12. Spętani


Doświadczenie wyniesione ze spotkania z dyrektorką instytutu medycznego miało swoje pozytywne i negatywne cechy. Cenne było to, że Angela po raz pierwszy przywiązała do siebie obcego, dorosłego człowieka. Błąd polegał na nieumiejętnym doborze ofiary. Oczywiście, po tej historii z Baronem nie pragnęła zbyt wiele – choć trochę wolności i odpowiedniego jej nasycenia, i trochę spokoju, i po prostu trochę zrozumienia w tłumie pozostałych dwunożnych istot. Zajęcia w instytucie medycznym i kąt w komórce staruchy były co prawda lepsze od bezdomnego i nielegalnego życia, jednak to doświadczenie pokazało, że dążenie do małego – oznacza, że nie zdobędzie się niczego. Czy Angela marzyła o jakimś oczyszczeniu? I tak, znalazłszy się we wrogim świecie bez dachu nad głową i środków do życia, Angela nie przestraszyła się i nie wpadła w rozpacz, ale czym prędzej zajęła się budowaniem swojego przyszłego losu. Otrzymane w spadku po Haroldzie pieniądze straciła na odnowienie garderoby i dobre kosmetyki i już po kilku dniach pojawiła się na tak zwanym castingu, zorganizowanym przez słynne centrum producentów, poszukujące dziewczyny „do chórków” dla młodej pop grupy, której nazwy Angela nigdy wcześniej nie słyszała...

Nieźle się poruszała i potrafiła śpiewać, ale konkursu – a wysokich lalkowatych dziewczyn zbiegło się co niemiara – nie wygrała. Jeśli poczuła się dotknięta, to tylko trochę. Dobrze wiedziała, że do śmiechu jest temu, kto potrafi śmiać się po upływie dwóch, trzech tygodni.

Dorwała przy wejściu wyżelowanego producenta – pięknisia, uwiesiła się mu na szyi ze łzami w oczach i powiedziała, że może pracować jako sprzątaczka, sekretarka czy byle kto i do tego zupełnie za darmo – po to tylko, żeby być bliżej sztuki. Producent przegnał ją, ale bez jakiejś widocznej złości – młoda Angela upiększona łzami i rozmazanym makijażem wyglądała bardzo wzruszająco. Na drugi dzień znowu pojawiła się na castingu. Nie chcieli jej wpuścić, ale znowu dorwała się do producenta na krótkim odcinku między podjazdem, a samochodem. Producent zbeształ ochroniarza, a Angeli kazał więcej się tu nie pokazywać.

Rozpętała burzę poza wszelką wątpliwością. Wystarczył zwykły drobiazg – przypadkowo pochwycone spojrzenie, błagalne „dzień dobry”, dotknięcie rękawa pstrokatej marynarki. Cały ten czas nocowała gdzie popadło, nie dojadała, mimo to więzy robiły swoje i kiedy po trzech tygodniach, wszystkim działająca na nerwy Angela, nagle przestała się naprzykrzać i zniknęła, jakiś dyskomfort – słaby, na poziomie lekkiej niewygody – poczuł tak producent, jak i w większym stopniu – jego ochroniarze.

Kiedy Angela pojawiła się znowu – spotkało ją teraz więcej uprzejmości. Producent poklepał po jej opadłej szczęce i zaproponował, żeby jeszcze raz przyszła na przesłuchanie. Bez wątpienia, wydawało mu się, że jest po prostu dla niej dobry. Że ta dziwna, fanatyczna dziewczyna zasługuje na większą uwagę.

Jakże się pomylił!

Po upływie dwóch miesięcy zauważył, że popełnił wielki błąd wtedy, kiedy Angela wykonywała już jakieś „drugorzędne piosenki” w nikomu nie znanym zespole popowym. Producent zastał dziewczynę bardzo miło do niego usposobioną, tak więc szybko, bez ceregieli, zaciągnął ją do pokoju, sąsiadującego z jego gabinetem i rzucił na skórzaną kanapę...

