko...

– W zakładzie naprawczym będziemy za około czterdzieści minut – powiedział Wład.

– Tak w ogóle, to jechałam do sanatorium – przyznała się dama. Wargi jej się rozgrzały, rzęsy odmarzły i więcej się już nie jąkała.

– „Trzy Strumienie”, może pan zna?

Władowi nie spodobał się taki obrót rozmowy.

– W zakładzie naprawczym na pewno jest ciągnik, wróci po samochód – kontynuował jakby nigdy nic.

Dama lekceważąco machnęła ręką:

– Dobrze, zadzwonię do tego autoserwisu, powiem, żeby sami sobie zabrali tego rzęcha... Mnie już wystarczy, najeździłam się.

– A jak się pani dostanie do „Trzech Strumieni”? – przymilnie zainteresował się Wład.

Dama zdziwiła się:

– A czy pan tam nie jedzie?...

– Wład prawie się skrzywił.

– A po czym pani poznała, że jadę do „Trzech Strumieni”?

– Przecież ta droga prowadzi tylko do wsi albo do sanatorium – wyjaśniła dama, prowadząc palcem po mapie. – A chłopa pan na pewno nie przypomina...

Wład uśmiechnął się.

– A jeżeli jadę w gości? Do babci na wieś?

Dama posmutniała. Schowała głowę w futro:

– No dobrze, jeżeli pan mi nie pomoże i nie podwiezie mnie... oczywiście, ani słowa nie powiem, poczekam jeszcze, może ktoś będzie jechał – i otworzyła drzwi, żeby wysiąść.

– Proszę zaczekać – ze zdenerwowaniem powiedział Wład.

Do „Trzech Strumieni” były jeszcze trzy godziny jazdy.


* * *


Miała na imię Angela – i to było wszystko, co pozwolił jej powiedzieć. Dwie godziny we wnętrzu samochodu, obok siebie. Wład od razu uprzedził, że nie może odrywać się od kierownicy i włączył głośno radio, żeby utrudnić jakiekolwiek rozmowy.

Nieznajoma okazała rzadko spotykaną pojętność i uległość. Wład mylił się, myśląc, że właścicielki długich, rudych futer i czerwonych wynajętych samochodów są kłótliwe i nietaktowne. Angela tak jak na początku ucichła, tak też milczała do samych „Trzech Strumieni”, a nawet wtedy, gdy z prawej strony drogi ukazała się masywna, żelazna brama, nie krzyknęła z radości i nie pokazała Władowi, gdzie i jak trzeba skręcić, więc zamyśliwszy się, prawie minął wjazd i potem trzeba było nawet kawałek cofnąć.

W holu sanatorium było tłoczno, na parkingu samochód przy samochodzie, więc Wład od razu stracił z oczu Angelę i ledwo znalazł miejsce, żeby zaparkować. Oficjalne otwarcie kongresu odbyło się wczoraj, ale zarezerwowany pokój wreszcie doczekał się spóźnialskiego. Dziewczyna, przyjmująca w recepcji uczestników, ukradkiem rzucała na Włada badawcze spojrzenia – jakby ktoś jej powiedział, że Wład ma z tyłu ogon i próbowała teraz przekonać się sama, czy to prawda.

Wszedł do pokoju, walizkę położył na podłodze, rzeczy zostawił na tapczanie i wlazł pod warczący prysznic. Obraz drogi, padającego śniegu, przesuwającego się za oknami samochodu lasu, powoli rozmywał się, rozmazywał, pozwalając pomyśleć o innych, mniej monotonnych rzeczach.

Od dziewczyny-recepcjonistki Wład dowiedział się, że dwaj interesujący go panowie przyjechali już wczoraj. „Teraz są oczywiście na seminarium...”

Po szybce zegarka wodoszczelnego skakały ciepłe krople. Wpół do jedenastej. Na śniadanie Wład się spóźnił, do obiadu jeszcze czas, dwaj wydawcy już są, nie trzeba się nigdzie spieszyć. Za chwilę się przebierze, zejdzie na dół, wypije kawę, coś zje...

