Ayana

Nie sądziłem, że kiedykolwiek opowiem tę historię. Nie pozwalała mi na to żona; twierdziła, że nikt mi nie uwierzy i narobię sobie tylko wstydu. W rzeczywistości nie chciała, żebym to jej narobił wstydu.

– A Ralph i Trudy? – zapytałem. – Byli tam. Oni też to widzieli.

– Trudy każe twojemu bratu trzymać gębę na kłódkę – oznajmiła Ruth – i nie trzeba go będzie długo przekonywać.

W tej kwestii prawdopodobnie się nie myliła. Ralph był wówczas inspektorem okręgu szkolnego numer 49 w New Hampshire, a ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie oświatowy urzędnik z małego stanu, jest wystąpienie w jednej z kablówek w czasie antenowym zarezerwowanym dla relacji o UFO nad Phoenix i kojotach liczących do dziesięciu. Poza tym historia o cudach jest nic niewarta bez cudotwórcy, a Ayana zniknęła.

Lecz dziś moja żona nie żyje – miała atak serca w samolocie, którym leciała do Kolorado, aby pomóc w wychowaniu naszego pierwszego wnuka, i zmarła prawie natychmiast. (Tak przynajmniej mówią przedstawiciele linii lotniczych, jednak w dzisiejszych czasach nie można im nawet powierzać bagażu). Nie żyje również mój brat Ralph – doznał udaru, grając w turnieju golfa seniorów – a Trudy kompletnie zidiociała. Mój ojciec zmarł dawno temu; gdyby nadal żył, miałby ponad setkę. Zostałem tylko ja, więc ja opowiem tę historię. Nie sposób w nią uwierzyć (Ruth miała co do tego rację) i nadawać jej jakieś znaczenie – cuda nie zdarzają się nikomu z wyjątkiem tych szczęśliwych czubków, którzy widzą je wszędzie. Ale jest interesująca. I prawdziwa. Wszyscy widzieliśmy, co się stało.


* * *

Mój ojciec umierał na raka trzustki. Można chyba wiele powiedzieć o ludziach, słuchając tego, co mówią w tego rodzaju sytuacjach (fakt, że nazywam nowotwór „tego rodzaju sytuacją”, z pewnością mówi również coś o waszym narratorze, przez całe życie uczącym angielskiego chłopców i dziewczęta, których najpoważniejszymi problemami zdrowotnymi były urazy sportowe i trądzik).

– Jego podróż dobiega kresu – powiedział Ralph.

– To go dorwało – rzekła szwagierka Trudy. W pierwszej chwili pomyślałem, że powiedziała „to w nim dojrzało” i wydało mi się to w irytujący sposób poetyckie. Wiedziałem, że się przesłyszałem, że nie mogła czegoś takiego powiedzieć, ale chciałem, żeby to była prawda.

– Leży na deskach – podsumowała Ruth.

Nie powiedziałem: „I może niech już lepiej nie wstaje”, lecz tak pomyślałem. Ponieważ cierpiał. To było przed dwudziestu pięciu laty – w 1982 roku – i cierpienie było nadal czymś akceptowanym w ostatnim stadium nowotworu. Pamiętam, jak dziesięć albo dwanaście lat później przeczytałem, że większość chorych na raka umiera w milczeniu, ponieważ są zbyt słabi, by krzyczeć. To tak wyraźnie przypomniało mi sypialnię mojego ojca, że poszedłem do łazienki i ukląkłem przed miską klozetową pewien, że zaraz zwymiotuję.

Ale ojciec zmarł dopiero cztery lata później, w 1986 roku. Mieszkał wtedy na specjalnym osiedlu mieszkaniowym dla seniorów i wcale nie zabił go rak trzustki. Udławił się kawałkiem steku.


* * *

Don „Doc” Gentry i jego żona Bernadette – moi rodzice – po przejściu na emeryturę wyprowadzili się do podmiejskiego domu w Ford City, niedaleko Pittsburgha. Po śmierci żony Doc zastanawiał się, czy przenieść się na Florydę, ale uznał, że go na to nie stać, i został w Pensylwanii. Kiedy rozpoznano u niego raka, spędził trochę czasu w szpitalu, gdzie wyjaśniał każdemu, że jego ksywka pochodzi z czasów, gdy był weterynarzem. Kiedy wytłumaczył to wszystkim, których to obchodziło, wysłali go do domu, żeby umarł, i cała rodzina, jaką miał – Ralph, Trudy, Ruth i ja – przybyła do Ford City, aby mu przy tym asystować.

Pamiętam bardzo dobrze jego sypialnię. Na ścianie wisiał obrazek Chrystusa, który pozwalał dziateczkom przyjść do siebie. Na podłodze leżał postrzępiony dywanik w odcieniach przyprawiającej o mdłości zieleni, zrobiony przez moją matkę i niezaliczający się do jej najlepszych. Przy łóżku był stojak do kroplówki z nalepioną kalkomanią Piratów z Pittsburgha. Każdego dnia wchodziłem do tego pokoju z coraz większym przerażeniem i każdego dnia spędzałem tam coraz więcej czasu. Pamiętałem Doca siedzącego na werandzie domu, gdzie dorastaliśmy, w Derby w Connecticut, z puszką piwa w jednej dłoni i cygarem w drugiej, z rękawami olśniewająco białego podkoszulka zawsze zawiniętymi dwa razy, by odsłonić gładką, zaokrągloną linię bicepsa i wytatuowaną tuż nad lewym łokciem różę. Należał do pokolenia, które nie wstydziło się chodzić w granatowych, niespłowiałych dżinsach i które nadal nazywało je „drelichami”. Czesał się jak Elvis i sprawiał trochę groźne wrażenie: marynarza, który przed zejściem na brzeg wypił dwa drinki i teraz szuka guza. Pamiętam uliczny korowód w Derby, gdzie on i moja matka przerwali całą imprezę, tańcząc jitterbuga do Rocket 88 Ike’a Turnera i Kings of Rhythm. Ralph miał wtedy chyba szesnaście lat, ja jedenaście. Gapiliśmy się na naszych rodziców z rozdziawionymi ustami i po raz pierwszy zrozumiałem, że robią to w nocy, na golasa i w ogóle o nas nie myślą.