Angela udała znieważoną, niewinną istotę i zniknęła na tydzień. Producent nie mógł znaleźć sobie miejsca. Angelę zobaczył wieczorem, a dokładniej, nad ranem po jakimś przyjęciu w nocnym klubie i, zobaczywszy „dziwną dziewczynę” na masce swojego samochodu, poczuł, że wraca mu młodość i siły do życia...

Dalej wszystko potoczyło się już łatwo i bez problemu. Angela z drugorzędnej dziewczyny stała się modelką, szyto specjalnie dla niej egzotyczne suknie, uczyła się choreografii, plastyki, śpiewu, gimnastyki, chodziła na basen i ćwiczyła w sali gimnastycznej. Strasznie się męczyła, ale była za to u szczytu sławy, szczególnie podobało jej się spotykać niekiedy na korytarzach te same dziewczyny, które kiedyś pokonały ją na pierwszym castingu. Mówiło się, że producent zakochał się w niej bez pamięci i on sam chyba w to wierzył. Pomimo tego, Angela nie traciła czujności, doskonale wiedząc, że proch trzeba trzymać w suchym, a krokodyla w mokrym miejscu. Od czasu do czasu, zauważywszy choćby cień ochłody ze strony swojego opiekuna, Angela znikała na kilka dni. Ochrona traciła grunt pod nogami, producent, nie potrafiący wytrzymać najmniejszego bólu, zaczynał włazić na ściany, ciskać w służącą pustymi butelkami, głośno wymyślać, ale przede wszystkim przeklinać Angelę. Zazdrośnicy za każdym razem mieli nadzieję, że odnaleziona w końcu winowajczyni zostanie wyrzucona na zbity pysk, jednak wystarczyło tylko, że Angela pojawiła się, a producent natychmiast rozkwitał, delikatnie czerwieniał i zapominał o wszystkich krzywdach.

Tymczasem Angela uczyła się już specjalnie napisanych dla niej piosenek, a w jednym z najnowocześniejszych i strasznie drogich studiów zaczynały się przygotowania do nagrania jej pierwszego albumu. Jej zdjęcia pojawiały się w ekskluzywnych pismach, a sowicie opłacani dziennikarze pisali o niej artykuły. Do narodowej sławy pozostawało Angeli już tylko pół kroku...

– Jakoś nie przypominam sobie twojego triumfu – powiedział Wład. – Ja, oczywiście, nie śledzę takiego rodzaju wydarzeń muzycznych, ale często jeżdżę samochodem i słucham radia. A może śpiewałaś pod pseudonimem?

– Nie – Angela westchnęła. – Mój album w ogóle nie wyszedł. To było wtedy, kiedy go dopadli... i zastrzelili w jednej z tych ekskluzywnych restauracji.

Wład zmarszczył brwi:

– Nie pamiętam. Imię tego producenta – tak, rzeczywiście, był taki... Potem chyba gdzieś zniknął.

– Nie, nie zniknął, zabili go – spokojnie powiedziała Angela. – Miałam szczęście, że mnie nie trafili... byłam wtedy u niego. Zdążyłam schować się pod stół... Głos straciłam po tym całkowicie. Szybko pozbierałam swoje nowe ubrania i biegiem... zgodnie z wypracowanym schematem.

– Dlaczego? – zdziwił się Wład. – Czy była w tym jakaś twoja wina?

– Zazdrościli mi – powiedziała Angela. – Prędzej z błotem by mnie zmieszali, niż zdążyłabym cokolwiek powiedzieć. Zażądaliby, żebym wykupiła gotowy już zapis pierwszego albumu, opłaciła studio, czy może jeszcze coś by znaleźli... Chciałam jak najdalej od grzechu. Nie po raz pierwszy zresztą.

Wyciągnęła rękę i włączyła radio – zaznaczając tym samym koniec rozmowy.


