Rozdział 11

Niespodziewane przybycie okrętu Slagora, noszące go nazwę „Wilczy Kieł”, sprawiło, że życie na Skorghijl stało się jeszcze cięższe.

Przede wszystkim w kwaterach zrobiło się ciasno, bo zamieszkiwały je dwie załogi, podczas gdy miejsca było tylko dla jednej. Ciasnota sprawiała, że coraz częściej dochodziło do bójek. Źle znoszący bezczynność Skandianie zabijali czas, oddając się pijaństwu i grze — co nader często kończyło się gwałtownymi sprzeczkami. Dopóki dotyczyło to członków jednej załogi, kłótnie wybuchały i szybko gasły, po czym zapominano o nich. Jednak gdy w grę zaczęła wchodzić lojalność wobec kolegów, z którymi żeglowało się i walczyło ramię w ramię, spory stawały się zażarte i nieraz sięgano po broń, nim Erak zdążył na powrót zaprowadzić spokój.

Will zauważył, że Slagor nigdy nie podnosił głosu, by uciszyć spory. Im dłużej obserwował kapitana „Wilczego Kła”, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że człowiek ten ma niewielki mir u swych ludzi i nie cieszy się szczególnym poważaniem innych Skandian. Zrozumiał, że ludzie z jego załogi służyli mu dla pieniędzy, nie zaś z poczucia lojalności.

Gdy przybyła druga załoga, Willowi i Evanlyn przybyło też pracy — w dwójnasób. Musieli teraz, gotować dla dwukrotnie większej liczby wygłodniałych wojów, którym trzeba było podawać misy z jedzeniem, a potem je po nich zmywać. Dwakroć więcej Skandian wydawało im teraz polecenia, żądając takich czy innych posług. Na szczęście, przynajmniej ich skromna kwatera w przybudówce wciąż pozostała do ich wyłącznej dyspozycji. Jako że było tam zbyt ciasno dla któregokolwiek z rosłych wojowników, żaden z nich nawet nie pomyślał, by się w niej urządzić. Cóż — jak stwierdził Will — była to jedyna dobra strona niewoli u wielkoludów.

Jednak Willowi i Evanlyn dały się we znaki nie tylko ciągłe bójki i dodatkowe obowiązki. Dla księżniczki wieść o zemście zaprzysiężonej przez Ragnaka tajemniczym Vallom była wprost druzgocąca. Bez wątpienia szło teraz o jej życie, a najdrobniejszy błąd, jakiekolwiek rzucone przez któreś z nich nieopatrzne słowo, mogły stanowić dla niej wyrok śmierci. Wciąż przypominała Willowi, by strzegł się, by dalej odnosił się do niej jak do równej sobie, tak jak czynił to, nim wyjawiła mu swą prawdziwą tożsamość. Najdrobniejszy choćby znak respektu z jego strony mógłby wywołać podejrzenia i przyczynić się do jej zguby.

Oczywiście Will zapewniał ją, że zrobi wszystko, by dochować sekretu. Pilnował się, by nawet w myślach nie nazywać jej Cassandrą, lecz zawsze używać imienia Evanlyn. Jednak im bardziej wystrzegał się tego imienia, tym usilniej mu się ono narzucało, wciąż miał je na końcu języka… toteż żył w bezustannym lęku, że niechcący ją wyda.

Wszelkie animozje, jakie powstały między nimi z frustracji czy nudy, poszły w niepamięć wobec tego nowego, przerażająco rzeczywistego zagrożenia. Znów byli przyjaciółmi i sprzymierzeńcami, a ich determinacja, by pomagać sobie wzajemnie, na nowo stała się równie silna, jak podczas wspólnego krótkiego pobytu w krainie Celtów.

Teraz oczywiście nie mogło być już mowy o realizacji planu Evanlyn, bowiem nie było co liczyć na odzyskanie wolności dzięki okupowi. Świadomość ta i fakt, że zmuszona była bezustannie wykonywać upadlającą, niewolniczą pracę, czyniły jej życie na Skorghijl czymś naprawdę trudnym do zniesienia. Jedyną jej pociechą był Will — pełen optymizmu, radosny, zawsze dobrej myśli. Nie uszło jej uwadze, że gdy tylko było to możliwe, podejmował się za nią najczarniejszej roboty i była mu za to wdzięczna. Wstydziła się teraz swojego zachowania sprzed kilku dni. Jednak kiedy próbowała go przeprosić — zaśmiał się tylko.

