Był to niewielki oddział szpitalny. Mikę Dunning nadal bardzo źle się czuł. Fale mdłości, po których przychodziły ataki strachu, nękały go często, a w głowie mu huczało, jak gdyby był pijany.
Sierżant Dice, majaczący w drzwiach, inspektor Luke i Campion, którzy siedzieli po obu stronach białego żelaznego łóżka, byli tylko cieniami w mroku. Ale młodą pielęgniarkę, w świetle dziennym przypominającą żywą reklamę wakacji nad morzem, widział wyraźnie u stóp swego łóżka. Jej biały czepek wpływał na niego pokrzepiająco, tak że zaczynał wszystko od nowa:
– Kłytia – mówił. – Muszę myśleć o Kłytii. Ona nic nie wie. Tak ją wychowali. Siostra nie zrozumie. – Miał ochotę potrząsnąć -głową, ale ból w porę go ostrzegł. – To dziecko jeszcze. Taka słodka, ale jak ją poznałem, o niczym nie miała pojęcia. Martwię się o nią. Ona nie jest bezpieczna. Dlaczego siostra ją odesłała?
– Zaraz wróci – obiecała mu pielęgniarka. – Tylko proszę opowiedzieć tym panom, jak pana zraniono.
– Nie wierz nikomu, kochanie. – W jego ciemnych oczach, obrzeżonych gęstymi rzęsami, malował się lęk. – Siostra nie zna Palinode'ów. Dostaną ją znów w swoje ręce, zamkną i w końcu stanie się taka sama jak oni. Dlatego się nią zaopiekowałem. Musiałem. – Poruszył się lekko i tajemniczy uśmieszek, przepraszający i figlarny, przemknął po jego miękkich, chłopięcych wargach. – Jestem za nią odpowiedzialny – powiedział szeroko otwierając oczy. – Nikogo nie ma oprócz mnie.
– Kto pana uderzył? – powtórzył inspektor Luke po raz chyba piąty.
Mike chwilę się zastanawiał.
– Nie wiem – odparł wreszcie. – To śmieszne, ale nie mam pojęcia kto.
– Kiedy pan wyszedł od swojej gospodyni, postanowił pan nocować w szopie, przy motorze – zaczął cicho Campion.
– Tak, to prawda. – Mikę -miał wyraźnie zdumioną minę. – Ta stara klempa wyrzuciła mnie. Bardzo się zmartwiłem. Było już po północy ~ zamilkł na chwilę. – Pewno zacząłem spacerować – powiedział wreszcie.
– Zaraz po wyjściu od niej? – mruknął Luke w mroku. – Jak długo pan spacerował?
– Nie wiem, może ze dwie godziny… nie, nie tak długo. Słyszałem dwa uderzenia zegara, kiedy ich obserwowałem.
– Kogo pan obserwował? – Pytanie Luke'a było może nieco za natarczywe, zbyt głośne. Chory zamknął oczy.
– Zapomniałem – powiedział. – Gdzie jest teraz Kłytia?
– Siedzi w korytarzu za drzwiami na trzecim krześle po lewej stronie – wyjaśnił szybko Campion. – Jest zdrowa. Czy jeszcze padało, kiedy pan ich obserwował.
Chłopiec znowu się zamyślił.
– Nie, wtedy przestało. Było ciemno, pomyślałem sobie, że lepiej będzie, jak pójdę do motoru, ponieważ nie było kłódki na drzwiach i niepokoiłem się tym. Zresztą nie miałem dokąd pójść, byłem przecież bez pieniędzy. – Urwał, ale tym razem nikt go nie przynaglał. Po chwili znużonym głosem podjął znowu: – Skręciłem w Apron Street. Było dosyć jasno, ale szedłem powoli, bo nie chciałem się natknąć na glinę i tłumaczyć się. – Mrugnął oczami. – Byłem akurat przy sklepie z trumnami, kiedy drzwi otworzyły się i wyszedł stary Bowels i jego syn, ten, który wynajął mi szopę. Wcale nie chciałem, żeby mnie zobaczyli, więc skoczyłem w bok. Jedyną osłoną było okno wystawowe, które na jakąś stopę odstaje od ściany. Bałem się, że mnie zobaczą, i wstrzymałem oddech. Usłyszałem jakiś hałas – pewno zamykali drzwi. Potem razem przeszli.przez jezdnię. Bowels miał przewieszone przez rękę prześcieradło.
– Co takiego? – Inspektor zapomniał o ostrożności, kiedy usłyszał ten zaskakujący szczegół w ponurym opowiadaniu chłopca.
– Prześcieradło – upierał się chory. – Z pewnością to było prześcieradło. Poza prześcieradłem nic nie jest tak białe, chyba tylko obrus. Niósł je starannie przewieszone przez ramię. Zdenerwowało mnie to bardzo. Poszli do składu aptecznego i stali tam przez chwilę, a ja sobie pomyślałem, że pewno zadzwonili, ponieważ usłyszałem, jak na górze otwiera się okno i ktoś się odzywa, chociaż nie słyszałem, co mówił. I wtedy nagle prześcieradło zniknęło, doszedłem więc do wniosku, że weszli do środka.