* * *


Przyjechali do stolicy i zatrzymali się w hotelu – wcale nie drogim, ale też nie najtańszym, nie w centrum, ale też nie na peryferiach. Angela była coraz bardziej niespokojna. Wład zastanawiał się, czy ten strach ma jakieś konkretne podstawy, czy to może odzywa się znowu jej mania prześladowcza, danina składana zszarpanym nerwom.

– Czego ty się boisz?

– Niczego – odpowiedziała jeszcze bardziej nerwowo.

– Jak myślisz, kto mógł nas wyśledzić? Wtedy, kiedy kręciliśmy się po drogach? Po tym, jak wjechaliśmy do miasta w godzinach szczytu? Helikopter za nami leciał? Dane z naszych paszportów portier prosto przekazał do komputera złoczyńcy? To już nie ma znaczenia, jeżeli jest prowadzona sprawa przeciwko tobie...

– Nie ma żadnej sprawy! Wszystko jest zakończone!

– No to powinnaś się cieszyć. I pamiętaj: poszedłem ci na rękę tylko dlatego, że też mam do załatwienia parę spraw w stolicy...

Wład użył podstępu. Poszedł jej na rękę tylko dlatego, że dał się zawstydzić i nawet nastraszyć. Wydawało mu się, że Angela nie mówi całej prawdy i to niepokoiło go coraz bardziej.

Nalegał na to, żeby zatrzymali się w osobnych pokojach. Pora spotkań nie zmieniła się – co trzy dni, o dwunastej zero-zero. Na miejsce spotkań wyznaczyli bar na pierwszym piętrze.

Kiedy unormował w taki sposób swoje życie, Wład po kolei spotykał się z agentem literackim, wydawcą i producentem filmowym. Książka o Gran-Gremie rozchodziła się w locie, z filmem było gorzej, nie zaczęły się jeszcze zdjęcia, lada chwila miała pojawić się gra komputerowa. Wład spędził kilka dni na przyjemnych, ale dosyć nerwowych rozmowach. Pokazywali mu kandydatów do głównych ról. Scenarzysta długo i nieciekawie objaśniał różnicę między tekstem literackim, a utworem dramatycznym – Władowi zawsze wydawało się, że w pełni pojmuje tę różnicę, jednak okazało się, że scenarzysta widzi ją po swojemu i nawet lekko poróżnili się między sobą co do pierwszych scen. W trakcie kłótni Wład złapał się na tym, że coraz bardziej odsuwa się od stołu ze swoim fotelem na kółkach, odsuwa się tym bardziej, im bardziej przybliża się do niego roztrzęsiony scenarzysta i że świadkowie rozmowy w zdumieniu obserwują tę scenę. Wład delikatnie przerwał rozmowę, przeprosił i szybko pożegnał się, narzekając na złe samopoczucie. Schodząc po schodach (jechać windą z przypadkowo spotkanymi osobami nie miał ochoty), ponuro pomyślał, że taka charyzmatyczna kłótnia warta jest dwóch tygodni, spędzonych obok siebie w przedziale pociągu, ale w milczeniu...

Trzeba będzie odtąd porozumiewać się ze scenarzystą na piśmie.

Dwa albo trzy razy rozpoznały go na ulicach dzieci i młodzież. Uśmiechał się, witał z nimi i dziwił własnej obojętności. Żadnej radości, żadnej niezręczności – jakby tak należało, jakby tak było od zawsze...

Na dzień „x” specjalnie nic nie zaplanował. Późno wstał, zjadł smaczne śniadanie, trochę popracował. Nie widział Angeli od trzech dni i już około jedenastej zaczęło go ogarniać znajome zniecierpliwienie.

O wpół do dwunastej ktoś lekko zastukał do drzwi. Wład skrzywił się z takiego naruszenia rytuału – ale to nie była Angela. W drzwiach stała sprzątaczka z kartką w ręku: „Wybacz, dzisiaj o dwunastej nie mogę. Spotkajmy się o ósmej wieczorem”.