— Oboje wariujemy od tej ciasnoty — twierdził. — Im prędzej stąd uciekniemy, tym lepiej.

A więc wciąż planował ucieczkę! Zdała sobie sprawę, że będzie musiała uciekać razem z nim. Projekt jednak nie został jeszcze chyba dopracowany w szczegółach.

Przynajmniej tak jej się zdawało, bo chłopak nic jej o nim nie mówił.

Tymczasem jednak Skandianie ukończyli właśnie wieczorny posiłek, a więc trzeba było uporać się ze stosem drewnianych talerzy i łyżkami oraz kubkami, które należało wyczyścić w morskiej wodzie, a potem wypolerować piaskiem. Westchnęła i schyliła się po naczynia. Była zmęczona, a myśl o tym, że musi wejść po kostki do lodowatej wody i szorować gary, niezbyt ją pociągała.

— Ja to zrobię — rzekł cicho Will. Rozejrzał się, by sprawdzić, czy żaden z wojowników ich nie obserwuje i odebrał od niej ciężki wór.

— Nie — zaprotestowała. — To niesprawiedliwe. Powstrzymał ją ruchem ręki.

— I tak chciałem coś sprawdzić na brzegu. Dzięki temu będę miał dobry pretekst. A zresztą masz za sobą kilka ciężkich dni. Idź i odpocznij — uśmiechnął się. — Jeśli to ci poprawi humor, zapewniam, że i jutro, i pojutrze też będzie mnóstwo zmywania, więc będziesz miała okazję nadrobić zaległości, a ja sobie wtedy poleniuchuję.

Obdarzyła go słabiutkim uśmiechem i dotknęła jego ręki na znak podziękowania. Myśl o tym, że za chwilę będzie mogła wyciągnąć się na swym twardym legowisku i nie będzie miała nic do roboty, zdawała się aż zbyt piękna, by być prawdziwą.

— Dzięki — powiedziała.

Will uśmiechnął się szerzej, zadowolony, że wszelkie niesnaski między nimi zostały zapomniane.

— Przynajmniej to dobre, że naszym gospodarzom nie brak apetytu — zauważył. — Nie zostawiają zbyt wiele na talerzach.

Zarzucił na ramię wór z grzechoczącą zawartością i skierował się w stronę plaży. Evanlyn schyliła się i weszła do przybudówki.


* * *

Jarl Erak wyszedł z hałaśliwego, zadymionego pomieszczenia jadalnego i odetchnął głęboko chłodnym morskim powietrzem. Życie na wyspie także i jemu dawało się coraz bardziej we znaki, zwłaszcza że Slagor nie czynił nic, by utrzymać dyscyplinę wśród swoich ludzi. Zwykły pijaczyna, z którego nie ma żadnego pożytku — pomyślał gniewnie Erak. W dodatku nawet nie wojownik — wszyscy wiedzieli, że podczas swych wypadów obierał najsłabiej bronione cele, a sam nigdy nie brał udziału w walce. Przed chwilą zaś nawet nie kiwnął palcem, gdy wywiązała się bójka między jednym z jego ludzi i żeglarzem z „Wilczego wichru”. Tamten posługiwał się fałszowanymi kośćmi do gry, a gdy jeden z ludzi Eraka mu to wytknął, sięgnął po nóż.

Erak wtrącił się i jednym ciosem swej potężnej pięści powalił oszusta, który padł bez przytomności. Jednak potem, by nie zdało się nikomu, że faworyzuje swoich, musiał też powalić wojownika z własnej załogi, choć tamten miał przecież słuszność.

Do diabła z taką sprawiedliwością — pomyślał, rozcierając knykcie. Nie miał jednak innego wyjścia, jeśli chciał uniknąć posądzenia o to, że sprzyja wyłącznie swoim.

Usłyszał czyjeś kroki na żwirze i ujrzał ciemną sylwetkę zbliżającą się do brzegu wody. Zmarszczył brwi w zamyśleniu. To był ten aralueński chłopak.

Ukradkiem ruszył jego śladem. Usłyszał brzęk kubków i stukot talerzy wysypywanych na ziemię, a potem odgłos szorowania. Może po prostu zmywał naczynia. A może nie. Stąpając ostrożnie, zbliżył się nieco.