W wieku osiemdziesięciu lat, po wypisaniu ze szpitala mój obdarzony niebezpiecznym wdziękiem ojciec stał się kolejnym szkieletem w piżamie (miał na niej logo Piratów). Jego oczy tliły się pod krzaczastymi bujnymi brwiami. Pocił się obficie mimo dwóch wiatraczków, jego wilgotna skóra pachniała niczym stara tapeta w opuszczonym domu. W oddechu czuć było czarną woń rozkładu.

Ralph i ja z całą pewnością nie byliśmy zamożni, ale kiedy dołożyliśmy trochę własnych pieniędzy do oszczędności ojca, stać nas było na wynajęcie prywatnej pielęgniarki i gospodyni, która przychodziła pięć razy w tygodniu. Radziły sobie dobrze, przebierając go i utrzymując w czystości, lecz w dniu kiedy moja szwagierka powiedziała, że „to w nim dojrzało” (nadal wolę myśleć, że tak właśnie się wyraziła), Bitwa Zapachów dobiegała kresu. Pokiereszowane stare gówno wygrywało na punkty z nieopierzonym dziecięcym pudrem Johnsona i wydawało mi się, że sędzia już wkrótce przerwie walkę. Doc nie mógł chodzić do toalety (którą niezmiennie nazywał „klopem”), w związku z czym nosił pieluchy i plastikowe majtki. Nadal był w wystarczającym stopniu świadomy, by zdawać sobie z tego sprawę i odczuwać skrępowanie. Czasami z kącików jego oczu spływały łzy, a z ust, z których niegdyś padało sakramentalne „Hej, ślicznotko!”, wydobywały się nieartykułowane okrzyki desperackiego, pełnego odrazy rozbawienia. Ból zawładnął nim na dobre, najpierw koncentrując się w tułowiu, a potem promieniując na wszystkie strony. Środki przeciwbólowe przestały działać. Pielęgniarka mogła dać mu więcej, ale niewykluczone, że to by go zabiło, i dlatego nie chciała się zgodzić. Ja chciałem dać mu więcej, nawet gdyby miało go to zabić. I zrobiłbym to z pomocą Ruth, gdyby moja żona była osobą która potrafi udzielić tego rodzaju wsparcia.

– Ona się domyśli – powiedziała, mając na myśli pielęgniarkę – a wtedy napytasz sobie biedy.

– To mój tato!

– To jej nie powstrzyma. – Dla Ruth szklanka była zawsze do połowy pusta. Nie chodziło o to, że tak ją wychowano; taka się po prostu urodziła. – Złoży na ciebie donos. Możesz trafić za kratki.

Dlatego go nie zabiłem. Żadne z nas go nie zabiło. Zamiast tego zabijaliśmy czas. Czytaliśmy mu, nie wiedząc, ile z tego rozumie. Zmienialiśmy mu bieliznę i wypełnialiśmy wiszącą na ścianie kartę leków. Panował niesamowity upał i co jakiś czas przestawialiśmy dwa wiatraczki w nadziei, że powstanie przeciąg. Oglądaliśmy mecze na małym kolorowym telewizorze, na którym trawa była fioletowa, i mówiliśmy mu, że w tym roku Piraci grają fantastycznie. Rozmawialiśmy ze sobą o jego coraz ostrzejszym profilu. Patrzyliśmy, jak cierpi, i czekaliśmy, aż umrze. I któregoś dnia, kiedy spał, wydając z siebie terkotliwe chrapanie, uniosłem wzrok znad antologii Najlepszych amerykańskich poetów dwudziestego wieku i zobaczyłem w drzwiach sypialni wysoką tęgą czarną kobietę i czarną dziewczynkę w ciemnych okularach.

Ta dziewczynka… pamiętam ją, jakby to było dziś rano. Myślę, że mogła mieć siedem lat, choć była wyjątkowo drobna jak na swój wiek. Naprawdę malutka. Miała na sobie różową sukienką sięgającą poobijanych kolan. Na tak samo poobijanej łydce nalepiony był plaster z wydrukowanymi komiksowymi postaciami z wytwórni Warner Brothers; pamiętam Yosemite Sama z długimi rudymi wąsami i pistoletem w każdej dłoni. Ciemne okulary wyglądały jak nagroda pocieszenia na podwórkowej wyprzedaży. Były o wiele na nią za duże i zsunęły się na sam koniec zadartego noska, odsłaniając nieruchome i pokryte bielmem oczy. Włosy miała zaplecione w cienkie warkoczyki. Na ramieniu trzymała pękniętą z boku plastikową dziecinną torebkę. Na stopy włożyła brudne tenisówki. Jej skóra nie była tak naprawdę czarna, lecz koloru szarego mydła. Nie leżała w łóżku, ale poza tym sprawiała wrażenie tak samo chorej jak ojciec.

Kobietę pamiętam gorzej, bo uwagę skupiłem głównie na dziecku. Mogła mieć czterdzieści albo sześćdziesiąt lat. Miała fryzurę afro i łagodny wyraz twarzy. Poza tym nic nie pamiętam – nawet koloru jej sukienki, jeżeli nosiła sukienkę. Chyba sukienkę, jednak równie dobrze mogły to być spodnie.

