XII. Hiszpania i schizma narodów

Przewrót, który zaczął się od renesansu i zakończył się w niektórych krajach reformacją dokonał w wewnętrznej polityce Anglii jednej drastycznej i realnej rzeczy. Rzeczą tą było zniszczenie instytucji służących ubogim. Nie był to jego jedyny akt, ale za to akt o największym praktycznym znaczeniu, podstawa wszystkich zagadnień związanych obecnie z kapitałem i pracą. W jakim stopniu teologiczne teorie owych czasów przyczyniły się do tego, może stanowić przedmiot dyskusji. Nikt jednak, kto zapozna się z faktami, nie zaprzeczy, że schizma religijna powstała w tym samym czasie i nastroju, w którym powstało również to nowe bezprawie bogaczy. Najskrajniejszy protestant zadowoli się zapewne powiedzeniem, że protestantyzm nie był przyczyną, lecz pokrywką. Najskrajniejszy katolik zadowoli się zapewne przyznaniem, że protestantyzm nie był grzechem, lecz raczej karą za grzechy. Najradykalniejsza i bezwstydna część tego procesu dokonała się dopiero z końcem osiemnastego wieku, kiedy protestantyzm przeradzał się już w sceptycyzm. Bardzo wiele argumentów przemawia za paradoksem, że purytanizm był w gruncie rzeczy politurą na pogaństwie, że cała sprawa wzięła początek w bezładnym pragnieniu nowości u szlachty renesansu i zakończyła się w Klubie Ognia Piekielnego. Tak czy owak, pierwsze, co powstało w czasie reformacji, to nowa i nienormalnie potężna arystokracja, tym zaś, co ulegało niszczeniu, w coraz większej mierze, było wszystko to, co lud mógłby dzierżyć, bezpośrednio czy pośrednio, wbrew takiej arystokracji. Ten stan rzeczy charakteryzuje całe dalsze dzieje naszego kraju, najbliższy zaś epizod tych dziejów tyczy się położenia korony. W rzeczywistości zepchnęli już króla na bok dworzanie, którzy stłoczyli się za jego plecami tuż przed wyłamaniem drzwi. Król pozostaje w tyle w pogoni za bogactwem i nie jest już zdolny czynić niczego sam. Uderzaj ącego dowodu na to dostarczy następne panowanie, po chaosie panowania Edwarda VI.

Maria Tudor, córka rozwiedzionej królowej Katarzyny, ma złą opinię nawet w dziejach popul arnych, popularne zaś uprzedzenia są na ogół bardziej warte studiów niż sofizmaty naukowców. Jej wrogowie mylili się co do jej charakteru, nie mylili się jednak co do jego skutków. Była ona, w ograniczonym znaczeniu tego słowa, kobietą dobrą, o silnych przekonaniach, sumienną, chorowitą. Jest jednak prawdą, że była królową złą pod wielu względami, w szczególności zaś złą dla swej własnej, najukochańszej sprawy. Wszystko sprowadza się do tego, że postawiła sobie ona za zadanie wymazać napis „Precz z papieżem”, a w rzeczywistości wryła go jeszcze głębiej. Wyładowanie się jej fanatyzmu w okrucieństwie, a w szczególności skoncentrowanie go w szczególnych miejscach i w krótkim czasie, wyryło się w pamięci publicznej jakby gorącym żelazem. Był to pierwszy z serii wielkich przypadków historycznych, które oddzieliły od starego reżimu istotną część opinii publicznej, jeśli nie jej całość. Wyraziło się to w śmierci na stosie trzech słynnych męczenników w Oksfordzie. Jeden z nich, Latimer, był reformatorem typu bardziej krzepkiego i ludzkiego, drugi, Cranmer, okazał się w radach Henryka VIII tak gładkim snobem i tchórzem, że Tomasz Cromwell w porównaniu z nim wydaje się mężczyzną.

O tym jednak, co można by nazwać tradycją Latimera, o tej zdrowszej i prawdziwszej odmianie protestantyzmu, pomówimy później. W owym czasie nawet męczennicy oksfordzcy wywołali zapewne mniej litości i wzburzenia niż straszna śmierć, jaką poniosło w płomieniach wielu mniej głośnych entuzjastów, których ciemnota i ubóstwo nadały ich sprawie więcej posmaku ludowego, niż miała ona naprawdę. Ten ostatni brzydki rys uwydatnił się ostrzej i wywołał więcej świadomej czy nieświadomej goryczy na tle tego innego wielkiego faktu, o którym mówiłem przed chwilą, faktu będącego rozstrzygającym sprawdzianem tej przejściowej epoki.

