Po śmierci dziecka Emily zaczęła biegać. Z początku dobiegała tylko do końca podjazdu i stawała tam, ściskając dłońmi nogi tuż nad kolanami, potem do końca przecznicy, a wreszcie do sklepiku Kozy’ego u podnóża wzniesienia. Tam kupowała chleb lub margarynę, ewentualnie batoniki Ho Ho albo Ring Ding, jeśli nie przyszło jej na myśl nic innego. Początkowo wracała do domu normalnym krokiem, ale później biegła również w drodze powrotnej. W końcu zrezygnowała z batoników. Okazało się to zaskakująco trudne. Nie wiedziała, że cukier łagodzi smutek. A może batoniki stały się fetyszem. Tak czy inaczej Ho Ho musiały w końcu odejść. I odeszły. Wystarczało samo bieganie. Henry uważał, że to bieganie jest fetyszem, i przypuszczała, że ma rację.
– Co mówi o tym doktor Steiner? – zapytał.
– Doktor Steiner mówi: „biegaj do upadłego, to zwiększy wydzielanie endorfm”. – W rzeczywistości nie wspomniała Susan Steiner o bieganiu, od śmierci Amy nawet u niej nie była. – Mówi, że jeśli chcesz, może to zapisać na recepcie.
Emily zawsze potrafiła zwieść Henry’ego. Nawet po tym, jak zmarła Amy. Możemy mieć następne, powiedziała, siadając obok niego na łóżku, kiedy leżał ze skrzyżowanymi w kostkach nogami i płynącymi po policzkach łzami.
Jej słowa mu pomogły, i to dobrze, ale nie mogło być mowy o następnym dziecku, skoro towarzyszyło temu ryzyko znalezienia niemowlaka sinego i nieruchomego w kołysce. Nigdy więcej bezowocnego sztucznego oddychania, dzwonienia pod 911 i wysłuchiwania dyspozytorki powtarzającej: „Niech pani tak nie krzyczy, nie mogę pani zrozumieć”. Ale Henry nie musiał tego wiedzieć, a ona chciała go pocieszyć, przynajmniej na początku. Wierzyła, że to pocieszenie, a nie chleb jest pokarmem życia. Być może kiedyś będzie mogła znaleźć jakieś dla siebie. Na razie wyprodukowała wadliwe dziecko. To było najważniejsze. Nie mogła ryzykować, że coś takiego się powtórzy.
Później zaczęły się bóle głowy. Prawdziwe ataki. Poszła więc do doktora, ale nie do Susan Steiner, lecz do ich lekarza pierwszego kontaktu, doktora Mendeza. Mendez zapisał jej proszek o nazwie zomig. Do gabinetu, gdzie urzędował, pojechała autobusem, a potem pobiegła do apteki, żeby zrealizować receptę. Następnie potruchtała do domu – dwie mile – i gdy tam dotarła, czuła, jakby ktoś wbijał jej w bok stalowe widły, wysoko, między końcem żeber i pachą. Nie pozwoliła, by ją to zaniepokoiło. To był ból, który mija. Poza tym była wyczerpana i miała ochotę się przespać.
Przespała całe popołudnie. Na tym samym łóżku, na którym zmajstrowali Amy i na którym płakał Henry. Kiedy się zbudziła, widziała wirujące w powietrzu upiorne kręgi, wyraźny znak, że zaraz zacznie się to, co nazywała Słynnym Bólem Głowy Em. Łyknęła jedną nową tabletkę i ze zdziwieniem – nawet szokiem – skonstatowała, że ból podkulił ogon i wycofał się. Najpierw w tył głowy, a potem w ogóle. Przyszło jej na myśl, że powinni wynaleźć podobną tabletkę na śmierć dziecka.
Doszła do wniosku, że musi zbadać granice swojej odporności, i podejrzewała, że te badania trochę potrwają. Niedaleko domu była szkoła z bieżnią. Zaczęła tam jeździć wczesnym rankiem, zaraz po wyjściu Henry’ego do pracy. Henry nie rozumiał biegania. Jogging, owszem – wiele kobiet uprawiało jogging, żeby zrzucić cztery funty z pośladków, zmniejszyć o dwa cale obwód w biodrach. Ale Em nie miała zbędnych funtów, a poza tym jogging już jej nie wystarczał. Musiała biegać, i to szybko. Sens miało tylko szybkie bieganie.
Parkowała przy bieżni i biegała tak długo, aż nie mogła już przebiec ani jednego jardu, aż jej bezrękawnik uniwersytetu stanowego Florydy był mokry od potu z przodu i z tyłu, aż uginały się pod nią kolana i czasami wymiotowała ze zmęczenia.
Henry się dowiedział. Ktoś zobaczył, jak biegała tam sama o ósmej rano, i mu powiedział. Odbyli na ten temat dyskusję. Dyskusja przerodziła się w kłótnię, która kończy małżeństwo.
– To hobby – oświadczyła.
– Jodi Anderson powiedziała, że biegłaś do upadłego. Bała się, że masz atak serca. To nie jest hobby, Em. To nawet nie fetysz. To obsesja – odparł i spojrzał na nią z wyrzutem. Dopiero trochę później cisnęła w niego książką ale właśnie to ją sprowokowało. To pełne wyrzutu spojrzenie. Nie mogła go dłużej wytrzymać. Henry miał dość pociągłą twarz i pomyślała, że ma w domu owcę. Wyszłam za mąż za dorseta rogatego, pomyślała, i teraz przez cały dzień będę słyszała tylko beeee i beeee.
Spróbowała jednak jeszcze raz przedstawić w rozsądny sposób coś, czego jej zdaniem nie da się rozsądnie wytłumaczyć. Istniało magiczne myślenie; istniało również magiczne postępowanie. Na przykład bieganie.
– Maratończycy biegają do upadłego – powiedziała.
– Planujesz udział w maratonie?
– Może – odparła, ale uciekła w bok wzrokiem. Wyjrzała przez okno, na podjazd. Podjazd ją wzywał. Prowadził do ulicy, a ulica prowadziła w świat.
– Nie – rzekł Henry. – Nie weźmiesz udziału w maratonie. Nie planujesz udziału w maratonie.
Uświadomiła sobie – z poczuciem jaskrawej iluminacji, która towarzyszy odkryciu oczywistości – że to jest istota Henry’ego, jego pierdolona esencja. W ciągu sześciu lat ich małżeństwa zawsze doskonale wiedział, co myślała, czuła i planowała.
Pocieszałam cię, pomyślała – nie z wściekłością, ale czując, jak rodzi się w niej wściekłość. Leżałeś na łóżku i płakałeś, a ja cię pocieszyłam.
– Bieganie jest klasyczną psychologiczną reakcją na odczuwany przez ciebie ból – podjął tym samym poważnym tonem. – To się nazywa techniką uniku, kochanie. Ale jeżeli nie poczujesz bólu, nigdy nie zdołasz…
Wtedy właśnie złapała to, co miała najbliżej pod ręką, czyli broszurowe wydanie Córki opiekuna wspomnień. Próbowała przeczytać wcześniej tę książkę i ją odłożyła, ale wziął ją Henry i sądząc po zakładce, był teraz w dwóch trzecich lektury. Ma nawet gust dorseta rogatego, pomyślała i cisnęła w niego książką. Trafiła w ramię. Zszokowany, popatrzył na nią szeroko otwartymi oczyma i wyciągnął rękę. Może tylko po to, żeby ją przytulić, ale kto to może wiedzieć? Kto naprawdę może cokolwiek wiedzieć?
Gdyby wyciągnął rękę chwilę wcześniej, zdołałby chwycić ją za ramię, nadgarstek albo po prostu za T-shirt. Jednak szok spowolnił jego reakcję. Nie złapał jej, a ona puściła się biegiem, zwalniając tylko po to, by złapać swoją saszetkę, która leżała na stoliku przy drzwiach frontowych. Pobiegła podjazdem do ulicy. A potem w dół wzniesienia, tam gdzie chodziła przez krótki okres na spacer z dzieckiem, razem z innymi matkami, które jej teraz unikały. Tym razem nie miała zamiaru się zatrzymać ani nawet zwolnić. Ubrana tylko w szorty, tenisówki i T-shirt z napisem RATUJCIE CHEERLEADERKĘ, Emily wybiegła w świat. Pędząc w dół, założyła pasek z saszetką i zatrzasnęła klamrę. Co czuła?
Euforię. Wypełniającą ją energię.
Przebiegła przez miasto (dwie mile w dwadzieścia dwie minuty), nie zatrzymując się nawet na czerwonych światłach; kiedy się zapalały, przebierała nogami w miejscu. Dwaj chłopcy w odkrytym mustangu – pogoda zapowiadała się w sam raz na kabriolet – minęli ją na rogu Main i Eastern Street. Jeden z nich gwizdnął. Em pokazała mu wyciągnięty palec. Chłopak roześmiał się, klasnął w dłonie i mustang odjechał Main Street.
Nie miała dużo gotówki, ale w saszetce były dwie karty kredytowe. Lepsza była American Express, bo mogła na nią dostać czeki podróżne.
Zdała sobie sprawę, że nie wróci do domu, przynajmniej na razie. I kiedy ta świadomość zamiast smutku zrodziła w niej poczucie ulgi – być może nawet ekscytację uciekinierki – domyśliła się, że to nie jest chwilowa sprawa.
Weszła do hotelu Morris, żeby skorzystać z telefonu, i nagle pod wpływem impulsu postanowiła wynająć pokój. Czy mają coś na jedną noc? Mieli. Dała recepcjoniście swoją kartę AmEx.
– Chyba nie potrzebuje pani boya – powiedział facet, patrząc na jej szorty i T-shirt.
– Nie miałam czasu się spakować.
– Rozumiem – odparł tonem wskazującym, że nic nie rozumie. Wzięła klucz, który przesunął w jej stronę, i ruszyła przez szeroki hol w stronę wind, powstrzymując się, żeby nie pobiec.
Chciała kupić sobie trochę ciuchów – kilka spódniczek, kilka bluzek, dwie pary dżinsów, jeszcze jedne szorty – ale przed zakupami musiała zatelefonować – do Henry’ego i do ojca. Jej ojciec mieszkał w Tallahassee. Uznała, że najpierw zadzwoni do niego. Nie mogła sobie przypomnieć jego telefonu służbowego – pracował w kolumnie transportowej – ale pamiętała numer komórki. Odebrał po pierwszym dzwonku. W tle usłyszała silnik na wysokich obrotach.
– Em! Co u ciebie?
To powinno być trudne pytanie, jednak nie było.
– Wszystko w porządku, tato. Ale jestem w hotelu Morris. Chyba opuściłam Henry’ego.
– Na dobre czy tylko na próbę?
Nie wydawał się zaskoczony – łapał wszystko w lot; za to właśnie go kochała – lecz silnik w tle zmniejszył obroty, a potem ucichł. Domyśliła się, że ojciec wchodzi do swojego gabinetu, zamyka za sobą drzwi, być może bierze do ręki jej stojącą na zagraconym biurku fotografię.
– Nie mogę jeszcze powiedzieć. W tym momencie nie wygląda to najlepiej.
– O co poszło?
– O bieganie.
– Bieganie?
Em westchnęła.
– Niezupełnie. Wiesz, że czasami nie chodzi o to, o czym się mówi, ale o coś innego. O całą masę zupełnie innych rzeczy.
– O dziecko. – Od śmierci łóżeczkowej jej ojciec nie wymawiał imienia Amy. Teraz było to po prosto „dziecko”.
– I o sposób, w jaki sobie z tym radzę. Którego Henry nie potrafi zaakceptować. Uświadomiłam sobie, że chciałabym radzić sobie z różnymi sprawami tak, jak ja tego chcę.
– Henry to dobry człowiek, ale w specyficzny sposób patrzy na różne sprawy. To nie ulega wątpliwości.
Em czekała.
– Co mogę dla ciebie zrobić?
Powiedziała mu. Zgodził się. Wiedziała, że to zrobi, ale dopiero kiedy wszystkiego się od niej dowie. Chodziło głównie o to, że musiał jej wysłuchać, a Rusty Jackson był w tym dobry. Nie awansowałby z funkcji jednego z trzech mechaników w kolumnie transportowej do grona być może czterech najważniejszych osób w kampusie Tallahassee (i nie usłyszała tego od niego: nigdy nie mówił takich rzeczy ani jej, ani nikomu innemu), gdyby nie umiał słuchać.
– Poślę Mariette, żeby wysprzątała dom – powiedział.
– Nie musisz tego robić, tato. Umiem posprzątać.
– Chcę to zrobić – odparł. – Domowi należą się generalne porządki. Cholerna chałupa stoi zamknięta prawie od roku. Nie jeździłem do Vermillion od śmierci twojej matki. Wychodzi na to, że zawsze mam tu coś ważnego do roboty.
Matka Em też nie była już dla niego Debrą. Od pogrzebu (rak jajnika) była po prosto „twoją matką”.
Na pewno nie masz nic przeciwko? – chciała w tym momencie powiedzieć Em, lecz o coś takiego można zapytać obcą osobę, która wyświadcza ci uprzejmość. Albo ojca, który ma nieco inny charakter.
– Jedziesz tam, żeby pobiegać? – Wyczuła w jego tonie uśmiech. – Jest tam kawał plaży. I całkiem długi odcinek drogi. Jak dobrze wiesz. I nie będziesz musiała obijać się o ludzi. Do października w Vermillion jest spokojnie jak nigdy.
– Jadę tam, żeby pomyśleć. I chyba… zakończyć żałobę.
– W takim razie w porządku. Chcesz, żebym zarezerwował ci lot?
– Umiem to zrobić.
– Nie miałem co do tego wątpliwości. Dobrze się czujesz, Emmy?
– Tak.
– Masz taki głos, jakbyś płakała.
– Troszeczkę – odparła, ocierając policzki. – To wszystko wydarzyło się bardzo szybko. – Jak śmierć Amy, mogłaby dodać. Która umarła jak prawdziwa mała dama; bez jednego pisku monitora. Wychodź cicho, nie trzaskaj drzwiami, powtarzała często matka Em, kiedy Em była nastolatką.
– Henry nie przyjdzie do hotelu i nie będzie ci się naprzykrzał?
Usłyszała krótkie, delikatne zawahanie, nim użył słowa „naprzykrzał”, i uśmiechnęła się mimo łez, które płynęły jej z oczu dość rzęsiście.
– Jeżeli pytasz, czy ma zamiar tu przyjść i mnie pobić… to nie w jego stylu.
– Człowiek czasami zmienia styl, kiedy żona opuszcza go… żeby pobiegać.
– Ale nie Henry – odparła. – To nie jest człowiek, który sprawiałby kłopoty.
– Na pewno nie chcesz przyjechać najpierw do Tallahassee?
Zawahała się. Częściowo chciała, ale…
– Potrzebuję trochę czasu dla siebie, zanim zrobię cokolwiek innego. To wszystko wydarzyło się bardzo szybko – powtórzyła, chociaż podejrzewała, że dojrzewało już od pewnego czasu. Mogło nawet tkwić w DNA ich małżeństwa.
– W porządku. Kocham cię, Emmy.
– Ja też cię kocham, tato. Dziękuję. – Przełknęła ślinę. – Bardzo ci dziękuję.
Henry nie sprawiał kłopotów. Nie zapytał nawet, skąd dzwoni.
– Może nie tylko ty potrzebujesz trochę czasu dla siebie – powiedział. – Może tak będzie lepiej.
Powstrzymała pragnienie – które uderzyło ją jako jednocześnie normalne i absurdalne – żeby mu podziękować. Milczenie wydawało się najlepsze. To, co powiedział później, utwierdziło ją w przekonaniu, że dobrze zrobiła.
– Do kogo zadzwoniłaś o pomoc? Do króla kolumny samochodowej?
Tym razem opanowała się, żeby nie zapytać, czy zadzwonił już do swojej matki. Wzajemne docinki nigdy niczego nie rozwiązywały.
– Jadę do Vermillion – powiedziała. Miała nadzieję, że spokojnie. – Tato ma tam domek.
– Tę plażową budkę. – Słyszała niemal, jak jej mąż marszczy nos. Podobnie jak batoniki Ho Ho oraz Twinkies, domy, które miały tylko trzy pokoje i zero garażu, nie mieściły się w systemie wierzeń Henry’ego.
– Zadzwonię do ciebie, kiedy tam dotrę.
Nastało długie milczenie. Wyobraziła sobie, jak Henry walczy z ogarniającym go gniewem, z głową opartą o ścianę kuchni i dłonią ściskającą słuchawkę telefonu tak mocno, aż bieleją mu knykcie. Walczy z nim z powodu sześciu w większości dobrych lat, które razem spędzili. Miała nadzieję, że mu się uda. Jeśli rzeczywiście to właśnie teraz robił.
Kiedy się ponownie odezwał, wydawał się spokojny, ale wyczerpany.
– Masz swoje karty kredytowe?
– Tak. I nie będę z nich nadmiernie korzystać. Ale chcę moją połowę… – Przerwała i przygryzła wargę. O mało nie nazwała swojej zmarłej córki dzieckiem, a to nie byłoby w porządku. Może było w porządku dla jej ojca, lecz nie dla niej. Zaczęła od nowa. – Chcę moją połowę pieniędzy na studia Amy. Pewnie nie ma ich za dużo, ale…
– Jest więcej, niż myślisz – odparł. W jego głosie znowu zabrzmiało zdenerwowanie. Nie utworzyli tego funduszu po urodzeniu Amy ani nawet po zajściu Em w ciążę, ale zaraz po pierwszych próbach spłodzenia dziecka. Próby trwały cztery lata i zanim Emily w końcu zaszła w ciążę, zaczęli już napomykać o leczeniu bezpłodności. Albo o adopcji. – Te inwestycje nie okazały się po prostu dobre, to był prawdziwy uśmiech fortuny, zwłaszcza akcje firm software’owych. Mort wykupił je w odpowiednim czasie i w odpowiednim czasie sprzedał. Nie będziesz chciała zarzynać kury znoszącej złote jajka.