– Kim jesteście? – zapytałem. Zabrzmiało to głupio, jakbym obudził się ze snu, a nie oderwał się od lektury, chociaż istnieje pewne podobieństwo między jednym i drugim.

Trudy pojawiła się za nimi i zadała to samo pytanie. Nie sprawiała wrażenia sennej.

– Drzwi musiały się otworzyć – odezwała się zza jej pleców Ruth tonem, którym mówi się „och, na litość boską”. – Nie zawsze są zamknięte na zasuwkę. Musiały wejść do środka.

Ralph, który stał obok Trudy, obejrzał się przez ramię.

– Teraz są zamknięte. Musiały je za sobą zamknąć – rzucił, jakby świadczyło to na ich korzyść.

– Nie możecie tu wchodzić – powiedziała Trudy do kobiety. – Jesteśmy zajęci. Mamy tu chorego. Nie wiem, czego chcecie, ale musicie wyjść.

– Nie możecie wchodzić tak po prostu do czyjegoś domu – dodał Ralph.

Cała trójka tłoczyła się w progu sypialni.

Ruth klepnęła kobietę po ramieniu i nie zrobiła tego zbyt delikatnie.

– Musicie wyjść, jeśli nie chcecie, żebyśmy wezwali policję. Chcecie tego?

Kobieta nie zwracała na nią uwagi.

– Prosto – powiedziała do dziewczynki, popychając ją do przodu. – Cztery kroki. Po drodze jest coś w rodzaju stojaka, uważaj, żebyś się nie wywróciła. Chcę słyszeć, jak liczysz.

– Raz… dwa… tszy… cztery – zaczęła liczyć dziewczynka. Na „tszy” nastąpiła na metalową nogę stojaka – z całą pewnością nic nie widziała przez brudne soczewki zbyt dużych okularów z podwórkowej wyprzedaży. Nie widziała nic tymi zasnutymi bielmem oczyma. Minęła mnie tak blisko, że jej sukienka musnęła moje przedramię niczym myśl. Pachniała brudem, potem i podobnie jak Doc chorobą. Na obu jej rękach dostrzegłem ciemne ślady, nie strupy, ale rany.

– Zatrzymaj ją! – powiedział mój brat, lecz go nie posłuchałem. Wszystko działo się bardzo szybko. Dziewczynka pochyliła się nad zapadniętym, zarośniętym policzkiem mojego ojca i pocałowała go. To był porządny pocałunek, nie jakieś tam cmoknięcie. Soczysty pocałunek.

Kiedy to robiła, jej mała plastikowa torebka stuknęła go lekko w bok głowy i ojciec otworzył oczy. Później zarówno Trudy, jak i Ruth twierdziły, że obudziło go uderzenie w głowę. Ralph nie był tego taki pewien, a ja w ogóle w to nie wierzyłem. Torebka stuknęła go całkowicie bezgłośnie. Nie było w niej nic z wyjątkiem być może chusteczek do nosa.

– Kim jesteś, mała? – zapytał ojciec schrypniętym głosem człowieka stojącego jedną nogą w grobie.

– Ayana – odparło dziecko.

– Ja jestem Doc.

Ojciec spojrzał na nią z mrocznych czeluści, gdzie teraz mieszkał, lecz z większą jasnością umysłu, niż widziałem w ciągu dwóch tygodni, które spędziliśmy z nim w Ford City. Wcześniej znajdował się w stanie, kiedy nawet wybicie piłki poza boisko w dziewiątej rundzie nie potrafiło wyrwać go z letargu.

Trudy przecisnęła się obok kobiety i chciała się przecisnąć obok mnie, i złapać dziecko, które nagle zwróciło na siebie uwagę umierającego Doca. Złapałem ją za nadgarstek i zatrzymałem.

– Zaczekaj.

– Co znaczy „zaczekaj”? To intruzi!

– Jestem chora, muszę iść – powiedziała dziewczynka. A potem pocałowała ojca ponownie i dała krok do tyłu. Tym razem potknęła się o stojak kroplówki i o mało nie wywróciła razem z nim. Trudy złapała stojak, a ja dziecko. Prawie nie miała ciała, wyłącznie skórę rozpiętą na skomplikowanym stelażu kości. Jej okulary spadły mi na kolana i przez chwilę te mleczne oczy spojrzały prosto w moje.

– Nic ci nie będzie – powiedziała Ayana i dotknęła moich ust malutką dłonią. Była gorąca niczym tlący się węgiel, ale się nie cofnąłem. – Nic ci nie będzie.

– Chodź, Ayana – odezwała się kobieta. – Musimy zostawić tych ludzi. Dwa kroki. Chcę słyszeć, jak liczysz.

– Raz… dwa – rzekła Ayana, nakładając okulary i popychając je w górę nosa, gdzie nie miały długo zagrzać miejsca.

Kobieta wzięła ją za rękę.

– To dla was szczęśliwy dzień, kochani – powiedziała i spojrzała na mnie. – Żal mi pana, ale sny tego dziecka już się skończyły – dodała.

Trzymając dziewczynkę za rękę, przeszła z powrotem przez salon. Ralph ruszył za nimi niczym pies gończy, pilnując, jak sądzę, żeby niczego nie ukradły. Ruth i Trudy pochyliły się nad ojcem, który nadal miał otwarte oczy.

– Co to było za dziecko? – zapytał.

– Nie wiem, tato – odparła Trudy. – Nie zawracaj sobie tym głowy.

– Chcę, żeby wróciła. Chcę, żeby mnie jeszcze raz pocałowała.

