Rower stacjonarny

I. Metaboliczni robotnicy

Tydzień po badaniach okresowych, które odkładał od roku (właściwie od trzech lat, na co zwróciłaby mu uwagę żona, gdyby jeszcze żyła), Richard Sifkitz został wezwany do doktora Brady’ego, który chciał omówić z nim wyniki. Nie słysząc żadnych jawnie złowrogich tonów w głosie lekarza, pacjent udał się dość chętnie na to spotkanie.

Wyniki zebrano w formie wartości liczbowych na arkuszu z nagłówkiem SZPITAL METROPOLITAN, NOWY JORK. Z wyjątkiem jednej linijki wszystkie nazwy badań i liczby wydrukowane były na czarno. Jedną wydrukowano na czerwono i Sifkitz zbytnio się nie zdziwił, widząc tam słowo CHOLESTEROL. Liczba, która wyróżniała się czerwonym kolorem (co było z pewnością zamierzone), wynosiła 226.

Sifkitz miał ochotę zapytać, czy to zły wynik, ale zaczął się zastanawiać, czy chce rozpocząć rozmowę od głupiego pytania. Nie wydrukowaliby go na czerwono, pomyślał, gdyby był dobry. Cała reszta była niewątpliwie dobra albo do zaakceptowania, i dlatego wydrukowali je na czarno. Nie przyszedł tu jednak, żeby o nich dyskutować. Lekarze mają dużo pracy i nie lubią marnować czasu na głaskanie po główce. Dlatego zamiast zadać głupie pytanie, zapytał, czy 226 to bardzo zły wynik. Doktor Brady odchylił się do tyłu w fotelu i splótł ręce na swojej chudej klatce piersiowej.

– Szczerze mówiąc – powiedział – to w ogóle nie jest zły wynik. Biorąc pod uwagę, co pan je – dodał, podnosząc palec.

– Wiem, że za dużo ważę – przyznał z pokorą Sifkitz. – Mam zamiar coś z tym zrobić. – W rzeczywistości wcale nie miał.

– Jeszcze szczerzej mówiąc – podjął doktor Brady – pańska masa ciała też nie jest najgorsza. Ponownie biorąc pod uwagę to, co pan je. A teraz chcę, żeby pan mnie uważnie wysłuchał, bo to jest rozmowa, którą odbywam z moimi pacjentami tylko raz. To znaczy z pacjentami płci męskiej; w kwestii masy ciała pacjentki zagadałyby mnie na śmierć, gdybym im pozwolił. Jest pan gotów?

– Tak – odparł Sifkitz, starając się spleść ręce na klatce piersiowej i odkrywając, że nie może tego zrobić. Odkrył mianowicie – albo ściśle biorąc, odkrył na nowo – że ma całkiem pokaźne piersi. Które, z tego, co wiedział, nie należały do standardowego wyposażenia mężczyzn dobiegających czterdziestki. Dał sobie spokój ze splataniem rąk i zamiast tego położył je na kolanach. Im szybciej zacznie się ten wykład, tym szybciej się skończy.

– Ma pan trzydzieści osiem lat i sześć stóp wzrostu – powiedział doktor Brady. – Powinien pan ważyć około stu dziewięćdziesięciu funtów i mieć podobny poziom cholesterolu. Dawno, dawno temu, w latach siedemdziesiątych nikt by się nie przejął, gdyby miał pan poziom dwieście czterdzieści, ale w latach siedemdziesiątych naturalnie nikt nie zabraniał panu palić w szpitalnej poczekalni. – Doktor potrząsnął głową. – Zależność między wysokim cholesterolem i chorobami serca okazała się jednak zbyt oczywista. Dlatego liczba dwieście czterdzieści została obniżona. Należy pan do ludzi, których los obdarzył dobrym metabolizmem. Nie wspaniałym, niech pan pamięta, ale dobrym. Ile razy w tygodniu stołuje się pan w McDonaldzie albo Wendy’s? Dwa razy?

– Raz – odparł Sifkitz. W rzeczywistości odwiedzał fast foody od czterech do sześciu razy w tygodniu, nie licząc zdarzających się czasem w weekend wypadów do Arby’s.

Doktor Brady podniósł rękę, jakby chciał powiedzieć „jak sobie życzysz”… co, jak uświadomił sobie w tym momencie Sifkitz, było hasłem Burger Kinga.

– Cóż, z pewnością gdzieś pan się stołuje, mówi nam o tym pańska masa ciała. W dniu, kiedy robiono panu badania, ważył pan dwieście dwadzieścia trzy funty, która to wartość nieprzypadkowo niewiele się różni od poziomu pańskiego cholesterolu.

Doktor uśmiechnął się lekko, widząc grymas na twarzy Sifkitza, lecz nie był to przynajmniej uśmiech pozbawiony sympatii.

– Oto, co działo się do tej pory w pańskim dorosłym życiu – powiedział. – Odżywia się pan tak samo, jak odżywiał się jako nastolatek, i na razie pański organizm… dzięki temu dobremu, może nawet niezwykłemu metabolizmowi… nieźle sobie z tym radził. W tym punkcie pomoże nam porównanie procesów metabolicznych do pracy zespołowej. Wykonywanej przez facetów w drelichach i martensach.

Niewykluczone, że pomoże tobie, pomyślał Sifkitz, ale na pewno nie mnie. Jego wzrok cały czas wracał do wydrukowanej na czerwono liczby, do owych dwustu dwudziestu sześciu.

– Ich zadaniem jest przejęcie i pozbycie się tego, co zrzuca im pan po pochylni. Część wysyłają do różnych wydziałów produkcyjnych. Resztę palą. Jeżeli pośle im pan więcej, niż zdołają przerobić, przybiera pan na wadze. Z czym właśnie mamy do czynienia, tyle że dzieje się to stosunkowo powoli. Wkrótce jednak, jeżeli nie dokona pan jakichś zmian, tempo przybierania na wadze się powiększy. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że pański aparat produkcyjny potrzebuje mniej paliwa niż kiedyś. Po drugie dlatego, że pańska ekipa metaboliczna – ci faceci w drelichach, z tatuażami na ramionach – nie robi się coraz młodsza. Nie są tak wydajni jak kiedyś. Pracują wolniej, kiedy trzeba segregować rzeczy i część odsyłać dalej, a część palić. I czasami narzekają.

– Narzekają? – zdziwił się Sifkitz.

Doktor Brady, z palcami rąk wciąż splecionymi na wąskiej klatce piersiowej (klatce piersiowej suchotnika, uznał Sifkitz; na pewno nie urosły mu na niej piersi), pokiwał swoją równie wąską głową. Sifkitzowi kojarzyła się z kształtnym pyskiem łasicy o przenikliwych oczach.

– W rzeczy samej. Mówią na przykład: „Czy on nigdy nie przystopuje?”, „Za kogo on nas uważa, za cyrkowych supermanów?” i „Jezu, czy ten facet nam kiedyś odpuści?”. A jeden z nich, malkontent… w każdej ekipie zdarza się ktoś taki… mówi pewnie: „A swoją drogą, co my go, kurwa, obchodzimy? Facet jest na górze, tak czy nie?”. I wcześniej czy później, zrobią to, co robi każda ekipa robotników, których zmusza się do zbyt długiej i zbyt ciężkiej pracy bez jednego parszywego wolnego weekendu, nie mówiąc już o płatnym urlopie: zaczną się obijać. Zaczną się lenić i zaniedbywać swoje obowiązki. Któregoś dnia jeden z nich w ogóle nie przyjdzie do roboty, a potem nadejdzie dzień… jeżeli go pan dożyje… kiedy jeden z nich się nie pojawi, bo umrze w domu na zawał albo na udar.

– To miłe – rzekł Sifkitz. – Może powinien pan występować na forum publicznym. Wygłaszać odczyty w całym kraju. Nawet u Oprah.

Doktor Brady rozplótł palce, pochylił się nad biurkiem i spojrzał na Richarda Sifkitza. Na jego twarzy nie było uśmiechu.

– Musi pan dokonać wyboru, a ja mam obowiązek to panu uświadomić, to wszystko. Albo zmieni pan swoje nawyki, albo za dziesięć lat odwiedzi pan mój gabinet z poważnymi problemami: masą ciała przekraczającą trzysta funtów, być może cukrzycą drugiego typu, żylakami, wrzodem żołądka i poziomem cholesterolu równym wadze mierzonej w funtach. W tym momencie może pan jeszcze temu zapobiec bez radykalnej diety, odsysania tłuszczu i ataku serca, który zwróciłby pana uwagę na cały problem. Później to będzie trudniejsze. Kiedy przekroczy pan czterdziestkę, będzie to trudniejsze z każdym rokiem. Po czterdziestce, Richardzie, sadło przyklei się panu do tyłka tak jak kupka niemowlęcia przykleja się do ściany sypialni.

– Eleganckie – mruknął Sifkitz i wybuchnął śmiechem. Nie mógł się powstrzymać.

Brady nie roześmiał się, ale przynajmniej się uśmiechnął i odchylił do tyłu w fotelu.

– Nie ma nic eleganckiego w tym, dokąd pan zmierza. Lekarze na ogół o tym nie rozprawiają podobnie jak policjanci nie opowiadają o obciętej głowie, którą znaleźli w rowie niedaleko miejsca wypadku, albo o zwęglonym dziecku, które odkryli w szafie dzień po tym, jak od świeczek na choince zajął się cały dom, jednak wiemy dość dużo o wspaniałym świecie otyłości, o kobietach, które wyhodowały pleśń między niemytymi od lat fałdami tłuszczu, o mężczyznach paradujących wszędzie w chmurze smrodu, ponieważ od dziesięciu lat nie mogą porządnie się podetrzeć.

Sifkitz skrzywił się i machnął ręką na znak, że ma dosyć.

– Nie mówię, że doprowadzi się pan do takiego stanu, Richardzie… Większość ludzi się do niego nie doprowadza, mają pewnie wbudowane hamulce, ale jest chyba ziarno prawdy w tym starym powiedzeniu, że ktoś tam wykopał sobie grób łyżką i widelcem. Pamiętaj o tym.

– Będę pamiętał.

– To dobrze. Mowa skończona. Albo kazanie. Cokolwiek to było. Nie powiem: „Idź i nie grzesz więcej”. Powiem tylko: „To zależy od ciebie”.

Chociaż w rubryce ZAWÓD swojej deklaracji podatkowej Sifkitz od dwunastu lat wpisywał ARTYSTA PRACUJĄCY NA WŁASNY RACHUNEK, nie uważał się za człowieka obdarzonego szczególnie bujną wyobraźnią i od ukończenia Uniwersytetu DePaul nie namalował z potrzeby serca żadnego obrazu (ani nawet rysunku, naprawdę). Miał w swoim dorobku okładki książek, kilka plakatów filmowych, dużo ilustracji w czasopismach i czasami okładki broszur na wystawy przemysłowe. Zrobił jedną okładkę płyty (grupy Slobberbone, którą szczególnie podziwiał), ale doszedł do wniosku, że nigdy nie wykona następnej, ponieważ w gotowym produkcie nie sposób zobaczyć szczegółów bez szkła powiększającego. Do tego w gruncie rzeczy sprowadzał się jego „artystyczny temperament”.