Choć jarlowi zdawało się, że stąpa bezgłośnie, wyćwiczone ucho Willa dawno już wychwyciło odgłos jego kroków. Równie dobrze mógłby próbować mnie podejść ociężały mors — pomyślał chłopak.

Odwrócił się i rozpoznał rosłą postać Eraka, która w ciemnościach wydawała się jeszcze potężniejsza, bowiem wojownik narzucił na ramiona niedźwiedzią skórę, by osłonić się przed porywami lodowatego wiatru. Chciał podnieść się z kucek, by powitać Eraka, ale jarl machnął ręką.

— Rób swoje — rzucił szorstko.

Tak więc Will szorował dalej, zerkając czasem kątem oka na skandyjskiego wodza. Erak powiódł wzrokiem po zatoce, wciągając nozdrzami zapach nadchodzącej burzy.

— Ależ smród tam, w środku — mruknął wreszcie.

— Za dużo ludzi, za mało miejsca — zauważył Will, nie podnosząc wzroku i szorując talerz. Erak intrygował go. Młody zwiadowca wiedział, że Skandianin to twarda sztuka, nieugięty i bezlitosny wojownik. Ale Erak nie miał w sobie nic z bezmyślnej, okrutnej bestii. Przeciwnie, choć zachowywał się szorstko, wydawał mu się nawet sympatyczny.

Erak także obserwował Willa. Co ten chłopak knuje? Pewnie zachodzi w głowę, jak stąd uciec — pomyślał. On w każdym razie na jego miejscu z pewnością nad tym właśnie by się zastanawiał. Ten zwiadowczy czeladnik jest bystrym i pomysłowym chłopakiem, a przy tym nie brak mu odwagi. A także determinacji — uwadze Eraka nie umknęło, jak zawzięcie Will ćwiczył, biegając po plaży niezależnie od pogody.

Po raz kolejny zdał sobie sprawę, że myśli z niejakim szacunkiem o młodym zwiadowcy — zresztą o dziewczynie także. Przecież i ona wykazała się nie lada charakterem.

No tak, dziewczyna. Zmarszczył brwi. Prędzej lub później będą z nią kłopoty. Zwłaszcza że miał do czynienia ze Slagorem i jego ludźmi. Załoga „Wilczego kła” stanowiła istną zbieraninę nieciekawych obwiesiów oraz drobnych złoczyńców. Żaden porządny żeglarz czy wojownik nie zaciągnąłby się na okręt Slagora.

No cóż — uświadomił sobie mimochodem — jeśli spróbują tknąć dziewczynę, trzeba będzie rozbić parę łbów i tyle. Nie zamierzał pozwolić, by jego pozycję kwestionował taki motłoch, jak ludzie Slagora. Dwójka niewolników była własnością Eraka. Mało tego, w niej upatrywał jedynego widoku na zysk po nieszczęsnej wyprawie do Araluenu. Jeśli ktokolwiek spróbuje w jakikolwiek sposób umniejszyć wartość towaru, który do niego należy — to oberwie za swoje. Gdy tak rozmyślał, próbował sobie wmówić, że idzie mu tylko o ochronę własnych zysków. W gruncie rzeczy wiedział jednak, że nie jest to cała prawda.

— Jarlu Eraku — odezwał się chłopiec, głosem niepewnym, bo chciał zadać pytanie, a wcale nie był pewien, czy postępuje właściwie.

— Hę? — mruknął Erak.

Nie brzmiało to zbyt zachęcająco, ale Will uznał, że lepsze takie nawiązanie rozmowy niż żadne. Pozwolił więc sobie spytać:

— Czym jest to ślubowanie Vallom, o którym mówił jarl Slagor?

Starał się, by zabrzmiało to niedbale, jakby pytał z czystej ciekawości. Erak skrzywił się jednak, ale na szczęście tylko dlatego, że Will posłużył się niewłaściwym tytułem.

— Slagor nie jest żadnym jarlem — poprawił go. — Jest jedynie skirlem, czyli kapitanem okrętu.

— O, przepraszam — pokajał się Will. W żadnym razie nie było jego zamiarem rozgniewanie Eraka, a tymczasem, dając do zrozumienia, że uważa Slagora za kogoś mu równego, na to właśnie się naraził.