Ruth odwróciła się do mnie, przygryzając wargi i przybierając wredny wyraz twarzy, który z biegiem lat doprowadziła do perfekcji.

– Igła wysunęła mu się do połowy z żyły… krwawi… a ty po prostu sobie siedziałeś.

– Zaraz ją wsadzę – powiedziałem i miałem wrażenie, że to mówi ktoś inny. Gdzieś w moim wnętrzu był stojący na stronie mężczyzna, milczący i osłupiały. Nadal czułem na ustach ciepły dotyk małej dłoni.

– Och, nie fatyguj się! Już to zrobiłam.

Ralph wrócił do sypialni.

– Poszły sobie – oznajmił. – Idą ulicą na przystanek autobusowy. Naprawdę chcesz, żebym wezwał policję, Ruth? – zapytał moją żonę.

– Nie. Nie będziemy przez cały dzień wypełniali formularzy i odpowiadali na pytania. Niewykluczone, że musielibyśmy nawet zeznawać przed sądem – dodała po chwili.

– Co zeznawać? – zapytał Ralph.

– Nie wiem co, skąd mogę wiedzieć? Czy któryś z was przyniesie taśmę samoprzylepną żebyśmy mogli przytrzymać tę cholerną igłę? Leży chyba na blacie w kuchni.

– Chcę, żeby mnie jeszcze raz pocałowała – powtórzył ojciec.

– Ja przyniosę – mruknąłem, najpierw jednak podszedłem do drzwi frontowych (które Ralph zamknął na klucz) i wyjrzałem na zewnątrz. Mała zielona wiata była zaledwie przecznicę dalej, ale nikt nie stał pod nią ani przy samym przystanku. A chodnik był pusty. Ayana i kobieta – jej matka albo opiekunka – zniknęły. Zostało mi tylko wspomnienie dłoni dziecka na ustach, żywe, lecz powoli blaknące.


* * *

Teraz będzie o cudach. Nie zamierzam ich pominąć – jeśli już opowiadam tę historię, chcę to zrobić należycie – ale nie będę się nad nimi zbytnio rozwodził. Opowieści o cudach są zawsze satysfakcjonujące, lecz rzadko kiedy ciekawe, ponieważ jedna jest podobna do drugiej.

Mieszkaliśmy w jednym z moteli przy głównej drodze do Ford City. Należał do sieci Ramada Inn i miał cienkie ściany. Ralph denerwował moją żonę, nazywając go Rolada Inn. „Jeśli będziesz to robił, w końcu się zapomnisz i powiesz to przy kimś innym – strofowała go. – I najesz się wstydu”.

Ściany były tak cienkie, że słyszeliśmy mieszkających obok Ralpha i Trudy, którzy kłócili się, jak długo jeszcze będą mogli tu zostać. „To mój ojciec”, mówił Ralph, na co Trudy odpowiadała: „Spróbuj to powiedzieć w zakładzie energetycznym, kiedy przyjdą rachunki za prąd. Albo komisji lekarskiej, kiedy skończy ci się zwolnienie”.

Minęła siódma, był gorący sierpniowy wieczór. Ralph miał wkrótce pojechać do domu ojca, bo pielęgniarka pełniła w nim dyżur tylko do ósmej. Znalazłem w telewizji kanał, na którym grali mecz Piraci, i puściłem głośniej, żeby zagłuszyć toczącą się w sąsiednim pokoju przygnębiającą i przewidywalną kłótnię. Ruth składała ubranie i mówiła mi, że kiedy następnym razem kupię tanie bokserki w hipermarkecie, weźmie ze mną rozwód. Albo zastrzeli mnie i weźmie sobie innego. Zadzwonił telefon. To była siostra Chloe. (Sama tak siebie nazywała, mówiąc: „Zjedz jeszcze trochę zupki dla siostry Chloe”).

– Powinniście tu chyba natychmiast przyjść – oznajmiła, nie bawiąc się w uprzejmości. – Nie tylko Ralph na nocną zmianę. Wszyscy.

– Czy on umiera? – zapytałem.

Ruth przestała składać rzeczy, podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. Spodziewaliśmy się tego – tak naprawdę liczyliśmy na to – ale teraz, kiedy to się działo, wydawało się zbyt absurdalne, by boleć. Doc nauczył mnie gry w skyball, kiedy byłem niewiele większy od dzisiejszej ślepej intruzki. Złapał mnie na paleniu pod winoroślą i powiedział – nie wściekając się, ale życzliwym tonem – że to głupi nałóg i lepiej zrobię, jeśli z nim zerwę. Czy mógł nie żyć, kiedy wyjdą jutrzejsze gazety? Absurd.

– Nie wydaje mi się – odparła siostra Chloe. – Czuje się lepiej. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś podobnego – dodała po chwili.


* * *

Czuł się lepiej. Kiedy dotarliśmy tam po piętnastu minutach, siedział na sofie w salonie, oglądając mecz na większym telewizorze – nie jakimś cudzie techniki, ale przynajmniej wiernie oddającym kolory. Popijał przez słomkę koktajl proteinowy. Nabrał trochę kolorów. Jego policzki wydawały się bardziej zaokrąglone, zapewne dlatego, że był świeżo ogolony. Odzyskał siły. Tak właśnie wówczas pomyślałem; z biegiem czasu to wrażenie stawało się coraz mocniejsze. I jeszcze jedna rzecz, co do której wszyscy się zgodziliśmy – nawet ta niewierna Tomaszowa, z którą się ożeniłem – ulotnił się gdzieś ten żółty zapach, który wydzielał, odkąd lekarze wysłali go do domu, żeby umarł.