Gdyby ktoś go zapytał o jego ulubione dzieło, najprawdopodobniej nie umiałby odpowiedzieć. Przyciśnięty do muru, mógłby wskazać obraz młodej biegnącej po trawie blondynki, który zrobił dla firmy Downy produkującej płyn do zmiękczania tkanin, ale nawet to byłoby kłamstwem, czymś, co mówi się wyłącznie na odczepnego. Prawdę mówiąc, nie był artystą który miałby (albo musiał mieć) swoje ulubione prace. Minęło dużo czasu, odkąd po raz ostatni złapał za pędzel, żeby namalować coś innego niż to, co ktoś zamówił, żeby namalował, na ogół na podstawie szczegółowego opisu agencji reklamowej lub fotografii (tak było z biegnącą po trawie kobietą, najwyraźniej zachwyconą tym, że poradziła sobie w końcu z elektrycznością statyczną).

Ale natchnienie, pod którego wpływem tworzą najlepsi z nas – van Goghowie, Picassowie, Salvadorowie Dali – spływa także na maluczkich, nawet jeżeli zdarza im się to tylko kilka razy w życiu. Sifkitz wsiadł do autobusu, żeby wrócić do domu (nie miał samochodu od studenckich czasów), i siedząc w nim i wyglądając przez okno (wyniki badań z jedną wydrukowaną na czerwono pozycją tkwiły złożone w jego tylnej kieszeni), zorientował się, że bez przerwy zatrzymuje wzrok na różnych robotnikach i ekipach budowlanych, które mijał autobus: przemierzających plac budowy facetach w kaskach, czasem z wiadrami, a niekiedy z naręczami desek na ramionach; facetach z przedsiębiorstwa wodociągowego tkwiących do połowy w studzienkach włazowych, otoczonych żółtą taśmą z napisem ROBOTY KANALIZACYJNE; trzech facetach, którzy ustawiali rusztowanie przed witryną domu towarowego, podczas gdy czwarty rozmawiał przez komórkę.

Stopniowo zaczynał zdawać sobie sprawę, że w jego umyśle formuje się obraz domagający się swojego miejsca w realnym świecie. Po powrocie do domu (mieszkał w Soho, w lofcie służącym mu równocześnie za mieszkanie i pracownię) ruszył do zagraconej wnęki pod świetlikiem, nie podnosząc nawet listów z podłogi. Ściśle rzecz biorąc, rzucił na nie marynarkę.

Zatrzymał się tylko po to, żeby spojrzeć na kilka opartych o ścianę, naciągniętych na blejtram płócien i stwierdzić, że się nie nadają. Zamiast tego wziął zwykły biały karton i zaczął na nim rysować węglem. W ciągu następnej godziny dwukrotnie zadzwonił telefon. Pozwolił, żeby za każdym razem odebrała go automatyczna sekretarka.

Pracował nad tym obrazem z krótkimi lub dłuższymi przerwami – raczej jednak krótkimi, zwłaszcza gdy z upływem czasu zdał sobie sprawę, jaki jest dobry – przez następne dziesięć dni, zmieniając, kiedy wydawało się to naturalne, karton na płótno, które miało cztery stopy długości i trzy stopy szerokości. Była to największa powierzchnia, na której pracował od ponad dziesięciu lat.

Obraz przedstawiał czterech mężczyzn – robotników w dżinsach, popelinowych kurtkach i wielkich starych roboczych butach – stojących na poboczu wiejskiej drogi, która tuż za nimi wyłaniała się z głębokiego lasu (namalował go ciemnozieloną i szarą farbą szybkimi, zamaszystymi pociągnięciami pędzla). Dwaj pierwsi trzymali łopaty, trzeci dźwigał dwa wiadra, a czwarty był właśnie w trakcie zsuwania czapki z czoła, i ten gest idealnie wyrażał jego zmęczenie pod koniec dnia i świadomość, że robota nigdy się nie skończy; że w gruncie rzeczy więcej jest roboty pod koniec każdego dnia, niż było na początku. Ten czwarty facet w sfatygowanej starej płóciennej czapce z wydrukowanym nad daszkiem słowem LIPIDY, był brygadzistą. Rozmawiał przez komórkę z żoną. Już wracam, kochanie, nie, nie chcę nigdzie wychodzić, nie dzisiaj, za bardzo jestem skonany, chcę zacząć jutro z samego rana. Chłopcy trochę psioczyli, ale ich przekonałem. Sifkitz nie miał pojęcia, skąd to wszystko wie, lecz wiedział. Podobnie jak to, że facet z wiadrami to Freddy i że jest właścicielem ciężarówki, którą przyjechali. Stała tuż za obrazem, po prawej stronie; widać było kawałek jej cienia. Jeden z facetów z łopatami, Carlos, miał chory kręgosłup i chodził do kręgarza.

Na obrazie nie umieścił żadnej wskazówki, jaki rodzaj pracy wykonywali mężczyźni, to działo się poza obrazem, po lewej stronie, ale widać było, jacy są skonani. Sifkitz miał zawsze zamiłowanie do szczegółów (ta zielonoszara plama lasu była zupełnie nie w jego stylu) i zmęczenie wyryło się na ich twarzach. Dawało się to poznać po plamach potu na kołnierzykach koszul.

Niebo nad nimi miało dziwaczny, organiczny czerwony kolor.

Sifkitz oczywiście wiedział, co przedstawia obraz i dlaczego niebo jest czerwone. To była ekipa robotników, o której mówił lekarz, pod koniec dnia ciężkiej pracy. W prawdziwym świecie poza tym organicznym czerwonym niebem Richard Sifkitz, ich pracodawca, posilił się właśnie przed snem (zjadając być może resztki tortu albo odłożony na czarną godzinę pączek Krispy Kreme) i ułożył głowę na poduszce. Co oznaczało, że mogli nareszcie wrócić do domu. Czy oni sami coś zjedzą? Owszem, lecz nie tyle co on. Byli zbyt zmęczeni, żeby się objadać, malowało się to na ich twarzach. Ci faceci pracujący dla firmy LIPIDY SPÓŁKA Z O.O., zamiast zjeść porządny posiłek, uwalą się na kanapach i pooglądają przez chwilę telewizję. Może zasną przed telewizorem i obudzą się parę godzin później, kiedy skończą się normalne programy i Ron Popeil będzie pokazywał swoje najnowsze wynalazki zakochanej w nim publiczności w studio. Wyłączą wtedy telewizor pilotem i podrepczą do łóżka, rozbierając się po drodze i nie oglądając za siebie.

Wszystko to było na obrazie, chociaż żadna z tych rzeczy nie została namalowana. Sifkitz nie dostał na jego punkcie obsesji, obraz nie stał się jego życiem, ale rozumiał, że w jego życiu pojawiło się coś nowego, coś dobrego. Nie miał pojęcia, co z tym czymś zrobi, kiedy już skończy, lecz mało go to obchodziło. Na razie lubił po prostu wstawać rano i przyglądać się jednym okiem swojemu dziełu, wyciągając bokserki Big Dog spomiędzy pośladków. Przypuszczał, że kiedy obraz będzie gotów, będzie go musiał jakoś nazwać. Do tej pory rozważył i odrzucił tytuły „Na dzisiaj fajrant”, „Chłopaki robią fajrant” i „Berkowitz kończy robotę”. Berkowitz to oczywiście szef, brygadzista, ten z komórką Motoroli i czapką z napisem LIPIDY na głowie. Żaden z tytułów nie był do końca dobry, ale to mu nie przeszkadzało. Kiedy wymyśli odpowiedni, zda sobie z tego sprawę. Usłyszy w głowie kliknięcie i zda sobie sprawę. Tymczasem nie było pośpiechu. Nie miał nawet pewności, czy chodzi o obraz. Malując go, stracił piętnaście funtów. Może o to chodziło. A może nie.

II. Rower stacjonarny

Sifkitz przeczytał gdzieś – być może na tekturce saszetki z herbatą Salada – że dla osoby pragnącej zrzucić wagę najbardziej efektywnym ćwiczeniem jest wstawanie od stołu. Nie miał wątpliwości, że to prawda, lecz z biegiem czasu dochodził coraz bardziej do przekonania, że to nie zrzucenie wagi jest jego celem. Jego celem nie było także nabranie mięśni, chociaż obie te rzeczy mogły stanowić efekt uboczny. Stale myślał o metabolicznych robotnikach doktora Brady’ego, prostych facetach, którzy naprawdę próbowali wykonać dobrze swoją robotę, ale nie mogli się od niego doczekać pomocy. Trudno, żeby o nich nie myślał, skoro codziennie przez godzinę lub dwie malował ich oraz ich codzienny świat.

Dużo o nich fantazjował. O Berkowitzu, brygadziście, który chciał pewnego dnia założyć własną firmę budowlaną. O Freddym, do którego należała ciężarówka (dodge ram) i który uważał się za mistrza stolarki. O Carlosie, facecie z chorym kręgosłupem. I Whelanie, który był właściwie obibokiem. To byli ludzie, którzy mieli za zadanie uchronić go przed zawałem serca albo udarem. Musieli uprzątać spadające z dziwnego czerwonego nieba gówno, nim zablokuje drogę do lasu.

Tydzień po tym, jak zaczął malować (i na tydzień przedtem, zanim uznał, że jest gotów), Sifkitz udał się do sklepu Fitness Boys przy Dwudziestej Dziewiątej Ulicy i przyjrzawszy się dobrze bieżni i urządzeniu StairMaster (atrakcyjnemu, lecz drogiemu), kupił rower stacjonarny. Zapłacił dodatkowo czterdzieści dolarów za dostawę i montaż.

– Jeśli będzie pan na nim codziennie jeździł przez sześć miesięcy, pański cholesterol spadnie o trzydzieści punktów – powiedział sprzedawca, krzepki młodzieniec w T-shircie z nadrukiem Fitness Boys. – Mogę to panu praktycznie zagwarantować.

Piwnica budynku, w którym mieszkał Sifkitz, była mrocznym, rozległym labiryntem; rozbrzmiewało tu dudnienie pieca i piętrzyły się poustawiane w ponumerowanych boksach rzeczy lokatorów. Na samym końcu znajdowała się jednak wnęka, która cudownym zrządzeniem losu okazała się pusta. Tak jakby cały czas na niego czekała. Sifkitz kazał tragarzom postawić swoje nowe urządzenie do ćwiczeń na betonowej podłodze naprzeciwko gołej beżowej ściany.

– Zniesie pan na dół telewizor? – zapytał jeden z nich.

– Jeszcze się nie zdecydowałem – odparł Sifkitz, chociaż podjął już decyzję.

Przed ukończeniem obrazu jeździł codziennie na stacjonarnym rowerze mniej więcej przez piętnaście minut, wiedząc, że te piętnaście minut to prawdopodobnie za mało (chociaż z pewnością było to lepsze niż nic), lecz wiedząc również, że w tym momencie nie stać go na więcej. Nie dlatego, żeby nie dawał rady; piętnaście minut było za krótkim okresem, żeby się zmęczyć. W piwnicy po prostu się nudził. Świst kół i monotonne dudnienie pieca zaczęły mu szybko działać na nerwy. Zbyt wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego, co w istocie robi, pedałując donikąd w piwnicy pod dwiema gołymi żarówkami, które rzucały podwójny cień na stojącą przed nim ścianę. Wiedział również, że sytuacja zmieni się na lepsze, kiedy ukończy obraz na górze i zacznie ten na dole.