Wład bardzo chłodno podziękował sprzątaczce. Wrócił do pokoju i usiadł do pracy, ale wyraźnie mu nie szło. Ubrał się więc i wyszedł z hotelu, gdzie oczy poniosą. Zaczynała się depresja – nie wiadomo, czy z powodu tego, że naprężały się, uciskając pierś, pętające go więzy, czy po prostu z powodu uświadomienia sobie poniżającego przywiązania wobec bezdusznej, nie zasługującej na szacunek, obcej kobiety.

Przecież ona także nie czuje się najlepiej! Dlaczego odwleka spotkanie, na które sama czeka z niecierpliwością? Czy coś ważnego jej wypadło? Nie, niemożliwe... Najprawdopodobniej odwleka je dlatego, że, jak mówi przysłowie, proch powinno trzymać się w suchym miejscu, a krokodyla – w mokrym... Więzy nie mogą zwisać, muszą być naciągnięte...

Ale przecież sama wymyśliła, żeby spotykać się zgodnie z ustalonym rozkładem! Czy zapomniała, co to takiego naciągnięte, ściskające gardło więzy! Przypomni sobie...

Włada lekko mdliło. Wszedł do jakiegoś kina, usiadł w ostatnim rzędzie i nieoczekiwanie dla siebie, zainteresował się tym, co było wyświetlane na ekranie. Przesiedział tam dwie godziny, tłumiąc w sobie małoduszne pragnienie powrotu do hotelu – a może Angela nagle zmieni zdanie i przyjdzie do niego do pokoju albo chociaż będzie chciała zobaczyć się z nim na korytarzu...

Kupił bilet na wycieczkę po rzece i trzy godziny stał na pokładzie, owiewany wiosennym wiatrem. Jego niewielkie doświadczenie walki z więzami podpowiadało mu, że świeże powietrze we wczesnym stadium „głodu” trochę mu pomoże.

Kiedy, kręcąc się w małym tłumie obcych ludzi, wysiadł na brzeg, było już prawie ciemno. Wracał metrem – ale przejechawszy dosłownie jedną stację, wyskoczył z wagonu, nie mogąc znieść uporczywych spojrzeń innych pasażerów. Mdliło go, a czarny tunel wywoływał tylko niepokój. Dopiero kiedy wydostał się na powierzchnię i pól godziny przesiedział na ławce, przestał się trząść.

Do hotelu dojechał taksówką. Było za dwadzieścia ósma.

Zdążył jeszcze wejść do siebie do pokoju, umyć się i zmienić koszulę. I dokładnie o ósmej, mocno zaciskając wargi, pojawił się w głośnym o tej godzinie, ciasnym i przesyconym dymem tytoniowym, wnętrzu restauracji.

Angela siedziała w kącie. Na wysokim krześle obok leżała jej torebka. Wystarczyło tylko, że Wład pokazał się w drzwiach, a ona – Angela, nie torebka – podniosła głowę i spotkała się z nim wzrokiem.

Żeby tylko nie biec! Nie przyśpieszać kroku! Wład szedł, jakby był zatopiony w bursztynie. Jakby znajdował się w czarnym tunelu, na końcu którego majaczy podświetlona nikłym światłem, napięta twarz nieznanej mu kobiety...

A właściwie, nie całkiem już obcej. Usiadł na krześle, z którego ześlizgnęła się torebka. Chwycił wilgotną, ciepłą rękę – i nie puszczał, zamknął oczy. Boże, całe życie mógłby tak siedzieć... albo chociaż minutę... a nawet kilka sekund...

Wizja minęła. Wróciła głośna muzyka, zapach dymu tytoniowego, ciasnota restauracji hotelowej. Ktoś, przechodząc, trącił go w ramię i Wład otworzył oczy.

– Cześć – z lekką chrypką powiedziała Angela.

Wład chciał od razu zapytać, co za pilne sprawy przeszkodziły w ich spotkaniu o dwunastej, chciał, ale w końcu nie zapytał. Uważał to za poniżej swojej godności. Zamiast tego, od niechcenia rzucił:

– Wszystko w porządku?