Wład lubił hotele, domy wypoczynkowe, te wszystkie tymczasowe schroniska, tłumy przypadkowo spotkanych ludzi, chwilowe wymiany uprzejmości, walizkę w przedpokoju, śniadanie w przepełnionej kawiarni. W tym strumieniu życia hotelowego było mu dobrze i przyjemnie. Nieobowiązkowe spotkania w naturalny sposób przechodziły w rozstania i wśród przypadkowych znajomych Wład nie miał czasu zabłysnąć jako nieludzki. Jeśliby pozwalały pieniądze – całe życie spędziłby w hotelach, zwiedziłby je wszystkie, na całym świecie, każdy...

Przygody Gran-Grema, bezprawnie urodzonego trolla. Księga trzecia – „Tajemnica starego żagla”.

Wład uśmiechnął się, wycierając się włochatym i rudym, jak futro przypadkowej pasażerki, ręcznikiem. Dwa lata temu kupił na wyprzedaży szmacianą lalkę – z wystającymi zębami, żałosne straszydło nieokreślonego gatunku. I jakiś czas wszędzie zabierał tego urodziwca – aż przyszło mu do głowy, że na wyprzedaży nawinął mu się bohater młodzieżowego serialu, a jest taki smutny dlatego, że bezprawnie urodzony, z wystającymi zębami i zielony dlatego, że jest trollem...

Znalazł dla niego imię i napisał pierwszą powieść, która została zauważona, ale ogólnie nie rzuciła nikogo na kolana. Tym niemniej Wład nie mógł już się zatrzymać i napisał kolejną książkę. Po jej wydaniu w małym prowincjonalnym wydawnictwie – wydarzyło się to, co się dzieje w stawie, kiedy wrzuci się do niego... nie, nie kamień, a paczkę drożdży.

Wład jeszcze raz uśmiechnął się. Trzecia książka o Gran-Gremie była już więcej niż do połowy napisana. Z przodu majaczyło jeszcze sześć czy siedem historii. Jeżeli, oczywiście, ulubieniec publiczności z wystającymi zębami nie sprzykrzy się do tego czasu swojemu własnemu twórcy.

Kiedy zapinał mankiety koszuli, zadzwonił telefon, przytwierdzony do niskiego słupa hotelowego. Nie zdążywszy się nawet zdziwić, Wład podniósł słuchawkę:

– Tak?

– Pan Palacz? – odezwał się uprzejmy, męski głos. – Witam pana... Pozwoli pan, że się przedstawię: Walentyn Nogaj, wydawnictwo „Dzwonek”.


* * *


– Mówi się o panu, że pan nie istnieje – powiedział Nogaj.

Okazał się bardzo wysokim człowiekiem w średnim wieku. Niski, miękki fotel był raczej niewygodny – w każdym bądź razie wydawca przypominał na nim konika polnego nie mieszczącego się w pudełku po zapałkach.

– Mówi się o panu, że, cha-cha, posługuje się pan pseudonimem... Tylko pytanie, kto się za nim kryje... Pan specjalnie roztoczył wokół siebie taką tajemniczą atmosferę?

– Nie jestem zbyt komunikatywny – skłamał Wład. – Wolę pisać listy.

Nogaj pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Ale teraz odstąpił pan od swoich przyzwyczajeń i przyjechał na kongres osobiście... Ma się rozumieć, los Gran-Grema nie jest nam wszystkim obojętny. No cóż, może w takim razie porozmawiamy o konkretnych warunkach, jakie „Dzwonek” może panu zaproponować...

I następne dziesięć minut Nogaj mówił, a Wład słuchał. Prawdę mówiąc, spodziewał się o wiele mniej. Trzeba było zmusić się do wysiłku, zetrzeć z twarzy głupi uśmieszek i powściągnąć ochotę natychmiastowego zgodzenia się na współpracę z „Dzwonkiem”.

Jak mówi się w takich sytuacjach na targu? „Dziękuję, podoba mi się, ale rozejrzę się jeszcze. Dopiero co przyszedłem...”