Był to ten sam obraz, ale namalował go o wiele szybciej. Mógł to zrobić, ponieważ nie musiał na nim umieszczać Berkowitza, Carlosa, Freddy’ego i obiboka Whelana. Na tym obrazie nie było ich w ciągu dnia i namalował na beżowej ścianie samą wiejską drogę, stosując wymuszoną perspektywę, dzięki czemu gdy siedział na stacjonarnym rowerze, miał wrażenie, że droga wije się przed nim i znika w ciemnozielono-szarym lesie. Jazda na rowerze przestała być taka nudna, lecz po dwóch albo trzech sesjach doszedł do wniosku, że to nie koniec: to, co robił, nadal było tylko ćwiczeniem. Musiał na przykład dodać czerwone niebo, ale to żaden problem, trzeba tylko trochę pomachać pędzlem. Chciał domalować parę szczegółów na poboczach „z przodu”, a także trochę śmieci, ale to również było łatwe (i nawet zabawne). Prawdziwy problem nie miał nic wspólnego z obrazem. Z żadnym z dwóch obrazów. Polegał na tym, że Sifkitz nie miał przed sobą celu, i to zawsze drażniło go w tego rodzaju ćwiczeniach wykonywanych wyłącznie dla nich samych. Człowiek mógł dzięki nim odzyskać formę i lepiej się poczuć, ale same w sobie były bezsensowne. Egzystencjalnie bezsensowne. Chodziło w nich wyłącznie o to, co będzie potem, na przykład o ładną panienkę z działu graficznego jakiegoś czasopisma, podchodzącą do ciebie na przyjęciu i pytającą, czy schudłeś. To nawet w minimalnym stopniu nie mogło stanowić autentycznej motywacji. Sifkitz nie był wystarczająco próżny (lub wystarczająco jurny), żeby taka możliwość rajcowała go na dłuższą metę. W końcu go to nudziło i wracał do Krispy Kreme i starych nawyków. Nie, musiał po prostu zdecydować, gdzie leży ta droga i dokąd prowadzi. Wówczas będzie mógł udawać, że tam jedzie. Ten pomysł go podekscytował. Może był głupi – a nawet nienormalny – ale odczuwane przez niego podniecenie, choć niezbyt duże, wydawało się Sifkitzowi czymś prawdziwym. Poza tym nie musiał nikomu mówić, co kombinuje. W żadnym wypadku. Mógł nawet kupić atlas drogowy Randa-McNally’ego i codziennie zaznaczać na jednej z map przejechany dystans.

Z natury nie był introwertykiem, ale wracając z księgarni Barnes & Noble z nowym atlasem drogowym pod pachą, zaczął się zastanawiać, co go dokładnie tak pobudziło. Umiarkowanie wysoki poziom cholesterolu? Raczej wątpił. Solenne oświadczenie doktora Brady’ego, że ta walka będzie dla niego o wiele trudniejsza po czterdziestce? To mogło mieć z tym coś wspólnego, ale chyba nie aż tak wiele. A może dojrzał po prostu do zmiany? Coraz cieplej.

Trudy zmarła na wyjątkowo wredną białaczkę i Sifkitz towarzyszył jej w szpitalnej sali, kiedy odeszła. Pamiętał, jak głęboki był jej ostatni oddech, jak jej smutne i wyniszczone piersi uniosły się, kiedy go zaczerpnęła. Tak jakby wiedziała, że to koniec, że musi jej starczyć na wieki. Pamiętał, jak wypuściła z płuc powietrze, wydając przy tym dźwięk – szaaaaa! I jak potem jej piersi po prostu przestały się poruszać. W pewnym sensie przez cztery ostatnie lata żył na tym wstrzymanym oddechu. Tyle że teraz znowu zerwał się wiatr i Sifkitz złapał go w żagle.

Było jednak coś jeszcze, coś bardziej związanego z tą sprawą: robotnicy, których wezwał Brady i którym Sifkitz nadał nazwiska. Był Berkowitz, Whelan, Carlos i Freddy. Nie obchodzili doktora Brady’ego; metaboliczni robotnicy stanowili dla niego zwykłą metaforę. Chciał skłonić Sifkitza, żeby zaczął się trochę bardziej interesować tym, co dzieje się w jego wnętrzu, nic więcej, ta metafora nie różniła się wiele od opowieści mamy, która mówi swojemu brzdącowi, że „małe ludziki” naprawiają skórę na jego podrapanym kolanie.

Natomiast Sifkitz koncentrował się…

Wcale nie na sobie, pomyślał, potrząsając kluczami do klatki schodowej. Nigdy nie koncentrował się na sobie. Chodziło mu o tych facetów, którzy muszą wykonywać niekończące się prace porządkowe. I o drogę. Dlaczego muszą tak ciężko harować, żeby utrzymać na niej porządek? Dokąd ona prowadzi?

Uznał, że prowadzi do Herkimeru, małego miasteczka przy granicy z Kanadą. Na mapie północnej części stanu Nowy Jork znalazł cienką nieoznakowaną niebieską linię, biegnącą tam aż z Poughkeepsie, miejscowości leżącej na południe od stolicy stanu. Droga miała dwieście, może trzysta mil. Nabył bardziej szczegółowy atlas i przypiął pineskami do ściany mapę terenu, gdzie się zaczynała, tuż obok swojej namalowanej w pośpiechu… jak by tu ją nazwać? Mural nie był odpowiednim słowem. Zdecydował się na „projekcję”.

I wsiadając tego dnia na stacjonarny rower, wyobrażał sobie, że ma za sobą Poughkeepsie; nie stary telewizor w boksie 2-G, nie stos kufrów w 3-F i nie przykryty brezentem terenowy motocykl w 4-A, ale Po’-town. Przed nim wiła się wiejska droga, zwykły niebieski zygzak dla monsieur Randa-McNally’ego, który jednak na szczegółowej mapie topograficznej nosił nazwę Old Rhinebeck Road. Wyzerował licznik przejechanych mil, utkwił wzrok w miejscu, gdzie betonowa podłoga stykała się ze ścianą, i pomyślał: To jest naprawdę droga do zdrowia. Jeśli wbijesz to sobie do głowy, nie będziesz musiał się martwić, że po śmierci Trudy odbiła ci trochę szajba.

Ale jego serce uderzało odrobinę za szybko (jakby już zaczął pedałować) i czuł się tak, jak przypuszczał, czuje się większość ludzi przed podróżą do nowego miejsca, gdzie mogą poznać nowych ludzi i doświadczyć nowych przygód. Nad prostym panelem kontrolnym roweru stacjonarnego był uchwyt na puszkę i wsadził tam red bulla, który uchodził za napój energetyczny. Ubrany był w szorty gimnastyczne i starą zapinaną koszulę, ponieważ miała kieszeń. Wsadził do niej dwa owsiane ciasteczka z rodzynkami. Zarówno owies, jak i rodzynki obniżały podobno poziom lipidów.

A skoro już o nich mowa, chłopcy z Lipidów, spółki z o.o., mieli wolny dzień. Dyżurowali oczywiście na obrazie na górze – nienadającym się do niczego, niemającym wartości rynkowej obrazie, który był zupełnie nie w jego stylu – ale tu na dole wsiedli do dodge’a Freddy’ego i pojechali do… do…

– Z powrotem do Poughkeepsie – powiedział. – Słuchają Kateem w lokalnym radiu i popijają piwo z butelek schowanych w papierowych torebkach. Dzisiaj… co dzisiaj robiliście, chłopcy?

Przeczyściliśmy kilka przepustów, szepnął głos. Wiosenne roztopy o mało nie zalały drogi koło Priceville. A potem zrobiliśmy wcześnie fajrant.

Dobrze. To była dobra wiadomość. Nie będzie musiał zsiadać z roweru i omijać rozlewisk.

Richard Sifkitz utkwił wzrok w ścianie i zaczął pedałować.

III. Na drodze do Herkimeru

To było jesienią 2002, rok po tym jak bliźniacze wieże runęły na ulice dzielnicy finansowej, i życie w Nowym Jorku wracało do lekko paranoicznej wersji normalności… tyle że w Nowym Jorku to właśnie lekka paranoja jest normą.

Richard Sifkitz nigdy nie czuł się zdrowszy i szczęśliwszy. Każdy jego dzień dzielił się harmonijnie na cztery części. Rano pracował nad płatnymi zamówieniami i wyglądało na to, że ma ich więcej niż kiedykolwiek. Sytuacja gospodarcza wyglądała fatalnie, pisały o tym wszystkie gazety, ale sytuacja gospodarcza pracującego na własny rachunek Richarda Sifkitza była znakomita.

Nadal jadał lunch u Dugana przy sąsiedniej przecznicy, ale zamiast tłustego podwójnego cheeseburgera zamawiał teraz na ogół sałatkę, a po południu pracował nad nowym obrazem dla siebie: na początek nad dokładniejszą wersją „projekcji” na ścianie piwnicy. Obraz Berkowitza i jego ekipy stał odsunięty na bok i przykryły starym prześcieradłem. Już do niego nie wracał. Teraz chciał mieć lepszą wersję tego, co służyło mu dobrze na dole, czyli drogę do Herkimeru, na której nie pracowali już robotnicy. Po cóż mieliby tam dalej pracować? Ostatnio chyba sam dbał o tę drogę? Dbał o nią i robił to cholernie dobrze. Pod koniec października odwiedził ponownie Brady’ego, żeby sprawdzić poziom cholesterolu, i tym razem wynik był wydrukowany na czarno, nie na czerwono: 179. Brady spojrzał na niego nie tylko z podziwem, lecz z zazdrością.

– To wynik lepszy od mojego – powiedział. – Naprawdę wziął pan to sobie do serca, prawda?

– Chyba tak – przyznał Sifkitz.

– I nie ma pan już prawie tego piwnego brzucha. Ćwiczy pan?

– Kiedy tylko mogę – odparł Sifkitz i nie dodał nic więcej. W tym czasie jego ćwiczenia nabrały dziwnego charakteru. Niektórzy ludzie mogli je w każdym razie uznać za dziwne.

– No cóż – mruknął Brady. – Jeżeli pan to robi, nie ma się czego wstydzić. Taka jest moja rada.

Sifkitz uśmiechnął się, ale tej rady nie wziął sobie do serca.

Wieczory – czwartą część Zwyczajnego Dnia Sifkitza – spędzał, oglądając telewizję albo czytając książkę i popijając przy tym na ogół sok pomidorowy albo V-8 zamiast piwa, zmęczony, lecz zadowolony. Chodził również godzinę wcześniej spać i dodatkowa godzina snu dobrze mu służyła.