– Mniej więcej – niejasno odpowiedziała Angela. – A jak tam twoje sprawy? Załatwiłeś wszystko, co zamierzałeś?

– Mniej więcej – w tym samym tonie odezwał się Wład.

– Jakie masz plany na wieczór? – zadała jakby książkowe pytanie Angela.

Wład wzruszył ramionami:

– Zjem coś, napiję się czegoś... Może popracuję, jeśli dam radę.

– A może pójdziemy potańczyć? – zaproponowała Angela.

– Dokąd? – spytał Wład.

– No, możemy iść, na przykład, do klubu... Jak tam u ciebie z pieniędzmi?

– Mogłabyś mi coś dzisiaj postawić – zażartował Wład. – Jesteś przecież bogatą spadkobierczynią.

Nie wiedział, że tak ją tym dotknie. Wydawało się, że gotowa była wstać i natychmiast wyjść – ale w ostatniej chwili rozmyśliła się i została.

– Wybacz – powiedział Wład.

– Nic się nie stało – odparła, nie podnosząc oczu. – No to co, idziemy do klubu?


* * *


Przez pierwszych kilka minut (a niekiedy nawet godzin) po spotkaniu, kiedy więzy nie są jeszcze napięte, przywiązana osoba znajduje się w lekkiej euforii. To Wład także zauważył, wychodząc od własnego doświadczenia. (Przypominała mu się geograficzka. Wielkiej siły charakteru kobieta. Jak mogła postawić mu czwórkę, a nie piątkę! Pewnie nawet czwórkę uważała za wielką łaskę, niesłychane wyróżnienie).

Pił i wydawało mu się, że wcale się nie upija. Pod koniec wieczoru trochę go rozwiązało – nie tak, żeby mocno, ale głowę miał ciężką. Obejmując się, wjechali z Angelą windą na szóste piętro – tu znajdował się jej pokój, jego – na ósmym. Angela długo nie mogła otworzyć drzwi i w końcu Wład zabrał jej klucze. Drzwi uległy. Pokazał się ciemny mały przedpokój, za nim drugie otwarte drzwi, a potem okno, oświetlane z daleka reflektorami, lampami ulicznymi i migającym neonem hotelu. Angela skoczyła w ten półmrok, pociągając za sobą Włada. Oboje zatrzymali się w przedpokoju, ale żadnemu nie przyszło do głowy, żeby włączyć światło. Wład miał wrażenie, że podobni są teraz do młodej pary w obcej bramie. Chociaż, odkąd pamięta – nigdy nie całował się w bramach... Wielu rzeczy nie było mu dane przeżyć. I prawdopodobnie już nie będzie.

Odsunął się. Angela, nie odrywając się, lekko przycisnęła się do jego piersi, łaskocząc go sztywnymi włosami po podbródku i szyi.

Zdobyć tę kobietę... Za wszelką cenę. Przywiązać do siebie. Żadna kobieta nie należała do niego dwa razy. Nigdy.

Jest pociągająca. Potrafi być miła. Kim, tak naprawdę, jest dla niego?

Potrzebuje jej. Teraz. Całej.

– Wejdę – głucho powiedział Wład.

Chwiał się, kołysał w ciemności. Stał na hotelowym parkiecie tak, jak się stoi na nadbrzeżu portowym, ale już nie tym betonowym, tylko tym pływającym, pontonowym, z przymocowanymi na końcach czarnymi, żebrowatymi osłonami. To już nie brzeg, ale jeszcze nie pokład statku. To zawieszenie w czasie. Pozostaje przekroczyć wąską szczelinę między końcem pontonu, a...

Zachwiał się. Chwycił się ściany. Przez przypadek – czy to był przypadek? – zahaczył o włącznik światła.

Pstryk!

I ciemność zgasła. Angela zmrużyła oczy.

– Dobrej nocy – cicho powiedział Wład i, starannie zamykając za sobą drzwi, wyszedł na korytarz.