– Dziękuję – powiedział głośno. – Pięknie to wszystko wygląda. Naprawdę. Ale mam jeszcze trochę czasu, żeby pomyśleć.

Nogaj z zadowoleniem przytaknął, nawet podkreślił dwa razy, że Wład koniecznie musi pomyśleć, wziąć wszystko pod uwagę... Z widoczną ulgą wygramolił się z niewygodnego fotela i wyciągnął rękę.

Wykręcić się od podania ręki okazało się niemożliwe. Wyglądałoby to jak obraza. Wład podniósł się i uścisnął suchą dłoń wysokiego wydawcy. Kontrolka w jego wnętrzu momentalnie się zapaliła: kontakt... kontakt...

(W istocie jedno podanie ręki jeszcze niczego nie przesądzało. Słomka na plecach swobodnego jeszcze, niczym nie obciążonego wielbłąda. Ale wewnętrzna kontrolka nie brała pod uwagę racji rozumu. Wład dawno już nie wyciągał ręki jako pierwszy. Możliwe, że właśnie z tego powodu – i z powodu innych dziwactw – nowi znajomi odnosili się do niego zwykle z dystansem).

Nogaj poszedł sobie. Cały czas czując jeszcze dotyk obcej dłoni, Wład podszedł do bufetu. Zamówił herbatę z cytryną, usiadł przy najdalszym stoliku jakby samotnie – ale jednak wśród ludzi. Teraz sobie spokojnie dopije herbatę, dojdzie do siebie, wyjmie z walizki swojego towarzysza z wystającymi zębami – i z całego serca ucałuje go w jego żałosną mordkę. Gran-Gremie, trollu z nieprawego łoża, zobacz, jak się nam poszczęściło.

– Nie będzie pan miał nic przeciwko?

Nie widząc rudego futra, Wład nie od razu rozpoznał Angelę. Siedziała już przy jego stoliku i było za późno, żeby się jej pozbyć.

– A, dzień dobry – powiedział.

Obiecująca oferta „Dzwonka” sprawiła, że stał się bardzo uprzejmy. Doszedł do wniosku, że stronić od ludzi nie ma teraz sensu. Jutro – pojutrze i tak wyjeżdża... Czemu nie Angela. Będzie nawet weselej.

– Dlaczego pan nie powiedział, kim pan jest – spytała z jakimś nabożnym zdziwieniem w głosie.

– A kim jestem?

– No jak to kim, Wład Palacz – rzuciła Angela.

Nie wytrzymał i uśmiechnął się.

– Ma pani małe dzieci? Potencjalnych czytelników moich książek?

– Nie mam dzieci – powiedziała smutno. – Ale pomimo tego bywam niekiedy w księgarniach i... naprawdę, co drugi mały chłopiec pyta o Gran-Grema.

– Przesadza pani – powiedział, połechtany tym komplementem, Wład.

– Może trochę przesadziłam – nieoczekiwanie, delikatnie przyznała się Angela. – Może nie co drugi, ale co czwarty na pewno.

Kelnerka postawiła przed nią filiżankę kawy z mlekiem.

– Ominęło nas śniadanie – powiedziała Angela, rozrywając torebkę z cukrem. – Aha, chciałabym pana przeprosić, że tak niespodziewanie pojawiłam się na pana drodze i zakłóciłam podróż. Pan, jak zdążyłam zauważyć, nieszczególnie lubi obcych podróżnych... ale, niestety, tak wyszło.

– Dodzwoniła się pani do autoserwisu? – spytał tylko po to, żeby ukryć swoje zmieszanie.

Angela przytaknęła:

– Oj, nieźle mi nawymyślali... – na chwilę zamyśliła się. – Ale jakby na to nie patrzeć, to oni powinni mi teraz zapłacić – za moralną stratę. A pan rzeczywiście wcześniej pisał bajki?

– Nadal je piszę – powiedział Wład. – Utrzymuję się dzięki pomocy małych dzieci i ich rodziców, którzy czytają im książki przed zaśnięciem.

– Ale nie przypomina pan bajkopisarza – powiedziała Angela.

– Przypominam autora krwawych powieści – zareplikował Wład.