Przywitał się z każdym z nas po imieniu i oznajmił, że Willie Stargell zaliczył właśnie bazę domową dla Piratów. Ralph i ja spojrzeliśmy na siebie, jakbyśmy chcieli się upewnić, czy naprawdę tam jesteśmy. Trudy siadła obok ojca na kanapie, a ściśle rzecz biorąc, osunęła się na nią. Ruth poszła do kuchni i nalała sobie piwa. Co samo w sobie było cudem.

– Mnie też mogłabyś poczęstować, Ruthie-doo – rzekł Doc. – Czuję się lepiej. Bebech prawie mnie już nie rwie – dodał, biorąc prawdopodobnie moją osłupiałą i pełną niedowierzania minę za wyraz dezaprobaty.

– Moim zdaniem piwo jest wykluczone – oświadczyła siostra Chloe. Siedziała w fotelu w drugim końcu pokoju i nie zabrała się jeszcze do pakowania swoich rzeczy, co zaczynała na ogół robić dwadzieścia minut przed końcem dyżuru. Jej irytujący władczy ton w stylu „zrób to dla mamusi” stracił wiele ze swojej mocy.

– Kiedy to się zaczęło? – zapytałem, nie wiedząc nawet dobrze, co rozumiem przez „to”, ponieważ zmiany na lepsze były takie całościowe. Jeśli miałem na myśli coś konkretnego, to chyba ulotnienie się tego zapachu.

– Czuł się lepiej, już kiedy wychodziliśmy po południu – powiedziała Trudy. – Tyle że w to nie wierzyłam.

– Bolszewia – mruknęła Ruth. To było najmocniejsze przekleństwo, na jakie gotowa była sobie pozwolić.

Trudy ją zignorowała.

– To ta mała dziewczynka – powiedziała.

– Bolszewia! – zawołała Ruth.

– Jaka mała dziewczynka? – zapytał ojciec.

Trwała przerwa między rundami. Łysy facet z wielkimi zębami i szalonym wzrokiem przekonywał nas, że wykładziny dywanowe u Jukera są tak tanie, że praktycznie oddają je za bezcen. I wielki Boże, nie trzeba wpłacać żadnej zaliczki. Zanim ktoś z nas zdążył odpowiedzieć Ruth, ojciec zapytał siostrę Chloe, czy może wypić pół piwa. Nie pozwoliła mu, ale jej władza w tym małym domku dobiegała końca i w ciągu następnych czterech lat – zanim kawałek nieprzeżutego mięsa wpadł mu do tchawicy – mój ojciec wypił wiele piw. I mam nadzieję, że każde z nich mu smakowało. Piwo samo w sobie też jest cudem.


* * *

Tamtej nocy, kiedy nie mogąc zasnąć, leżeliśmy na naszym twardym łóżku w Rolada Inn i słuchaliśmy terkotu klimatyzatora, Ruth powiedziała mi, żebym nie mówił nikomu o ślepej dziewczynce, której nie nazwała Ayaną, lecz „małą murzyńską czarodziejką”, używając sarkastycznego tonu, zupełnie nie w jej stylu.

– Poza tym – twierdziła – to nie potrwa długo. Czasami żarówka rozjaśnia się tuż przedtem, zanim przepali się na dobre. Coś takiego dzieje się również z ludźmi.

Niewykluczone, jednak cud, który przytrafił się ojcu, trwał. Pod koniec tygodnia spacerował po podwórku, podtrzymywany przeze mnie i Ralpha. Wkrótce wszyscy wróciliśmy do domu. Pierwszego wieczoru po powrocie zadzwoniła do mnie siostra Chloe.

– Nie jedziemy, żeby nie wiem jak był chory – powiedziała Ruth z nutką histerii w głosie. – Powiedz jej to.

Ale siostra Chloe chciała tylko powiedzieć, że widziała przypadkiem, jak Doc wychodził z kliniki weterynaryjnej w Ford City, dokąd poszedł, żeby skonsultować z jej młodym szefem przypadek konia, który okulał. Trzymał w ręku laskę, powiedziała, lecz jej nie używał. Oświadczyła, że nigdy nie widziała mężczyzny w jego wieku, który by tak dobrze wyglądał. Miesiąc później pokonywał bez laski całą przecznicę, a tej zimy zaczął codziennie chodzić na pływalnię. Wyglądał jak sześćdziesięciopięciolatek. Wszyscy to mówili.


* * *

Po powrocie ojca do zdrowia odbyłem rozmowy ze wszystkimi lekarzami, którzy się nim zajmowali. Zrobiłem to, ponieważ to, co się z nim stało, przypominało mi tak zwane mirakle odgrywane w miastach średniowiecznej Europy. Pomyślałem, że gdybym zmienił nazwisko Doca (albo po prostu nazwał go panem G.), mogłoby to się stać podstawą interesującego artykułu dla jakiegoś czasopisma. Może i miałem rację, lecz nigdy nie napisałem tego artykułu.

To Stan Sloan, lekarz domowy ojca, pierwszy zasygnalizował problem. Wcześniej wysłał Doca do instytutu onkologicznego uniwersytetu w Pittsburghu i teraz mógł obwiniać o błędną diagnozę doktorów Retifa i Zamachowskiego, którzy zajmowali się tam ojcem. Oni z kolei zwalili winę na radiologów, którzy niewłaściwie odczytali zdjęcia. Retif oświadczył, że szef radiologii jest ignorantem, który nie odróżnia trzustki od wątroby. Prosił, żebym tego nie powtarzał, ale przypuszczam, że po dwudziestu pięciu latach prośba o dyskrecję nie jest już aktualna.