Znowu mówił jej, co powinna, a czego nie powinna robić.
– Dam ci adres, jak tylko będę go miała. Rób, co chcesz, ze swoją połową ale moją zamień na gotówkę.
– Nadal w biegu – mruknął i chociaż ten jego profesorski, chłodny ton sprawił, że miała ochotę rzucić w niego kolejną książką – tym razem w twardej oprawie – zachowała milczenie.
W końcu westchnął.
– Słuchaj, Em, mam zamiar wyjść na parę godzin. Wróć i weź ubrania i co tam chcesz. Zostawię ci trochę pieniędzy na toaletce.
Przez moment kusiło ją żeby się zgodzić; a potem przypomniała sobie, że zostawianie pieniędzy na toaletce to coś, co robią mężczyźni, kiedy chodzą na kurwy.
– Nie – powiedziała. – Chcę zacząć wszystko od nowa.
– Em. – W słuchawce zapadła długa cisza. Domyśliła się, że walczy z emocjami, i to sprawiło, że znowu stanęły jej w oczach łzy. – Czy to już koniec z nami?
– Nie wiem. – Starała się, żeby nie załamał jej się głos. – W tej chwili trudno coś powiedzieć.
– Gdybym miał zgadywać – mruknął – powiedziałbym, że tak. To, co się dzisiaj stało, świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że zdrowa kobieta może przebiec długi dystans.
– Zadzwonię do ciebie – powiedziała.
– A po drugie, że jeśli chodzi o małżeństwo, żywe dzieci są klejem. Martwe są kwasem.
To zraniło ją bardziej niż cokolwiek innego, co mógł powiedzieć, ponieważ zredukowało Amy do brzydkiej metafory. Em nie mogłaby czegoś takiego powiedzieć. Nie sądziła, by była do tego kiedykolwiek zdolna.
– Zadzwonię do ciebie – powtórzyła i rozłączyła się.
I tak Emily Owensby pobiegła do końca podjazdu, a potem w dół, do sklepiku Kozy’ego i bieżnią przy szkole Cleveland South. Dobiegła do hotelu Morris. Zrzuciła z siebie małżeństwo, tak jak kobieta zrzuca z nóg sandały, gdy postanawia sobie odpuścić i pobiec szybciej. Następnie pobiegła (z pomocą Southwest Airlines) do Fort Myers na Florydzie, gdzie wynajęła samochód i pojechała na południe do Naples. Vermillion Key leżał otumaniony i kompletnie opustoszały w czerwcowej spiekocie. Droga, która prowadziła wzdłuż plaży od mostu zwodzonego do podjazdu ojca, miała dwie mile długości. Przy końcu podjazdu stała niepomalowana plażowa budka, obskurna rudera z niebieskim dachem i łuszczącymi się niebieskimi okiennicami z zewnątrz oraz klimatyzacją i komfortowym wyposażeniem w środku.
Kiedy Em zgasiła silnik nissana avisa, słychać było tylko załamujące się na pustej plaży fale i przerażonego ptaka, który krzyczał gdzieś w pobliżu Uch-och! Uch-och!
Em położyła głowę na kierownicy i przez pięć minut płakała, pozwalając, by uszło z niej całe napięcie i stres ostatniego półrocza. W każdym razie próbowała to zrobić. W zasięgu głosu nie było nikogo oprócz krzyczącego Uch-och! Uch-och! ptaka. Kiedy przestała w końcu płakać, zdjęła T-shirt i wytarła wszystko: smarki, pot i łzy. Wytarła się do miejsca, gdzie zaczynał się jej prosty szary sportowy biustonosz. A potem podeszła do domu. Pod jej tenisówkami zachrzęściły muszle i fragmenty korali. Kiedy pochyliła się, żeby wyjąć klucz z pudełka po pastylkach na ból gardła, schowanego pod mimo-wszystko-uroczym ogrodowym krasnalem w spłowiałym czerwonym kapturku, uświadomiła sobie nagle, że od ponad tygodnia nie bolała jej głowa. Co ją ucieszyło, ponieważ jej zomig był ponad tysiąc mil stąd.
Piętnaście minut później biegła plażą, ubrana w szorty i jedną ze starych koszul ojca.
Przez następne trzy tygodnie jej życie toczyło się według prostego wzoru. Na śniadanie wypijała kawę i sok pomarańczowy, na lunch zjadała wielką porcję zielonej sałatki, a na kolację pożerała gotowe dania Stouffera, najczęściej makaron z serem albo siekaną wołowinę na grzance – którą jej ojciec nazywał gównem na desce. Węglowodany bardzo się przydały. Rano, kiedy było chłodno, biegła na bosaka wzdłuż plaży, przy samej wodzie, gdzie piasek był twardy i w zasadzie bez muszelek. Po południu, kiedy panował upał (i często padało), biegła drogą, która przeważnie była zacieniona. Czasami przemakała do suchej nitki. Biegła wówczas w deszczu, często się uśmiechając, niekiedy nawet się śmiejąc, a po powrocie rozbierała się w sieni i wrzucała mokre ubranie do pralki, która stała tylko trzy kroki od prysznica.
Z początku przebiegała dwie mile plażą i jedną milę drogą. Po trzech tygodniach robiła trzy mile plażą i dwie drogą. Rusty Jackson, którego zainspirowała jakaś stara piosenka, lubił nazywać swoją pustelnię Małą Trzcinową Chatką. Stała na północnym krańcu wyspy i nie przypominała z wyglądu żadnego innego domu na Vermillion; całą resztę zagarnęli bogaci, superbogaci oraz na południowym krańcu, gdzie stały trzy McPałace, absurdalnie bogaci. Kiedy biegła drogą, mijały ją czasem ciężarówki załadowane sprzętem ogrodniczym, ale nigdy samochody osobowe. Mijane przez nią domy były zamknięte, a podjazdy zagrodzone, i miały takie pozostać aż do października, kiedy pojawiali się pierwsi właściciele. Zaczęła je na własny użytek nazywać: ten z kolumnami był Tarą, temu za wysokim żelaznym ogrodzeniem nadała nazwę Club Fed, ten za brzydkim szarym betonowym murem był Bunkrem. Jedyny mniejszy budynek, zasłonięty w większości przez palmy, został Domkiem Trolli, które – jak sobie wyobrażała – odżywiały się ciasteczkami Troll House.
Na plaży widywała czasami wolontariuszy ze służby ochrony żółwi i wkrótce zaczęła ich pozdrawiać po imieniu. „Hej, Em”, odpowiadali, kiedy koło nich przebiegała. Rzadko spotykała kogoś innego, chociaż raz przeleciał nad nią helikopter. Pasażer – młody mężczyzna – wychylił się i jej pomachał. Em też mu pomachała, z twarzą bezpiecznie schowaną pod daszkiem czapki drużyny Noles.
Robiła zakupy w Publix, pięć mil dalej na północ, przy drodze numer 41. Gdy wracała do domu, zatrzymywała się często przy antykwariacie Bobby’ego Tricketta, który choć znacznie większy od pustelni jej ojca, także sprawiał wrażenie nadmorskiej budki. Kupowała tam stare kryminały Raymonda Chandlera i Eda McBaina z kartkami zbrązowiałymi na brzegach i pożółkłymi w środku, pachnące słodko i nostalgicznie zupełnie jak stary ford kombi z drewnianą karoserią, którego zobaczyła na drodze numer 41 z przywiązanymi do dachu dwoma ogrodowymi fotelami i wystającą z tyłu sponiewieraną do niemożliwości deską surfingową. Nie musiała kupować żadnych książek Johna D. MacDonalda; ojciec miał całą jego kolekcję na półkach zbitych ze skrzynek po pomarańczach.
Pod koniec lipca przebiegała sześć, a czasem siedem mil dziennie – cycki zmieniły się jej w orzeszki, a tyłek praktycznie znikł – i zastawiła dwie puste półki taty książkami w rodzaju Umarłe miasto i Sześć niegodziwości. Telewizor nigdy nie był włączany wieczorem, nawet na prognozę pogody. Stary pecet ojca stał nieużywany. Nigdy nie kupiła gazety.
Ojciec dzwonił co drugi dzień, ale przestał pytać, czy chce, żeby „się wyrwał” i do niej przyjechał, gdy oznajmiła, że kiedy będzie gotowa się spotkać, sama mu o tym powie. Powiedziała, że nie ma nastrojów samobójczych (prawda), nie jest nawet w depresji (nieprawda) i dobrze się odżywia. To wystarczyło Rusty’emu. Zawsze byli wobec siebie szczerzy. Wiedziała, że latem miał zawsze mnóstwo roboty – wszystko, z czym wstrzymywano się, kiedy dzieciaki włóczyły się po całym kampusie (który nazywał stale fabryką), trzeba było zrobić między piętnastym czerwca i piętnastym września, gdy na miejscu byli tylko letni studenci i uczestnicy zorganizowanych przez administrację konferencji.
Poza tym miał przyjaciółkę o imieniu Melody. Em nie lubiła do nich jeździć – dziwnie się czuła w jej obecności – ale wiedziała, że tata jest z nią szczęśliwy, i zawsze pytała, jak się czuje Melody. Świetnie, odpowiadał niezmiennie. Mel jest zdrowa jak ryba.
Raz zadzwoniła do Henry’ego i raz Henry zadzwonił do niej. Tego wieczoru, kiedy to zrobił, Em odniosła wrażenie, że był wstawiony. Zapytał ponownie, czy między nimi wszystko skończone, a ona ponownie odparła, że nie wie, ale to było kłamstwo. Chyba kłamstwo.
W nocy spała, jakby pogrążyła się w śpiączce. Na początku miała złe sny – bez przerwy śnił jej się ten ranek, kiedy znaleźli Amy martwą. W niektórych snach jej dziecko robiło się czarne niczym zgniła truskawka. W innych – te były gorsze – Amy dusiła się i ratowali ją, stosując sztuczne oddychanie. Były gorsze, bo po obudzeniu uświadamiała sobie, że Amy jednak nie żyje. Obudziła się raz z takiego snu w trakcie burzy z piorunami i ześliznęła naga z łóżka na podłogę. Płakała z łokciami opartymi o kolana i wbitymi w policzki dłońmi, które wykrzywiały jej twarz niczym w uśmiechu, podczas gdy błyskawice migotały nad zatoką malując niebieskie wzory na ścianie.
W miarę jak zmuszała się do coraz większego wysiłku – badając owe osławione granice wytrwałości – sny zniknęły albo przestała je zapamiętywać. Budziła się nie tyle odświeżona, ile wewnętrznie odblokowana. I chociaż każdy dzień był w zasadzie podobny do poprzedniego, każdy zaczął się wydawać czymś nowym – czymś niezależnym – a nie przedłużeniem tego, co było wcześniej. Budząc się któregoś ranka, zdała sobie sprawę, że śmierć Amy zaczyna stawać się czymś, co się wydarzyło, a nie czymś, co się dzieje.
Postanowiła poprosić ojca, żeby przyjechał – i jeśli chce, zabrał ze sobą Melody. Poczęstuje ich wykwintnym obiadem. Mogli na jakiś czas zostać (to w końcu jego dom). A potem zacznie się zastanawiać, co zrobić ze swoim prawdziwym życiem, tym, które czekało na nią po drugiej stronie zwodzonego mostu: co chce zatrzymać, a co wyrzucić.
Doszła do wniosku, że niedługo do niego zadzwoni. Za tydzień. Najpóźniej za dwa. Odpowiednia pora jeszcze nie nadeszła, ale była blisko. Bardzo blisko.
Pewnego popołudnia, niedługo po tym, jak skończył się lipiec i zaczął sierpień, Deke Hollis powiedział jej, że ma na wyspie towarzystwo. Nazywał zawsze Vermillion wyspą, nigdy rafą.
Deke był ogorzałym pięćdziesięciolatkiem, a może nawet siedemdziesięciolatkiem. Wysoki i chudy, nosił sfatygowany słomiany kapelusz, który wyglądał jak odwrócony talerz od zupy Od siódmej rano do siódmej wieczorem obsługiwał most zwodzony między Vermillion i stałym lądem. Robił to od poniedziałku do piątku. W weekendy jego obowiązki przejmował „dzieciak” (mający około trzydziestki). Gdy Em podbiegała czasami do mostu i widziała, że w starym trzcinowym fotelu przed stróżówką siedzi dzieciak zamiast Deke’a i czyta „Maxima” albo „Popularną mechanikę”, a nie „New York Timesa”, uświadamiała sobie z zaskoczeniem, że jest znowu sobota.
Jednak tego popołudnia na posterunku ujrzała Deke’a. Kanał między Vermillion i stałym lądem – określany przez niego mianem gadzieli (domyślała się, że chodzi mu o gardziel), był pusty i ciemny pod ciemnym niebem. Na balustradzie mostu od strony zatoki stała czapla, medytując albo wypatrując ryb.
– Towarzystwo? – zdziwiła się Em. – Nie mam żadnego towarzystwa.
– Nie miałem tego na myśli. Wrócił Pickering. Spod numeru trzysta sześćdziesiątego szóstego. Przywiózł jedną ze swoich „bratanic”. – Deke przewrócił niebieskimi oczami – do tego stopnia wyblakłymi, że wydawały się niemal bezbarwne – żeby podkreślić cudzysłów, którym opatrzył słowo „bratanice”.
– Nikogo nie widziałam – powiedziała Em.
– Jasne – zgodził się Deke. – Przejechał tym swoim wielkim czerwonym mercem mniej więcej godzinę temu, kiedy dopiero wiązałaś sznurowadła. – Pochylił się do przodu i gazeta zachrzęściła, przyciśnięta jego płaskim brzuchem. Zobaczyła, że rozwiązał już połowę krzyżówki. – Co rok inna bratanica. Zawsze młoda. Czasami dwie bratanice, jedna w sierpniu, druga we wrześniu – dodał po chwili.
– Nie znam go – powiedziała Em. – I nie widziałam żadnego czerwonego mercedesa. – Nie wiedziała także, który dom ma numer 366. Przyglądała się samym budynkom, ale rzadko zwracała uwagę na skrzynki pocztowe. Z wyjątkiem naturalnie tej z numerem 219, która na szczycie miała stojące w rządku drewniane ptaki. (Stojący w głębi dom był oczywiście Ptaszarnią).
– Nieważne – odparł Deke. Tym razem zamiast przewrócić oczyma, opuścił kąciki ust, jakby miał w nich coś niesmacznego. – Przywozi je tutaj mercedesem, a potem odwozi do St. Petersburga swoją łodzią. Wielkim białym jachtem. Nazywa się „Playpen”. Przepłynął kanałem dziś rano. – Kąciki jego ust ponownie się wykrzywiły. Gdzieś daleko zagrzmiało. – Bratanice zwiedzają dom, potem wypływają na wycieczkę jachtem i nie widzimy Pickeringa aż do stycznia, kiedy w Chicagolandzie robi się zimno.
Em widziała być może przycumowany przy brzegu biały jacht podczas porannej przebieżki po plaży, ale nie była tego pewna.
– Za dzień albo dwa… może za tydzień… przyśle tu dwóch facetów i jeden z nich odwiezie mercedesa tam, gdzie go trzyma. Pewnie w okolicy prywatnego lotniska w Naples.
– Musi być bardzo bogaty – rzekła Em. Była to najdłuższa rozmowa, jaką kiedykolwiek odbyła z Dekiem, w dodatku dość interesująca, lecz mimo to zaczęła truchtać w miejscu. Częściowo, żeby nie zesztywniały jej mięśnie, ale przede wszystkim dlatego, że ciało wzywało ją do biegu.
– Bogaty jak Scrooge McDuck, ale mam wrażenie, że Pickering nie jest dusigroszem. Wydaje szmal na rzeczy, których wujek Scrooge nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Słyszałem, że zarobił na jakimś komputerowym biznesie. – Zmrużył oczy. – Tak jak oni wszyscy, prawda?
– Chyba tak – odparła, wciąż truchtając w miejscu. Znowu zagrzmiało, tym razem bardziej stanowczo niż poprzednio.
– Wiem, że się pani spieszy, ale nie rozmawiam z panią bez powodu. – Deke złożył gazetę, położył ją obok starego trzcinowego fotela i postawił na niej filiżankę, żeby nie porwał jej wiatr. – Normalnie nie wypowiadam się na temat ludzi mieszkających na wyspie… wielu z nich to bogacze i nie zagrzałbym długo miejsca, gdybym mielił jęzorem, jednak lubię cię, Emmy. Trzymasz się na uboczu, ale nie zadzierasz nosa. Poza tym lubię twojego ojca. Wypiliśmy razem niejedno piwo.
– Dzięki – powiedziała. Była wzruszona. I uśmiechnęła się, ponieważ przyszła jej do głowy pewna myśl. – Czy tato poprosił, żeby miał pan na mnie oko? – zapytała.
Deke potrząsnął głową.
– Nigdy by tego nie zrobił. Nigdy by o to nie poprosił. To nie w stylu R.J. Ale powiedziałby pani to samo co ja: Jim Pickering to niezbyt miły facet. Trzymałbym się od niego z daleka. Gdyby zaprosił panią na drinka albo nawet tylko na filiżankę kawy z nim i nową „bratanicą”, odmówiłbym. A gdyby zaprosił panią na przejażdżkę łodzią, zdecydowanie bym odmówił.
– Nie jestem zainteresowana przejażdżkami łodzią – odparła. Interesowało ją zakończenie tego, co miała do zrobienia w Vermillion Key. Czuła, że zostało jej bardzo niewiele. – I lepiej pobiegnę już z powrotem, zanim zacznie padać.
– Nie powinno padać przed piątą – ocenił Deke. – Ale nawet jeśli się mylę, nie sądzę, żeby coś się pani stało.