Wrócił do swojego pokoju i, nie rozbierając się, rzucił się na łóżko. Wbił zęby w poduszkę i zmrużył oczy.

Jego skóra pachniała Angelą.

Ile ich było, kobiet, z którymi żegnał się nad ranem?

Czerwona, gumowa piłeczka, wpadająca w gęste krzaki. Minęło już piętnaście minut od czasu, jak Wład zamknął za sobą drzwi jej pokoju. Dwadzieścia minut...

Gwałtownie usiadł na łóżku. Zarzucił na plecy marynarkę, pośpiesznie zamknął drzwi pokoju i puścił się w dół po schodach, nie czekając na windę.

W momencie, kiedy stawiał pierwszy krok na szóstym piętrze, na korytarzu rozległ się przeszywający, damski krzyk. Pojawiła się kobieta w szlafroku, cały wieczór zajmująca się wydawaniem i przyjmowaniem kluczy. Wład, wyprzedzając ją, wpadł na korytarz. Wydawało mu się, że na jego końcu mignął jakiś cień...

Krzyk urwał się. Drzwi pokoju Angeli były otwarte.

– Angela?

W przedpokoju paliło się światło. W pokoju było ciemno. Zza drzwi do łazienki wysączały się cichutko włókna ciepłej pary.

– Angela?!

Światło w łazience było zgaszone. Wład pstryknął włącznik i szarpnął do siebie drzwi. Za jego plecami ciężko oddychała kobieta w szlafroku. Na korytarzu ktoś pytał niezadowolonym głosem, co się stało i co to za burdel.

Światła nie dało się zapalić. W półmroku pluskała woda. Najpierw Wład zobaczył tylko mokrą twarz Angeli, dopiero potem dostrzegł, że cała znajduje się w wannie, przyciskając kolana do siebie, a jej mokre włosy, pływające w wodzie, wyglądają jak wodorosty.

– Proszę zamknąć drzwi – głucho powiedziała Angela. – Wład, wygoń ich wszystkich... Wy...goń...

– Co się stało? – zrzędliwie spytała ta od kluczy.

– Kobieta bierze kąpiel – nieuprzejmym tonem powiedział Wład. – Proszę opuścić pokój.

– Ale kto krzyczał?

– Zobaczyła karalucha – jeszcze bardziej nieuprzejmie dodał Wład. – Ona nie lubi karaluchów.

– Co pan takiego wygaduje... u nas nie ma...

– Proszę wybaczyć – Wład delikatnie wypchnął kobietę w szlafroku za drzwi. Przymilnie uśmiechnął się do na wpół ubranego mężczyzny, wyglądającego z sąsiedniego pokoju i zamknął drzwi.

– Co się stało?

– Wład – stłumionym głosem powiedziała Angela. – Wła...d. Zaczekaj w pokoju... Tylko się ubiorę.

Wrócił do pokoju. Poza wszelką wątpliwością, wybierając się do łazienki, Angela była w nie najlepszym nastroju: ubrania były porozrzucane, powykręcane pozy swetra, futbolówki i spodni mówiły o rozdrażnieniu, a nawet niejakiej złości tego, kto je porozrzucał.

Po dwóch minutach Angela wyszła. Była zbyt blada, jak na kogoś, kto właśnie wziął gorący prysznic. Cienki, jedwabny szlafrok przylepiał się do wilgotnych pleców, Angela przytrzymywała go rękami, jakby próbując się bronić.

– Zostawiłam drzwi otwarte – powiedziała, zatrzymując się w przejściu.

– Usiądź.

– Myślałam... krótko mówiąc, zostawiłam... I poszłam do łazienki. Potem drzwi otworzyły się... bez pukania. Myślałam, że to ty. Po chwili zgasło światło... cały czas jeszcze myślałam, że to ty! W zupełnych ciemnościach ktoś wszedł do wanny... i wiedziałam już, że to nie ty jesteś. Utknął mi... język w gardle, ale mimo wszystko... krzyknęłam. On... ono... postało jeszcze chwilę, a potem odeszło. Usłyszałam kroki... Dosłownie parę sekund po tym, jak odszedł, pojawiłeś się ty... Może dlatego się wycofał... Zrozumiał, że nie zdąży mnie utopić...