Doktor Zamachowski oświadczył, że to prosty przypadek wady rozwojowej narządu.

– Nigdy nie podobała mi się pierwotna diagnoza – zwierzył mi się. Z Retifem rozmawiałem przez telefon, z Zamachowskim osobiście. Miał na sobie biały lekarski fartuch, a pod spodem czerwony T-shirt z napisem WOLAŁBYM GRAĆ W GOLFA. – Zawsze myślałem, że to była choroba von Hippela-Lindaua.

– Ona też by go zabiła? – zapytałem.

Zamachowski posłał mi zagadkowy uśmiech, który lekarze rezerwują dla niedouczonych hydraulików, gospodyń domowych oraz nauczycieli języka angielskiego. Następnie oświadczył, że jest spóźniony na spotkanie.

Kiedy rozmawiałem z szefem radiologii, rozłożył ręce.

– Odpowiadamy tutaj za zdjęcie, nie za jego odczytanie – powiedział. – Za dziesięć lat będziemy dysponowali sprzętem, który całkowicie wykluczy tego rodzaju błędne interpretacje. A tymczasem niech pan będzie zadowolony, że pana staruszek żyje. Niech pan się nim nacieszy.

Jeśli o to chodzi, starałem się, jak mogłem. A w trakcie mojego krótkiego dochodzenia, które oczywiście nazywałem zbieraniem materiałów, dowiedziałem się czegoś ciekawego: Medyczna definicja cudu to mylna diagnoza.


* * *

W 1983 roku wziąłem urlop naukowy. Podpisałem z wydawnictwem uniwersyteckim umowę na książkę zatytułowaną Uczenie tego, czego nie da się nauczyć. Strategie kreatywnego pisania, ale podobnie jak mój artykuł na temat średniowiecznych mirakli dzieło to nigdy nie zostało napisane. W lipcu, kiedy planowaliśmy razem z Ruth wyjazd pod namiot, mój mocz nagle przybrał różowy kolor. Ból pojawił się później, najpierw głęboko w lewym pośladku, a potem o wiele silniejszy, w kroczu. Kiedy zacząłem naprawdę sikać krwią – było to chyba cztery dni po pierwszych objawach, cztery dni, w trakcie których uprawiałem tę słynną grę „Może to samo przejdzie” – ból zmienił się z mocnego na potworny.

– Jestem pewna, że to nie rak – rzekła Ruth, co w jej ustach oznaczało, że nie ma co do tego cienia wątpliwości. To, co zobaczyłem w jej spojrzeniu, jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. Wyparłaby się tego na łożu śmierci – szczyciła się praktycznym podejściem do życia – ale założę się, że przyszło jej wówczas do głowy, iż rak, który opuścił mojego ojca, przeniósł się na mnie.

To nie był rak. To były kamienie w nerce. Mój cud nosił nazwę litotrypsji falą wstrząsową generowaną pozaustrojowo, która – w połączeniu z tabletkami moczopędnymi – rozpuściła je. Powiedziałem doktorowi, że nigdy w życiu nie czułem takiego bólu.

– I chyba nigdy już pan go nie dozna, nawet jeśli dostanie pan zawału – odparł. – Kobiety, które miały kamicę nerkową, porównują ten ból do tego, co czuły podczas porodu. Trudnego porodu.

Nadal bardzo cierpiałem, jednak czekając na następną wizytę u lekarza, mogłem czytać gazetę i uważałem to za wielki postęp.

– Chodź, już czas – powiedział ktoś, siadając koło mnie w poczekalni.

Podniosłem wzrok. To nie była kobieta, która weszła wtedy do sypialni mojego ojca; to był facet w najzwyczajniejszym w świecie brązowym garniturze. Mimo to wiedziałem, dlaczego tam się znalazł. To nigdy nie ulegało kwestii. Byłem również pewien, że jeśli z nim nie pójdę, nie pomoże mi żadna litotrypsja.

Wyszliśmy. Recepcjonistki nie było za biurkiem, więc nie musiałem tłumaczyć, dlaczego tak nagle się ewakuuję. Zresztą nie wiem, co bym jej powiedział. Że nagle przestało mnie boleć w kroczu? Byłoby to równie absurdalne jak nieprawdziwe.

Facet w garniturze sprawiał wrażenie sprawnego fizycznie trzydziestopięciolatka: być może byłego żołnierza piechoty morskiej, który nie miał ochoty rozstać się z fryzurą na zapałkę. W ogóle się nie odzywał. Okrążyliśmy centrum medyczne, gdzie miał gabinet mój doktor, i ruszyliśmy w stronę szpitala Groves of Healing. Ja szedłem lekko zgarbiony z powodu bólu, który nie szarpał mi już wnętrzności, ale nadal lekko się tlił.

Weszliśmy po schodach do środka i ruszyliśmy korytarzem z namalowanymi na ścianach obrazkami z Disneya. Z głośników nad naszymi głowami płynęła melodia It’s a Small World. Były żołnierz piechoty morskiej szedł raźnym krokiem z podniesioną głową, jakby należał do personelu. Ja nie należałem do personelu i zdawałem sobie z tego sprawę. Nigdy jeszcze nie czułem się tak oddalony od domu i życia, które rozumiem. Nie byłbym bardziej zdumiony, gdybym unosił się pod sufitem niczym dziecinny balonik z napisem WRACAJ SZYBKO DO ZDROWIA.

Przy głównym stanowisku pielęgniarek były żołnierz ścisnął mnie za ramię, żebym zaczekał do momentu, kiedy urzędujący tam pielęgniarz i pielęgniarka zajmą się czymś innym. Wówczas ruszyliśmy innym korytarzem. Siedząca tam w fotelu na kółkach łysa dziewczynka spojrzała na nas wygłodniałymi oczyma i wyciągnęła do mnie rękę.