Ukoronowaniem jego dnia była część trzecia, od czwartej do szóstej. Te dwie godziny spędzał na swoim stacjonarnym rowerze, jadąc niebieskim zygzakiem między Poughkeepsie i Herkimerem. Na mapach topograficznych zygzak zmieniał nazwę z Old Rhinebeck Road na Cascade Falls Road i Woods Road; przez pewien czas był nawet Dump Road. Sifkitz pamiętał, że na początku nawet piętnaście minut na stacjonarnym rowerze wydawało mu się wiecznością. Obecnie zmuszał się, żeby zakończyć jazdę po dwóch godzinach. Ostatecznie kupił sobie budzik i zaczął go nastawiać na szóstą po południu. Agresywny terkot urządzenia był dość głośny, żeby go… no cóż…


* * *

Był dość głośny, żeby go obudzić.

Sifkitzowi trudno było uwierzyć, że zasypia w piwnicy, jadąc na stacjonarnym rowerze ze stałą szybkością piętnastu mil na godzinę, ale było to lepsze niż przyznanie, że dostaje lekkiego świra na drodze do Herkimeru. Albo w swojej piwnicy w Soho, jeśli brzmiało to lepiej. Innymi słowy, że ma urojenia.

Przeskakując pewnego wieczoru z kanału na kanał, trafił na program o hipnozie. Facet, z którym rozmawiano, hipnotyzer, który wymyślił sobie pseudonim Joe Saturn, twierdził, że wszyscy codziennie uprawiamy autohipnozę. Stosujemy ją, chcąc wprowadzić się rano w nastrój do pracy; stosujemy ją żeby „wprowadzić się w akcję”, kiedy czytamy powieści albo oglądamy filmy; stosujemy ją, żeby zasnąć w nocy. To ostatnie było ulubionym przykładem Joego Saturna i rozprawiał długo o czynnościach wykonywanych przez „ludzi, którym udaje się łatwo zasnąć”: sprawdzaniu zamków w drzwiach i oknach, wypijaniu szklanki wody, odmawianiu krótkiej modlitwy albo oddawaniu się medytacjom. Porównywał je do chwytów, które hipnotyzer stosuje wobec swoich pacjentów, i do tego, co sam mówił w czasie seansu – licząc na przykład od dziesięciu do zera albo zapewniając pacjenta, że „bardzo chce mu się spać”. Sifkitz chętnie się z nim zgodził i od razu uznał, że pedałuje przez dwie godziny na stacjonarnym rowerze w stanie lekkiej lub umiarkowanej hipnozy.

Ponieważ pod koniec trzeciego tygodnia, wpatrując się w „projekcję” na ścianie, nie spędzał już tych dwóch godzin we wnęce w piwnicy. Pod koniec trzeciego tygodnia rzeczywiście spędzał je na drodze do Herkimeru.

Pedałował z satysfakcją drogą gruntową, wijącą się przez las, wdychając zapach żywicy, słuchając krakania wron lub chrzęstu liści, gdy od czasu do czasu przejeżdżał przez ich sterty. Stacjonarny rower stał się trzybiegowym raleighem, którego miał w wieku dwunastu lat na przedmieściach Manchesteru w stanie New Hampshire. Nie był to jedyny rower, który należał do niego, zanim zrobił w wieku siedemnastu lat prawo jazdy, lecz bezsprzecznie najlepszy. Plastikowy uchwyt na puszkę stał się toporną, ale praktyczną, ręcznie spawaną obręczą z metalu, wystającą nad koszykiem, i zamiast red bulla tkwiła w niej puszka mrożonej herbaty Liptona. Niesłodzonej.

Na drodze do Herkimeru był zawsze późny październik, godzina przed zachodem słońca. Chociaż jechał równo dwie godziny (za każdym razem, kiedy kończył, potwierdzały to zarówno rowerowy licznik, jak i budzik), słońce nigdy nie zmieniało pozycji; zawsze rzucało takie same długie cienie na polną drogę i migotało między drzewami w tym samym miejscu nieba, kiedy raźnie pedałował, czując, jak wiatr zwiewa mu włosy z czoła.

Czasami mijał znaki przybite do drzew w miejscach, gdzie z jego drogą krzyżowały się inne. „Cascade Road” głosił jeden, „Herkimer 120 mil” inny. Znaki były zawsze zgodne z informacjami zawartymi na mapie topograficznej, którą przypiął do ściany. Sifkitz zdecydował już, że dojechawszy do Herkimeru, zapuści się w kanadyjski interior, nie zatrzymując się nawet, żeby kupić pamiątki. Droga tam się kończyła, ale nie stanowiło to problemu; kupił już atlas topograficzny wschodniej Kanady. Miał zamiar narysować w nim swoją trasę cienką niebieską kredką dodając przy tym mnóstwo zygzaków. Zygzaki powiększały liczbę przejechanych mil.

Gdyby zechciał, mógł dojechać do koła podbiegunowego.

Któregoś wieczoru, kiedy dzwonek budzika wyrwał go z transu, podszedł do „projekcji” i przyglądał jej się przez kilka dłuższych chwil z przekrzywioną na bok głową. Ktoś inny zobaczyłby niewiele: z tak małej odległości nie działała sztuczka wymuszonej perspektywy i dla niewprawnego oka leśna scena rozpadała się na pojedyncze plamy koloru – jasnobrązowej nawierzchni drogi; ciemniejszego brązu sterty liści; przetykanej błękitem i srebrem zieleni jodeł; a także jaskrawej żółtawej bieli zachodzącego słońca daleko po lewej stronie, niebezpiecznie blisko drzwi do kotłowni. Ale Sifkitz doskonale widział cały obraz. Był wyryty w jego pamięci i nigdy się nie zmieniał. Pod warunkiem oczywiście, że nie jechał rowerem, choć nawet wówczas był świadom jego zasadniczej niezmienności. I to było dobre. Podstawowa niezmienność stanowiła rodzaj probierza, pozwalała mu pozostawać w przekonaniu, że to wszystko jest tylko rozbudowaną umysłową grą, czymś podłączonym do jego podświadomości, co może w każdej chwili wyłączyć.

Zniósł już wcześniej na dół pudełko farb, żeby dokonać ewentualnych retuszy, i teraz, prawie się nie zastanawiając, umieścił na drodze kilka brązowych plam, dodając trochę czerni, żeby odróżniały się od leżących w stertach liści. Cofnął się o krok, przyjrzał nowym elementom i pokiwał głową. Zmiana była niewielka, lecz na swój sposób doskonała.

Pedałując nazajutrz swoim trzybiegowym raleighem przez las (zostało mu niespełna sześćdziesiąt mil do Herkimeru i tylko osiemdziesiąt do granicy kanadyjskiej), zobaczył za jednym z zakrętów pokaźnej wielkości jelenia, stojącego pośrodku drogi i patrzącego na niego wystraszonymi aksamitnymi oczyma. Zwierzę podniosło białą flagę ogona, zostawiło po sobie parujące odchody i uciekło z powrotem do lasu. Sifkitzowi mignął jeszcze raz jego ogon i jeleń zniknął. Jadąc dalej, ominął odchody szerokim łukiem, nie chcąc, żeby jelenie łajno przykleiło się do opon.

Tego wieczoru wyłączył budzik i podszedł do obrazu, ścierając pot z czoła bandaną, którą wyjął z kieszeni dżinsów. Przyjrzał się krytycznie „projekcji”, opierając dłonie na biodrach, a potem, szybkimi, zdecydowanymi pociągnięciami pędzla – robił w końcu tego rodzaju rzeczy prawie od dwudziestu lat – zamalował odchody, umieszczając na ich miejscu kilka zardzewiałych puszek po piwie, które zostawił niewątpliwie jakiś polujący na bażanty i dzikie indyki myśliwy z północnej części stanu.

– Przegapiłeś je, Berkowitz – powiedział tego wieczoru, siedząc i popijając piwo zamiast soku V-8. – Jutro sam je uprzątnę, ale żeby mi się to nie powtórzyło.

Tyle że kiedy zszedł nazajutrz na dół, nie musiał zamalowywać puszek na obrazie; już ich nie było. Przez moment poczuł prawdziwy skurcz strachu, jakby ktoś uderzył go w brzuch tępym narzędziem – co on wyprawiał, czyżby zszedł tutaj we śnie w środku nocy ze swoją wierną puszką terpentyny i pędzlem? – a potem przestał o tym w ogóle myśleć. Wsiadł na stacjonarny rower i wkrótce jechał swoim starym raleighem, wdychając czysty zapach lasu i czując, jak wiatr zwiewa mu włosy z czoła. A jednak czy to właśnie nie tego dnia sytuacja zaczęła się zmieniać? Czy to nie wówczas poczuł, że nie jest sam na drodze do Herkimeru? Jedno nie ulegało wątpliwości: dzień po zniknięciu puszek po piwie przyśnił mu się naprawdę okropny sen, po którym namalował garaż Carlosa.

IV. Mężczyzna ze strzelbą

Był to najbardziej sugestywny sen, jaki miał od czternastego roku życia, kiedy to trzy albo cztery erotyczne wizje, w trakcie których spuścił się w łóżku, uczyniły go w sensie fizycznym mężczyzną. I był najokropniejszy ze wszystkich, bez dwóch zdań, nic nie mogło się z nim nawet w przybliżeniu równać. Jego okropność wynikała z poczucia zbliżającej się katastrofy, które przenikało go niczym czerwona nitka. Przenikało go, mimo że sen był w dziwny sposób płytki: Sifkitz wiedział, że śni, lecz nie mógł się obudzić. Zupełnie jakby owinięto go jakąś straszną gazą. Wiedział, że gdzieś blisko jest jego łóżko i że w nim leży – gorączkowo się szamocząc – ale nie mógł przebić się do Richarda Sifkitza, który leżał tam rozdygotany i spocony w swoich szortach Big Dog.

Widział poduszkę i beżowy telefon z pękniętą obudową. A potem przedpokój obwieszony zdjęciami, które, o czym wiedział, przedstawiały jego żonę i trzy córki. I kuchnię z mikrofalówką na której migotały cyfry 4.16. Paterę z bananami (patrzył na nie ze smutkiem i przerażeniem) na stole z formiki. I wiatę przed garażem. Leżał pod nią pies Pepe z opartym o łapy pyskiem. Kiedy go mijał, Pepe nie podniósł łba, lecz obrócił w górę oczy, odsłaniając białe półksiężyce przekrwionych białek. I wtedy właśnie Sifkitz zaczął łkać we śnie, uświadamiając sobie, że wszystko jest stracone.

Teraz znajdował się w garażu. Czuł zapach oleju i starej słodkiej trawy. Kosiarka LawnBoy stała w rogu niczym podmiejski bożek. Zobaczył przykręcone do roboczego stołu imadło, stare, ciemne i obsypane drewnianymi drzazgami. Potem szafę. Na dole leżały w niej łyżwy dziewczynek z białymi jak lody waniliowe sznurowadłami. Na kołkach wisiały porządnie posegregowane narzędzia, w większości ogrodowe; Carlos (jestem Carlos) uwielbiał pracować w ogrodzie.