– Nie, bez przesady. – Angela mieszała swoją kawą tak szybko, że filiżanka przez chwilą przypominała porcelanowy dzwonek. – Wygląd zewnętrzny się zgadza, ale ma pan zupełnie nieodpowiednią twarz do tego, żeby być bajkopisarzem. Zbyt... pociągłą i zamyśloną. Jakby pan bez przerwy o czymś myślał.

Wład przyłożył filiżankę do ust. Ciepły kawałek cytryny, jak język cielaka, liznął jego wargi.

– A dlaczego rozmawiamy o mnie? – zapytał po krótkiej przerwie.

– Rozmawialiśmy o bajkach – powiedziała Angela. – Kiedy będę miała dziecko... a na pewno będę miała... aha, a pan, oczywiście, ma dzieci? Zwykle bajkopisarze tak zaczynają...

– Nie, nie mam – powiedział Wład i wstał. – Proszę mi wybaczyć, ale jestem zmuszony panią opuścić. Obowiązki mnie wzywają...

– Powodzenia – z powagą w głosie dodała Angela.


* * *


Witaj, Stary Druhu. Możesz mi pogratulować. Razem z Gremem doczekaliśmy się w końcu uznania, chodzi o to, że... Ale o tym opowiem trochę później.

Tyle śniegu nie było chyba od czternastu lat, od czasu, kiedy się ostatnio widzieliśmy. Dzisiaj znowu od samego rana pada. „Trzy Strumienie” – piękne miejsce, tylko trudno do niego dojechać, zajęło mi to około trzech godzin, tak, zgadza się, jechałem bardzo wolno, za dużo śniegu, wszędzie zaspy. Jest tu jezioro. Mówią, że najwspanialej wypoczywa się w tym miejscu zwłaszcza latem, jeśli zabierze się dzieci ze sobą, więc miej to na uwadze.

Przeczytałem Twój ostatni artykuł w „Faktach i Nowościach”. Do diabła, niczego nie zrozumiałem. Rozleniwiłem się, przestałem interesować się polityką, ostatnio nawet wiadomości nie oglądam. Chociaż Twój tekst jest jak zwykle znakomity, a cała wina leży według Ciebie po stronie premiera albo parlamentu – nie wiem czy masz rację, nie mam zdania na ten temat i nie będę się z Tobą kłócił.

Dalej, twój artykuł o encyklopediach, ten w „Księgarzu” – też czytałem. Bez zarzutu. Czekam na dalszy ciąg.

W kieszonkowym wydaniu Gran-Grema wydawca zamierza zamieścić moje zdjęcie. Nie, to niemożliwe. Patrzenie na mój wizerunek na papierze może okazać się niebezpieczne. Myślę, że mi wierzysz. Swojego czasu specjalnie to sprawdziłem. Poza tym mam jakieś przeczucie, że niedługo się zobaczymy...

Nie, nie musisz kupować książki. Wiem, że chłopcy mają wcześniejsze wydania. Po prostu przyjrzyj się, jak zobaczysz na okładce.

Przyjacielu, nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym przyjechać do Was, chociaż na jeden dzień. Być może wpadnę znienacka, nie uprzedzę Cię... i poprzyglądam się z daleka. Tak zwyczajnie. Po prostu.

Teraz siedzę sobie w pokoju hotelowym i patrzę w okno. Śnieg nie przestaje padać. Piętnaście lat temu opady śniegu nie pozwoliły mi wrzucić następnego listu do skrzynki. Bałem się, że zobaczysz ślady na śniegu... a bardzo chciałem, żeby nie było widać nie tylko odcisków butów na bieli, ale w ogóle żadnych śladów. Bałem się, że szybko domyślisz się, kto kryje się za podpisem „Kwiecień”...

Dziękuję Ci za to, że pozwoliłeś mi wierzyć w ciebie. Siedzę w pokoju hotelowym... niedługo będzie bankiet, tłumy ludzi... jak zwykle... ale nie będę czuł się samotny, mam przecież Ciebie i Grema, chociaż jego chyba nie powinienem brać pod uwagę, jest przecież tylko trollem.