– Jesteś pewien, chłopcze, że weszli do apteki?
– Całkowicie. Znam teraz doskonale Apron Street. o każdej porze dnia i nocy.
Campion nie dopuścił do ewentualnej nietaktownej uwagi inspektora. '
– To było wtedy, kiedy usłyszałeś, jak bije godzina druga? – spytał, uświadamiając sobie, że jego własna rozmowa z przedsiębiorcą pogrzebowym przez okno salonu Renee musiała się odbyć trochę po trzeciej.
Mike Dunning zawahał się. Znów uderzyła go niesamowitość tej sceny, której był świadkiem.
– Nie – odparł wreszcie. -Nie. To było wtedy, kiedy zobaczyłem kapitana i pana Lawrence'a.
– Oni też tam byli?
– Nie przed składem aptecznym. Kiedy ci karawaniarze odeszli, przeszedłem na drugą stronę pod dom Palinode'ów.
– Po co? – spytał Luke.
– Żeby spojrzeć na dom Palinode'ów. – Był tak zmęczony, że mówił nawet bez gniewu, jednak wszyscy w pokoju, nawet sierżant Dice, udawali, że nie domyślają się jego pobudek. – W pokoju Kłytii było ciemno, jej pokój jest od frontu, wie pan, i chyba nie zaryzykowałbym rzucenia kamieniem, gdyby się nawet paliło. Po prostu chciałem -się upewnić, że już śpi. Właśnie się odwróciłem, kiedy zobaczyłem Lawrence'a Palinode – to jej wuj, najgorszy z nich wszystkich -jak wysunął się ukradkiem z domu i zszedł po schodach. – Uśmiechnął się chytrze, jak psotne dziecko. – Byłem pewien, że zobaczył mnie, że widzi jak kot w ciemności. Ale zaraz zorientowałem się, że nie. Na tym rogu ulicy w nocy pali się tylko jedna latarnia i akurat się tak złożyło, że go oświetliła, kiedy zszedł ze ścieżki. Usłyszałem, jak ostrożnie przeciska się przez krzaki, aż wreszcie znalazł się przy tych urnach ze stiuku, które tworzą ogrodzenie. Nie byłem specjalnie daleko od niego, ale znajdowałem się v/ cieniu domu. Widziałem tylko część jego twarzy, kiedy wychylił się z krzewów laurowych.
– Gdzie był kapitan? Razem z nim?
– Nie. On był z drugiej strony, na Barrow Crescent, przy skrzynce pocztowej. Pan Lawrence obserwował jego, a ja pana Lawrence'a. Była to cholernie głupia sytuacja, ale nie śmiałem nawet drgnąć. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego wszyscy kotłują się po nocy. Wtedy właśnie usłyszałem, jak zegar na kościele katolickim na Barrow Road wybija drugą godzinę.
– Jak mógł pan rozpoznać kapitana Setena z tej odległości?
– Och, oczywiście że nie mogłem. – Wrodzona pogoda Mike'a zdawała się powoli wracać. – Przez długą chwilę w ogóle nie mogłem go widzieć. Zorientowałem się, że stary Lawrence kogoś śledzi, wobec tego czekałem na rozwój wypadków. Potem zobaczyłem, że ktoś wychodzi z jakichś drzwi, przechodzi koło skrzynki pocztowej i patrzy w kierunku Barrow Road. Stał tak może minutę, a potem znowu zniknął. W chwilę później to się znowu powtórzyło i coś w postaci tego człowieka, sposób noszenia kapelusza, wydało mi się znajome.
– Czy było tak widno, że pan to wszystko widział dokładnie? – Inspektor był wyraźnie zafascynowany opowiadaniem Dunninga.
– Tak, już panom powiedziałem, że był półmrok. Wdziałem tylko czarne cienie, a wszystko inne pogrążone było w szarości. Kilka razy ujrzałem sylwetkę tego wychodzącego człowieka, aż wreszcie nabrałem pewności, że to kapitan. To porządny facet. Kłytia lubi go. A wtedy pojawiła się kobieta:.
Campion zobaczył białka oczu Luke'a – a może tak mu się tylko zdawało – który jednak zachowywał całkowite milczenie.
– Szła człapiąc chodnikiem – ciągnął ochrypły głos – i oczywiście nie widziałem jej twarzy, ale ze sposobu chodzenia wskazywał na to, że to starsza kobieta, i zauważyłem, że jest tęga, choć była grubo ubrana. Kapitan podszedł do niej i rozmawiał z nią, jakby się dobrze znali, i stali tak z dziesięć minut. Pomyślałem, że się sprzeczają. Kapitan wymachiwał rękami. Lawrence wprost wisiał na ogrodzeniu. Szyję wyciągnął jak bocian. Pewno starał się usłyszeć, co mówią, ale to było niemożliwe, nawet gdyby krzyczeli. Wreszcie kobieta odwróciła się i ruszyła prosto w naszą stronę – tak mi się przynajmniej zdawało. Ale nie – przeszła na drugą stronę Apron Street i weszła w zaułek koło stajen. Kapitan wrócił do domu i pan Lawrence też. Jestem tego pewien, bo musiałem tam tkwić, dopóki sobie nie poszedł.