Cała trudność leżała w tym, że nawet pod tymi katolickimi rządami nie można było przywrócić Kościołowi katolickiemu jego własności. Choć Maria była fanatyczką, ten akt sprawiedliwości przekraczał najśmielsze marzenia fanatyzmu — w tym leżało sedno sprawy. Sam fakt, że była dostatecznie zagniewana, by popełniać na rachunek Kościoła rzeczy złe, a nie była na tyle śmiała, by dochodzić praw Kościoła — jest miarą ówczesnych stosunków. Wolno jej było pozbawiać życia małych ludzi, nie wolno jej było pozbawiać wielkich ludzi — ich własności, a raczej własności cudzej. Mogła karać herezje, nie mogła karać świętokradztwa. Z musu znalazła się w fałszywym położeniu zabijania ludzi za to, że nie chodzili do kościoła, a oszczędzania ludzi, którzy szli tam w celu kradzenia ozdób kościelnych. Co wpędziło ją w to przymusowe położenie? Na pewno nie jej własna postawa religijna, która była szczera w stopniu nieledwie maniackim. Nie opinia publiczna, mająca naturalnie znacznie więcej sympatii dla dzieł religijnego humanitaryzmu, których nie przywróciła, niż dla niehumanitarnych postępków, których się dopuszczała w imię religii. Przymus płynął oczywiście ze strony nowej szlachty i nowych bogactw, których wydania szlachta odmawiała. Powodzenie tego nacisku dowodzi, że szlachta była już wówczas silniejsza od korony. Berło posłużyło tylko za łom do wyłamania drzwi od skarbca. Złamało się ono, a przynajmniej zagięło, od tego uderzenia.

Trochę prawdy jest również w uporczywie przez lud powtarzanej historii o tym, że Maria kazała sobie wypisać na sercu słowo „Calais”, gdy ta ostatnia pozostałość średniowiecznych podbojów wróciła do Francji. Maria miała wyjątkową i heroiczną półcnotę Tudorów: była patriotką. Zdarza się często, że patrioci pozostają patetycznie w tyle za duchem swoich czasów. Sam bowiem fakt, że trzymają się starych wrogów, nie pozwala im dostrzec nowych. W jednym z następnych pokoleń Cromwellowi przytrafił się ten sam błąd, ale „na odwrót”: oto patrzył on wrogim okiem na Hiszpanię wówczas, gdy powinien był wystrzegać się Francji. W naszych czasach szowiniści patrzyli złym wzrokiem na Francję jeszcze wówczas, gdy powinni już byli obrócić go przeciw Niemcom. Nie mając żadnych antynarodowych zamiarów, Maria znalazła się w antynarodowej sytuacji w czasie, kiedy kraj stanął w obliczu najdonioślejszej dla siebie sprawy międzynarodowej. Był to drugi ze zbiegów okoliczności, który potwierdził szesnastowieczne zmiany, a na imię mu było Hiszpania. Będąc córką hiszpańskiej królowej, Maria wyszła za mąż za hiszpańskiego księcia i zapewne nie widziała w takim związku niczego poza tym, co uczynił jej ojciec. Z chwilą jednak, kiedy na tron wstąpiła po niej jej siostra Elżbieta — odcięta od starej religii, a niezbyt mocno przywiązana do nowej — z chwilą, kiedy zamysł podobnego małżeństwa hiszpańskiego dla samej Elżbiety upadł, dojrzało coś, co było większe i potężniejsze niż plany królów. Stojąc na swej wysepce jak na samotnej łodzi, Anglicy zauważyli, że pada na nich cień wyniosłego statku.