Emily znowu się uśmiechnęła.
– Też tak podejrzewam. Wbrew popularnej opinii kobiety nie rozpuszczają się na deszczu. Powiem tacie, że pana spotkałam.
– Niech pani to zrobi. – Deke pochylił się, żeby podnieść gazetę, a potem znieruchomiał i spojrzał na nią spod swojego śmiesznego kapelusza. – A jak się pani właściwie czuje?
– Lepiej – odparła. – Z każdym dniem coraz lepiej. – Odwróciła się i zaczęła biec z powrotem drogą do Małej Trzcinowej Chatki. Uniosła rękę na pożegnanie i kiedy to zrobiła, czapla, która siedziała wcześniej na balustradzie mostu zwodzonego, przeleciała obok niej, trzymając rybę w długim dziobie.
Okazało się, że numer trzysta sześćdziesiąty szósty to Bunkier i po raz pierwszy od jej przyjazdu do Vermillion brama była uchylona. A może była uchylona już wcześniej, kiedy biegła w stronę mostu? Nie pamiętała, lecz od pewnego czasu zaczęła nosić zegarek, nieporęczny gadżet z wielkim cyfrowym wyświetlaczem, żeby móc sobie mierzyć czas. Mijając bramę, pewnie na niego patrzyła.
Nie zamierzała wcale zwalniać – nadciągała burza – ale nie miała w końcu na sobie zamszowej spódniczki od Jill Anderson za tysiąc dolców, tylko zestaw z Athletic Attic: szorty i T-shirt ze znakiem Nike’a. Poza tym co takiego powiedziała Deke’owi? Kobiety nie rozpuszczają się na deszczu. Dlatego zwolniła, zakręciła i zajrzała do środka. Ze zwykłej ciekawości.
Wydawało jej się, że zaparkowany na dziedzińcu mercedes to 450 SL, ponieważ jej ojciec miał podobnego, ale jego był teraz dość stary, a ten wyglądał na fabrycznie nowy, landrynkowo czerwony, z karoserią lśniącą pod ciemniejącym niebem. Z otwartego bagażnika zwisały długie blond włosy, na których dostrzegła krew.
Czy Deke powiedział, że Pickeringowi towarzyszyła blondynka? To pytanie od razu sobie zadała i była tak zszokowana, tak kurewsko zdumiona, że nie powinno to wcale dziwić. Wydawało się to całkiem rozsądnym pytaniem i odpowiedź brzmiała: nie, Deke nie powiedział. Mówił tylko, że była młoda i że to bratanica, przewracając przy tym oczyma.
Zagrzmiało. Teraz już prawie nad jej głową. Dziedziniec był pusty, jeśli nie liczyć samochodu (i blondynki w bagażniku). Dom też wydawał się opustoszały: zamknięty na głucho i bardziej niż kiedykolwiek podobny do bunkra. Tego wrażenia nie łagodziły nawet kołyszące się wokół niego palmy.
Em wydawało się, że słyszy jęk. W ogóle się nie zastanawiając, pobiegła przez bramę do samochodu. Dziewczyna w bagażniku nie mogła jęknąć. Chociaż jej oczy były otwarte, miała rany od noża co najmniej w kilkudziesięciu miejscach i gardło poderżnięte od ucha do ucha.
Em stała, zaglądając do bagażnika, zbyt zszokowana, by się poruszyć, zbyt zszokowana, by nawet odetchnąć. Nagle przyszło jej do głowy, że to nie jest prawdziwa martwa dziewczyna, to tylko filmowy rekwizyt. Chociaż zdrowy rozsądek podpowiadał, że to bzdura, ta część jej umysłu, która specjalizowała się w racjonalizacjach, uczepiła się skwapliwie tej wersji. Wymyśliła nawet całą historyjkę, by ją uprawdopodobnić. Deke nie lubił Pickeringa i kobiet, które mu towarzyszyły. No więc wyobraźcie sobie, że Pickering też nie lubił Deke’a! To nic innego jak wymyślny psikus. Pickering przejedzie przez most z umyślnie uchylonym bagażnikiem, spod którego klapy będą wystawały te fałszywe blond włosy i…
Z bagażnika dobywał się jednak smród – kału i krwi. Em wyciągnęła rękę i dotknęła policzka pod wytrzeszczonym okiem. Był zimny, ale to była skóra. O Boże, ludzka skóra.
Usłyszała za sobą jakiś dźwięk. Czyjeś kroki. Zaczęła się obracać i coś spadło jej na głowę. Nie poczuła bólu, ujrzała tylko jaskrawą biel, która spowiła cały świat. A potem świat pociemniał.
Kiedy się ocknęła, siedziała przymocowana taśmą do krzesła w dużej kuchni, w której były okropne stalowe urządzenia: zlewozmywak, lodówka, zmywarka oraz piekarnik wyglądający jak coś, co powinno się znaleźć na wyposażeniu restauracji. Tylna część jej głowy wysyłała długie, powolne fale bólu do przedniej części. Zrób coś z tym, mówiła każda z nich. Zrób coś z tym!
Przy zlewozmywaku stał wysoki szczupły mężczyzna w szortach khaki i starej czerwonej golfowej koszulce. W bezlitosnym świetle kuchennych jarzeniówek zobaczyła pogłębiające się kurze łapki w kąciku jego oka i krótko obcięte włosy, przyprószone siwizną na skroniach. Dawała mu mniej więcej pięćdziesiąt lat. Mył w zlewie kłutą ranę, którą miał na ramieniu tuż pod łokciem.
Nagle obrócił głowę ze zwierzęcą szybkością, która sprawiła, że ścisnęło ją w żołądku. Błękit jego oczu był znacznie wyraźniejszy od błękitu oczu Deke’a Hollisa. Nie ujrzała w nich nic, co świadczyłoby o zdrowiu psychicznym, i jeszcze bardziej upadła na duchu. Na podłodze – która miała ten sam brzydki szary kolor co ściany zewnętrzne, tyle że nie była betonowa, a wyłożona terakotą – widniała ciemna wilgotna smuga szerokości mniej więcej dziewięciu cali. Em pomyślała, że to chyba krew. Łatwo było sobie wyobrazić pozostawiające ją jasne włosy dziewczyny, którą Pickering ciągnął za nogi w jakieś nieznane miejsce.
– Obudziłaś się – powiedział. – To bardzo dobrze. Znakomicie. Myślisz, że chciałem ją zabić? Miała nóż w pieprzonej skarpetce. Uszczypnąłem ją tylko w ramię, nic więcej. – Przez chwilę chyba się nad tym zastanawiał, wycierając jednocześnie zwiniętymi kuchennymi ręcznikami krawędzie ciemnej, wypełnionej krwią rany. – No i lekko w cycek. Ale wszystkie dziewczęta mogą się tego spodziewać. Albo powinny. To się nazywa gra wstępna. Czy, w tym wypadku, gra „występna”.
Zaznaczył cudzysłów pierwszym i drugim palcem obu dłoni. Wyglądało to tak, jakby próbował się z nią pobawić w koci, koci, łapci. Poza tym robił wrażenie stukniętego. W gruncie rzeczy nie było wątpliwości co do stanu jego umysłu. Nad ich głowami uderzył piorun, łoskot przypominał przewracanie mebli. Em podskoczyła – o ile można podskoczyć, kiedy jest się przywiązanym do kuchennego krzesła – ale stojący przy dwukomorowym zlewie z nierdzewnej stali facet nie uniósł nawet głowy. Zupełnie jakby nic nie usłyszał. Wysunął do przodu dolną wargq.
– Więc jej go odebrałem. A potem straciłem głowę. Przyznaję. Ludzie myślą, że jestem superopanowany i staram się zasłużyć na taką opinię. Naprawdę. Staram się zasłużyć na taką opinię. Ale każdy facet może stracić głowę. Z tego właśnie nie zdają sobie sprawy. Każdy facet. W pewnych szczególnych okolicznościach.
Deszcz lał się strumieniami, jakby Bóg spuścił wodę w swojej osobistej toalecie.
– Kto może podejrzewać, że tu jesteś?
– Mnóstwo ludzi – odparła bez wahania.
Doskoczył do niej w okamgnieniu. Okamgnienie było odpowiednim słowem. Jeszcze przed chwilą stał przy zlewie, a teraz był tuż przy niej i tłukł ją po twarzy tak mocno, że przed oczyma eksplodowały jej białe gwiazdy i wirując dookoła, zostawiały za sobą jasne kometarne warkocze. Głowa przechyliła się jej na bok, włosy opadły na policzek i poczuła napływającą do ust krew. Miała pękniętą dolną wargę. Zęby skaleczyły ją od środka, i to głęboko. Na dworze lało. Umrę w czasie deszczu, pomyślała Em, ale w to nie wierzyła. Może nikt w to nie wierzy, kiedy naprawdę przychodzi ten moment.
– Kto wie?! – ryknął, nachylając się nad jej twarzą.
– Mnósztwo ludzi – powtórzyła, sepleniąc, ponieważ spuchła jej dolna warga. Poczuła, jak krew spływa jej cienką strużką po podbródku. Ale jej umysł nie spuchł mimo bólu i lęku. Wiedziała, że jedyną szansą jest przekonanie tego faceta, że złapią go, jeśli ją zabije. Oczywiście złapią go również, kiedy ją wypuści, ale tym zajmie się później. Jeden koszmar na raz.
– Mnósztwo ludzi! – powtórzyła jeszcze raz wyzywająco.
Facet pomknął do zlewozmywaka. Kiedy wrócił, miał w ręku nóż. Mały. Niewykluczone, że ten sam, który zabita dziewczyna wyciągnęła ze skarpetki. Przytknął jego czubek do dolnej powieki Em i pociągnął ją w dół. W tym momencie opróżniła pęcherz, gwałtownie, silną strugą.
Na twarzy Pickeringa pojawił się na moment wyraz najwyższego niesmaku, lecz mimo to wydawał się równocześnie zachwycony. W jakiejś części swojego umysłu Em usiłowała pojąć, jak można ulegać dwóm tak sprzecznym emocjom. Dał pół kroku do tyłu, ale czubek noża nawet nie drgnął. Nadal wbijał się w jej skórę, ściągając w dół dolną powiekę i wpychając gałkę oczną głębiej w oczodół.
– No pięknie – powiedział. – Kolejny bałagan do posprzątania. Ale można się było tego spodziewać. Można. Jak powiedział pewien człowiek, na zewnątrz jest więcej miejsca niż w środku. Tak powiedział pewien człowiek. – Po tych słowach się roześmiał, wydając krótkie parsknięcie, a potem pochylił się do przodu i spojrzał swoimi jasnobłękitnymi oczami w jej piwne. – Wymień jedną osobę, która wie, że tu jesteś. Nie wahaj się. NIE WAHAJ SIĘ. Jeśli się zawahasz, będę wiedział, że coś kombinujesz. Wydłubię ci oko i wyrzucę je do zlewu. Mogę to zrobić. Więc powiedz mi. Już!
– Deke Hollis. – To był brzydki donos, ale zrobiła to zupełnie instynktownie. Nie chciała stracić oka.
– Kto jeszcze?
Nie przychodziło jej na myśl żadne inne nazwisko – w głowie miała pustkę – i wierzyła mu, kiedy powiedział, że chwila wahania będzie ją kosztowała lewe oko.
– Nikt więcej, jasne?! – zawołała. I chyba wystarczy, że wiedział Deke. Jedna osoba wystarczy, ale jeśli facet był dość szalony, żeby…
Pickering odsunął nóż i choć nie mogła tego widzieć, poczuła, że w miejscu, którego dotykał, zakwitła perełka krwi. Nie przejmowała się tym. Cieszyła się, że w ogóle jeszcze coś widzi.
– No dobrze – mruknął. – W porządku, dobrze, w porządku. – Wrócił do zlewozmywaka i wrzucił do niego mały nóż. Em odczuła ulgę. A potem otworzył jedną z szuflad pod zlewem i wyjął z niej większy: długi, spiczasty rzeźnicki nóż. – No dobrze – powtórzył. Nie był pobrudzony krwią nie widziała na nim ani jednej kropelki. Jak to możliwe? Jak długo była nieprzytomna? – Przeczesał dłonią, w której nie trzymał noża, swoje krótko przycięte, głupio ufryzowane włosy. – Kto to jest Deke Hollis?
– To strażnik mostu zwodzonego – odparła niepewnym, łamiącym się głosem. – Rozmawialiśmy o panu. Dlatego zatrzymałam się, żeby zajrzeć do środka. – Nagle ją olśniło. – On widział dziewczynę! Mówił, że to pańska bratanica!
– Tak, tak, dziewczyny zawsze wracają łodzią, to wszystko, co wie. To wszystko, co musi wiedzieć. Czy ludzie przestaną w końcu wtykać nos w nie swoje sprawy? Gdzie jest twój samochód? Odpowiadaj, bo zafunduję ci nowy zabieg, amputację piersi. Szybko, ale nie bezboleśnie.
– W Trzcinowej Chatce. – Nic innego nie przyszło jej do głowy.
– Co to takiego?
– Mały plażowy domek przy końcu rafy. Należy do mojego taty! – Ponownie doznała olśnienia. – On wie, że tutaj jestem!
– Tak, jasne. – Najwyraźniej nie zainteresowało to Pickeringa. – Tak, w porządku. Zgadza się, jak najbardziej. Chcesz powiedzieć, że tutaj mieszkasz?
– Tak…
Spojrzał na jej szorty, teraz w ciemniejszym niebieskim kolorze.
– Biegasz, prawda? – Nie odpowiedziała, lecz Pickering wcale się tym nie przejął. – Tak, jesteś biegaczką, to chyba jasne. Wystarczy spojrzeć na te nogi. – To nie do wiary, ale skłonił jej się nagle w pas – jakby witał członka rodziny królewskiej – i z głośnym cmoknięciem pocałował w lewe udo tuż pod nogawką szortów. Kiedy się wyprostował, dostrzegła z przerażeniem, że materiał spodni się naprężył. Niedobrze.
– Biegniesz w jedną stronę, a potem w drugą – rzekł, wymachując ostrzem rzeźnickiego noża niczym dyrygent batutą. Było w tym coś hipnotyzującego. Na dworze nadal lało. Ulewa potrwa ze czterdzieści minut, może godzinę, a potem znowu wyjdzie słońce. Zastanawiała się, czy tego dożyje. Chyba nie. Mimo to trudno jej było w to uwierzyć. Naprawdę nie potrafiła.
– Biegniesz w jedną stronę, a potem w drugą. Tam i z powrotem. Czasami mijasz w ciągu dnia tego staruszka w słomkowym kapeluszu, ale poza nim nikogo. – Em była przerażona, ale nie tak bardzo, żeby nie spostrzec, że nie mówił do niej. – Zgadza się. Nikogo. Bo nikogo innego tu nie ma. Jeśli któryś z tych sadzących drzewka, strzygących trawę Latynosów zobaczy cię w trakcie popołudniowej przebieżki, czy cię zapamięta? Zapamięta cię?
Ostrze noża przechylało się raz w jedną raz w drugą stronę. Pickering wodził za nim oczyma, jakby szukał odpowiedzi.
– Nie – doszedł do wniosku. – Nie, i powiem ci dlaczego. Bo jesteś dla niego kolejną bogatą białaską, która zrzuca sadło. Wszędzie się je widuje. Codziennie. Szurnięte na punkcie zdrowia. Trzeba się między nimi przeciskać. Jeśli nie biegają, to zasuwają na rowerze. W tych swoich głupich małych kaskach. Jasne? Jasne. Więc odmów paciorek, Lady Jane, ale się nie guzdraj. Spieszy mi się. Bardzo mi się spieszy.
Pickering podniósł nóż. Zobaczyła, jak zaciska wargi, szykując się do zadania śmiertelnego ciosu. Dla Em cały świat stał się nagle wyraźny; widziała wszystko z wyjątkową jasnością. Idę do ciebie, Amy, pomyślała. A potem, absurdalnie, coś, co mogła usłyszeć na kanale ESPN: Czekaj na mnie, dziecinko.
Lecz on nagle znieruchomiał. Rozejrzał się, jakby ktoś coś powiedział.
– Tak – mruknął. – Tak? – zapytał. – Tak. – Pośrodku kuchni była wyspa z blatem z formiki do przygotowywania posiłków. Zamiast wbić nóż w Emily, rzucił go na blat. – Siedź tutaj – polecił. – Nie zabiję cię. Zmieniłem zdanie. Facet może zmienić zdanie. Nicole nie dała mi nic poza dźgnięciem w rękę.
Na kuchennej wyspie leżała częściowo zużyta rolka taśmy samoprzylepnej. Pickering wziął ją i chwilę później klęczał przed Em. Patrzyła na jego odsłonięty, podatny na zranienie kark i tył głowy. W lepszym, sprawiedliwszym świecie mogłaby spleść razem dłonie i opuścić je na ten odsłonięty kark, ale jej ręce przywiązano w nadgarstkach do ciężkich klonowych poręczy krzesła. Tułów i oparcie obwinięto grubymi zwojami taśmy, w pasie i tuż pod piersiami. Nogi były przywiązane do nóg krzesła na wysokości kolan, w górnej i dolnej części łydek oraz w kostkach. Facet należał do bardzo skrupulatnych.
Nogi krzesła już wcześniej przymocował taśmą do podłogi. Teraz nakładał na nie kolejne warstwy, najpierw przed Em, a potem z tyłu. Kiedy skończył, nie zostało ani trochę taśmy. Wstał i położył pusty tekturowy krążek na wyspie z formiki.
– No – mruknął. – Całkiem nieźle. W porządku. Wszystko gotowe. Zaczekaj tu. – Coś w tym, co powiedział, musiało go rozśmieszyć, ponieważ zadarł głowę i wydał jedno z tych swoich krótkich parsknięć. – Nie znudź się i nie daj nogi, dobrze? Muszę zająć się twoim wścibskim starym kumplem i chcę to zrobić, póki jeszcze pada.