Zawahał się, ale odniósł wrażenie, że poirytowanie Eraka szybko minęło, toteż znów zdobył się na śmiałość:

— A ślubowanie Vallom? — przypomniał.

Erak beknął cicho i podrapał się po plecach. Ani chybi, ludzie Slagora przywlekli ze sobą pchły. Chłód, wilgoć i smród, a teraz jeszcze to. Nie pierwszy raz pomyślał, że lepiej by się stało, gdyby okręt Slagora pochłonęły fale Morza Białych Sztormów.

— No, ślubowanie to ślubowanie, o czym tu gadać? Ragnak właśnie takie złożył. A przecież nie miał żadnego powodu. Z Vallami lepiej nie zadzierać, jeśli ktoś ma choć odrobinę oleju w głowie — dodał zrzędliwym tonem.

— Z Vallami? — spytał Will. — Ale kim są Valle?

Erak popatrzył z niedowierzaniem na przykucniętą postać chłopca. Coś podobnego, ci Aralueńczycy o niczym nie mają pojęcia.

— Nigdy nie słyszałeś o Vallach? Czego oni was tam uczą na tej waszej wysepce?

Will uznał, że najlepiej będzie nic nie odpowiadać. Po chwili milczenia Erak przemówił:

— Chłopcze, Valle to trzy boginie zemsty. Przybierają postacie rekina, niedźwiedzicy i sępa.

Umilkł, by przekonać się, jakie wrażenie zrobiły jego słowa na chłopcu. Will miał wrażenie, że tym razem wypada coś powiedzieć.

— Aha, rozumiem — rzekł niepewnym głosem. Erak parsknął pogardliwie.

— Akurat, rozumiesz. Valli nikt nigdy nie zrozumie, bo też i nikt rozsądny nawet nie będzie próbował tego uczynić. Ba, nikt o zdrowych zmysłach nie poważyłby się na nie przysięgać.

Will zastanowił się:

— Czyli ślubowanie Vallom oznacza zaprzysiężenie zemsty? — upewnił się.

Erak skinął ponuro głową.

— Zemsty totalnej — odparł. — Gdy kogoś ogarnia nienawiść tak wielka, że poprzysięga zemstę nie tylko temu, kto go skrzywdził, lecz także całej jego rodzinie.

— Nawet kobietom? — wyrwało się Willowi. Przez ułamek chwili Erak zastanawiał się, czy w tych pytaniach aby coś się nie kryje. Uznał jednak, że ta wiedza żadnym sposobem nie pomoże chłopakowi w ewentualnej ucieczce, toteż nie widział przeszkód, by wyjaśnić mu wszystko do końca.

— Klątwa dotyczy całej rodziny, mężczyzn, kobiet i dzieci. Kto składa takie ślubowanie, poprzysięga śmierć im wszystkim, a ślubowania tego nie można złamać. Gdyby ktoś to uczynił, Valle wywarłyby pomstę na nim samym i wszystkich jego krewnych. Mówiłem ci już, że nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby mieć nic wspólnego z Vallami.

Milczeli przez chwilę. Will zastanawiał się, czy nie posuwa się aby zbyt daleko, ale uznał, że może zaryzykować jeszcze pytanie lub dwa.

— Skoro są takie okropne, to czemu Ragnak…? — zaczął, ale Erak nie pozwolił mu dokończyć.

— Bo to szaleniec! — rzucił. — Mówiłem ci, tylko szaleniec kląłby się na Valle! Ragnak nigdy nie grzeszył nadmiarem rozsądku, a teraz, po śmierci syna, całkiem już musiał postradać zmysły.

Skrzywił się z niechęcią. Najwyraźniej miał dosyć rozmowy na temat Ragnaka i groźnych Valli.

— Ciesz się, chłopcze, że nie należysz do rodziny Duncana. I że nie jesteś krewnym Ragnaka!

Odwrócił się w stronę chat; przez szpary między belkami widać było błysk ognia, rzucającego dziwne, wydłużone smugi światła na mokre kamienie.

— A teraz wracaj do roboty — rzucił gniewnie i ruszył z powrotem, by nie zważając na smród, schronić się w cieple.

Will spoglądał za nim, machinalnie spłukując ostatni talerz zimną, morską wodą.

— Naprawdę musimy się stąd wydostać — rzekł do siebie szeptem.

Загрузка...