Na górnej półce poza zasięgiem rąk dziewczynek leżała strzelba kalibru.410, nieużywana od lat, prawie zapomniana, oraz pudełko z nabojami, tak ciemne, że prawie nie można było przeczytać z boku napisu „Winchester”, tyle że on go przeczytał bez większego trudu i właśnie wtedy zrozumiał, że wcielił się w postać potencjalnego samobójcy. Starał się za wszelką cenę powstrzymać Carlosa albo przestać nim być, ale nie potrafił dokonać ani jednego, ani drugiego, choć czuł, że jego łóżko jest tak blisko, po drugiej stronie spowijającej go od stóp do głów gazy.

Teraz stał ponownie przy imadle. Strzelba tkwiła w nim, obok na blacie stołu leżało pudełko z nabojami i była tam również piła, ucinał lufę strzelby, ponieważ z uciętą lufą łatwiej było zrobić to, co musiał zrobić, a kiedy otworzył pudełko z nabojami, były ich dwa tuziny, grubych zielonych sukinsynów z mosiężnymi spodami, i dźwięk, jaki wydawała strzelba, gdy Carlos zatrzasnął zamek, nie brzmiał kling!, lecz KLAK!, i w ustach czuł smak oleju i kurzu, oleju na języku i kurzu od wewnętrznej strony policzków i na zębach, i bolały go plecy, bolały go JSS, tak właśnie nazywali opuszczone budynki (a czasami i takie, które nie były wcale opuszczone), kiedy miał kilkanaście lat i biegał z Deaconami po Po’-town, to był skrót od JAK SKURWYSYN, i tak właśnie bolały go plecy, ale teraz, kiedy nie pracował, nie przysługiwały mu świadczenia, Jimmy Berkowitz nie miał kasy na speed, a Carlos Martinez nie miał kasy na leki, które złagodziłyby choć trochę ból, nie stać go było na kręgarza, który uśmierzał ból, i na raty za dom, aj karamba, jak mówią żartem, lecz on wcale teraz nie żartował, aj karamba, wyglądało na to, że stracą dom, niespełna pięć lat przed końcem spłat, chyba go stracą si-si, señor, i wszystko to była wina tego chuja Sifkitza, który nagle zabrał się do konserwacji drogi, i zakrzywiony spust pod jego palcem miał kształt półksiężyca, zupełnie jak białka zerkających na niego psich oczu.

Wtedy właśnie Sifkitz obudził się, płacząc i dygocząc, z nogami nadal na łóżku i wiszącą nad podłogą głową. Wyczołgał się z sypialni i popełzł przez duży pokój do sztalugi pod świetlikiem. W połowie drogi udało mu się wstać.

Na sztaludze nadal stał obraz przedstawiający pustą drogę, lepsza i bardziej kompletna wersja tego z dołu, namalowanego na ścianie wnęki. Ściągnął go, w ogóle mu się nie przyglądając, i zastąpił kartonem o rozmiarach dwie na dwie stopy. Złapał najbliższe narzędzie, które zostawiało ślad (tak się złożyło, że był to długopis UniBall Vision Elite), i zaczął rysować. Robił to przez kilka godzin. W którymś momencie (pamiętał to bardzo mgliście) zachciało mu się sikać i poczuł cieknącą po nodze gorącą strugę. Łzy płynęły mu z oczu, póki nie skończył obrazu. Wówczas, nareszcie przestawszy płakać, cofnął się o krok i przyjrzał swemu dziełu.

To był garaż Carlosa w październikowe popołudnie. Pies, Pepe, stał przed nim, strzygąc uszami. Zwabił go odgłos strzału. Na obrazie nie było śladu Carlosa, ale Sifkitz wiedział dokładnie, gdzie leży ciało, po lewej stronie, pod roboczym stołem z imadłem przymocowanym do krawędzi. Jeśli jego żona była w domu, powinna usłyszeć strzał. Jeśli gdzieś wyszła – po zakupy albo, co bardziej prawdopodobne, do pracy – mogło minąć parę godzin, zanim wróci do domu i go znajdzie.

Pod obrazem nagryzmolił słowa MĘŻCZYZNA ZE STRZELBĄ. Nie pamiętał, kiedy to zrobił, lecz to było jego pismo i właściwa nazwa dla obrazu. Nie widział na nim mężczyzny ani strzelby, ale to był właściwy tytuł.

Sifkitz usiadł na kanapie i schował głowę w dłoniach. W prawej czuł dotkliwy ból od ściskania nieporęcznego, zbyt małego narzędzia do rysowania. Próbował tłumaczyć sobie, że miał po prostu zły sen i obraz jest wynikiem tego snu. Że nigdy nie było żadnego Carlosa ani firmy Lipidy Spółka z o.o., że wszystko to jest produktem jego wyobraźni pobudzonej nieostrożną metaforą doktora Brady’ego.

Ale sny zacierają się w pamięci, a te obrazy – telefon z pękniętą beżową obudową, mikrofalówka, miska z bananami, psie oko – były cały czas wyraźne. Coraz wyraźniejsze.

Jedno jest pewne, powiedział sobie. Skończył z cholernym rowerem stacjonarnym. To za bardzo zbliżało się do obłędu. Jeśli pójdzie dalej tą drogą wkrótce obetnie sobie ucho i wyśle je pocztą nie do swojej dziewczyny (nie miał takowej), lecz do doktora Brady’ego, który z pewnością ponosił za to odpowiedzialność.

– Koniec z rowerem – powiedział, nadal chowając głowę w ramionach. – Może zapiszę się do Fitness Boys, zrobię coś w tym rodzaju, ale skończyłem już z tym pieprzonym stacjonarnym rowerem.

Tyle że nie zapisał się do Fitness Boys i po tygodniu spędzonym bez porządnych ćwiczeń (spacerował, lecz to nie było to samo – po chodnikach spacerowało za dużo ludzi i tęsknił za spokojną Herkimer Road) nie mógł już tego dłużej wytrzymać. Zalegał z oddaniem najnowszego projektu, którym była ilustracja w stylu Normana Rockwella dla Fritos Corn Chips, i dostał ponaglające telefony od swojego agenta i faceta zajmującego się kontaktami z Fritos w agencji reklamowej. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.

Co gorsza, miał kłopoty z zaśnięciem.

Sen nie wydawał mu się już tak wyrazisty i uznał, że to tylko spozierający z rogu pokoju obraz, przedstawiający garaż Carlosa, odświeża jego wspomnienie w podobny sposób, w jaki mgiełka wody ze zraszacza może odświeżyć więdnącą roślinę. Nie mógł się zmusić, żeby go zniszczyć (był cholernie dobry), ale odwrócił go o sto osiemdziesiąt stopni, tak że stał teraz przodem do ściany.

Po południu zjechał windą do piwnicy i wsiadł na stacjonarny rower, który zmienił się w starego trzybiegowego raleigha, kiedy tylko popatrzył na „projekcję” na ścianie. Jadąc dalej na północ, przekonywał sam siebie, że wrażenie, iż ktoś za nim jedzie, jest złudzeniem, które zrodziło się we śnie i podczas gorączkowych godzin przy sztaludze. Przez krótki okres nawet w to wierzył, choć w gruncie rzeczy wiedział, że to nieprawda. Miał powody, żeby w to wierzyć. Najważniejsze, że znowu przespał całą noc i skończył pracę nad bieżącym zamówieniem.

Namalował obraz przedstawiający chłopców zajadających chipsy Fritos z torebki na idyllicznym podmiejskim boisku baseballowym, wysłał go przez posłańca, i nazajutrz dostał czek na dziesięć tysięcy dwieście dolarów wraz z liścikiem od Barry’ego Casselmana, jego agenta. „Trochę mnie wystraszyłeś, skarbie”, napisał Barry. Nie tylko ciebie, skarbie, pomyślał Sifkitz.

W następnym tygodniu często przychodziło mu do głowy, że powinien opowiedzieć komuś o swoich przygodach pod czerwonym niebem, jednak za każdym razem odsuwał od siebie tę myśl. Mógłby opowiedzieć o tym Trudy, ale oczywiście gdyby Trudy z nim była, w ogóle by do tego wszystkiego nie doszło, Pomysł, żeby powiedzieć Barry’emu, był śmieszny; pomysł, żeby powiedzieć doktorowi Brady’emu, właściwie lekko przerażający. Doktor Brady poleciłby dobrego psychiatrę, zanim zdołałby wymówić słowa „wielofazowy inwentarz osobowości z Minnesoty”.

Wieczorem tego dnia, kiedy dostał czek z Fritos, Sifkitz dostrzegł zmianę na muralu w piwnicy. Przerwał nastawianie budzika i podszedł do „projekcji” (z puszką dietetycznej coli w jednej ręce, solidnym, małym biurkowym zegarem Brookstone w drugiej oraz rodzynkowo-owsianymi ciasteczkami schowanymi bezpiecznie w kieszeni starej koszuli). Coś tam było na górze, rzeczywiście, coś się zmieniło, ale początkowo za cholerę nie potrafił powiedzieć co. Zamknął oczy, policzył do pięciu (oczyszczając w tym czasie umysł, stara sztuczka), a potem ponownie je otworzył, tak szeroko, że wyglądał jak karykatura człowieka udającego przerażenie. Tym razem od razu dostrzegł zmianę. Zniknęła namalowana nad drzwiami do kotłowni jasnożółta plama, a także puszki po piwie. I niebo nad drzewami miało teraz ciemniejszy czerwony kolor. Słońce albo zachodziło, albo już całkiem zaszło. Na drodze do Herkimeru zapadała noc.

Musisz z tym skończyć, powiedział sobie Sifkitz, a potem pomyślał: jutro. Może jutro.

Z tą myślą wsiadł na rower i zaczął pedałować. W lesie dokoła słyszał odgłosy układających się do snu ptaków.

V. Na początek wystarczy śrubokręt

W ciągu następnych pięciu lub sześciu dni czas, który Sifkitz spędzał na swoim stacjonarnym rowerze (i dziecinnym trzybiegowcu), był wspaniały i zarazem straszny. Wspaniały, ponieważ nigdy nie czuł się lepiej; jego organizm osiągał absolutne szczyty możliwości jak na mężczyznę w tym wieku i Sifkitz o tym wiedział. Przypuszczał, że zdarzają się zawodowi sportowcy w lepszej formie od niego, ale w wieku trzydziestu ośmiu lat będą zbliżali się do końca swojej kariery i radość, jaką dawało im znakomicie funkcjonujące ciało, musiała być skażona przez tę wiedzę. Z drugiej strony Sifkitz mógł tworzyć komercyjną sztukę przez kolejne czterdzieści lat, jeśli tylko będzie miał ochotę. Do diabła, nawet przez pięćdziesiąt. Pięć pokoleń futbolistów oraz cztery pokolenia baseballistów pojawią się i odejdą, podczas gdy on będzie stał spokojnie przy swoich sztalugach, malując okładki książek, katalogi motoryzacyjne i pięć nowych znaków firmowych Pepsi-Coli.

Tyle że…

Tyle że nie było to chyba zakończenie, jakiego oczekują ludzie znający tego rodzaju opowieści, prawda? I nie było to zakończenie, jakiego sam się spodziewał.