Tym razem śmignął do drzwi, które okazały się drzwiami szafy. Wyciągnął z niej żółtą pelerynę.
– Wiedziałem, że gdzieś tu była. Wszyscy ufają facetowi w płaszczu przeciwdeszczowym. Nie wiem dlaczego. To po prostu jeden z tych niewyjaśnionych faktów. Dobra, kochana, nie ruszaj się z miejsca.
Po raz kolejny parsknął, co zabrzmiało jak szczeknięcie wściekłego pudla, po czym wyszedł.
Kiedy trzasnęły drzwi frontowe i domyśliła się, że naprawdę wyszedł, nienormalna jasność, którą odznaczał się świat, zaczęła szarzeć. Em zdała sobie sprawę, że zaraz zemdleje. Nie mogła sobie na to pozwolić. Jeżeli istnieją zaświaty i spotka w nich kiedyś ojca, jak wytłumaczy Rusty’emu Jacksonowi, że zmarnowała ostatnie minuty na ziemi w stanie nieświadomości? Bardzo by go rozczarowała. Nawet gdyby spotkali się w niebie, stojąc po kostki w chmurach i słuchając, jak otaczające ich anioły grają muzykę sfer (zaaranżowaną na harfę), bardzo by go rozczarowała, gdyby dowiedział się, że zmarnowała swoją jedyną szansę, zapadając w wiktoriańskie omdlenie.
Em zaczęła celowo żuć skaleczoną wewnętrzną stronę wargi, a potem ugryzła się i z rany znowu zaczęła płynąć krew. Świat zrobił się ponownie jasny. Szum wiatru i ulewnego deszczu przypominał dziwną muzykę.
Ile miała czasu? Z Bunkra do mostu zwodzonego było ćwierć mili. Ponieważ wziął pelerynę i nie usłyszała zapalanego silnika mercedesa, doszła do wniosku, że pobiegł. Wiedziała, że odgłos silnika mogły zagłuszyć deszcz i pioruny, ale po prostu nie wierzyła, że pojechał samochodem. Deke Hollis znał czerwonego mercedesa i nie lubił faceta, który go prowadził. Czerwony mercedes mógł sprawić, że Deke będzie miał się na baczności. Emily wierzyła, że Pickering zdaje sobie z tego sprawę. Był szalony (czasami mówił do siebie, chwilami mówił do kogoś, kogo widział, a ona nie, do niewidzialnego wspólnika zbrodni), lecz nie był głupi. Deke też oczywiście nie był głupi, ale siedział sam w małej stróżówce. Drogą nie będą przejeżdżały żadne samochody, kanałem nie przepłyną żadne statki. Nie w czasie takiej ulewy.
Poza tym był stary.
– Mam może piętnaście minut – powiedziała do pustej kuchni, a może do krwawej plamy na podłodze. Przynajmniej jej nie zakneblował; po cóż miałby to robić? Nikt nie usłyszałby jej krzyków, nie w tej brzydkiej, pudełkowatej, betonowej fortecy. Przyszło jej do głowy, że mogłaby stać tu pośrodku drogi, wrzeszcząc na całe gardło, a i tak nikt by jej nie usłyszał. W tym momencie nawet meksykańscy ogrodnicy siedzieli w kabinach swoich ciężarówek, popijając kawę i paląc papierosy. – Piętnaście minut w najlepszym razie.
Tak. Chyba tak. A potem Pickering wróci i zgwałci ją, tak jak planował zgwałcić Nicole. Następnie zabije ją, tak jak zdążył już zabić Nicole. I ile innych „bratanic”? Tego nie wiedziała, ale nie miała wątpliwości, że nie było to – jak powiedziałby Rusty Jackson – jego pierwsze rodeo.
Piętnaście minut. Może tylko dziesięć.
Spojrzała na swoje stopy. Nie były przymocowane taśmą do podłogi, ale były do niej przymocowane nogi krzesła. Mimo to…
Jesteś biegaczką; to chyba jasne. Wystarczy spojrzeć na te nogi.
To były dobre nogi i nikt, zwłaszcza taki zboczeniec jak Pickering, nie musiał ich całować, żeby zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała, czy są dobre, jeśli chodzi o urodę czy seksowność, ale w sensie użytkowym były świetne. Przeszła na nich długą drogę od owego ranka, kiedy razem z Henrym znaleźli Amy martwą w łóżeczku. Pickering najwyraźniej wierzył w moc taśmy samoprzylepnej, zapewne widział, jak używają jej dziesiątki psychopatycznych zabójców w dziesiątkach filmów i żadna z jego „bratanic” nie dała mu powodu, żeby zwątpił w jej skuteczność. Pewnie nie dał im takiej szansy albo były zbyt przerażone. Niewykluczone jednak… zwłaszcza w deszczowy dzień, w nieprzewietrzanym domu, do tego stopnia wilgotnym, że czuła w powietrzu zapach pleśni…
Em pochyliła się do przodu na tyle, na ile pozwalał krępujący ją gorset, i zaczęła stopniowo napinać mięśnie łydek i ud; te nowe mięśnie biegaczki, które tak podziwiał zboczeniec. Najpierw nieznacznie, potem trochę mocniej. W końcu napięła je z maksymalną siłą i zaczęła już tracić nadzieję, gdy rozległ się odgłos zasysania. Z początku był cichy, nie była pewna, czy go sobie nie wyobraża, lecz robił się coraz głośniejszy. Warstwy taśmy były ponalepiane jedna na drugą, czasami się krzyżowały i trzymały piekielnie mocno. Mimo to odrywały się od podłogi. Ale powoli. Dobry Boże, tak powoli.
Odprężyła się, ciężko oddychając i pocąc się na czole, pod pachami i między piersiami. Chciała od razu ponowić próbę, lecz doświadczenie z bieżni Cleveland South mówiło jej, że musi zaczekać i pozwolić, żeby wściekle pompujące krew serce zmyło kwas mlekowy z mięśni. Jeśli tego nie zrobi, następny wysiłek będzie słabszy i mniej udany. Było to jednak trudne. Czekanie było trudne. Nie miała pojęcia, jak długo go już nie ma. Na ścianie wisiał zegar – w kształcie słonecznego kręgu z nierdzewnej stali (jak chyba wszystko w tej strasznej, bezdusznej kuchni z wyjątkiem klonowego krzesła, do którego była przywiązana) – lecz zatrzymał się na godzinie 9.15. Prawdopodobnie był na baterię i ta się wyczerpała.
Miała zamiar zaczekać, dopóki nie policzy do trzydziestu (dodając po każdej liczbie słowa „cudowna Maisie”), ale wytrzymała tylko do siedemnastu i znowu z całej siły napięła mięśnie. Tym razem odgłos zasysania był natychmiastowy i głośniejszy. Czuła, że krzesło zaczyna się podnosić. Tylko odrobinę, jednak zdecydowanie się podnosiło.
Em odrzuciła do tyłu głowę i zazgrzytała zębami. Po podbródku popłynęła jej świeża krew ze spuchniętej wargi, na szyi wystąpiły ścięgna. Odgłos zasysania stawał się coraz głośniejszy i po chwili usłyszała cichy trzask rozdzieranej taśmy.
Gorący ból przeszył nagle jej prawą łydkę, ściskając ją. Przez chwilę nadal napinała mięśnie – stawka była w końcu wysoka, stawką było jej życie – lecz po chwili rozluźniła je, łapiąc kurczowo powietrze. I licząc.
– Raz, cudowna Maisie. Dwa, cudowna Maisie. Trzy…
Przerwała, ponieważ mimo ostrzegawczego bólu prawdopodobnie mogła oderwać krzesło od podłogi. Była niemal pewna, że jej się uda. Jednak jeśli zrobi to kosztem kurczu (łapał ją tam już wcześniej, kilka razy tak mocno, że prawa łydka stwardniała na kamień), straci więcej czasu, aniżeli zyska. I nadal będzie przywiązana do tego pierdolonego krzesła. Przyklejona do tego pierdolonego krzesła.
Wiedziała, że zegar na ścianie nie chodzi, lecz mimo to na niego zerknęła. Odruchowo. Nadal dziewiąta piętnaście. Czy dotarł już do mostu? Zbudziła się w niej szalona nadzieja: Deke uruchomi syrenę i go przepłoszy. Czy coś takiego mogło się zdarzyć? Jej zdaniem mogło. Jej zdaniem Pickering był niczym hiena, groźny tylko wtedy, gdy żywił przekonanie o własnej przewadze. I podobnie jak hiena nie potrafił sobie wyobrazić, że jej nie ma.
Przez chwilę nasłuchiwała. Nie usłyszała wycia syreny zamontowanej przy budce strażnika mostu, dobiegł do niej wyłącznie pomruk burzy i równy szum ulewy.
Ponownie spróbowała oderwać krzesło od podłogi i mało nie runęła twarzą na piekarnik, kiedy prawie natychmiast się uniosło. Zachwiała się, przechyliła i w ostatniej chwili uratowała przed upadkiem, opierając się o wyłożoną blatem z formiki wyspę pośrodku kuchni. Serce biło jej tak szybko, że nie słyszała pojedynczych uderzeń; w klatce piersiowej, w szyi i wysoko pod stawami szczęki słyszała tylko jednostajny głośny szum. Gdyby upadła, ległaby tam niczym żółw przewrócony na plecy. Za nic w świecie nie dałaby rady wstać.
Nic mi się nie stało, pomyślała. Nie upadłam.
Nie. Lecz mimo to wyobrażała sobie z piekielną wyrazistością jak tam leży. Za jedyne towarzystwo mając smugę krwi zostawioną przez Nicole. Leży, czekając, aż Pickering wróci, żeby się z nią zabawić, a potem odebrać jej życie. A kiedy wróci? Za siedem minut? Za pięć? Tylko trzy?
Spojrzała na zegar. Była 9.15.
Nachyliła się nad kuchenną wyspą łapiąc oddech, kobieta, na której plecach wyrosło krzesło. Na blacie leżał rzeźnicki nóż, lecz nie mogła go dosięgnąć rękoma przywiązanymi do poręczy krzesła. A nawet gdyby go złapała, to co? Stałaby pochylona, trzymając go w ręku. Nie mogłaby niczego dosięgnąć, niczego nim przeciąć.
Spojrzała na kuchenkę. Ciekawe, czy zdołałaby zapalić jeden z palników? Gdyby jej się udało, wtedy może…
Stanęła jej przed oczyma kolejna piekielna wizja; jak próbuje spalić taśmę i zamiast tego od gazowego palnika zajmuje się na niej ubranie. Nie mogła ryzykować. Gdyby ktoś zaproponował, że da jej tabletki (albo nawet strzeli w głowę), żeby oddalić groźbę gwałtu, tortur i śmierci – najprawdopodobniej powolnej, poprzedzonej nieopisaną kaźnią – mogłaby nie posłuchać oponującego głosu ojca („Nigdy się nie poddawaj, Emmy, za tym czy innym rogiem zawsze czeka cię coś dobrego”) i przystać na takie rozwiązanie. Ale ryzykować oparzenia trzeciego stopnia na całej górnej połowie ciała? I leżeć potem na podłodze, czekając na powrót Pickeringa, modląc się, żeby wrócił i wybawił ją z niedoli?
Nie. Nie zrobi tego. Lecz co jej zostawało? Czuła, jak czas przecieka jej między palcami. Na zegarze była nadal 9.15, wydawało jej się jednak, że deszcz nie leje tak mocno. Poczuła, jak ogarnia ją przerażenie. Zdusiła je w sobie. Jeśli wpadnie w panikę, zginie.
Nóż był nieosiągalny, kuchenka wykluczona. Co jej zostawało?
Odpowiedź była oczywista. Zostawało jej krzesło. W kuchni nie było innych krzeseł, wyłącznie trzy wysokie stołki barowe. Domyśliła się, że musiał je przynieść z jadalni, której miała nadzieję nigdy nie zobaczyć. Czy przywiązywał inne kobiety – inne „bratanice” – do ciężkich, czerwonych klonowych krzeseł, które stały normalnie przy stole w jadalni? Może właśnie do tego? W głębi duszy była pewna, że to robił. I wierzył w jego trwałość, mimo że było wykonane z drewna, nie z metalu. To, co sprawdziło się raz, sprawdzi się ponownie; była pewna, że i w tej kwestii rozumował tak samo jak hiena.
Musiała zniszczyć więzienie, które ją krępowało. To było jedyne rozwiązanie i miała na to tylko kilka minut.
Siedziała blisko kuchennej wyspy, której blat lekko wystawał, tworząc coś w rodzaju krawędzi, i to wcale jej się nie podobało. Nie chciała się przemieszczać – nie chciała ryzykować, że się przewróci i zmieni w żółwia – ale potrzebowała powierzchni szerszej niż ta wystająca krawędź, żeby o nią walnąć. Dlatego ruszyła w stronę lodówki, która była duża i z nierdzewnej stali. Tyle powierzchni do walenia, ile może zapragnąć dziewczyna.
Podreptała do przodu z przywiązanym do pleców, pośladków i nóg krzesłem. Posuwała się boleśnie wolno. Tak jakby próbowała iść z przymocowaną do grzbietu dziwną dopasowaną do figury trumną. Która mogła rzeczywiście stać się jej trumną jeżeli się przewróci. Albo jeżeli będzie nadal bezskutecznie waliła nią o front lodówki, kiedy pojawi się z powrotem gospodarz domu.
Raz zachwiała się i o mało nie wywróciła – na twarz – ale udało jej się zachować równowagę chyba wyłącznie siłą woli. Powrócił ból w łydce, ponownie grożąc kurczem i unieruchomieniem prawej nogi. To zagrożenie też odsunęła od siebie siłą woli, zamykając oczy, żeby to zrobić. Pot spływał jej po twarzy, zmywając zaschnięte łzy, które nie wiadomo kiedy uroniła.
Ile minęło czasu? Ile? Deszcz był coraz słabszy. Wkrótce usłyszy kapanie zamiast bębnienia. Może Deke podjął walkę. Może miał nawet pistolet w tym swoim rozklekotanym starym biurku i strzelił do Pickeringa, tak jak się strzela do wściekłego psa. Czy usłyszałaby odgłos strzału? Chyba nie; nadal głośno szumiał wiatr. Bardziej prawdopodobne było, że Pickering – o dwadzieścia lat młodszy od Deke’a i wyraźnie w dobrej formie – odbierze mu każdą broń, którą ten zdoła wyjąć, i użyje jej przeciwko niemu.
Próbowała odsunąć od siebie te wszystkie myśli, lecz było to trudne. Dreptała do przodu z zamkniętymi oczyma i pobladłą twarzą – oraz spuchniętą wargą – koncentrując się na swoim zadaniu. Jeden dziecinny kroczek, dwa dziecinne kroczki. Czy mogę zrobić jeszcze sześć dziecinnych kroczków? Tak, możesz. Ale przy czwartym jej kolana – zgięte prawie tak, jakby kucała – uderzyły o drzwiczki lodówki.
Em otworzyła oczy, nie mogąc uwierzyć, że udało jej się bezpiecznie zakończyć to mozolne safari – dystans, który osoba nieprzywiązana do krzesła mogła pokonać trzema krokami, lecz dla niej safari. Pierdolony trekking.
Nie było czasu na gratulacje nie tylko dlatego, że w każdej chwili mogła usłyszeć, jak otwierają się drzwi frontowe Bunkra. Miała inne problemy. Jej mięśnie były nadwerężone i dygotały po poruszaniu się w praktycznie siedzącej pozycji; czuła się jak pozbawiona formy amatorka usiłująca wykonać jakieś wyjątkowo trudne ćwiczenie tantrycznej jogi. Jeśli nie zrobi tego od razu, nie zdała zrobić w ogóle. A jeśli krzesło było tak solidne, jak wyglądało…
Odsunęła od siebie tę myśl.
– To na pewno będzie bolało – wysapała. – Wiesz o tym, prawda? – Wiedziała, lecz podejrzewała, że Pickering szykuje dla niej gorsze rzeczy. – Proszę – powiedziała, ustawiając się bokiem do lodówki, ustawiając się do niej profilem. Jeżeli to była modlitwa, wyobrażała sobie, że modli się do swojej martwej córki. – Proszę – powtórzyła i zakołysała biodrami, próbując roztrzaskać o drzwi lodówki pasożyta, którego miała na plecach.
To, co się stało, zaskoczyło ją prawie tak samo jak nagłe oderwanie się nóg krzesła od podłogi, kiedy o mało nie poleciała na kuchenkę. Coś chrupnęło głośno w oparciu krzesła i siedzenie przechyliło się na bok. Tylko nogi pozostały nieuszkodzone.
– Jest spróchniałe! – zawołała do pustej kuchni. – To cholerstwo jest spróchniałe!
Może niezupełnie spróchniałe, ale dzięki panującemu na Florydzie klimatowi nie takie mocne, na jakie wyglądało. Nareszcie uśmiechnęło się do niej szczęście… i gdyby Pickering wszedł właśnie teraz, kiedy coś jej się udało, Emily chybaby zwariowała.
Ile zostało jej czasu? Jak długo go nie było? Nie miała pojęcia. Zawsze miała w głowie dosyć dokładny zegar, lecz teraz stał się równie bezużyteczny jak ten na ścianie. To niesamowite, że można tak kompletnie stracić poczucie czasu. Przypomniała sobie o swoim wielkim, nieporęcznym zegarku, jednak na przegubie został po nim tylko blady ślad. Pickering musiał go zabrać.