Charlie Luke podrapał się w głowę.
– Rzeczywiście wygląda na to, że to musiał był kapitan i że czekał na jakąś kobietę. Szkoda, żeś jej nie wiedział. Czy jesteś pewien, że ona weszła w pasaż?
– Całkowicie. Widziałem wyraźnie. Tamtędy jest przejście na Barrow Road.
– Jesteś pewien, że obaj Bowelsowie nie wrócili do pasażu? -
– Nie. Nie mogli tego zrobić. Nie ma tylnego wejścia do apteki, a ja znajdowałem się najwyżej o dziesięć jardów od wystawy.
– A.potem co się stało?
Mikę oparł się o poduszki i już się zdawało, że pielęgniarka każe im skończyć rozmowę. Po chwili jednak ożywił się znowu..
– Zacząłem iść zaułkiem, bo chciałem być przy motorze. Pod tylnymi drzwiami Bowelsa paliło się światło i przypomniałem sobie wtedy, że jego syn mówił mi, że zatrzymał się u nich jakiś krewny. Wszedłem do szopy cicho, bojąc się, żeby mnie ten krewny nie usłyszał. Motor stał na swoim miejscu. Zamknąłem drzwi, zanim zapaliłem zapałkę, latarki nie miałem.
– Czyś zauważył kogoś?
– Nie, na dole nie było nikogo. Wydawało mi się jednak, że słyszę jakiś szmer na stryszku i chyba coś powiedziałem. Nie pamiętam dobrze. W każdym razie potem już było zupełnie cicho i pomyślałem sobie, że to pewno hałasowały konie stojące obok w stajni. Nie było na czym siedzieć, a od kamiennej podłogi ciągnęło wilgocią, więc doszedłem do wniosku, że lepiej będzie pójść na górę. Byłem cholernie zmęczony, a poza tym musiałem się zastanowić. Do wypłaty został mi tylko funt. – Zmarszczył czoło pod bandażem. – Ale to już inny problem – powiedział i uśmiechnął się rozbrajająco. -.Tym zajmiemy się później. No, więc zapaliłem zapałkę i opuściłem ją, żeby nie zgasła, i zacząłem się. wspinać po drabinie. I więcej nie pamiętam, wtedy właśnie pewno ktoś mnie rąbnął w głowę. Ale kto?
– Może ta podstarzała dziewczyna kapitana- zażartował Campion.
Kiedy wstali, Dunning wyciągnął rękę w jego stronę.
– Niech mi pan przyśle Kłytię, niech pan będzie taki dobry – powiedział cicho. – Muszę z nią porozmawiać. Pan nie wie, w jakie może wpaść tarapaty.
– Wygląda na to, że to poważna sprawa – odezwał się Campion do Luke'a, kiedy schodzili po betonowych schodach szpitala spełniwszy uprzednio prośbę chłopca.
– Biedne dzieciaki! – wybuchnął nieoczekiwanie inspektor. – Nikt o nich nie dba, muszą więc same dbać o siebie. – Urwał. – Jak para pijaków – dodał. – No cóż, a więc to nie byli Bowelsowie.
– Raczej nie. – Campiona wyraźnie to zdziwiło. – Chciałbym porozmawiać z Jasem.
– Jest do pańskiej dyspozycji. – Ja teraz pójdę zobaczyć się z Dobermanem. Tuż przed telefonem ze szpitala, że Dunning czuje się lepiej, otrzymałem od niego wiadomość. Nie mam pojęcia, co znowu staremu strzeliło do głowy.
Przy bramie Luke zatrzymał się przez chwilę niepewny i zasmucony. Oczy miał głęboko zapadnięte.
– Czy pan się orientuje, dokąd zmierza ta przeklęta sprawa?- spytał. – Wiem, że nie mam ludzi, bo góra zabiera mi połowę, i wiem też, że mam trudne zadanie ponieważ Palinode'owie to skomplikowani ludzie, ale czy widzi pan w tym jakiś przebłysk światła? A może to ja się po prostu gubię?
Campion, który mimo swego pokaźnego wzrostu sprawiał wrażenie smuklejszego i niższego niż jego towarzysz, zdjął okulary i spojrzał na niego łagodnie.
– Och, wszystko we właściwym czasie, chłopcze – powiedział. – Na razie wszystko wydaje się problemem. Moim zdaniem, trzeba się skoncentrować na dwóch wyraźnych tropach w tym zawikłanym labiryncie. Pytanie, czy one prowadzą do celu? Sądzę, że tak, ale nie mam pewności. A ty co myślisz?
– Czasem w ogóle wątpię, czy potrafię myśleć – odparł z goryczą inspektor Charlie Luke.