Wrażenie, że ktoś za nim jedzie, stawało się coraz silniejsze przy każdej przejażdżce, zwłaszcza kiedy odczepił od ściany ostatnią z map topograficznych stanu Nowy Jork i umieścił na jej miejscu pierwszą kanadyjską. Niebieskim długopisem (tym samym, którym stworzył MĘŻCZYZNĘ ZE STRZELBĄ) namalował przedłużenie Herkimer Road na pozbawionym wcześniej dróg terenie, dodając przy tym dużo zawijasów. Pedałował teraz szybciej, często oglądając się przez ramię, i kończył przejażdżki zlany potem, przez dłuższą chwilę zbyt zdyszany, żeby zsiąść z roweru i wyłączyć brzęczący budzik.

Ta historia z oglądaniem się przez ramię… to było ciekawe. Robiąc to, widział z początku fragment wnęki i drzwi prowadzące do większych pomieszczeń w zwariowanym labiryncie lokatorskich komórek. Przy drzwiach widział skrzynkę po Pomarańczach Pomona i stojący na niej biurkowy zegar Brookstone, odmierzający czas od czwartej do szóstej. A potem wszystko zasnuwała jakby niebieska mgła, a po jej ustąpieniu ostrzegał za sobą jasne jesienne drzewa po obu stronach drogi (choć właściwie już nie tak jasne w gęstniejącym mroku) i ciemniejące czerwone niebo nad głową. Później, gdy się oglądał, nie widział już w ogóle piwnicy, nawet przez krótkie mgnienie, tylko drogę prowadzącą z powrotem do Herkimeru i dalej do Poughkeepsie.

Wiedział dobrze, czego za sobą wypatruje: reflektorów samochodu.

Reflektorów należącego do Freddy’ego dodge’a, jeśli chcecie dokładnie wiedzieć. Ponieważ w sercach Berkowitza i jego ekipy rozżalenie i dezorientacja ustąpiły miejsca gniewowi. Samobójstwo Carlosa sprawiło, że coś w nich pękło. Uważali, że to jego wina, i ścigali go. A kiedy go dopadną…

To co? Co wtedy zrobią?

Zabiją mnie, myślał, pedałując ponuro w mrok. Nie było sensu się oszukiwać. Złapią mnie i zabiją. Jestem teraz na prawdziwym pustkowiu, na całej tej mapie nie ma ani jednego cholernego miasteczka, ani jednej wioski. Choćbym darł się na całe gardło, nie usłyszy mnie nikt oprócz Barry’ego Niedźwiedzia, Debby’ego Jelenia i Rudy’ego Szopa Pracza. Więc jeśli zobaczę te światła (albo usłyszę odgłos silnika, bo Freddy mógł je zgasić), muszę postarać się jak najszybciej przenieść do Soho bez względu na to, czy zadzwoni budzik. To szaleństwo, że w ogóle tu się zapuściłem.

Ale miał teraz problemy z przeniesieniem się z powrotem. Kiedy odzywał się budzik, raleigh nadal mniej więcej przez trzydzieści sekund pozostawał raleighem, droga pozostawała drogą zamiast zmienić się w plamy farby na cemencie, a sam dzwonek brzmiał cicho i dziwnie melodyjnie. Przyszło mu do głowy, że za jakiś czas usłyszy go jako brzęczenie sunącego wysoko nad głową odrzutowca, być może boeinga 767 American Airlines, który wystartował z lotniska Kennedy’ego i leci nad biegunem północnym na drugą półkulę.

Sifkitz zatrzymywał się, zaciskał mocno oczy i szeroko je otwierał. To dawało pożądany efekt, lecz obawiał się, że wkrótce może nie wystarczyć. I co wtedy? Spędzona w lesie na głodniaka noc, z wiszącym nad głową księżycem w pełni, który wyglądał jak przekrwione oko?

Nie, doszedł do wniosku, że prędzej go złapią. Pytanie brzmiało, czy zamierzał do tego dopuścić. To niewiarygodne, ale w pewnym stopniu chciał tego. W pewnym stopniu był na nich wściekły. Chciał stawić czoło Berkowitzowi i reszcie jego ekipy i zapytać: czego się po mnie właściwie spodziewaliście? Że będę postępował tak jak dawniej, obżerał się pączkami Krispy Kreme i nie dbał o pozatykane i przelewające się przepusty? Tego chcieliście?

Jednak z drugiej strony wiedział, że taka konfrontacja to szaleństwo. Znajdował się w szczytowej formie, zgoda, ale był jeden, a ich trzech i kto mógł zaręczyć, że żona Carlosa nie pożyczyła chłopakom strzelby swojego męża, nie powiedziała im, dobra, dorwijcie tego sukinsyna i nie zapomnijcie mu przekazać, że pierwsza kulka jest ode mnie i dziewczynek.

Sifkitz miał kiedyś znajomego, który poradził sobie z kokainowym nałogiem w latach osiemdziesiątych. Pamiętał, jak facet powtarzał, że przede wszystkim trzeba się tego pozbyć z domu. Można zawsze kupić więcej, jasne, to świństwo było teraz wszędzie, na każdym rogu, ale nic nie usprawiedliwiało trzymania tego w domu, skoro można to zdobyć w każdym momencie, kiedy tylko osłabnie w tobie determinacja. Wysypał wszystko do toalety i spuścił wodę. A potem wyrzucił do śmieci zestaw. To nie był koniec jego problemów, powiedział, ale jednak początek końca.

Któregoś wieczoru Sifkitz zszedł do piwnicy ze śrubokrętem. Miał szczery zamiar rozmontować rower i nie zmieniał tego fakt, że tak jak zawsze nastawił zegar na szóstą. Zrobił to wyłącznie z przyzwyczajenia. Przypuszczał, że budzik (podobnie jak rodzynkowo-owsiane ciasteczka) należy do jego zestawu, wykonywanych przez niego hipnotycznych trików, maszynerii jego marzenia. I kiedy zredukuje rower do niefunkcjonalnych elementów, wyrzuci budzik razem z resztą śmieci, tak jak to zrobił jego znajomy ze swoją szklaną fifką do cracku. Będzie mu oczywiście żal – kanciasty mały brookstone nie miał nic wspólnego z idiotyczną sytuacją, w którą się wpędził – ale zrobi to. Weź się w garść, powtarzali sobie jako dzieci; przestań się mazać i weź się w garść.

Zorientował się, że rower składa się z czterech podstawowych części i że będzie potrzebował klucza francuskiego, żeby go całkowicie rozmontować. Ale to mu nie przeszkadzało; na początek wystarczy śrubokręt. Mógł go użyć, żeby odkręcić pedały. Kiedy to zrobi, weźmie klucz ze skrzynki dozorcy.

Przyklęknął na kolano, wsunął końcówkę pożyczonego narzędzia w nacięcie pierwszej śruby i zawahał się. Ciekawe, czy jego znajomy wciągnął ostatnią działkę koki, zanim wyrzucił resztę do kibla, jedną jedyną działkę na pamiątkę dawnych czasów. Mógł się założyć, że to zrobił. Lekko naćpanemu łatwiej chyba zdusić w sobie żal i wszystko wywalić. A gdyby tak po raz ostatni się przejechał, a potem wciąż nabuzowany endorfinami ukląkł tutaj i odkręcił pedały? Czy nie byłby z tego powodu mniej zdołowany? Nieco mniej skłonny wyobrażać sobie Berkowitza, Freddy’ego i Whelana zajeżdżających do pierwszego z brzegu przydrożnego baru i kupujących najpierw jeden, a potem drugi dzbanek piwa Rolling Rock, żeby wypić za swoje zdrowie i za pamięć Carlosa i pogratulować sobie, że spuścili bańki temu sukinsynowi?

– Jesteś stuknięty – mruknął, wsuwając ponownie końcówkę śrubokręta w nacięcie śruby. – Zrób to i skończ z tym raz na zawsze.

Wykonał jeden pełny obrót śrubokrętem (i było to łatwe; ten, kto zmontował rower na zapleczu Fitness Boys, zbytnio się do tego nie przyłożył), ale kiedy to zrobił, rodzynkowo-owsiane ciasteczko poruszyło się w jego kieszeni i przypomniał sobie, jak wspaniale zawsze smakowało, kiedy jechał rowerem. Puszczał po prostu prawą ręką kierownicę, wyjmował ciastko z kieszeni, odgryzał kilka kęsów, a potem popijał je mrożoną herbatą. To było idealne połączenie. Wspaniale było po prostu tak pędzić, urządzając sobie po drodze mały piknik. A te sukinsyny chciały mu to odebrać.

Kilkanaście obrotów śruby, może nawet mniej, i pedał spadnie na betonową podłogę – KLUNK. Wtedy będzie mógł zająć się drugim, a później swoim życiem.

To nie jest w porządku, pomyślał.

Jedna jedyna przejażdżka, na pamiątkę dawnych czasów.

I podnosząc nogę, żeby umieścić tyłek (o wiele twardszy i jędrniejszy niż w czasach, gdy jego poziom cholesterolu wydrukowany był na czerwono) na siodełku, pomyślał: W ten właśnie sposób zawsze kończą się takie opowieści. Że biedny palant mówi: „To ostatni raz, już nigdy więcej tego nie zrobię”.

Święta prawda, pomyślał, ale założę się, że w prawdziwym życiu ludziom uchodzi to na sucho. Założę się, że stale uchodzi im na sucho.

Jakiś głos mruczał, że prawdziwe życie nigdy takie nie było, że to, co robił (i czego doświadczał), nie przypomina pod żadnym względem prawdziwego życia, tak jak je pojmował. Odsunął od siebie jednak ten głos i przestał go słuchać.

To był piękny wieczór na przejażdżkę po lesie.

VI. Zakończenie niezupełnie takie, jakiego się wszyscy spodziewają

Mimo to dostał od losu jeszcze jedną szansę.

To było tej nocy, kiedy po raz pierwszy usłyszał za sobą wyraźny warkot silnika. Tuż przed tym, jak zadzwonił budzik, raleigh, którym jechał, zaczął nagle rzucać wydłużony cień na drogę – rodzaj cienia, który mogą tylko tworzyć reflektory samochodu.

A potem zaterkotał budzik, ale to nie był jazgot, tylko dobiegający gdzieś z oddali, niemal melodyjny pomruk.

Zbliżała się ciężarówka. Nie musiał się oglądać, żeby ją zobaczyć (właściwie człowiek nigdy nie chce się oglądać, żeby zobaczyć depczącego mu po piętach straszliwego wroga, doszedł do wniosku później tej nocy, gdy leżał w swoim łóżku i nie mógł się pozbyć przyprawiającego o zimne i gorące dreszcze przekonania, że tylko sekundy lub cale dzieliły go od katastrofy). Widział cień, który robił się coraz dłuższy i ciemniejszy.

Proszę się pospieszyć, panowie, zamykamy, pomyślał i zacisnął mocno powieki. Nadal słyszał budzik, którego terkot nie różnił się jednak od cichego mruczenia, z całą pewnością nie był od niego głośniejszy, znacznie głośniejszy natomiast był warkot silnika, tego pod maską ciężarówki Freddy’ego, ciężarówka siedziała mu niemal na kole i przypuśćmy, że nie zamierzali tracić nawet minuty na rozmowę. Przypuśćmy, że ten z nich, który siedział za kierownicą, po prostu wciśnie gaz do dechy i go przejedzie. Zrobi z niego krwawą miazgę.