Utarte frazesy o narodzinach imperium brytyjskiego i „przestronnej epoce” królowej Elżbiety nie tylko zaciemniają istotną prawdę, ale nawet zaprzeczają jej zupełnie. Z tych frazesów można by wywnioskować, że Anglia, jakimś imperialnym sposobem, uprzytomniła sobie wówczas po raz pierwszy swoją wielkość. Będziemy znacznie bliżsi prawdy mówiąc, że po raz pierwszy uprzytomniła sobie wówczas swą małość. Wielki poeta „przestronnych czasów” nie wielbi jej przestronności, ale porównuje ją do małego klejnotu. Wizja uniwersalnej ekspansji pojawiła się dopiero w wieku osiemnastym. Kiedy się pojawiła, była jednak znacznie mniej żywa i żywotna niż to, co się pojawiło w wieku szesnastym. To, co się wówczas pojawiło, nie było imperializmem, ale anty-imperializmem. Anglia urzeczywistniła, na samym początku swych dziejów nowożytnych, jedną rzecz, którą wyobraźnia ludzka uzna zawsze za bohaterską — epopeję małego narodu. Sprawa Armady stała się dla niej tym, czym Bannockburn dla Szkotów lub Majuba dla Burów — zwycięstwem, które zdumiało samych zwycięzców. To, z czym Anglicy wówczas walczyli, było imperializmem w swym pełnym i kolosalnym znaczeniu, było rzeczą nieznaną od czasów rzymskich. Mieli przeciw sobie, mówiąc bez przesady, samą cywilizację. Właśnie wielkość Hiszpanii przyniosła chwałę Anglii. Dopiero gdy sobie uprzytomnimy, że Anglicy byli w porównaniu z nią równie nieokrzesani, równie niedorozwinięci, równie małostkowi i prowincjonalni jak Burowie — zdołamy ocenić zuchwalstwo ich wyzwania i wspaniałość ich ocalenia. Pojmiemy to tylko wówczas, jeśli zdamy sobie sprawę, że dla dużej części Europy sprawa Armady miała znaczenie nieledwie wyprawy krzyżowej. Papież uznał Elżbietę za dziecko nieprawe — po prawdzie nie bardzo widać, co mógł powiedzieć innego, skoro małżeństwo jej matki uznał za nieważne. Fakt ten stanowił jeden więcej i może ostatni już cios odcinający Anglię od starszej części świata. W owym czasie o tych malowniczych angielskich żeglarzach, którzy nękali hiszpańskie imperium Nowego świata, mówiono na Południu po prostu jako o piratach i — technicznie biorąc — określenie to było słuszne, gdyż tylko „techniczne” napady, dokonywane przez stronę słabszą, osądzamy w retrospektywie z pewną wyrozumiałością. Wówczas to, jak gdyby dla utrwalenia tego kontrastu w obraz niezatarty, Hiszpania, a raczej imperium mające swój ośrodek w Hiszpanii, zebrało wszystkie siły i pokryło morze flotą, podobną do legendarnej floty Kserksesa. Zwaliła się ona na skazaną na zagładę wyspę całym ciężarem i z uroczystą powagą sądu ostatecznego. Żeglarze czy piraci uderzyli w nią małymi okrętami, zataczającymi się pod ogniem wielkich dział, walczyli z nią płonącym śmieciem, aż w ostatniej godzinie zmagań wielka burza wyrosła z morza i zamiotła dokoła wyspy. Gigantyczna flota zniknęła z oczu. Niesamowita zupełność klęski i nagła cisza, która pochłonęła tę cudowną Armadę, pobudziły strunę, która nigdy od tego czasu nie przestała drgać. Nadzieje Anglii datują się od tej beznadziejnej godziny, świat nie zna bowiem nadziei rzeczywistych, które nie byłyby kiedyś nadziejami straconymi. Przerwanie tej wielkiej sieci morskiej było znakiem, że mała rzecz, która uszła zagłady, przeżyje wielkość. A jednak, pod pewnym względem, może już nigdy nie będziemy znowu ani tak mali, ani tak wielcy.