Ucałuj chłopców.

Kwiecień


* * *


W sali, w której odbywało się przyjęcie, wytworzył się już samoistnie ten szum, który pojawia się, jeżeli w dużym, jasno oświetlonym pomieszczeniu zbierze się około stu pewnych siebie gości, postawi się pomiędzy nimi stół, przyniesie alkohole i znajdzie ciekawy temat do rozmowy, a potem jeszcze posiedzi z półtorej godziny w tym kotle. Rozmowy i śmiechy, kieliszki i pokazywanie zębów, ostatnia oliwka na talerzu, toasty i życzenia, nowe znajomości – Władowi wydawało się, że kręci się na złotej karuzeli, tylko zamiast koników widzi zmieniające się jedna za drugą, bardzo ważne, znane w świecie książki twarze i za każdym razem musi wymieniać się z nimi uprzejmościami, nieraz dwukrotnie, a nawet, niejednokrotnie – napić się z nimi...

Na jutro umówił się na podpisanie umowy – ale nie z „Dzwonkiem”, nie. Z większą agencją literacką, która z kolei, rzeczywiście sprzedała „Grema” wydawniczej potędze o nazwie „Świat Dziecka”. Na ukończeniu są już rozmowy w sprawie ekranizacji dwóch pierwszych książek. Pozostało jeszcze tylko wypuszczenie wydania w formie prezentu, wydania kieszonkowego, komiksu, zabawki – pamiątki „Gran-Grem” i serii kolorowanek dla najmłodszych.

„Dojdę do pokoju? – zupełnie trzeźwo pomyślał Wład. – Najwyższy czas, głowy nie mam jeszcze ciężkiej, ale z poruszaniem się już nie najlepiej. Pierwszy raz w życiu...”

Lgnęli do niego ze wszystkich stron. Bez przerwy go dotykali. Z niespotykaną siłą przyciągał wszystkich do siebie – był żywym uosobieniem sukcesu. Bez wątpienia, nieświadomie chcieli przywłaszczyć sobie chociaż część tego, co osiągnął. Tak jak próbuje się zatrzymać dla siebie trochę czyjegoś zapachu.

Wewnętrzna kontrolka nie wytrzymała, pękła i ucichła, sparaliżowana strachem i alkoholem. Całe to zawieranie nowych znajomości nie miało żadnego sensu dlatego, że jutro... jeżeli, oczywiście, będzie w stanie usiąść za kierownicą... w najgorszym wypadku pojutrze... A oprócz tego, poznał ich już zdecydowanie za wielu. Niech sami się klepią po plecach, ściskają sobie ręce, nawet pijane całusy musiał wytrzymać (oczywiście w granicach rozsądku).

Odegrał swoją rolą na dzisiejszym bankiecie. Z każdym zamienił słówko, każdy przekonał się na własne oczy, jaki sławny jest ten Palacz, o którym mówiło się, że może wcale nie istnieje. Teraz najwyższy czas po cichu, niepostrzeżenie wycofać się i wrócić do pokoju...

Znowu komuś go przedstawiano. Wład, nie wiedzieć czemu, nagle spochmurniał: twarz kobiety wydała się mu dziwnie znajoma...

Ach, tak, to przecież Angela.

– Jak pani...

– Zaproszono mnie – zauważyła, że sprawia mu wyraźną trudność wypowiadanie dłuższych fraz, i odpowiedziała zanim jeszcze spróbował zadać kolejne pytanie. – Ten przemiły pan, który właśnie bierze ze stołu nową lampkę koniaku... wyleciało mi z głowy, jak się nazywa.

– Nieważne – powiedział Wład.

– Wielu ludzi marzy przez całe życie – momentalnie zmieniła temat Angela – o prawdziwym sukcesie. A panu, jak widać, poszczęściło się...

– Tak jakby – zgodził się Wład. I po chwili dodał: – a śnieg dalej sypie.