Sifkitz nie miał zamiaru otwierać oczu, nie tracił czasu, żeby przekonać się, czy jest nadal na pustej drodze, czy we wnęce w piwnicy. Zamiast tego zacisnął jeszcze mocniej powieki, skupił całą uwagę na terkocie budzika i zmienił uprzejmy głos barmana w niecierpliwy ryk:

PROSZĘ SIĘ POSPIESZYĆ, PANOWIE, ZAMYKAMY!

I nagle, dzięki Bogu, to warkot silnika zaczął cichnąć, a terkot budzika narastać, upodobniając się do znajomego ostrego jazgotu. I tym razem, kiedy otworzył oczy, zobaczył obraz drogi, a nie samą drogę.

Lecz teraz niebo przybrało czarną barwę, jego organiczna czerwień skryła się w mroku nocy. Droga była jaskrawo oświetlona, a cień roweru – raleigha – czarny jak smoła na usłanej liśćmi twardej ziemi. Mógł tłumaczyć sobie, że zsiadł ze stacjonarnego roweru i przemalował obraz, pozostając w stanie transu, ale wiedział, że to nieprawda, nie tylko dlatego, że nie miał rąk pochlapanych farbą.

To moja ostatnia szansa, pomyślał. Ostatnia szansa, żeby uniknąć zakończenia, którego wszyscy spodziewają się w takich opowieściach.

Ale był po prostu zbyt zmęczony, zbyt roztrzęsiony, żeby zająć się teraz stacjonarnym rowerem. Zajmie się nim jutro. To znaczy jutro z samego rana. W tym momencie chciał tylko uciec z tego okropnego miejsca, gdzie rzeczywistość okazała się taka krucha. Pamiętając o tym, Sifkitz podszedł do stojącej przy drzwiach skrzynki po pomarańczach Pomona (na chwiejnych nogach i cały pokryty cienką warstwą potu – tego cuchnącego, który bierze się ze strachu, nie ze zmęczenia) i wyłączył budzik. A potem wrócił na górę i położył się do łóżka. Minęło wiele czasu, nim zmorzył go sen.

Nazajutrz rano zszedł do piwnicy po schodach, gardząc windą. Stąpał pewnym krokiem, z podniesioną głową i zaciśniętymi ustami, jak Człowiek, Który Ma Do Wykonania Misję. Ignorując stojący na skrzyni budzik, podszedł od razu do stacjonarnego roweru, przyklęknął na kolano i wsunął ponownie końcówkę śrubokręta w nacięcie śruby, jednej z czterech, które mocowały lewy pedał.

…i zanim się zorientował, pędził znów z zawrotną szybkością drogą, oświetlony z tyłu światłami ciężarówki, aż poczuł się w końcu niczym człowiek na ciemnej scenie rozjaśnionej tylko pojedynczym reflektorem. Silnik ciężarówki pracował głośno (coś było nie w porządku z tłumikiem albo rurą wydechową) i nieregularnie. Wątpił, by stary Freddy zawracał sobie głowę przeglądem technicznym. Raczej nie, skoro trzeba było zapłacić raty za dom, kupić coś do jedzenia, dzieciaki potrzebowały aparatów na zęby i nie dostał od dawna żadnej tygodniówki.

Miałem swoją szansę, pomyślał. Miałem szansę wczoraj wieczorem i nie wykorzystałem jej.

Dlaczego to zrobiłem? – pomyślał. Dlaczego, skoro dobrze wiedziałem, czym to się skończy?

Bo w jakiś sposób mnie zmusili. Zmusili mnie.

A teraz przejadą mnie i zginę w tym lesie.

Ale ciężarówka go nie przejechała. Zamiast tego wyprzedziła go, o mało nie wpadając lewymi kołami do zasypanego liśćmi rowu, a potem skręciła i zajechała mu drogę.

Spanikowany Sifkitz zapomniał o najważniejszej rzeczy, którą powtarzał mu ojciec, kiedy przyniósł do domu raleigha: kiedy chcesz się zatrzymać, Richie, wciśnij do tyłu pedał. Zatrzymaj tylne koło roweru i jednocześnie zaciągnij ręczny hamulec, który blokuje przednie. Inaczej…

Inaczej stanie się to, co się teraz stało. Przerażony, zacisnął obie dłonie w pięści, zaciągając ręczny hamulec po lewej stronie kierownicy i blokując przednie koło. Rower wysadził go z siodła i Sifkitz poleciał na ciężarówkę z namalowanym na drzwiczkach kierowcy napisem LIPIDY Spółka z o.o. Wyciągnął przed siebie ręce i uderzył nimi w skrzynię ciężarówki tak mocno, że stracił w nich czucie. A potem runął na ziemię, zastanawiając się, ile połamał kości.

Otworzyły się nad nim drzwiczki i usłyszał chrzęst deptanych przez robocze buciory liści. Nie podniósł wzroku. Czekał, aż go złapią i podniosą z ziemi, lecz nikt tego nie zrobił. Liście pachniały starym suchym cynamonem. Kroki ominęły go z obu stron i chrzęst nagle ucichł.

Sifkitz usiadł i przyjrzał się swoim dłoniom. Wewnętrzna część prawej krwawiła, a nadgarstek lewej zaczynał już puchnąć, ale chyba nie był złamany. Rozejrzał się i w czerwonym blasku tylnych świateł dodge’a zobaczył swojego raleigha. Był naprawdę piękny, kiedy tato przyniósł go ze sklepu z rowerami, lecz teraz to się zmieniło. Przednie koło zostało mocno scentrowane, a tylna opona spadła częściowo z obręczy. Po raz pierwszy Sifkitz poczuł coś innego niż strach. Tym nowym uczuciem był gniew.

Drżąc, wstał. Za rowerem, tam skąd przyjechał, była dziura w rzeczywistości. Wydawała się dziwnie organiczna niczym końcówka jakiegoś przewodu w jego ciele. Jej krawędzie falowały, wydymały się i wyginały. Trzej mężczyźni stali za nią wokół stacjonarnego roweru we wnęce w piwnicy, stali w pozach, które oglądał u wszystkich ekip roboczych, jakie widział. To byli faceci, którzy mieli robotę do wykonania. Zastanawiali się, jak się do tego zabrać.

I nagle domyślił się, dlaczego nazwał ich tak, jak ich nazwał. To było naprawdę idiotycznie proste. Ten w czapce z napisem LIPIDY, Berkowitz, był mordercą Davidem Berkowitzem, tak zwanym Synem Sama i głównym negatywnym bohaterem „New York Post”, kiedy Sifkitz zamieszkał na Manhattanie. Freddy był Freddym Albemarle, chłopakiem, którego poznał w liceum – grali razem w zespole muzycznym i zaprzyjaźnili się z raczej prostego powodu – obaj nienawidzili szkoły. A Whelan? Artysta, którego poznał na jakiejś konferencji. Michael Whelan? Mitchell Whelan? Sifkitz nie mógł sobie tego dokładnie przypomnieć, ale wiedział, że facet specjalizuje się w ilustracjach fantasy, smokach i tego rodzaju rzeczach. Spędzili razem wieczór w hotelowym barze, opowiadając sobie historyjki o komiczno-makabrycznym świecie sztuki plakatu filmowego.

No i był jeszcze Carlos, który popełnił samobójstwo w swoim garażu. On z kolei był skrojony z Carlosa Delgado, znanego również jako Big Cat. Sifkitz od lat interesował się drużyną Blue Jays z Toronto, ponieważ nie chciał po prostu naśladować wszystkich nowojorskich fanów baseballu i kibicować Jankesom. Cat był jednym z nielicznych gwiazdorów w drużynie z Toronto.

– Ja was wszystkich stworzyłem – wychrypiał z trudem. – Stworzyłem was ze wspomnień i części zapasowych.

Oczywiście, że to zrobił. I to nie po raz pierwszy. Tak samo stworzył chłopców na idyllicznym boisku baseballowym w utrzymanej w stylu Normana Rockwella reklamie dla Fritos – agencja dostarczyła na jego żądanie fotografie czterech chłopców w odpowiednim wieku i Sifkitz po prostu ich namalował. Ich matki podpisały konieczne dokumenty; wszystko odbyło się zgodnie z obowiązującymi zasadami.

Jeżeli nawet go usłyszeli, Berkowitz, Freddy i Whelan nie dali tego po sobie poznać. Zamienili między sobą kilka słów, które Sifkitz usłyszał, ale których nie zrozumiał; miał wrażenie, że dochodzą do niego z bardzo daleka. Kimkolwiek byli, wysłali dokądś Whelana, a Berkowitz ukląkł przy stacjonarnym rowerze, tak jak to wcześniej zrobił sam Sifkitz. Wziął do ręki śrubokręt i po krótkiej chwili lewy pedał upadł na beton – klank. Sifkitz, nadal stojąc na pustej drodze, patrzył przez organiczny otwór, jak Berkowitz podaje śrubokręt Freddy’emu Albemarle – który grał z Richardem Sifkitzem na kiepskiej trąbce w równie kiepskim zespole szkolnym. Wychodziło im o niebo lepiej, kiedy brali crack. Gdzieś w kanadyjskim lesie zahukała sowa i jej głos wydał się niewymownie samotny Freddy zaczął odkręcać drugi pedał. Tymczasem wrócił Whelan z kluczem francuskim w ręku. Widząc go, Sifkitz poczuł ukłucie bólu.

Jeśli chcesz, żeby coś zostało porządnie zrobione, wezwij profesjonalistów, przeszło mu przez myśl, kiedy ich obserwował. Berkowitz i jego chłopcy z pewnością nie marnowali czasu. W niecałe cztery minuty ze stacjonarnego roweru zostały tylko dwa koła i trzy osobne fragmenty ramy leżące na betonie w tak idealnym porządku, że wyglądały jak jeden z tych diagramów, które nazywają „schematami poglądowymi”.

Berkowitz wrzucił śruby i sworznie do przedniej kieszeni swoich brezentowych spodni, która wyglądała teraz, jakby trzymał w niej garść drobniaków. Robiąc to, spojrzał znacząco na Sifkitza, którego ponownie ogarnął gniew. Kiedy robotnicy przeszli z powrotem przez dziwny, podobny do przewodu otwór (schylając przy tym głowy, jak robią to ludzie przechodzący przez niskie drzwi), Sifkitz ponownie zaciskał pięści, choć przegub lewej ręki bolał go przy tym jak jasna cholera.

– Wiesz co? – zwrócił się do Berkowitza. – Nie sądzę, żebyście mogli mi zrobić krzywdę. Nie sądzę, żebyście mogli mi zrobić krzywdę, bo co się wtedy z wami stanie? Jesteście co najwyżej… podwykonawcami!

Berkowitz posłał mu obojętne spojrzenie spod nasuniętego na oczy daszka czapki z napisem LIPIDY.

– Wymyśliłem was! – powiedział Sifkitz i policzył ich, wskazując każdego palcem prawej ręki, tak jakby celował do nich z pistoletu. – Ty jesteś Synem Sama! Ty jesteś tylko dorosłą wersją chłopaka, z którym grałem na trąbce w liceum Sióstr Miłosierdzia! Nie zagrałbyś nuty es, choćby zależało od tego twoje życie. A ty jesteś malarzem specjalizującym się w smokach i zaczarowanych księżniczkach!