Wspaniałość epoki elżbietańskiej, o której zwykło się mówić jako o wschodzie słońca, była pod wielu względami zachodem. Czy patrząc na nią jako na koniec renesansu, czy też koniec starej cywilizacji średniowiecza, żaden uczciwy krytyk nie zaprzeczy, że główne jej blaski skończyły się wraz z nią. Niech sam czytelnik postawi sobie pytanie, co go szczególnie uderza we wspaniałości epoki elżbietańskiej. Dojdzie do wniosku, że jest to coś, co słabo widać w czasach średniowiecznych, i coś, czego prawie nie ma w czasach nowożytnych. Dramat elżbietański przypomina jedną z elżbietańskich tragedii — jego burzliwą pochodnię zadeptali rychło purytanie. Jest oczywiste, że główną tragedią było zniszczenie komedii. Komedia bowiem, która przybyła do Anglii po Restauracji, była — w porównaniu z elżbietańską — obca i zimna. W najlepszym razie była to komedia, w której był humor, ale nie było beztroski szczęścia. Warto zanotować, że postacie przyno szące dobre wieści i szczęście w sztukach miłosnych Szekspira należą prawie bez wyjątku do świata, który się kończy, bez względu na to, czy są to braciszkowie zakonni czy wróżki. Podobnie było z głównymi ideałami elżbietańskimi, wcielonymi w elżbietański dramat. Uwielbienia narodu dla królowej dziewicy nie należy dyskredytować z powodu jego niezgodności z szorstkim i podstępnym charakterem historycznej Elżbiety. Jej krySycy mogą słusznie twierdzić, że zastępując Marię Dziewicę przez królową dziewicę angielscy reformatorzy wymienili po prostu prawdziwą dziewicę na fałszywą. Prawda ta nie zaprzeczy jednak istnieniu prawdziwego, choć ograniczonego, ówczesnego kultu. Cokolwiek myśleć o tej szczególnej królowej-dziewicy — z tragicznych bohaterek owych czasów można zestawić cały korowód dziewiczych królowych. Na pewno ludzie średniowiecza znacznie więcej od nowożytnych mieliby zrozumienia dla męczeństwa „Miarki za miarkę”. Podobnie jak z tytułem Dziewicy, ma się rzecz z tytułem Królowej. Mistyczną monarchię, uświetnioną w „Ryszardzie II”, miała rychło spotkać detronizacja znacznie bardziej katastrofalna niż w „Ryszardzie II”. Ci sami purytanie, którzy zdarli aktorom tekturowe korony, mieli również zedrzeć rzeczywiste korony królom, których role aktorzy ci grali. Wyjdzie zakaz zabraniający wszelkich widowisk aktorskich, a wszelką monarchię zwać się będzie kabotyńskim aktorstwem.

Szekspir zmarł w dniu św. Jerzego i dużo z tego, co wiązało się ze św. Jerzym, umarło wraz z nim. Nie chcę tu powiedzieć, że umarł patriotyzm Szekspira czy też Anglii. Utrzymał się on i rósł nawet stale, aż się stał najszlachetniejszą dumą nadchodzących czasów. Coś znacznie większego jednak niż patriotyzm wiązało się z tym wizerunkiem św. Jerzego, któremu Ryszard Lwie Serce oddał był w opiekę Anglię przed dawnymi czasy w pustyniach Palestyny. W koncepcji Świętego Patrona średniowiecze przekazało jedną bardzo osobliwą i niezastąpioną — jak dotąd — ideę. Była to idea różnolitości bez antagonizmu. Siedmiu Rycerzy Chrześcijaństwa rozmnożyło się siedemdziesiąt siedem razy w patronów miast, rzemiosł i warstw społecznych. Sama jednak myśl, że byli oni wszyscy świętymi, wykluczała możliwość ich wzajemnej rywalizacji jako patronów. Cech szewców i cech garbarzy, noszące odznaki św. Kryspina i św. Bartłomieja, mogły walczyć ze sobą na ulicach miast, nie wierzyły jednak, by w tym samym czasie św. Kryspin i św. Bartłomiej walczyli ze sobą w niebiesiech. Podobnie Anglicy pokrzykiwali w bitwie na cześć św. Jerzego, a Francuzi na cześć św. Dionizego. Nie wierzyli jednak na serio, by św. Jerzy nienawidził św. Dionizego, czy nawet tych, którzy zaklinali się na św. Dionizego. Św. Joanna d’Arc, której patriotyzm dziś nazwano by fanatycznym, zajmowała w tej sprawie postawę, którą większość ludzi nazwałaby dziś postawą bardzo postępową.