– Jaki on? – przez zęby zapytał Wład.

– Morderca – odparła Angela. – Chciał mnie utopić. To wyglądałoby na nieszczęśliwy wypadek.

Ręcznik wokół jej głowy rozwiązał się, a z mokrych kosmyków zaczęły spadać na ramiona, jakby wiosenne kropelki. Wład zlitował się na koniec – podszedł, objął ją, przycisnął do piersi, pogładził po głowie – w taki sposób uspokaja się kobiety, dzieci i zwierzęta.

A ona, oczywiście, rozpłakała się.


* * *


Noc była długa i smutna. Angela przewracała się na łóżku w pokoju Włada – żeby zasnąć, nałykała się jakichś pigułek, oczy z błyszczących zrobiły się jej mętne, jednak zasnąć mimo wszystko nie mogła. Wład siedział w fotelu naprzeciwko, pił kawę z termosu i próbował odtworzyć sobie w pamięci swoją wędrówkę po korytarzu – te kilka sekund po tym, jak usłyszał krzyk Angeli.

Czy cień w końcu korytarza... przywidział mu się? W ogóle, cała ta chora sytuacja – to prawda czy wymysł? Lampka w łazience, w pokoju Angeli okazuje się, że się przepaliła. Może wcale nikt nie wyłączał światła. Może lampka po prostu przepaliła się i zgasła, a Angela i bez tego dostając już ataku histerii, wymyśliła wszystko pozostałe? Drzwi były uchylone... Ale przecież Angela, zgodnie z tym, co mówiła, nie zamykała ich. Czyżby przeciąg...

Póki wyczerpana napadami płaczu Angela myła się i łykała tabletki, Wład odbył małą wycieczkę na koniec korytarza. Za rogiem znajdowały się tam drzwi, były także schody. Oczywiście, żadnych śladów. Śledztwo nie przyniosło innych rezultatów – poza uświadomieniem sobie, że nieproszony gość, kimkolwiek by nie był, mógł łatwo i niezauważalnie uciec po tych właśnie schodkach.

Nocować w swoim pokoju Angela nie chciała. Wład zabrał ją do siebie i położył do łóżka, a sam zaczął się zastanawiać, czy widzi teraz przed sobą ofiarę niedokonanego gwałtu, czy zwykłą histeryczkę i panikarę.

Cień na końcu korytarza. Angela jest przekonana, że ów maniak (prześladowca? płatny morderca?) uciekł dlatego, że krzyknęła, a na schodach słychać było kroki. Jak złodziej mógł usłyszeć kroki, jeśli krzyk wszystko zagłuszył? I na co on liczył – na to, że ofiara będzie się zachowywała cicho jak myszka?

Kiedy Angela w końcu zasnęła, zszedł na dół, do portierni i wdał się w długą rozmowę bez ogródek na temat obcych w hotelu. Senny portier patrzył na niego podejrzliwie i z niechęcią, w końcu oświadczył, że żadnych obcych w hotelu nie ma, a nocami przy wejściu zawsze dyżuruje policjant. Wład wrócił do pokoju, czując się kompletnym głupkiem.

Wytropić człowieka w dużym mieście... Nie, dla profesjonalisty to bez wątpienia drobnostka.

Ale po co profesjonalista miałby polować na Angelę? Czyżby rzeczywiście krewni jej zmarłego męża byli zdolni...

Ktoś przeszedł korytarzem. Wład drgnął.

Trzasnęły drzwi sąsiedniego pokoju – Wład podskoczył w fotelu.

Zanosi się na to, że sam szybko stanie się histerykiem. Zacznie bać się własnego cienia.

Загрузка...