Na pozostałych pracownikach firmy Lipidy Spółka z o.o. również nie zrobiło to większego wrażenia.

– W takim razie kim sam jesteś? – zapytał Berkowitz. – Myślałeś o tym kiedyś? Chcesz mi powiedzieć, że gdzieś tam nie może być większego świata? Nie można wykluczyć, że jesteś w najlepszym razie przypadkową myślą, która przyszła do głowy jakiemuś bezrobotnemu dyplomowanemu księgowemu, kiedy siedział na kiblu, czytając gazetę i waląc poranną kupę.

Sifkitz otworzył usta, żeby powiedzieć, że to śmieszne, ale coś w oczach Berkowitza sprawiło, że je z powrotem zamknął. Śmiało, mówiły te oczy. Zadaj mi pytanie. Powiem ci więcej, niż kiedykolwiek chciałeś wiedzieć.

– Kim jesteście, żeby mówić mi, że nie mogę dbać o formę? – zapytał zamiast tego Sifkitz. – Chcecie, żebym umarł w wieku pięćdziesięciu lat? Jezu Chryste, co z wami jest nie tak?

– Nie jestem filozofem, Mac – powiedział Freddy. – Wiem tylko, że moja ciężarówka wymaga remontu, na który mnie nie stać.

– A ja mam jedno dziecko, które potrzebuje butów ortopedycznych, i drugie, które muszę zapisać do logopedy – dodał Whelan.

– Faceci, którzy kopali tunel w Bostonie, mieli takie powiedzonko – odezwał się Berkowitz. – Nie zabijaj roboty, daj jej samej umrzeć. To wszystko, o co prosimy, Sifkitz. Pozwól nam się odkuć. Pozwól nam zarabiać na życie.

– To jakiś obłęd – mruknął Sifkitz. – Totalny…

– Gówno mnie obchodzi, jak się z tym czujesz, skurwielu! – wrzasnął Freddy i Sifkitz zdał sobie sprawę, że facet zaraz się rozpłacze. Ta konfrontacja była równie stresująca dla nich jak dla niego. Uświadomienie sobie tego było w jakiś sposób najgorsze. – Gówno mnie obchodzisz, jesteś dla mnie zerem, nie pracujesz, tylko się obijasz i robisz te swoje bohomazy, ale nie odbieraj chleba od ust naszym dzieciom, słyszysz? Nie waż się tego robić!

Freddy ruszył do przodu, zacisnął dłonie w pięści i zaczął nimi wymachiwać przed jego twarzą w absurdalnej bokserskiej pozie Johna L. Sullivana. Berkowitz położył mu rękę na ramieniu i odciągnął od Sifkitza.

– Nie bądź dupkiem, człowieku – powiedział Whelan. – Żyj i pozwól żyć innym, dobra?

– Daj nam umoczyć dziób – powtórzył Berkowitz i Sifkitz rozpoznał oczywiście ten zwrot: czytał Ojca chrzestnego i oglądał wszystkie trzy części filmu. Czy któryś z tych facetów potrafiłby użyć zwrotu lub frazy, które nie należały do jego języka? Wątpił w to. – Pozwól nam zachować godność, człowieku. Myślisz, że będziemy malować obrazy tak jak ty? – Roześmiał się. – Jasne, czemu nie. Gdybym namalował kota, musiałbym napisać pod spodem KOT, żeby ludzie wiedzieli, co to jest.

– Zabiłeś Carlosa – powiedział Whelan i Sifkitz pomyślał, że gdyby usłyszał w jego głosie oskarżycielski ton, mógłby ponownie wpaść w gniew. Słyszał jednak wyłącznie smutek. – Trzymaj się, człowieku, zobaczysz, sytuacja się poprawi, mówiliśmy mu, ale nie był silny. Nigdy nie potrafił, no wiesz, wybiegać myślą w przyszłość. Stracił całą nadzieję. – Whelan przerwał i spojrzał na ciemne niebo. Gdzieś niedaleko zahuczał ostro silnik dodge’a. – Od początku klepał biedę. Niektórzy ludzie tak mają, wiesz.

Sifkitz odwrócił się do Berkowitza.

– Postawmy sprawę jasno. Chcecie ode mnie…

– Nie zabijaj po prostu roboty – odparł Berkowitz. – To wszystko, czego chcemy. Niech umrze sama.

Sifkitz zdał sobie nagle sprawę, że może zrobić to, o co prosił go ten facet. I że nie musi to być wcale trudne. Pewni ludzie, jeśli zjedzą jeden pączek Krispy Kreme, nie spoczną, dopóki nie skończą całego opakowania. Gdyby był tego typu człowiekiem, mieliby poważny problem… ale przecież taki nie był.

– W porządku. Możemy spróbować – odparł i przyszedł mu do głowy pewien pomysł. – Myślisz, że mógłbym dostać firmową czapkę? – zapytał, wskazując tę, którą miał na głowie Berkowitz.

Ten uśmiechnął się. Uśmiech był krótki, lecz bardziej szczery od śmiechu, którym wybuchł, mówiąc, że gdyby namalował kota, musiałby go podpisać.

– To się da załatwić – powiedział.

Sifkitz spodziewał się, że w tym momencie Berkowitz poda mu rękę, ale tamten tego nie zrobił. Zmierzył go po prostu po raz ostatni wzrokiem spod daszka czapki, a potem ruszył w stronę ciężarówki. Pozostali dwaj poszli za nim.

– Czy po jakimś czasie uznam, że nic z tego się nie wydarzyło? – zapytał Sifkitz. – Że sam rozmontowałem stacjonarny rower, bo po prostu… nie wiem… po prostu miałem go dosyć.

Berkowitz zatrzymał się z ręką na klamce i obejrzał.

– Po jakim czasie byś chciał? – zapytał.

– Nie wiem – odparł Sifkitz. – Hej, czy tu nie jest pięknie?

– Zawsze było – rzekł Berkowitz. – Zawsze o to dbaliśmy.

W jego głosie zabrzmiał obronny ton, który Sifkitz wolał zignorować. Pomyślał, że nawet produkt czyjejś wyobraźni może mieć swoją dumę.

Przez kilka chwil stali tam na drodze, której Sifkitz nadał ostatnio w myślach nazwę Wielkiej Transkanadyjskiej Zagubionej Autostrady, nieco pompatyczną jak na bezimienną polną drogę wiodącą przez las, lecz mimo to całkiem ładną. Żaden z nich się nie odzywał. Gdzieś w pobliżu znowu zahukała sowa.

– W domu czy na dworze, nam wszystko jedno – dodał Berkowitz. A potem otworzył drzwiczki i siadł za kierownicą

– Dbaj o siebie – powiedział Freddy.

– Ale bez przesady – dodał Whelan.

Sifkitz stał w miejscu, kiedy ciężarówka zawróciła zgrabnie na trzy i ruszyła z powrotem tam, skąd przyjechała. Podobny do przewodu otwór zniknął, jednak Sifkitz specjalnie się tym nie przejął. Nie sądził, by miał problem z powrotem do piwnicy, kiedy nadejdzie pora. Berkowitz nie próbował wcale ominąć raleigha, ale przejechał po nim, kończąc dzieło, które już było skończone. Rozległ się głośny zgrzyt i brzęk metalu, kiedy połamały się szprychy w kołach. Tylne światła przygasły, a potem zniknęły za zakrętem. Sifkitz słyszał jeszcze przez jakiś czas warkot silnika, lecz potem i on ucichł.

Usiadł na drodze, a później położył się na plecach, przyciskając do piersi pulsujący lewy nadgarstek. Na niebie nie było gwiazd. Czuł się bardzo zmęczony. Lepiej nie zasypiaj, mówił sobie, z lasu może coś wyjść – na przykład niedźwiedź – i cię zjeść. A potem i tak zasnął.

Kiedy się obudził, leżał na cementowej podłodze w piwnicy. Wszędzie dookoła leżały rozmontowane części stacjonarnego roweru, ale nigdzie nie było ani jednej śruby czy sworznia. Na stojącym na skrzynce budziku była 20.43. Któryś z nich najwyraźniej wyłączył alarm.

Sam rozłożyłem rower na części, pomyślał. Taka jest moja wersja i jeśli będę się jej trzymał, wkrótce w nią uwierzę.

Wszedł schodami na parter i uznał, że jest głodny. Przyszło mu na myśl, żeby pójść do cukierni Dugana i kupić sobie kawałek szarlotki. Szarlotka nie jest w końcu najbardziej niezdrowym deserem pod słońcem, prawda? A kiedy tam dotarł, zdecydował, że zamówi ją ze wszystkimi dodatkami.

– Co tam, do diabła – powiedział do kelnerki. – Żyje się tylko raz, prawda?

– No cóż – odparła – Hindusi są innego zdania, ale jak Pan sobie życzy.

Dwa miesiące później Sifkitz dostał paczkę.

Czekała na niego w holu wejściowym jego budynku, kiedy wrócił z obiadu ze swoim agentem (zamówił rybę i jarzyny gotowane na parze, ale na deser wziął crème brűlée). Nie było na niej żadnych stempli, znaków Federal Express, Airborne Express czy UPS i żadnych znaczków. Wyłącznie jego nazwisko, które ktoś zapisał koślawymi drukowanymi literami: RICHARD SIFKITZ. Facet musi chyba pisać KOT pod obrazkiem, na którym go narysował, pomyślał i nie miał pojęcia, dlaczego coś takiego przyszło mu do głowy. Zabrał paczkę na górę i wziął z roboczego stołu nóż X-Acto, żeby ją otworzyć. W środku pod grubą warstwą bibułki była fabrycznie nowa czapka z daszkiem i plastikowym, regulowanym paskiem z tyłu. Na metce widniał napis Made in Bangladesh. Nad daszkiem wydrukowane było ciemnoczerwonym kolorem, który kojarzył mu się z tętniczą krwią, jedno słowo: LIPIDY.

– Co to takiego? – zapytał swoją pustą pracownię, obracając czapkę w dłoniach. – Jakiś cholerny rekwizyt?

Przymierzył czapkę. Z początku była za mała, ale kiedy zmienił ustawienia paska, pasowała idealnie. Przyjrzał jej się w lustrze w sypialni i nadal niezbyt mu się podobała. Zdjął ją wygiął w dół daszek i ponownie przymierzył. Teraz było prawie dobrze. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby zdjął wyjściowe ubranie i włożył pochlapane farbą dżinsy. Wyglądałby w niej jak prawdziwy człowiek pracy… którym wbrew temu, co niektórzy myśleli, naprawdę był.

Wkładanie czapki z napisem LIPIDY weszło mu w końcu w krew, podobnie jak branie dokładek w te dni tygodnia, które zaczynały się na P, i zamawianie u Dugana szarlotki ze wszystkimi dodatkami w czwartkowe wieczory. Bez względu na to, co głosiła hinduska filozofia, Richard Sifkitz uważał, że człowiek żyje tylko raz. A skoro tak, być może powinien spróbować po trosze wszystkiego.

Загрузка...