– Nie – powiedział były żołnierz i poprowadził mnie po prostu dalej. Najpierw jednak zdążyłem zajrzeć w jej jasne umierające oczy.

Zabrał mnie do sali, w której mniej więcej trzyletni chłopczyk bawił się klockami w rozpiętym nad łóżkiem przezroczystym plastikowym namiocie. Chłopczyk przyjrzał się nam z żywym zainteresowaniem. Wydawał się o wiele zdrowszy niż dziewczynka w fotelu – miał na głowie rude kręcone włoski – ale jego skóra przybrała ołowiany odcień i kiedy były żołnierz popchnął mnie do przodu, a sam przybrał pozycję „spocznij”, wyczułem, że dzieciak jest naprawdę bardzo chory. Otwierając namiot (i nie zwracając przy tym uwagi na wiszący na ścianie napis TO JEST STERYLNE POMIESZCZENIE), pomyślałem, że zostało mu raczej kilka dni aniżeli kilka tygodni życia.

Wyciągnąłem do niego ręce, wyczuwając zapach choroby mojego ojca. Odór był nieco słabszy, ale w zasadzie taki sam. Dzieciak sam też wyciągnął do mnie ręce i zrobił to bez żadnych zahamowań. Kiedy pocałowałem go w kącik ust, odwzajemnił pocałunek z ochotą, która sugerowała, że nikt od dawna go nie dotykał. Przynajmniej w sposób, który nie sprawiał bólu.

Nikt nie wszedł, żeby zapytać, co tam robimy, ani nie straszył nas policją, tak jak to czyniła owego dnia Ruth w sypialni ojca. Zapiąłem z powrotem namiot. W progu obejrzałem się i zobaczyłem, że chłopczyk siedzi w swoim przezroczystym plastikowym domku z klockiem w ręku. Upuścił go i pomachał mi, otwierając i zamykając dwa razy palce. Pomachałem mu w ten sam sposób. Już po tak krótkiej chwili wyglądał lepiej.

Przy stanowisku pielęgniarek były żołnierz ponownie ścisnął mnie za ramię, jednak tym razem zostaliśmy zauważeni przez pielęgniarza, mężczyznę z ustami wykrzywionymi w uśmiechu dezaprobaty, który mój dziekan wywindował na wyżyny sztuki. Zapytał, co tutaj robimy.

– Przepraszam, chłopie, pomyliliśmy piętra – powiedział były żołnierz. – Znajdziesz sam drogę z powrotem? – zapytał mnie kilka minut później na schodach szpitala.

– Jasne – odparłem – ale będę chyba musiał umówić się na inny termin z moim lekarzem.

– Tak, chyba tak.

– Czy jeszcze się zobaczymy?

– Owszem – odparł i nie oglądając się, odszedł w kierunku szpitalnego parkingu.


* * *

Pojawił się ponownie w 1987 roku, kiedy Ruth była na targu, a ja strzygłem trawę, łudząc się, że łupanie z tyłu głowy nie oznacza kolejnego ataku migreny, i wiedząc, że zaraz się zacznie. Cierpiałem na te ataki od spotkania z małym chłopcem w szpitalu Groves of Healing. Jednak leżąc w półmroku z wilgotną szmatką na oczach, prawie o nim nie myślałem. Myślałem o małej dziewczynce.

Tym razem odwiedziliśmy kobietę w szpitalu St. Jude’s. Kiedy ją pocałowałem, położyła moją rękę na swojej lewej piersi. Miała tylko tę jednaj lekarze wycięli jej drugą.

– Kocham pana – rzekła, płacząc. Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Były żołnierz stał w progu na rozstawionych nogach, z rękoma na plecach. W pozycji „spocznij”.

Minęło wiele lat, nim znowu przyszedł: w połowie grudnia 1997. To był ostatni raz. Miałem wtedy problemy z artretyzmem i nadal je mam. Jeżyk na głowie byłego żołnierza piechoty morskiej w większości posiwiał, a w kącikach ust pojawiły się zmarszczki tak głębokie, że wyglądał trochę jak lalka brzuchomówcy. Zabrał mnie na autostradę I-95, na północ od miasta, gdzie doszło do wypadku przy wjeździe. Ciężarówka zderzyła się z fordem escortem. Z escorta niewiele pozostało. Sanitariusze przymocowali do noszy kierowcę, faceta w średnim wieku. Gliniarze rozmawiali z umundurowanym kierowcą ciężarówki, który był wstrząśnięty, ale cały i zdrowy.

– Teraz. Rusz tyłek – powiedział żołnierz, kiedy sanitariusze zatrzasnęli drzwi ambulansu.

Podreptałem do ambulansu, a żołnierz pobiegł do przodu, wskazując coś palcem.

– Kurczę! Czy to nie jest jedna z tych medycznych bransoletek?

Sanitariusze odwrócili się w jego stronę; jeden z nich i jeden z gliniarzy, który rozmawiał z kierowcą ciężarówki, podeszli do wskazanego miejsca. Otworzyłem tylne drzwi ambulansu i wgramoliłem się do środka. W ręku ściskałem kieszonkowy zegarek mojego ojca, który nosiłem, odkąd dał mi go w prezencie ślubnym. Jego delikatny złoty łańcuszek przytroczony był do jednej ze szlufek przy pasku. Nie miałem czasu się z nim pieścić: zerwałem go.

Leżący na noszach mężczyzna spojrzał na mnie w półmroku. Jeden z kręgów jego złamanego karku sterczał pod skórą niczym obciągnięta lśniącym skajem gałka.