Miała zamiar ponownie uderzyć bokiem w lodówkę, ale nagle wpadła na lepszy pomysł. Jej pośladki nie przylegały teraz do siedzenia krzesła i to dawało jej większą możliwość manewru. Napięła mięśnie pleców, podobnie jak to zrobiła wcześniej z mięśniami nóg, gdy starała się oderwać krzesło od podłogi, i tym razem, czując ostrzegawczy ból w dolnej części kręgosłupa, nie rozluźniła ich i nie odczekała kilkunastu sekund, żeby podjąć następną próbę. Nie stać jej było na luksus odpoczynku. Oczyma wyobraźni widziała, jak Pickering wraca w trzepoczącej żółtej pelerynie, biegnąc środkiem pustej drogi, rozchlapując wodę i trzymając w ręku jakieś narzędzie. Być może klucz do opon, który zabrał z zachlapanego krwią bagażnika mercedesa.
Em się wyprężyła. Ból w krzyżu stał się mocniejszy, nabrał szklanej intensywności. Usłyszała jednak ponownie chrzęst taśmy, której fragmenty nie odklejały się od krzesła, lecz od innych fragmentów, nałożonych pod spodem. Taśma odklejała się od taśmy Puszczała. Puszczanie nie było tak dobre jak zrywanie, ale mimo to dobre. Dawało jej większą możliwość manewru.
Zakołysała ponownie biodrami i walnęła krzesłem o lodówkę, krzycząc cicho z wysiłku. W całym ciele poczuła impet uderzenia. Tym razem krzesło się nie poruszyło. Uczepiło się jej niczym rzep. Zakołysała jeszcze raz biodrami, robiąc to mocniej i głośniej krzycząc: tantryczna joga w połączeniu z sadomaso disco. Rozległ się kolejny trzask i krzesło przekrzywiło się na prawo.
Walnęła znowu… a potem jeszcze i jeszcze raz, kołysząc coraz bardziej zmęczonymi biodrami i usiłując rozbić krzesło w drobny mak. Straciła rachubę uderzeń. Znowu zaczęła płakać. Rozdarte z tyłu szorty przekrzywiły się i zsunęły z biodra, które krwawiło. Chyba wbiła się w nie drzazga.
Wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić rozdygotane serce (małe szanse, żeby jej się to udało), a potem z całych sił rąbnęła swoim drewnianym więzieniem w lodówkę. Tym razem trafiła w końcu w dźwignię automatycznego podajnika lodu i kaskada kostek posypała się na płytki podłogi. Rozległ się ponowny trzask i nagle zorientowała się, że uwolniła lewą rękę. Przyjrzała się jej oczyma szeroko otwartymi ze zdumienia. Poręcz nadal przywiązana była do jej przedramienia, ale z resztą krzesła łączyły ją tylko długie szare paski taśmy. Wyglądało to tak, jakby wpadła w pajęczynę. I rzeczywiście tak było; pająkiem był obłąkany sukinsyn w szortach i koszulce golfowej. Nadal nie była wolna, lecz mogła użyć noża. Musiała tylko podreptać z powrotem do kuchennej wyspy.
– Nie nadepnij na kostki – powiedziała. Jej schrypnięty głos brzmiał (przynajmniej w jej własnych uszach) jak głos maniakalnego kujona, który uczył się tak długo, aż doznał załamania nerwowego. – To bardzo nieodpowiedni moment na ślizgawkę.
Ominęła kostki lodu, ale kiedy pochyliła się, żeby wziąć nóż, coś zachrobotało w jej wyprężonych plecach. Krzesło, o wiele luźniejsze, lecz nadal przywiązane zwojami taśmy do jej tułowia (a także do nóg), walnęło o bok wyspy. Nie zwracała na to uwagi. Złapała nóż dopiero co oswobodzoną lewą ręką i przecięła taśmę, która krępowała prawą łapiąc kurczowo powietrze i zerkając co chwila na wahadłowe drzwi między kuchnią i znajdującymi się dalej pomieszczeniami – czyli, jak sądziła, jadalnią i holem. Tamtędy wyszedł i tamtędy prawdopodobnie wróci. Uwolniwszy prawą rękę, oderwała fragment krzesła wciąż przymocowany do lewego ramienia i cisnęła go na blat.
– Przestań go wypatrywać – powiedziała sobie w szarej, mrocznej kuchni. – Po prostu rób, co trzeba.
Rada wydawała się słuszna, lecz trudno jej było usłuchać, gdyż wiedziała, że przez te drzwi może wejść śmierć, i to niedługo.
Zaczęła przecinać taśmę tuż pod piersiami. Powinna to robić powoli i ostrożnie, ale nie miała czasu i kilka razy zacięła się czubkiem noża. Czuła płynącą ze skaleczeń krew.
Nóż był ostry. Co było złe, ponieważ co chwila się kaleczyła. Ale było też i dobre, ponieważ taśma dawała się łatwo przecinać, warstwa po warstwie. W końcu przecięła wszystkie i krzesło jeszcze bardziej odsunęło się od jej pleców. Zabrała się do szerokiej wstęgi krępującej ją w pasie. Teraz, kiedy mogła się niżej pochylić, działała szybciej i rzadziej się zacinała. Przecięła w końcu całą wstęgę i krzesło odchyliło się do tyłu. Jednak jego nogi nadal przywiązane były do jej nóg i nagle uniosły się z podłogi i wbiły nisko w jej łydki. Ścięgna Achillesa napięły się pod skórą niczym kable. Ból był potworny i jęknęła żałośnie.
Po chwili sięgnęła do tyłu lewą ręką i docisnęła krzesło do pleców, zmniejszając straszliwy nacisk wbijających się w łydki drewnianych nóg. Z wykręconą pod nienaturalnym kątem ręką obróciła się dokoła, ponownie stanęła twarzą do kuchenki i łapiąc kurczowo powietrze i płacząc (nie zdawała sobie sprawy, że po twarzy ciekną jej łzy), zaczęła przecinać taśmy, którymi miała obwiązane nogi w kostkach. Pod wpływem jej wcześniejszych wysiłków te i inne taśmy nieco się obluzowały i w konsekwencji robota szła szybciej i rzadziej się kaleczyła, chociaż zdążyła ciachnąć się głęboko w prawą łydkę – tak jakby chciała ją w furiacki sposób ukarać za to, że złapał ją kurcz, kiedy odrywała krzesło od podłogi.
Przecinając taśmy krępujące jej kolana – ostatnie, które pozostały – usłyszała, jak drzwi frontowe otwierają się i zamykają.
– Wróciłem, skarbie! – zawołał wesoło Pickering. – Stęskniłaś się?
Em zamarła w bezruchu, zgięta wpół, z włosami opadającymi na twarz. Musiała użyć całej siły woli, żeby zmusić się do dalszego działania. Nie było czasu na finezję; wbiła ostrze rzeźnickiego noża w krępujący prawe kolano pas szarej taśmy, cudem nie raniąc się przy tym w rzepkę, po czym z całej siły pociągnęła go do góry.
Z holu dobiegł głośny zgrzyt i domyśliła się, że Pickering obraca klucz w zamku – sądząc po odgłosie – dużym zamku. Nie życzył sobie dalszej zwłoki, uznał widać, że dosyć się naczekał jak na jeden dzień. Przeszedł przez hol. Musiał mieć na nogach tenisówki (nie zauważyła tego wcześniej), bo słyszała, jak chlupocze w nich woda.
Gwizdał O Susanna.
Taśma krępująca jej prawe kolano rozerwała się od dołu do góry i krzesło odpadło do tyłu, stukając głośno o blat. Teraz było do niej przywiązane tylko przy lewym kolanie. Kroki za wahadłowymi drzwiami na chwilę ucichły, a potem Pickering puścił się biegiem. Od tego momentu wszystko potoczyło się bardzo, bardzo szybko.
Pickering walnął oburącz w drzwi, które otworzyły się z głuchym odgłosem; wbiegając do kuchni, wciąż trzymał przed sobą wyciągnięte ręce. Były puste – ani śladu łyżki do opon, którą sobie wyobrażała. Rękawy żółtej peleryny kończyły się wysoko nad nadgarstkami i Em miała czas pomyśleć: Jest na ciebie za mała, dupku. Żona by ci powiedziała, ale przecież nie masz żony.
Kaptur miał ściągnięty z głowy. Jego krótko ostrzyżone włosy były nareszcie potargane – leciutko, na więcej nie pozwalała ich długość – i po policzkach ściekała mu woda. W ułamku sekundy zorientował się w sytuacji, najwyraźniej wszystko zrozumiał.
– Och, ty upierdliwa dziwko! – ryknął i obiegł dokoła wyspę, żeby ją złapać.
Ciachnęła go rzeźnickim nożem. Ostrze trafiło go między pierwszy i drugi palec rozczapierzonej prawej ręki i wbiło się głęboko w dłoń. Trysnęła krew. Pickering wrzasnął z bólu i zdumienia – chyba przede wszystkim ze zdumienia. Hieny nie spodziewają się, że ofiary będą się bronić…
Nagle wyciągnął lewą rękę, złapał ją za przegub i wykręcił. Coś chrupnęło. Albo pękło. Tak czy inaczej ból przeszył jej całe ramię, intensywny jak światło. Próbowała utrzymać w dłoni nóż, lecz nie dała rady. Przeleciał przez kuchnię, a kiedy Pickering ją puścił, prawa dłoń zwisła jej bezwładnie i Em nie mogła zacisnąć palców.
Pickering rzucił się na nią a ona odepchnęła go oburącz, ignorując nowe ukłucie bólu w nadwerężonym przegubie. Zrobiła to całkiem odruchowo. Zdrowy rozsądek podpowiedziałby jej, że odpychając tego faceta, raczej się go nie pozbędzie, ale zdrowy rozsądek skrył się gdzieś w zakamarkach umysłu i potrafił tylko powtarzać, że jakoś to będzie.
Pickering był od niej cięższy, jednak ona opierała się plecami o poszczerbioną krawędź blatu. Zatoczył się do tyłu z zaskoczonym wyrazem twarzy, który w innych okolicznościach byłby nawet komiczny, po czym nadepnął na jedną albo więcej kostek lodu. Przez chwilę wyglądał jak bohater kreskówki – może Struś Pędziwiatr – biegnący w miejscu, żeby nie stracić równowagi. A potem nadepnął na kolejne kostki (widziała, jak ślizgają się po podłodze) i upadł ciężko, uderzając tyłem głowy w świeżo poobijaną lodówkę.
Podniósł krwawiącą dłoń i przyjrzał się jej. A potem spojrzał na Em.
– Skaleczyłaś mnie – powiedział. – Ty dziwko, ty głupia dziwko, popatrz tutaj, skaleczyłaś mnie. Dlaczego mnie skaleczyłaś?
Próbował się podnieść, ale poślizgnął się na kolejnych kostkach lodu i ponownie upadł. Obrócił się na kolanie, mając zamiar podnieść się w ten sposób, i przez chwilę był do niej odwrócony plecami. Em złapała z blatu ułamaną poręcz krzesła. Wciąż wisiały z niej porwane strzępy taśmy. Pickering dźwignął się na nogi i odwrócił w jej stronę. Zaczekała, aż to zrobi, i walnęła go w czoło, trzymając poręcz w obu rękach – palce prawej nie chciały się zacisnąć, lecz jakoś jej się udało. Atawistyczny, zorientowany na przetrwanie instynkt kazał jej nawet złapać czerwony klonowy kołek wyżej, bo wiedziała, że zmaksymalizuje w ten sposób siłę uderzenia, a chodziło o to, żeby uderzyć z maksymalną siłą. W końcu trzymała tylko poręcz krzesła, nie kij baseballowy.
Rozległo się głuche łupnięcie. Nie tak głośne jak to, które wydały wahadłowe drzwi, kiedy uderzył w nie, wchodząc, ale mimo to całkiem głośne, może dlatego że nie zagłuszał go już rzęsisty deszcz. Przez moment nie działo się nic więcej, a potem z krótko ostrzyżonych włosów Pickeringa popłynęła krew. Em wpatrywała się w niego, w jego oczy. Spoglądał na nią mętnym wzrokiem.
– Nie – powiedział niewyraźnie i wyciągnął rękę, żeby odebrać jej poręcz krzesła.
– Tak – odparła i zamachnęła się ponownie, tym razem z boku: przypominało to wykonane oburącz ścięcie. Prawa ręka poddała się i puściła w ostatniej chwili kołek, lewa trzymała go mocno. Koniec poręczy – nierówny w miejscu, gdzie została złamana, z wystającymi drzazgami – trafił Pickeringa w prawą skroń. Tym razem krew trysnęła od razu i głowa opadła mu na bok, aż na lewe ramię. Jasne kropelki pociekły po jego policzku i zachlapały płytki podłogi.
– Przestań – powiedział bełkotliwie, machając ręką w powietrzu. Wyglądał jak mężczyzna, który tonie i błaga o pomoc.
– Nie. – Po raz kolejny walnęła go poręczą w głowę.
Pickering wrzasnął, zatoczył się i zaczął się wycofywać, kuląc głowę w ramiona i starając się uciec przed nią za kuchenną wyspę. Nastąpił na kolejne kostki i poślizgnął się, lecz tym razem udało mu się zachować równowagę. Jakimś szczęśliwym trafem, ponieważ jej zdaniem nie powinien w ogóle trzymać się na nogach.
Przez chwilę niemal mu odpuściła, myśląc, że chce uciec przez wahadłowe drzwi. To właśnie sama by zrobiła. A potem usłyszała w głowie głos ojca, bardzo spokojny: „On idzie po nóż, kochanie”.
– Nie – warknęła. – Nie, nie zrobisz tego.
Próbowała obiec wyspę z drugiej strony i zagrodzić mu drogę, ale nie mogła biec, bo wlokła za sobą niczym kulę na łańcuchu szczątki połamanego krzesła, które wciąż przymocowane było taśmą do jej lewego kolana. Obijało się o wyspę, tłukło ją w tyłek, próbowało wsunąć się między nogi i ją wywrócić. Krzesło opowiedziało się najwyraźniej po jego stronie i cieszyła się, że je rozwaliła.
Pickering dotarł do noża, który leżał przy wahadłowych drzwiach, i padł na niego niczym futbolista przykrywający własnym ciałem piłkę. Z jego gardła wydobywało się głębokie rzężenie. Em dopadła go w tym samym momencie, gdy zaczął się odwracać. Zaczęła walić go raz po raz poręczą krzesła, krzycząc i zdając sobie w jakimś zakamarku umysłu sprawę, że jej broń nie jest wystarczająco ciężka i nie zapewnia nawet w przybliżeniu dość siły, którą chciała wygenerować. Widziała swoją prawą dłoń, która zaczęła już puchnąć, starając się zwrócić jej uwagę na to, jaka jest pokiereszowana, tak jakby spodziewała się przeżyć ten dzień.
Pickering leżał nieruchomo na nożu. Em cofnęła się trochę, łapiąc oddech. Małe, białe komety zaczęły jej znowu wirować przed oczyma.
Słyszała w głowie głosy mężczyzn. Nie było to u niej rzadkie i nie zawsze źle widziane. Czasami, ale nie zawsze.
Henry: „Weź ten cholerny nóż i wpakuj mu między łopatki”.
Rusty: „Nie, skarbie. Nie zbliżaj się do niego. Na to właśnie liczy. Udaje nieprzytomnego”.
Henry: „Albo w kark. To także dobre miejsce. W jego śmierdzący kark”.
Rusty: „Sięganie pod niego to jak wtykanie ręki w stóg siana. Masz dwie możliwości, Emmy. Zatłuc go na śmierć…”.
Henry, niechętnie, lecz najwyraźniej przekonany: „…albo uciec”.
Może i tak. A może nie.
Z boku kuchennej wyspy była szuflada. Wyciągnęła ją, mając nadzieję znaleźć kolejny nóż – mnóstwo noży, noży do mięsa, do filetowania, do steków, noży z ząbkowanym ostrzem. Zgodziłaby się nawet na cholerny nóż do smarowania. Zobaczyła jednak wyłącznie komplet wymyślnych czarnych plastikowych narzędzi do gotowania: dwie łopatki, chochlę i jedną z tych wielkich łyżek z dziurkami. Były i inne utensylia, lecz najgroźniejsza wydała jej się obieraczka do ziemniaków.
– Posłuchaj mnie – powiedziała. Miała schrypnięty, gardłowy głos. – Nie chcę cię zabić, ale zrobię to, jeżeli mnie zmusisz. Mam tu widelec do mięsa. Jeśli spróbujesz się odwrócić, wbiję ci go w kark i będę pchała, aż wyjdzie z drugiej strony.
Czy jej uwierzył? Oto pytanie. Była przekonana, że usunął celowo wszystkie noże oprócz tego, który leżał pod nim, jednak czy mógł być pewien, że zabrał wszystkie inne ostre przedmioty? Przeciętny mężczyzna nie ma pojęcia, co jest w szufladach w jego kuchni – nauczyło ją tego życie z Henrym, a wcześniej z ojcem – ale Pickering nie był przeciętnym mężczyzną i to nie była przeciętna kuchnia. Odniosła wrażenie, że bardziej przypomina salę operacyjną. Mimo to, biorąc pod uwagę, że był oszołomiony (czy oby na pewno?) i zdawał sobie sprawę, że przez zapomnienie może stracić życie, blef mógł się jej udać. Tyle że nasuwało się kolejne pytanie: czy ją w ogóle słyszał? A jeśli tak, czy ją zrozumiał? Blef nie może się udać, jeżeli osoba, którą chcemy nabrać, nie rozumie, o co toczy się gra.