Teraz jednak, w ślad za schizmą religijną, pojawił się przedział głębszy i bardziej nieludzki. Nie była to już bójka między wyznawcami świętych, którzy byli między sobą w stanie pokoju, ale wojna między wyznawcami bogów będących w stanie wojny. To, że wielkie okręty hiszpańskie nosiły imiona św. Franciszka czy św. Filipa, zaczynało tracić znaczenie dla nowej Anglii. Niebawem miało znaczyć coś kosmicznie wrogiego, jak gdyby zwano je imieniami Baala czy Thora. Chodzi tu o zwykłe symbole, jednakże proces, który one symbolizowały, był bardzo realny i zasługuje na baczną uwagę. Wraz z wojnami religijnymi pojawiła się bowiem idea, którą dzisiejsza wiedza stosuje do wojen rasowych, idea wojen „naturalnych”, niewynikających z jakiegoś szczególnego sporu, ale z samej natury spierających się ludzi. Cień fatalizmu rasowego padł wówczas po raz pierwszy w poprzek naszej drogi i daleko w mrokach poruszyło się coś, o czym ludzie prawie zapomnieli.

Poza granicami więdnącego imperium leżał ten kraj nieuchwytny i płynny jak morze, który przelał się przez brzegi w epoce wojen z barbarzyńcami. Większa jego część była teraz formalnie chrześcijańska, ale słabo ucywilizowana; jakiś słaby strach przed kulturą Południa i Zachodu osiadł na jej dzikich siłach, jak lekki szron. Ten na pół cywilizowany świat trwał długo w stanie uśpienia, zaczął jednak śnić. W pokoleniu poprzedzającym Elżbietę pewien wielki mąż, który mimo całej swej gwałtowności był w gruncie rzeczy marzycielem — Marcin Luter — krzyknął przez sen głosem podobnym do grzmotu, protestując częściowo przeciw roli złych obyczajów, w dużej jednak mierze również przeciw roli dobrych uczynków w systemie chrześcijańskim. W pokoleniu po Elżbiecie rozprzestrzenienie się nowych dzikich doktryn w starych dzikich krajach wciągnęło Europę środkową w cykl wojen religijnych. W wojnach tych dynastia podtrzymująca legendę świętego Cesarstwa Rzymskiego, Austria, niemiecki partner Hiszpanii — walczyła za starą religię przeciw lidze innych Niemców, walczących o nową wiarę. Stosunki na kontynencie były zawiłe i komplikowały się coraz bardziej, w miarę jak marzenie o przywróceniu jedności religijnej zapadało się w nicość. Komplikowało je również stanowcze postanowienie Francji stania się narodem w pełnym nowoczesnym znaczeniu tego słowa i utrzymania stałej niezależności od wszelkich związków politycznych. Cel ten doprowadził ją, mimo jej nienawiści do rodzimych protestantów, do udzielenia dyplomatycznego poparcia wielu protestantom zagranicznym, po prostu dla zachowania równowagi sił przeciw gigantycznej konfederacji Hiszpanów i Austriaków. Komplikowało dalej te stosunki powstanie kalwińskiej społeczności kupieckiej w Niderlandach, silnej, logicznej, wyzywającej, walecznie broniącej swej niepodległości przeciw Hiszpanii. Nie popełnimy jednak błędu dopatrując się pierwszych bólów porodowych nowoczesnego układu międzynarodowego w tzw. wojnie trzydziestoletniej, i to bez względu na to, czy nazwiemy ją buntem półpogan przeciw Świętemu Cesarstwu Rzymskiemu czy też przyjściem z północy nowej wiedzy, nowej filozofii i nowej etyki. Do walki wmieszała się Szwecja i posłała herosa wojskowego na pomoc odnawiającym się Niemcom. Praktykowany wówczas typ wojskowego bohaterstwa odznaczał się dziwną kombinacją coraz to bardziej złożonej wiedzy strategicznej z jak najbardziej nagim i ludożerczym okrucieństwem. Poza Szwedami inne jeszcze siły zrobiły karierę na tej rzezi. Daleko na północnym wschodzie, w kraju jałowych moczarów, mały, ambitny ród lichwiarzy, którzy stali się panami, czujny, oszczędny, do gruntu samolubny, przyjął dość powierzchownie teorię Lutra i zaczął wynajmować swych zupełnie jeszcze dzikich parobków jako żołnierzy po stronie protestantów. Otrzymywał za to dobrą zapłatę i awansował krok za krokiem, w tym jednak czasie włości jego ograniczały się jeszcze do starej Marchii Brandenburskiej. Ród ten nosił nazwisko: Hohenzollernowie.

Загрузка...