– Nie mogę ruszać palcami nóg, kurwa – jęknął.

Pocałowałem go w kącik ust (było to chyba moje ulubione miejsce) i wycofywałem się już, kiedy przyłapał mnie jeden z sanitariuszy.

– Co ty tu, do diabła, robisz? – zapytał.

Wskazałem zegarek, który leżał teraz obok noszy.

– Leżał na trawie. Pomyślałem, że będzie chciał go odzyskać. – Zakładałem, że zanim kierowca escorta poinformuje kogoś, że to nie jego zegarek i że inicjały wyryte na kopercie nic mu nie mówią, nas już dawno tam nie będzie. – Znalazł pan jego medyczną bransoletkę?

Sanitariusz spojrzał na mnie z niesmakiem.

– To tylko kawałek chromu. Zjeżdżaj stąd – mruknął. – Dzięki – dodał po chwili bardziej przyjaznym tonem. – Mógł pan zatrzymać ten zegarek.

To prawda. Kochałem go. Ale w tym momencie to było wszystko, co miałem.


* * *

– Masz krew na wierzchu dłoni – oznajmił żołnierz, kiedy jechaliśmy z powrotem do mojego domu. Siedzieliśmy w jego samochodzie, nijakim sedanie marki Chevrolet. Na tylnym siedzeniu leżała psia smycz, na lusterku wstecznym wisiał na srebrnym łańcuszku medalik ze świętym Krzysztofem. – Powinieneś to zaraz zmyć.

Odparłem, że tak zrobię.

– Już się nie zobaczymy – oświadczył.

Przypomniałem sobie, co czarna kobieta powiedziała wtedy o Ayanie. Nie myślałem o tym od wielu lat.

– Czy moje sny już się skończyły? – zapytałem.

Zrobił zdziwioną minę, a potem wzruszył ramionami.

– Skończyła się twoja praca – odparł. – Nic mi nie wiadomo o twoich snach.

Zanim wysadził mnie po raz ostatni przed domem i zniknął na zawsze z mojego życia, zadałem mu jeszcze trzy pytania. Nie spodziewałem się, że odpowie, lecz zrobił to.

– Ci ludzie, których całuję… czy chodzą do innych ludzi? Całują to, co złe, i sprawiają, że to znika?

– Niektórzy chodzą – odparł. – Tak to działa. Inni nie mogą. – Wzruszył ramionami. – Albo po prostu nie chodzą. – Ponownie wzruszył ramionami. – Na jedno wychodzi.

– Znasz małą dziewczynkę o imieniu Ayana? Chociaż przypuszczam, że jest już duża.

– Nie żyje.

Podupadłem na duchu, ale niezbyt mocno. Przypuszczam, że się tego spodziewałem. Pomyślałem ponownie o dziewczynce na wózku.

– Ayana pocałowała mojego ojca. Mnie tylko dotknęła. Więc dlaczego zostałem wybrany?

– Bo zostałeś – odparł, wjeżdżając na mój podjazd. – Jesteśmy na miejscu.

Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wydał mi się dobry, Bóg jeden wie dlaczego.

– Wpadnij na Boże Narodzenie – powiedziałem. – Na kolację wigilijną. Mamy dużo jedzenia. Powiem Ruth, że jesteś moim kuzynem z Nowego Meksyku. (Nigdy nie mówiłem jej o byłym żołnierzu. Wystarczyło jej to, co wiedziała o moim ojcu. A i tego było aż nadto).

Żołnierz się uśmiechnął. Nie był to chyba jedyny raz, gdy zobaczyłem go uśmiechniętego, jednak tylko ten jeden raz zapamiętałem.

– Chyba sobie odpuszczę, chłopie. Ale dziękuję. Nie świętuję Bożego Narodzenia. Jestem ateistą.


* * *

To już naprawdę wszystko… z wyjątkiem pocałowania Trudy. Mówiłem wam, że zidiociała, pamiętacie? Alzheimer. Dzięki inwestycjom Ralpha była dobrze sytuowana i kiedy nie mogła już dłużej mieszkać sama w domu, dzieciaki dopilnowały, żeby trafiła do miłego miejsca. Ruth i ja odwiedzaliśmy ją co jakiś czas, dopóki Ruth nie zmarła na atak serca, gdy samolot podchodził do lądowania na lotnisku międzynarodowym w Denver. Niedługo potem pojechałem do Trudy, ponieważ byłem samotny i przygnębiony i chciałem przypomnieć sobie dawne czasy. Ale widząc Trudy w takim stanie, patrzącą przez okno zamiast na mnie i żującą dolną wargę, podczas gdy ślina spływała jej z kącika ust, poczułem się jeszcze gorzej. To było tak, jakbym wrócił do rodzinnego miasta i w miejscu domu, w którym dorastałem, zobaczył pustą działkę.

Pocałowałem ją w kącik ust przed wyjściem, lecz oczywiście nic się nie stało. Nie ma cudu bez cudotwórcy, a dni, kiedy sprawiałem cuda, należały do przeszłości. Z wyjątkiem chwil późno w nocy, kiedy nie mogę zasnąć. Schodzę wtedy na dół i oglądam prawie każdy film, na jaki mam ochotę. Nawet pornografię. Mam, widzicie, antenę satelitarną i coś, co nazywa się Global Movies. Mógłbym nawet oglądać mecze Piratów, gdybym zamówił pakiet MLB. Mam jednak ostatnio nieco ograniczone dochody i chociaż niczego mi nie brakuje, muszę pilnować wydatków. Mogę sobie poczytać o Piratach w Internecie. Wszystkie te filmy są dla mnie wystarczającym cudem.

Загрузка...