Nie miała jednak zamiaru tam stać i medytować. To było najgorsze, co mogła zrobić. Ani na chwilę nie spuszczając go z oczu, pochyliła się i wbiła palec pod ostatni pasek taśmy łączący ją z krzesłem. Palce prawej dłoni odmawiały jej posłuszeństwa, ale zmusiła je do współpracy. I pomógł fakt, że była zlana potem. Pchnęła palce w dół i taśma zaczęła się odrywać, po raz kolejny wydając gniewny odgłos. Przypuszczała, że powinno ją to boleć, taśma zostawiała czerwony ślad na jej kolanie (z jakiegoś powodu przez myśl przeszło jej słowo Jupiter), była teraz jednak daleka od tego, by odczuwać takie rzeczy. Taśma puściła nagle i zsunęła się po łydce, pomarszczona, powykręcana i lepiąca się do siebie. Ściągnęła ją przez stopę i uwolniona dała krok do tyłu. Serce waliło jej w piersiach z wysiłku albo pod wpływem uderzenia, które zadał jej, kiedy przyglądała się martwej dziewczynie w bagażniku mercedesa.
– Nicole – powiedziała. – Miała na imię Nicole.
Wypowiedzenie imienia nieżywej dziewczyny pomogło jej wziąć się w garść. Pomysł wyciągnięcia rzeźnickiego noża spod Pickeringa wydał jej się teraz szaleństwem. Ta jej cząstka, która przemawiała czasami głosem ojca, miała rację – samo przebywanie w jednym pomieszczeniu z Pickeringiem było wyzywaniem losu. Co pozostawiało jej tylko jedną możliwość – wyjście.
– Wychodzę – powiedziała. – Słyszysz mnie?
Nie poruszył się.
– Mam widelec do mięsa. Jeśli będziesz mnie ścigał, przebiję cię nim… Wy… wyłupię ci oczy. Masz nie ruszać się z miejsca. Rozumiesz?
Nie poruszył się.
Emily cofnęła się kilka kroków, a potem odwróciła i wyszła przez drzwi po drugiej stronie kuchni. W ręku nadal trzymała zakrwawioną poręcz od krzesła.
Po drugiej stronie drzwi znajdowała się jadalnia, a w niej długi stół ze szklanym blatem. Wokół niego stało siedem czerwonych klonowych krzeseł. Miejsce na ósme krzesło było puste. Oczywiście. Przyglądając się szczytowi stołu, przy którym powinno stać „jej” krzesło, przypomniała sobie moment, gdy kropelka krwi wystąpiła jej pod okiem, a Pickering mruknął „W porządku, dobrze, w porządku”. Uwierzył jej, kiedy powiedziała, że tylko Deke może wiedzieć, że jest w Bunkrze, i dlatego rzucił mały nożyk – wtedy myślała, że to mały nożyk należący do Nicole – do zlewu.
A więc istniał nóż, którym mogła go postraszyć. I nadal leżał w zlewie. Ale nie zamierzała tam teraz wracać. Nie ma mowy.
Przeszła przez jadalnię i znalazła się w holu z pięciorgiem drzwi, dwojgiem po każdej stronie i jednymi przy samym końcu. Dwoje drzwi, które minęła w pierwszej kolejności, były otwarte. Te po prawej prowadziły do łazienki, te po lewej do pralni. Pralka była ładowana od góry, jej klapa otwarta. Obok na półce stało pudełko z proszkiem do prania. Poplamiona krwią koszula wisiała przewieszona przez krawędź pralki, w połowie w środku, w połowie na zewnątrz. Emily podejrzewała, że to koszula Nicole, lecz nie miała stuprocentowej pewności. Jeżeli należała do Nicole, po co Pickering planował ją uprać? Pranie nie usunęłoby dziur. Emily pamiętała, że musiało ich być kilkadziesiąt, choć z pewnością to niemożliwe. Na pewno?
Właściwie chyba było możliwe – Pickering w ataku szału.
Otworzyła drzwi za łazienką i zobaczyła pokój gościnny: ciemne, sterylne pomieszczenie z podwójnym łóżkiem tak gładko i równo zasłanym, że można by chyba odbić monetę od narzuty. Czy to łóżko posłała pokojówka? Z naszych badań wynika, że nie, pomyślała Em. Z naszych badań wynika, że żadna pokojówka nie postawiła nigdy stopy w tym domu. Wyłącznie „bratanice”.
Drzwi naprzeciwko pokoju gościnnego prowadziły do gabinetu, w każdym calu tak samo sterylnego jak pokój po drugiej stronie holu. W rogu stały tam dwie szafki na akta i wielkie biurko z komputerem Della w plastikowej osłonie. Podłogę wykonano z prostych dębowych desek. Brakowało dywanu czy obrazów na ścianach. Pojedyncze duże okno zasłaniały okiennice, które przepuszczały niewiele światła. Podobnie jak pokój gościnny, gabinet robił wrażenie mrocznego i zapomnianego.
Nigdy tu nie pracował, pomyślała i wiedziała, że to prawda. To były dekoracje. Dekoracją był cały dom, włącznie z pomieszczeniem, z którego uciekła i które wyglądało jak kuchnia, ale w rzeczywistości było salą operacyjną, z łatwymi do umycia blatami i podłogą.
Drzwi w końcu holu nie były uchylone i zbliżając się do nich, zgadywała, że są zamknięte na klucz. Uciekając tutaj od strony kuchni i jadalni, miała wpaść w pułapkę przy końcu tego korytarza. Nie miała stąd dokąd pobiec, a ostatnio tylko bieganie dobrze jej wychodziło, jedynie do tego się nadawała.
Podciągnęła szorty – z rozerwanym z tyłu szwem wydawały się zbyt duże – i nacisnęła klamkę. Była tak pewna tego, co podpowiadała jej intuicja, że przez chwilę nie wierzyła własnym oczom, kiedy drzwi się otworzyły. Pchnęła je i weszła do pomieszczenia, które musiało być sypialnią Pickeringa. Było prawie tak samo sterylne jak pokój gościnny, ale nie do końca. Po pierwsze, na łóżku leżały dwie poduszki zamiast jednej, po drugie, ktoś elegancko odwinął róg narzuty (bliźniaczej siostry tej w pokoju gościnnym), aby zapewnić właścicielowi komfort świeżej pościeli po ciężkim dniu pracy. No i leżał tu dywan. Zwykła tania nylonowa wykładzina, ale od ściany do ściany. Henry bez wątpienia uznałby, że została kupiona na podwórkowej wyprzedaży, ale pasowała do ścian i sprawiała, że pokój wydawał się mniej upiorny od innych. Stało również małe biurko – podobne do starej szkolnej ławki – i proste drewniane krzesło. I chociaż wszystko to było bardzo skromne w porównaniu z gabinetem, jego dużym (i niestety zasłoniętym okiennicami) oknem i drogim komputerem, Em miała wrażenie, że to biurko jest używane. Że Pickering ślęczy przy nim, pochylony niczym dziecko w wiejskiej szkółce, gryzmoląc rzeczy, o których nie chciała myśleć.
Okno w tym pokoju też było duże. I w przeciwieństwie do okien w gabinecie i pokoju gościnnym niezasłonięte okiennicami. Zanim Em zdążyła przez nie wyjrzeć i zobaczyć, co jest na zewnątrz, jej uwagę przykuła fotografia na ścianie przy łóżku. Nie miała ramek i była przypięta pineską, nie zawieszona. Na ścianie wokół niej widniały inne małe dziurki, tak jakby w ciągu ostatnich lat przypinano tam coraz to nowe zdjęcia. To było kolorowe, z datą 4-19-07 wydrukowaną w prawym rogu. Sądząc po jakości odbitki, zrobione raczej tradycyjnym niż cyfrowym aparatem, przez kogoś, kto nie miał chyba smykałki do fotografii. Choć z drugiej strony być może fotograf był podniecony. W podobny sposób, przypuszczała, jak podniecają się hieny, kiedy zachodzi słońce i liczą na udane polowanie. Zdjęcie było zamazane, jakby zrobiono je teleobiektywem i obiekt nie znajdował się w środku kadru. Obiektem była długonoga młoda kobieta w dżinsowych szortach i przyciętym topie, na którym widniał napis BEER O’CLOCK BAR. Na palcach lewej dłoni trzymała tacę niczym kelnerka na starym wesołym obrazie Normana Rockwella. Śmiała się. Miała blond włosy. Em nie mogła przesądzić ze stuprocentową pewnością, czy to Nicole – nie na podstawie tej rozmazanej fotografii oraz kilku chwil, gdy wpatrywała się zszokowana w martwą dziewczynę w bagażniku mercedesa – ale nie miała co do tego wątpliwości. Jej serce nie miało wątpliwości.
Rusty: „To nie ma znaczenia, kochanie. Musisz się stąd wynosić. Musisz znaleźć miejsce, gdzie mogłabyś się puścić biegiem”.
Jakby chcąc to potwierdzić, drzwi między kuchnią i jadalnią otworzyły się z hukiem – tak głośnym, jakby wypadły z zawiasów.
Nie, pomyślała. Straciła nagle czucie w tułowiu. Nie wydawało jej się, żeby się znowu zsikała, ale nawet gdyby do tego doszło, nie potrafiłaby tego stwierdzić. Nie, to niemożliwe.
– Chcesz się ostro zabawić?! – zawołał Pickering trochę bełkotliwie, ale jednocześnie wesoło. – W porządku, mogę grać ostro. Jasne. Żaden problem. Chcesz tego? Proszę bardzo. Tatko ci to zagwarantuje.
Nadchodził. Mijał jadalnię. Usłyszała łupnięcie, a potem trzask, kiedy wpadł na któreś z krzeseł (być może to, które stało u szczytu stołu) i odsunął je na bok. Świat odpłynął od niej, kolory poszarzały, mimo że po burzy w pokoju było względnie jasno.
Przygryzła pękniętą wargę. To spowodowało, że po podbródku pociekła jej świeża strużka krwi, i równocześnie przywróciło światu barwy i realny wymiar. Zatrzasnęła drzwi i poszukała ręką zamka. Nie było zamka. Rozejrzała się i jej wzrok padł na skromne drewniane krzesło stojące przy skromnym drewnianym biurku. Kiedy Pickering, zataczając się, minął biegiem swoją pralnię i gabinet (czy ściskał w ręku rzeźnicki nóż…? oczywiście, że tak), złapała krzesło, wstawiła je pod klamkę i przechyliła. Sekundę później uderzył obydwoma rękoma w drzwi.
Przyszło jej na myśl, że gdyby na podłodze nie leżała wykładzina, krzesło zapewne nie zablokowałoby drzwi. Być może musiałaby je złapać i go nim odstraszyć: Em, Nieustraszona Pogromczyni Lwów. Mało prawdopodobne. Tak czy owak była wykładzina. Tania i nylonowa, ale gruba, więc przynajmniej do czegoś się przydała. Przechylone nogi krzesła wbiły się w nią i zablokowały, chociaż trochę się pofałdowała.
Pickering ryknął i zaczął walić pięściami w drzwi. Miała nadzieję, że robiąc to, wciąż trzyma w ręku nóż; może niechcący poderżnie sobie gardło.
– Otwieraj te drzwi! – krzyczał. – Otwieraj je! Pogarszasz tylko swoją sytuację.
Tak jakbym mogła ją pogorszyć, pomyślała Emily, cofając się w głąb pokoju i rozglądając dokoła. Co teraz? Okno? Co jeszcze? Były tylko jedne drzwi, więc pozostawało okno.
– Doprowadzasz mnie do szaleństwa, Lady Jane!
Nieprawda, byłeś już szalony wcześniej. Szalony kapelusznik.
Zobaczyła, że okno skonstruowano tak, by można przez nie wyłącznie patrzeć, nie otwierało się. Z powodu klimatyzacji. I co teraz? Wyskoczyć przez nie niczym Clint Eastwood w jednym z tych starych spaghetti westernów? To wydawało się możliwe; z pewnością zaimponowałoby jej, kiedy była dzieckiem, obawiała się jednak, że jeśli rzeczywiście to zrobi, potnie się na kawałki. Kiedy trzeba nakręcić scenę wyrzucania delikwenta przez okno saloonu, Clint Eastwood, The Rock i Steven Seagal mają kaskaderów. A kaskaderzy skaczą przez specjalne szkło.
Usłyszała szybkie kroki za drzwiami, kiedy Pickering najpierw cofnął się, a potem do nich podbiegł. Były ciężkie, ale z niego też nie był ułomek i kiedy w nie uderzył, zatrzęsły się w futrynie. Tym razem krzesło przesunęło się o cal albo dwa do tyłu. Co gorsza, wykładzina znowu się pofałdowała i Em usłyszała trzask niewiele różniący się od odgłosu rozdzieranej taśmy. Pickeringa cechowała niesłychana żywotność, wziąwszy pod uwagę, że oberwał wielokrotnie po głowie i ramionach solidnym klonowym kołkiem, lecz oczywiście choć szalony, był jednocześnie wystarczająco sprytny, żeby wiedzieć, że jeśli Emily jakoś się z tego wykaraska, jemu z pewnością to się nie uda. Przypuszczała, że silnie go to motywowało.
Powinnam mu przywalić całym tym pierdolonym krzesłem, pomyślała.
– Chcesz się zabawić? – wysapał. – Zabawię się z tobą. Jasne. Masz to jak w banku. Ale jesteśmy na moim podwórku, jasne? I już… do ciebie idę! – Walnął ponownie w drzwi, które wygięły się na obluzowanych zawiasach. Krzesło przesunęło się o kolejne dwa albo trzy cale. Em widziała ciemne smugi między jego przechylonymi nogami i drzwiami: fałdy na tanim dywanie.
A zatem okno. Jeśli miała umrzeć, krwawiąc z Bóg wie ilu ran, wolała je sobie zadać sama. Może… jeśli owinie się narzutą…
Jej wzrok padł nagle na biurko.
– Panie Pickering! – zawołała, łapiąc je za boki. – Niech pan zaczeka! Chcę z panem zawrzeć układ!
– Żadnego układania się z dziwkami, jasne? – rzucił gniewnie, lecz na chwilę się zatrzymał, być może, żeby złapać oddech, i to dało jej trochę czasu. Czas był jedyną rzeczą, jakiej potrzebowała, i jedyną rzeczą jaką prawdopodobnie mogła od niego uzyskać; w gruncie rzeczy nie musiał jej mówić, że nie jest facetem, który układa się z dziwkami. – No więc jaki jest ten twój wspaniały plan? Powiedz tatce Jimowi.
W tym momencie jej planem było biurko. Podniosła je, niemal pewna, że pęknie jej przy tym krzyż, ale biurko okazało się lekkie i stało się jeszcze lżejsze, gdy spadło z niego kilka obwiązanych gumką plików papierów, które sprawiały wrażenie notatek uniwersyteckich.
– Co tam robisz? – zapytał ostro. – Nie rób tego!
Emily podbiegła do okna, zatrzymała się i cisnęła biurko przed siebie. Brzęk tłuczonego szkła był ogłuszający. Nie patrząc na zewnątrz i w ogóle nie myśląc – myślenie nic by jej w tym momencie nie dało, a patrzenie tylko wystraszyło, gdyby do ziemi było daleko – ściągnęła z łóżka narzutę.
Pickering ponownie walnął w drzwi i chociaż krzesło nie puściło (wiedziała o tym; gdyby puściło, wbiegłby do środka i ją złapał), rozległ się głośny trzask pękającego drewna.
Em owinęła się od stóp do głów narzutą i przez moment wyglądała niczym stawiająca czoło śnieżycy Indianka z obrazu N.C. Wyetha. A potem wyskoczyła przez wybite okno w tym samym momencie, kiedy otworzyły się za nią wyrwane z zawiasów drzwi. Kilka wystających z okiennej ramy szklanych kikutów poraniło narzutę, lecz żaden nawet nie musnął Emily.
– Och, ty pierdolona wstrętna dziwko! – ryknął za nią… tuż za nią… Pickering i chwilę później znalazła się w powietrzu.
W dzieciństwie była urwisem i zamiast siedzieć z Barbie i Kenem na werandzie, wolała bawić się z chłopcami (najfajniejsza zabawa nazywała się po prostu strzelanka) w lesie za domem rodziców na przedmieściach Chicago. Ubierała się w dres i tenisówki, włosy wiązała w kucyk. Emily i jej najlepsza przyjaciółka Becka nie oglądały w telewizji bliźniaczek Olsen, ale stare filmy z Eastwoodem i Schwarzeneggerem, a kiedy oglądały Scooby-Doo, utożsamiały się bardziej z psem niż z Velmą czy Daphne. W podstawówce przez dwa lata jadły Scooby Snacks na drugie śniadanie.
I oczywiście łaziły po drzewach. Emily pamiętała jedno lato, które ona i Becka spędziły praktycznie na drzewach, każda na swoim podwórku. Mogły mieć wtedy około dziewięciu lat. Poza lekcją spadania, której udzielił jej ojciec, jedyną rzeczą, którą Em zapamiętała wyraźnie z tego lata spędzonego na drzewach, było to, że co ranek matka smarowała jej nos jakimś białym kremem, mówiąc: „Nie ścieraj tego, Emmy” tonem, który sugerował „posłuchaj mnie albo zginiesz”.
Pewnego dnia Becka straciła równowagę i o mało nie spadła na łąkę Jacksonów z wysokości piętnastu stóp (w rzeczywistości może tylko dziesięciu, ale dziewczynkom wydawało się wtedy, że jest ich dwadzieścia pięć… może nawet pięćdziesiąt). Uratowała się, łapiąc w ostatniej chwili za gałąź, i zawisła nad ziemią, wołając o pomoc.
Rusty kosił łąkę. Podszedł do niej – tak, podszedł, miał nawet czas wyłączyć kosiarkę – i wyciągnął ręce. „Spadaj”, powiedział i Becka, która dopiero dwa lata wcześniej przestała wierzyć w Świętego Mikołaja i wciąż była w zasadzie ufna, puściła gałąź. Rusty bez trudu ją złapał, a potem kazał Em zejść z drzewa. Poprosił, żeby pod nim usiadły. Becka trochę płakała, a Em się bała – głównie tego, że łażenie po drzewach zostanie teraz zakazane, podobnie jak chodzenie po siódmej wieczorem do sklepu na rogu.