* * *


Śnieg cały czas padał. Ścieżka przed głównym budynkiem, w ciągu dnia odgarnięta ze śniegu, teraz znowu leżała zawalona, aż po kostki. Latarnie paliły się ledwo widocznym światłem – do każdej plamki świetlnej zlatywały się białe, puszyste drobinki, które, jak upiór wijący się wokół ognia, nie potrafiły oblepić ich do końca.

Wład ciężko oddychał. Patrzył na płatki śniegu i na cienie, jakie rzucają, szarawe cienie na śniegu, unoszące się z dołu do góry.

– Tak lepiej? – spytała Angela.

Teraz dopiero spostrzegł się, że trzyma go za rękę.

– Tak, dobrze – odpowiedział Wład. – Bardzo dobrze.

– Tam z przodu jest bufet – powiedziała Angela. – Takie miejsce, gdzie można napić się wody mineralnej.

– Z czego zro... zrobione jest pani futro? – zapytał uprzejmie Wład, żeby podtrzymać rozmowę.

– Oczywiście, że z farbowanej kozy – powiedziała Angela.

– A ja myślałem, że z lisa – przyznał Wład, trochę tym rozczarowany. – An... gelo. Czym się pani zajmuje?

– Pomagam panu poradzić sobie z upadającą sławą – powiedziała poważnie.

Wład roześmiał się.

– To nie sława... To odurzenie alkoholowe. Tak w ogóle, to nie piję... A jutro wyjeżdżam. No, może pojutrze.

– Niech pan spróbuje nie zbaczać z drogi – powiedziała niespokojnie Angela. – Wpadnie nam śnieg w buty... Jeszcze się przeziębimy...

– Do twarzy pani w tym futrze – zauważył Wład. – Ale żal mi trochę tego lisa.

– Kozy...

– Nie, kozy mi nie żal...

– Panie Władzie, niech pan nie zbacza z drogi. Tam jest dużo śniegu...

Potknął się i prawie wpadł w zaspę. Angela złapała go za rękę. Jej dotyk sprawił mu przyjemność. A wewnętrzna kontrolka milczała, uszkodzona, zbita z tropu.

– Pani An... gelo... czy pani nigdy nie czuła się trochę trollem? Trochę straszydłem, trochę potworem?

– Boże Święty, panie Władzie... Niech pan stoi prosto, następnym razem pana nie utrzymam...

– Mech pani puszcza, nie przewrócę się. Pani Angelo, przyczyniłem się do cierpienia żywej istoty. Gran-Grema. Dlaczego wymyśliłem go takim nieszczęśliwym? Czy tak trudno było mi napisać, że od urodzenia miał tatę, mamę, cieszył się powszechnym szacunkiem...

– Czytelnik powinien współczuć – sprzeciwiła się Angela. – Co by było, gdyby Złotuszek od pierwszych dni swojego życia miał tatę, mamę i wszyscy by go kochali?

– Podoba mi się tok pani myśli – wymamrotał Wład. – Może moje, na przykład... też jest historią Złotuszka. Ja... gdyby pani wiedziała, kim naprawdę jestem.

– Jest pan wielkim pisarzem.

– Gdzie tam, jaki tam wielki... Jestem... trollem, Angela. Jestem podrzutkiem... Może w ogóle jestem nie z tej ziemi.

– No tak – powiedziała Angela.

– To może być prawda – Wład objął najbliższy pień drzewa, z czułością pogładził ręką po chłodnej korze. – Pani mi nie wierzy. Pani się wydaje, że zawracam jej głowę jakimiś głupotami. Ale zobaczy pani, jeszcze się pani nade mną zacznie litować.

Angela uśmiechnęła się.

– Nieprawda. Nie wiem czemu, ale nie wzbudza pan litości.

– Jestem odpychający?

– Nie, to nie to. Nie wygląda pan na ofiarę.

– Zgadza się. Jaka tam ze mnie ofiara? Jestem przecież zwycięzcą...

Oderwał się od drzewa i ledwo nie przewróciwszy się na kolana, podszedł do kobiety. Położył ręce na jej ramiona – palce w jednej chwili utonęły w rudej sierści.

– Lisa – powiedział Wład. – Złapałem lisa... Żegnam panią.

I odszukał jej usta.

Загрузка...