Rusty nie zabronił im włażenia na drzewa (chociaż matka Emily mogłaby to zrobić, gdyby wyjrzała przez okno). Zamiast tego nauczył je spadania. A potem ćwiczyli to prawie przez godzinę.
Dzień był wtedy wyjątkowo chłodny.
Wyskakując przez okno, Emily zorientowała się, że ma cholernie daleko do patia na dole. Wysokość wynosiła może tylko dziesięć stóp, ale lecąc otulona trzepoczącą wokół niej, podartą na strzępy narzutą, miała wrażenie, że jest ich dwadzieścia pięć. Lub pięćdziesiąt.
Ugnijcie kolana, powiedział im szesnaście albo siedemnaście lat wcześniej Rusty w tamto Lato Leśnych Ludzi, znane również jako Lato Białego Nosa. Nie zmuszajcie ich, żeby zamortyzowały cały wstrząs. Zrobią to – w dziewięciu przypadkach na dziesięć, jeżeli odległość nie jest zbyt duża, zrobią to – lecz może się to skończyć złamaniem. Biodra, nogi albo kostki. Najpewniej kostki. Pamiętajcie, że grawitacja to nasza wspólna matka. Nie walczcie z nią. Niech was obejmie. Ugnijcie kolana, a potem schowajcie głowę w ramiona i zróbcie przewrót.
Em wylądowała na ułożonych w hiszpańskim stylu kamiennych płytach, ugięła kolana i w tym samym momencie przechyliła ramię, przenosząc ciężar ciała w lewo. Schowała głowę w ramiona i zrobiła przewrót. Nie poczuła bólu – nie poczuła go natychmiast – lecz potężny wstrząs, który przeszył całe jej ciało, tak jakby była pustym szybem i ktoś wrzucił do niego wielki mebel. Uważała jednak, by nie uderzyć się głową o kamienne płyty. Nie sądziła również, by złamała nogę, ale mogła się o tym przekonać, dopiero wstając.
Turlając się, zderzyła się z metalowym ogrodowym stolikiem tak mocno, że się przewrócił. A potem wstała, do samego końca nie wiedząc, czy jej ciało jest w wystarczającym stopniu nienaruszone, by zdołała to zrobić. Podniosła wzrok i zobaczyła wyglądającego przez rozbite okno Pickeringa. Miał skrzywioną w grymasie twarz i trzymał w ręce nóż.
– Przestań! – wrzasnął. – Przestań uciekać i stój spokojnie!
Akurat, pomyślała. Ostatnie krople popołudniowego deszczu zmieniły się w mgłę, która osiadła na jej zwróconej ku górze twarzy. Poczuła się bosko. Pokazała mu wyciągnięty palec i potrząsnęła nim, żeby wzmocnić wymowę gestu.
– Nie waż się pokazywać mi palca, ty cipo! – ryknął Pickering i cisnął w nią nożem, który nie doleciał nawet w jej pobliże. Uderzył o kamienne płyty i rozpadł się na dwie części, ostrze i rękojeść, które wpadły pod gazowy grill. Kiedy podniosła ponownie wzrok, prześladowca już zniknął.
Głos jej taty uprzedzał, że Pickering się zbliża, ale Em nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Podeszła do skraju patia – stąpając z łatwością, wcale nie utykając, chociaż podejrzewała, że zawdzięcza to zastrzykowi adrenaliny – i spojrzała w dół. Trzy marne stopy dzieliły ją od porośniętego rzadką trawą piasku. To było małe piwo w porównaniu ze skokiem, który dopiero co przeżyła. Tuż obok patia ciągnęła się plaża, którą tylekroć przebiegała z samego rana.
Spojrzała w drugą stronę, w kierunku drogi, ale to nie był dobry pomysł. Szpetny betonowy mur był zbyt wysoki. I zaraz mógł się pojawić Pickering. To oczywiste, że się pojawi.
Oparła się dłonią o niski ozdobny murek i zeskoczyła na piasek. Źdźbła trawy połaskotały ją w uda. Wbiegła na wydmę między Bunkrem i plażą, podciągając zniszczone szorty i co chwila oglądając się przez ramię. Nic… nadal nic… i nagle Pickering wyskoczył przez tylne drzwi i wrzasnął, żeby nie ruszała się z miejsca. Zdążył włożyć żółtą pelerynę i trzymał w ręku jakiś ostry przedmiot. Biegnąc alejką w stronę patia, wymachiwał nim w powietrzu. Nie wiedziała, co to jest, i nie chciała wiedzieć. Miała nadzieję, że jej prześladowca nie znajdzie się dość blisko, by mogła to zobaczyć.
Potrafiła go przegonić. Zdawała sobie sprawę, że z początku Pickering puści się sprintem, a potem spuchnie, bez względu na to, jak mocno będzie motywował go obłęd i strach przed zdemaskowaniem.
Miała wrażenie, jakby całe to jej bieganie, cały trening służyły do tego, by przygotowała się na tę chwilę.
Mimo to, gdy dobiegała do plaży, o mało nie popełniła kluczowego błędu i nie skręciła na południe. Dobiegłaby wówczas do końca Vermillion Key już po pokonaniu ćwierci mili. Oczywiście po dotarciu tam mogłaby wezwać pomoc (dokładnie rzecz biorąc, wołać o nią, ile miała sił w gardle), ale jeżeli Pickering zrobił coś Deke’owi Hollisowi – a bała się, że tak się stało – wpadłaby w pułapkę. Mogłaby wołać do przepływających łodzi, lecz odnosiła wrażenie, że Pickering pozbył się wszelkich skrupułów; w tym momencie zadźgałby ją prawdopodobnie na scenie Radio City Music Hall na oczach Rockettes.
Dlatego zamiast na południe skręciła na północ, gdzie prawie dwie mile pustej plaży dzieliły ją od Trzcinowej Chatki. Zrzuciła z nóg tenisówki i zaczęła biec.
Nie po raz pierwszy biegła plażą po jednej z tych krótkich, lecz silnych popołudniowych burz, i nie po raz pierwszy czuła, jak na twarzy i ramionach osiadają jej kropelki wilgoci. Znajomy był także potężniejący odgłos łamiących się fal (zaczynał się przypływ i plaża zmniejszała się do wąskiego pasa) i nasilające się zapachy: soli, wodorostów, kwiatów i nawet mokrego drewna. Spodziewała się, że będzie przestraszona – podobnie jak przestraszeni są żołnierze na froncie, kiedy wykonują jakieś niebezpieczne zadanie, które na ogół (choć nie zawsze) kończy się dobrze. Nie spodziewała się, że zobaczy coś pięknego.
Mgła płynęła znad zatoki. Woda była matowozieloną zjawą sunącą przez biel ku brzegowi. Musiało w niej się kłębić od ryb, ponieważ pelikany urządziły sobie otwarty bufet. Większość widziała w formie cieni składających skrzydła i pikujących w wodę. Inne kołysały się na falach, nieruchome jak wabiki, ale pilnie ją obserwujące. Świecące po jej lewej stronie słońce było matową pomarańczowożółtą monetą.
Bała się, że znów złapie ją kurcz w łydce – gdyby tak się stało, byłoby po niej. Ale łydka już dawno przywykła do biegu i wydawała się raczej rozluźniona, a może nawet nieco zbyt rozgrzana. Bardziej niepokoił ją ból w krzyżu, odzywający się lekko co trzy albo cztery kroki i wysyłający mocniejszy sygnał co kilkadziesiąt kroków. Zaczęła jednak czule do niego przemawiać, obiecywała ciepłe kąpiele i masaże shiatsu, kiedy to wszystko się skończy i ścigająca ją dzika bestia znajdzie się w areszcie hrabstwa Collier. Odniosło to pewien skutek. A może samo bieganie stanowiło rodzaj masażu. Miała powody sądzić, że tak jest w istocie.
Pickering wrzasnął raz czy dwa, żeby się zatrzymała, a potem umilkł, oszczędzając siły na pogoń. Obejrzała się raz i oceniła, że jest jakieś siedemdziesiąt jardów z tyłu. Jedyną rzeczą którą dostrzegała wyraźnie w popołudniowej mgle, była jego czerwona koszulka golfowa. Obejrzała się ponownie i zobaczyła go wyraźniej; widziała teraz zachlapane krwią szorty khaki. Pięćdziesiąt jardów z tyłu. Ale dyszał. To dobrze. To, że dyszał, dobrze wróżyło.
Emily przeskoczyła przez plątaninę gałęzi i szorty zsunęły jej się z bioder, zakłócając rytm biegu i grożąc tym, że się przewróci. Nie miała czasu, żeby się zatrzymać i je zdjąć; szarpnęła je tylko wściekle w górę, żałując, że nie mają tasiemki, którą mogłaby ściągnąć, może nawet złapać w zęby.
Z tyłu rozległ się krzyk i zdawało jej się, że słyszy w nim furię i strach. Pickering zaczął sobie chyba zdawać sprawę, że to wszystko może nie zakończyć się po jego myśli. Ryzykując, obejrzała się jeszcze raz z nadzieją i nadzieja nie okazała się płonna. Pickering potknął się o gałęzie, które przeskoczyła, i upadł na kolana. Jego nowa broń, przypominająca kształtem literę X, leżała przed nim na piasku. A więc to były nożyce. Kuchenne nożyce. Z tych wielkich, których kucharze używają do przecinania chrząstek i kości. Złapał je i dźwignął się na nogi.
Emily pobiegła dalej, przyspieszając stopniowo kroku. Nie planowała tego, ale też nie sądziła, by kontrolę przejmowało jej ciało. Istniało jakieś połączenie między ciałem i umysłem, jakiś interfejs. Jakaś jej cząstka chciała przejąć teraz dowodzenie i Emily na to pozwoliła. Ta cząstka chciała przyspieszać stopniowo, prawie łagodnie, żeby ścigająca ją bestia nie domyśliła się, że to robi. Ta cząstka chciała, żeby Pickering też przyspieszył kroku, być może nawet zmniejszył nieznacznie dzielący ich dystans. Ta cząstka chciała go wykończyć i pozbawić sił. Chciała usłyszeć, jak łapie kurczowo powietrze i rzęzi. Może nawet zanosi się kaszlem, jeśli był palaczem (chociaż były to chyba zbyt wygórowane nadzieje). Wtedy Emily włączyłaby dodatkowy bieg, który miała, lecz którego rzadko używała; ten bieg zawsze wydawał się kuszeniem losu, zupełnie jakby w słoneczny dzień przyczepiła sobie do ramion skrzydła z wosku. Ale nie miała teraz wyboru. I jeżeli w ogóle skusiła kiedyś los, stało się to wówczas, gdy zajrzała na wykładany kamiennymi płytami dziedziniec Bunkra.
A jaki miałam wybór, kiedy zobaczyłam jej włosy? Może to los mnie skusił.
Pobiegła dalej, zostawiając ślady stóp na piasku. Obejrzała się ponownie i zobaczyła Pickeringa tylko czterdzieści jardów za sobą. Jednak czterdzieści jardów stanowiło bezpieczny dystans. Biorąc pod uwagę, jak czerwoną i wykrzywioną miał twarz, czterdzieści jardów to odpowiednia odległość.
Na zachodzie i nad jej głową chmury rozsunęły się nagle jak w tropikach i kolor mgły natychmiast zmienił się z ponurej szarości w oślepiającą jasność. Plażę oświetliły punktowe reflektory słońca. Emily wbiegła w jedno z takich miejsc i po dwóch krokach z niego wybiegła, czując, jak temperatura i wilgotność gwałtownie się podnosi i potem spada, gdy ponownie spowiła ją mgła. Odniosła wrażenie, jakby w chłodny dzień przebiegała obok otwartych drzwi samoobsługowej pralni. Zamglony błękit otworzył się przed nią na kształt kociego oka, nad którym pojawiła się podwójna tęcza o wyraźnych, świetlistych kolorach. Jej zachodnie krańce zagłębiały się w nadal gęstej mgle i tonęły w wodzie; te opadające w stronę lądu znikały pośród palm.
Emily zaczepiła prawą stopą o lewą kostkę i potknęła się. Przez moment bała się, że upadnie, ale na szczęście odzyskała równowagę. Jednak teraz Pickering był tylko trzydzieści jardów z tyłu, a trzydzieści jardów to za mało. Koniec podziwiania tęczy. Jeśli nie zajmie się tym, co ważne, ta, którą widziała nad głową, będzie jej ostatnią.
Spojrzała przed siebie i zobaczyła mężczyznę, który przyglądał się im, stojąc po kostki w wodzie. Ubrany tylko w przycięte dżinsowe szorty i mokrą czerwoną chustkę, miał brązową skórę i ciemne włosy oraz oczy. Był niski, ale dobrze zbudowany. Wyszedł z wody i zobaczyła na jego twarzy niepokój. Dzięki Bogu, zobaczyła niepokój.
– Ratunku! – zawołała. – Na pomoc!
Mężczyzna był coraz bardziej zaniepokojony.
– Señora? Qué ha pasado? Qué es lo que va mal?
Znała trochę hiszpański – właściwie tylko kilka słów – lecz kiedy się odezwał, wszystkie wypadły jej z głowy. To nie miało znaczenia. Facet był z pewnością ogrodnikiem pracującym w jednej z rezydencji. Wykorzystał deszcz, żeby ochłodzić się w zatoce. Mógł nie mieć zielonej karty, ale nie potrzebował jej, żeby uratować jej życie. Był mężczyzną, sprawiał wrażenie silnego i zarazem przejętego. Rzuciła mu się w ramiona i poczuła przez T-shirt jego mokrą skórę.
– On jest szalony! – krzyknęła mu prosto w twarz. Mogła to zrobić, ponieważ byli prawie dokładnie tego samego wzrostu. I przypomniała sobie nagle przynajmniej jedno hiszpańskie słowo. Bardzo przydatne w tej sytuacji. – Loco! Loco, loco!
Facet obrócił się, obejmując ją mocno ramieniem. Emily popatrzyła tam, gdzie spoglądał, i zobaczyła Pickeringa. Na jego twarzy widniał uśmiech. Sympatyczny i jakby przepraszający. Nawet krew na szortach i spuchnięta twarz nie niwelowały siły przekonywania tego uśmiechu. I zniknęły gdzieś nożyce, co było najgorsze. Jego dłonie – lewa oraz prawa, którą skaleczyła i na której dostrzegła strup między dwoma palcami – były puste.
– Es mi esposa – powiedział. Ton jego głosu był przepraszający i tak samo przekonujący jak uśmiech. Nawet fakt, że ciężko sapał, przemawiał na jego korzyść. – No te preocupes. Ella tiene… – Jego znajomość hiszpańskiego okazała się niewystarczająca albo tylko udawał. Rozłożył ręce, nadal się uśmiechając. – Problemy? Ma problemy?
W oczach Latynosa zabłysło zrozumienie i ulga.
– Problemas?
– Si – potwierdził Pickering, po czym jedna z jego rozłożonych rąk powędrowała do ust i wykonała gest przechylania butelki.
– Aha – domyślił się Latynos, kiwając głową. – Pije!
– Nie! – zawołała Em, czując, że facet praktycznie popycha ją w ramiona Pickeringa, chce się pozbyć tego nieoczekiwanego problemu, tej nieoczekiwanej señory. Dmuchnęła mu prosto w twarz, żeby udowodnić, że nic nie piła. A potem olśniło ją i dotknęła palcem spuchniętej wargi.
– Loco! To on zrobił!
– Nie, to ona sama się uderzyła, chłopie – rzekł Pickering. – Okay?
– Okay – powtórzył Latynos i pokiwał głową, ale już nie popychał Emily w ramiona Pickeringa.
Najwyraźniej się wahał. A Emily przypomniała sobie kolejne słowo, coś, co zaczerpnęła z jakiegoś programu edukacyjnego, który oglądała – prawdopodobnie z wierną Becką – kiedy w telewizji nie szedł Scooby-Doo.
– Peligro – powiedziała, zmuszając się, żeby nie krzyczeć. Po krzykach można było poznać szalone esposas. Popatrzyła prosto w oczy latynoskiemu pływakowi. – Peligro! On! Señor Peligro!
Pickering roześmiał się i wyciągnął rękę w jej stronę. Przerażona tym, jak blisko się znalazł (zupełnie jakby stogowi siana wyrosły nagle ręce), odepchnęła go. Nie spodziewał się tego i wciąż jeszcze brakowało mu tchu. Nie upadł, ale zatoczył się do tyłu, otwierając szerzej oczy. I w tym momencie wypadły mu nożyce, które wsadził z tyłu za pasek szortów. Przez chwilę cała trójka przyglądała się metalowemu iksowi na piasku. Fale monotonnie uderzały o brzeg. Ptaki nawoływały z wnętrza rozwiewającej się mgły.
Na ustach Pickeringa znowu pojawił się miły uśmiech – ten sam, którym oszukał tyle „bratanic”.
– Potrafię to wyjaśnić, ale brakuje mi słów. Potrafię to jasno wytłumaczyć, okay? – Poklepał się w klatkę piersiową niczym Tarzan. – No Señor Loco, no Señor Peligro, okay? – I w tym momencie mogło mu się udać. Lecz potem, nadal się uśmiechając, wskazał Emily. – Ella es bobo perra *.
Nie miała pojęcia, co znaczy bobo perra, ale zobaczyła, jak zmieniła się twarz Pickeringa, gdy wymawiał te dwa słowa.
Przede wszystkim górna warga, która cofnęła się, a potem uniosła, tak jak to się dzieje z górną częścią psiego pyska, kiedy warczy. Latynos pociągnął Emily do tyłu. Nie stanęła dokładnie za jego plecami, lecz znaczenie tego gestu było oczywiste: obroni ją. A potem pochylił się i sięgnął po leżący na piasku metalowy przedmiot.
Gdyby zrobił to, zanim pociągnął Emily do tyłu, może zdążyłby złapać nożyce. Jednak Pickering zdał sobie sprawę, że sytuacja wymyka mu się z rąk, i sam po nie sięgnął. Złapał je pierwszy, po czym padł na kolana i wbił oblepione piaskiem ostrza w lewą stopę Latynosa. Mężczyzna krzyknął i wytrzeszczył oczy.
Chciał złapać Pickeringa, lecz ten najpierw wywrócił się na bok, a potem zerwał na nogi (nadal jest taki szybki, pomyślała Emily) i odsunął się na dwa kroki. Następnie wrócił i objąwszy przyjaznym gestem muskularne ramiona Latynosa, wbił mu nożyce w pierś. Latynos próbował się cofnąć, ale Pickering trzymał go mocno i nie przestawał dźgać. Stal nie wnikała głęboko w ciało – Pickering uderzał za szybko – lecz krew tryskała na wszystkie strony.
– Nie! – krzyknęła Emily. – Przestań!
Pickering obrócił się na chwilę w jej stronę, przeszywając ją niesamowitym spojrzeniem, a potem dźgnął Latynosa w usta. Nożyce weszły tak głęboko, że ich stalowe uchwyty zadzwoniły o jego zęby.
– Okay? – zapytał. – Okay? Teraz okay? Teraz rozumiesz, ty zafajdany brudasie?
Emily rozejrzała się za czymkolwiek, jakimś kawałkiem drzewa wyrzuconym na brzeg, którym mogłaby go uderzyć, ale niczego nie dostrzegła. Kiedy spojrzała z powrotem na Latynosa, nożyce wystawały mu z oka. Osunął się powoli na ziemię i wyglądało to, jakby kłaniał się wpół. Pickering pochylił się razem z nim, próbując wyciągnąć nożyce.
Em skoczyła na niego, krzycząc. Walnęła go barkiem w brzuch, uświadamiając sobie instynktownie, jaki jest miękki – trafiło do niego wiele wykwintnych potraw.
Pickering wywrócił się na plecy, łapiąc kurczowo powietrze i piorunując ją wzrokiem. Kiedy próbowała odskoczyć, złapał ją za lewą nogę i wbił w nią paznokcie. Latynos leżał obok niej na boku, zakrwawiony i wstrząsany drgawkami. Tylko nos dawało się rozpoznać w jego jeszcze przed trzydziestoma sekundami przystojnej twarzy.
– Chodź tutaj, Lady Jane – powiedział Pickering, ciągnąc ją ku sobie. – Dostarczę ci trochę rozrywki. Lubisz rozrywkę, ty głupia dziwko?
Był silny i chociaż wbijała paznokcie w piasek, nie dawała rady. Poczuła gorący oddech Pickeringa na stopie i chwilę później jego zęby wbiły się aż po dziąsła w jej piętę.
Nigdy w życiu nie doświadczyła takiego bólu; przed rozszerzonymi oczyma stanęło jej każde leżące na plaży ziarenko piasku. Krzyknęła i wierzgnęła dziko prawą nogą. Raczej przez przypadek – w tej sytuacji nie było mowy o celowaniu – trafiła go, i to mocno. Pickering zawył (nieco stłumionym głosem) i przeszywający ból w lewej pięcie skończył się tak samo nagle, jak zaczął. Czuła w niej tylko dotkliwe ćmienie. Coś chrupnęło w twarzy Pickeringa. Poczuła to i usłyszała. Chyba kość policzkowa. Może nos.
Przeturlała się na czworakach, nie wiedząc, czy mocniej boli ją spuchnięty nadgarstek czy może jednak nadgryziona pięta. Przez moment wyglądała – mimo że podarte szorty ponownie zsunęły jej się z bioder – niczym czekająca na strzał startera biegaczka w blokach. A potem zerwała się i pobiegła dalej, lecz tym razem wyraźnie utykała. Skręciła bliżej wody. W głowie miała kompletny mętlik (pomyślała na przykład, że wygląda jak kulejący zastępca szeryfa w tym czy innym telewizyjnym westernie: ta myśl przeleciała jej przez umysł i znikła), jednak ta część jej osobowości, która była zorientowana na przetrwanie, zachowała dość przytomności, by pamiętać, że Emily musi biec po ubitym piasku. Podciągnęła rozpaczliwym ruchem szorty i zobaczyła, że ma ręce pokryte piaskiem i krwią. Łkając, wytarła najpierw jedną, potem drugą o podkoszulek. Wbrew wszelkiej nadziei obejrzała się przez ramię, ale on znowu ją ścigał.
Starała się, jak mogła, biegła tak szybko, jak potrafiła, piasek – chłodny i wilgotny tam, gdzie biegła – koił nieco ból w rozpalonej stopie, lecz nie umiała złapać dawnego rytmu. Obejrzała się i zobaczyła, że się do niej zbliża. Wkładał wszystkie siły w ten ostatni sprint. Tęcze przed nią blakły, dzień nieubłaganie robił się coraz jaśniejszy i gorętszy.
Starała się, jak mogła, ale wiedziała, że to nie wystarczy. Mogłaby przegonić starszą panią, starszego mężczyznę, nawet swojego biednego, smutnego męża, ale nie potrafiła przegonić biegnącego za nią stukniętego sukinsyna. Złapie ją. Rozejrzała się za bronią, którą mogłaby go uderzyć, jednak nic nie dostrzegała. Zobaczyła zwęglone gałęzie po rozpalonym przez kogoś na plaży ognisku, lecz leżały zbyt daleko w głębi lądu, tuż poniżej miejsca, gdzie zaczynały się porośnięte trawą wydmy. Gdyby skręciła w tamtą stronę, gdzie piasek był miękki i zdradliwy, Pickering złapałby ją jeszcze prędzej. Sytuacja była wystarczająco zła tu, przy brzegu. Słyszała, jak się zbliża, dysząc chrapliwie i parskając krwią z rozbitego nosa. Słyszała nawet szybki chrzęst tenisówek po mokrym piasku. Tak bardzo chciała zobaczyć na plaży kogoś jeszcze, że przez chwilę zdawało jej się, że widzi wysokiego, siwowłosego faceta z dużym zakrzywionym nosem i ogorzałą ciemną cerą. A potem uświadomiła sobie, że rozgorączkowana wyobraźnia powołała do życia jej ojca, i zjawa zniknęła.
Pickering był już dość blisko, żeby ją złapać. Jego palce musnęły tył jej podkoszulka, o mało nie złapały materiału i zsunęły się. Następnym razem się nie zsuną. Em skręciła do morza, rozchlapując wodę, która najpierw sięgała jej do kostek, a potem do kolan. To była jedyna rzecz, jaka przyszła jej do głowy, jedyna rzecz. Wyobrażała sobie – nie do końca w jasny, świadomy sposób – że albo od niego odpłynie, albo przynajmniej stawi mu czoło w wodzie, gdzie mieli bardziej wyrównane szanse; w najgorszym razie fale spowolniłyby przynajmniej uderzenia tych okropnych nożyc. Jeżeli tylko zdąży dotrzeć dość głęboko.
Zanim mogła położyć się na wznak i zacząć płynąć – nim woda sięgnęła jej do ud – Pickering złapał ją za podkoszulek i pociągnął do tyłu, z powrotem do brzegu.
Zobaczyła nożyce nad swoim lewym ramieniem i chwyciła je. Próbowała je wykręcić, ale nie miała szans. Pickering stał w głębokiej do kolan wodzie, na szeroko rozstawionych stopach, które tkwiły w piasku wymywanym przez cofające się fale. Jedna z nich popchnęła Em, która wpadła na swojego prześladowcę, i razem się wywrócili.
Reakcja Pickeringa była szybka i charakterystyczna: zaczął wierzgać, odpychać się od dna i konwulsyjnie miotać. Prawda zabłysła w jej głowie niczym fajerwerki na nocnym niebie. Nie umiał pływać. Pickering nie umiał pływać. Miał dom nad Zatoką Meksykańską, ale nie umiał pływać. I to było całkowicie logiczne. Odwiedzał Vermillion Key wyłącznie po to, by uprawiać sporty domowe.
Odsunęła się od niego, a on nie próbował jej złapać. Siedział w głębokiej do piersi wodzie, pośród sunących tam i z powrotem fal, które nie uspokoiły się jeszcze po niedawnej burzy, i wszystkie jego wysiłki skoncentrowane były na tym, żeby się podnieść, zaczerpnąć powietrza i ratować przed żywiołem, z którym nigdy nie nauczył się sobie radzić.
Em odezwałaby się do niego, ale szkoda jej było otwierać usta. Gdybym wiedziała, moglibyśmy to zakończyć od razu, powiedziałaby. I ten biedny facet nadal by żył.
Zamiast tego ruszyła do przodu, wyciągnęła rękę i złapała go.
– Nie! – wrzasnął, bijąc ją rękoma. Nie miał w nich nożyc – wywracając się, musiał je zgubić – i był zbyt wystraszony i wytrącony z równowagi, żeby zacisnąć pięści. – Nie, nie rób tego! Puszczaj mnie, ty dziwko!
Em nie puściła. Ciągnęła go coraz głębiej. Mógł się jej z łatwością wyrwać, gdyby zdołał zapanować nad paniką, ale nie zdołał. I zdała sobie sprawę, że to coś więcej niż nieumiejętność pływania; Pickering cierpiał na jakiś rodzaj fobii.
Co za człowiek, cierpiący na chorobliwy lęk przed wodą, kupuje sobie dom nad zatoką? Musiało mu odbić.
To ją autentycznie rozśmieszyło, chociaż nie przestawał jej okładać, wymachując wściekle rękoma, i najpierw trafił Emily w prawy policzek, a później mocniej w bok głowy. Zielona woda wpadła jej do ust, ale natychmiast ją wypluła. Pociągnęła go jeszcze głębiej i widząc zbliżającą się wielką falę – gładką i szklistą, ze spadającą z góry pianą – pchnęła go przodem w jej stronę. Jego wrzaski zmieniły się w zdławiony bulgot, który ucichł, kiedy poszedł pod wodę, miotając się, wierzgając i wijąc w jej uścisku. Wielka fala runęła na nią i Emily wstrzymała oddech. Przez chwilę znaleźli się oboje pod wodą i zobaczyła jego bladą twarz, a właściwie przerażoną maskę, która zatraciła wszelkie cechy ludzkie, zmieniając go w to, czym w był w rzeczywistości. W zielonej toni wirowała galaktyka kamyków. Przepłynęła między nimi mała zagubiona rybka. Pickeringowi oczy wyszły z orbit. Jego ostrzyżone krótko włosy falowały w wodzie i Emily bacznie im się przyglądała. Przyglądała im się, gdy z nosa poszły mu srebrne bańki powietrza. I widząc, jak kosmyki włosów zmieniają kierunek i skręcają w kierunku Teksasu, a nie Florydy, pchnęła go z całej siły i puściła. A potem odbiła się stopami od piaszczystego dna i popłynęła w górę.
Wynurzyła się z wody, łapiąc spazmatycznie powietrze i zaczęła się krok po kroku wycofywać. Nie było to łatwe nawet tak blisko brzegu. Omywająca jej biodra i nogi wsteczna fala była tak silna, że można ją było niemal uznać za prąd przeciwny. Trochę dalej na pewno nim była. A jeszcze dalej prąd przeciwny stawał się prądem odpływowym i nawet silny pływak miał tam niewielkie szanse, chyba że płynął na ukos, starając się mozolnie wrócić do bezpiecznej strefy.
Brnąc przez płyciznę, straciła równowagę i usiadła. Zalała ją kolejna fala. Było jej cudownie. Cudownie i zimno. Po raz pierwszy od śmierci Amy czuła się dobrze. Właściwie lepiej niż dobrze: bolało ją całe ciało i domyślała się, że chyba znowu płacze, ale czuła się bosko.
Podnosząc się z trudem w ociekającym, przyklejonym do tułowia podkoszulku, zobaczyła jakiś odpływający niebieski przedmiot, spojrzała na siebie i uświadomiła sobie, że zgubiła szorty.
– Nie szkodzi, i tak były podarte – powiedziała i zaczęła się śmiać.
Śmiejąc się, pobrnęła dalej w stronę plaży, najpierw po kolana, potem po kostki w wodzie, i w końcu stanęła, pozwalając, by morze omywało jej stopy. Mogła tak stać bardzo długo. Zimna woda łagodziła ból w rozpalonej stopie i była przekonana, że sól jest dobra na ranę; słyszała gdzieś, że ludzkie usta są największym rozsadnikiem zarazków na całym świecie.
– Tak – mruknęła, wciąż się śmiejąc – ale kto, do diabła, jest największym…
W tej samej chwili Pickering wynurzył się z krzykiem na powierzchnię. Był teraz jakieś dwadzieścia pięć stóp od brzegu. Wymachiwał wściekle rękoma.
– Ratunku! – zawołał. – Nie umiem pływać!
– Wiem – odparła Emily. Podniosła rękę i pomachała mu, życząc pomyślnej podróży. – Może nawet natkniesz się na rekina. Deke Hollis powiedział mi w zeszłym tygodniu, że się pojawiły.
– Ratu… – Zalała go fala. Myślała, że już się nie wynurzy, ale się wynurzył. Był teraz trzydzieści stóp od brzegu. Co najmniej trzydzieści. -…nku! Proszę!
Jego żywotność była absolutnie zdumiewająca, zwłaszcza że to, co robił – wymachiwał głównie rękoma, tak jakby myślał, że odleci niczym mewa – przynosiło skutek odwrotny do zamierzonego. Przez cały czas dryfował coraz dalej, a na plaży nie było nikogo, kto by go wyciągnął. Nikogo oprócz niej.
Naprawdę nie mógł już wrócić na brzeg, była tego pewna, lecz mimo to pokuśtykała do resztek plażowego ogniska i wybrała największe ze zwęglonych polan. A potem stanęła tam i po prostu patrzyła, rzucając za sobą coraz dłuższy cień.
Trwało to bardzo długo. Nie miała pojęcia, ile dokładnie, bo zabrał jej zegarek. Po pewnym czasie przestał krzyczeć. Później widziała tylko biały krąg nad ciemną czerwoną koszulką i blade ręce, które próbowały pomóc mu odfrunąć. A potem nagle zniknął. Myślała, że zobaczy jeszcze raz rękę wynurzającą się niczym peryskop i machającą na wszystkie strony, ale się nie wynurzyła. Po prostu zniknął. Bul, bul. Właściwie była rozczarowana. Później mogła stać się z powrotem sobą – może nawet swoim lepszym ja – lecz w tym momencie chciała, żeby dalej cierpiał. Chciała, żeby umierał przerażony i żeby trwało to długo. Za Nicole i wszystkie inne „bratanice” sprzed Nicole.
Czy ja też jestem „bratanicą”?
Przypuszczała, że na swój sposób jest. Ostatnią „bratanicą”. Tą która biegła najszybciej, jak potrafiła. Tą która przeżyła. Usiadła przy pozostałości ogniska i odrzuciła na bok zwęglone polano. Pewnie i tak nie okazałoby się dobrą bronią; przypuszczalnie pękłoby niczym węgiel do rysowania już po pierwszym ciosie. Słońce stawało się coraz ciemniejszą pomarańczą, która rozpalała zachodni horyzont. Wkrótce miał się zająć ogniem.
Pomyślała o Henrym. I o Amy. Teraz ich nie było, ale kiedyś istnieli – piękni niczym podwójna tęcza nad plażą – z przyjemnością o tym myślała. A później pomyślała o ojcu. Wkrótce wstanie, potruchta do Trzcinowej Chatki i do niego zadzwoni. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Bo teraz dobrze było siedzieć, wbijając stopy w piasek i obejmując obolałymi ramionami podkurczone kolana.
Fale dobijały do brzegu. Ani śladu po jej podartych szortach czy czerwonej koszulce golfowej Pickeringa. Zatoka zabrała jedno i drugie. Czy Pickering utonął? Przypuszczała, że to najbardziej prawdopodobne, ale dziwiło ją że tak szybko poszedł na dno. Nie pomachał nawet na pożegnanie…
– Myślę, że coś go ucapiło – powiedziała do zapadającego zmierzchu. – Chyba wolę tak myśleć. Bóg wie dlaczego.
– Bo jesteś tylko człowiekiem, kochanie – rzekł jej ojciec. I przypuszczała, że taka była prawda. Po prostu.
W filmowym horrorze Pickering wystąpiłby jeszcze raz w scenie finałowej: wynurzyłby się z rykiem ze spienionych fal albo wyskoczył z szafy w jej sypialni, ociekający wodą lecz jak zawsze żywotny. Ale to nie był horror, tylko jej życie. Jej skromne życie. Przeżyje je, kuśtykając na początek do miejsca, gdzie stał dom i pasujący do niego klucz spoczywał w pudełku po pastylkach na gardło, pod starym, szpetnym krasnoludem w spłowiałym czerwonym kapeluszu. Otworzy nim drzwi, a potem skorzysta z telefonu. Zadzwoni do ojca, potem na policję. A jeszcze później zadzwoni chyba do Henry’ego. Przypuszczała, że Henry w dalszym ciągu ma prawo wiedzieć, że wszystko u niej w porządku, chociaż nie będzie miał go zawsze. Albo nie będzie chciał z niego zawsze korzystać.
Nad zatoką trzy pelikany przeleciały tuż nad wodą a potem poszybowały wyżej, spoglądając w dół. Patrzyła, wstrzymując oddech, jak zastygają w bezruchu w pomarańczowym powietrzu. Jej twarz – na szczęście tego nie wiedziała – była twarzą dziecka, które gdyby przeżyło, wspinałoby się po drzewach.
Trzy ptaki złożyły skrzydła i zapikowały w dół.
Emily klasnęła w dłonie, mimo że zabolał ją od tego spuchnięty prawy nadgarstek.
– Cześć, pelikany! – zawołała.
A potem otarła ręką oczy, odgarnęła do tyłu włosy, wstała i ruszyła z powrotem do domu.