XIII. Wiek purytanów

Nudziłoby nas mocno, gdybyśmy musieli czytać opis niezwykle ciekawej dyskusji lub serii przygód, gdzie pozbawione znaczenia słowa jak „snark” czy „boojum” figurowałyby systematycznie zamiast nazw głównych postaci czy przedmiotów. Nudziłoby nas, gdyby nam opowiadano, że król miał do wyboru albo stać się „snarkiem”, albo ostatecznie oddać „boojum”, czy też, że tłum wpadł w szał na skutek publicznego wystąpienia „boojum”, co uważano za ciężki afront dla „snarka”. Otóż bardzo podobna sytuacja powstała na skutek najnowszych prób przedstawienia teologicznych sporów szesnastego i siedemnastego wieku, prób, które zasadzały się na wstręcie do teologii, tak modnym w naszym pokoleniu — a raczej w pokoleniu poprzednim. Purytanie, jak sama nazwa wskazuje, entuzjazmowali się z początku tym, co uważali za religię czystą (pure). Dążyli często do narzucenia jej innym, a czasem pragnęli tylko swobody jej praktykowania dla siebie samych. W żadnym razie nie ocenimy sprawiedliwie tego, co w ich charakterach było najszlachetniejszego, a w ich myślach zajmowało pierwsze miejsce, jeśli nigdy — przy żadnej okazji — nie spytamy, czym było owo „coś”, co zamierzali narzucić lub praktykować. Wielu purytanów posiadało wiele bardzo szlachetnych cech, czego prawie zupełnie nie dostrzegają nowocześni ich admiratorzy. Chwali się ich za rzeczy, na które albo spoglądali obojętnie, albo których częściej jeszcze nienawidzili z furią — jak np. wolności religijnej. A jednak: rozumie się zupełnie niedostatecznie, a nawet nie docenia się ich logicznego stosunku do spraw, na których im naprawdę zależało — takich jak np. kalwinizm. W powieściach i sztukach — które spaliliby publicznie — robimy z purytanów postacie malownicze w sposób, który by ich gwałtownie oburzył. Interesujemy się wszystkim, co ich dotyczy, z wyjątkiem tej jedynej rzeczy, którą oni sami byli zainteresowani.

Jak widzieliśmy, nowe doktryny były w Anglii w pierwszym rzędzie zwykłą wymówką dla plutokratycznego rabunku — to jest cała prawda w tej sprawie. Zupełnie inaczej miała się rzecz z ludźmi żyjącymi o jedno lub dwa pokolenia później, ludźmi, dla których katastrofa Armady stała się już legendą o wyzwoleniu narodu od papiestwa, wyzwoleniu podobnie cudownym i prawie równie odległym, jak te wyzwolenia, których tak realistyczne opisy czytali w księgach hebrajskich, które im obecnie udostępniono. Czcigodny przypadek owej hiszpańskiej klęski zbiegł się aż nazbyt dokładnie z ich zainteresowaniem dla niechrzescijańskich części Pisma św. Zwycięstwo nad Armadą zaspokoiło pewnego rodzaju starotestamentową tęsknotę: oto burzliwe znaki na niebie i morzu oznajmiły, że Anglicy są narodem wybranym. Obróciło się to łatwo w tę herezję pychy plemiennej, w którą ciężej jeszcze popadli Niemcy. Na skutek takich procesów psychicznych cywilizowane państwo może spaść z poziomu narodu chrześcijańskiego do poziomu narodu wybranego. Ale jeśli nawet nacjonalizm Anglików okazał się później groźny dla przyjaznego współżycia narodów, był to — mimo wszystko — nacjonalizm. Purytanie byli w każdym calu patriotami i w tym górowali wyraźnie nad hugenotami francuskimi. Politycznie stanowili oni początkowo jedno tylko skrzydło nowej warstwy bogaczy, która wywłaszczyła Kościół i zabierała się do wywłaszczenia korony. Choć wszyscy oni byli tylko tworami tego wielkiego rabunku, nie wszyscy jednak byli tworami świadomymi. Mieli wielu reprezentantów wśród arystokracji, ale wielu z nich zaliczało się do warstw średnich, choć prawie wyłącznie do miejskich warstw średnich. Dla biedoty wiejskiej, stanowiącej jeszcze ciągle największą część ludności, stanowili oni po prostu pośmiewisko i przedmiot nienawiści. Należy np. stwierdzić, że choć przewodzili narodowi w wielu dziedzinach, nie potrafili wytworzyć niczego, co miałoby atmosferę tzw. pretensjonalnie folkloru. Wszelka tradycja ludowa, przekazana nam czy to w pieśniach, czy w toastach, czy w wierszach i przysłowiach, wiąże się z osobą króla. Purytanie nie zostawili po sobie żadnej wielkiej legendy. Musimy się zadowolić ich wielką literaturą.

Wszystko to są jednak po prostu rzeczy, które inni ludzie mogli również u nich dostrzec. Nie są to rzeczy najważniejsze, a na pewno nie te, które oni sami myśleli o sobie. Istota tego ruchu wyrażała się w dwu koncepcjach, czy raczej dwu krokach, z których pierwszy był procesem moralnym, przy pomocy którego doszli do swoich „głównych wniosków”, drugi zaś krok stanowił „główne wnioski”, do których doszli. Zaczniemy od pierwszego, przede wszystkim ze względu na to, że on to podyktował całą ich zewnętrzną postawę społeczną, która uderzała w oczy ludzi ówczesnych. Uczciwy purytanin, wzrastając za młodu w świecie ogołoconym przez wielkie rabunki, przyswoił sobie pierwszą podstawową zasadę z trzech lub czterech podstawowych zasad, które umysł człowieka może pojąć. Chodziło o zasadę, że umysł człowieka może komunikować się bezpośrednio z umysłem Boga. Nazwijmy to krótko zasadą antysakramentalną. W rzeczywistości stosuje się ją jednak, i purytanin rzeczywiście stosował ją, do wielu rzeczy innych niż sakramenty Kościoła. Stosuje się ją również — i on ją rzeczywiście stosował — do sztuki, do literatury, do umiłowania jakiejś miejscowości, do muzyki, nawet do dobrych manier. Frazes, że żaden ksiądz nie powinien odgradzać człowieka od Stwórcy, jest tylko uproszczonym wyrywkiem pełnej doktryny filozoficznej. Prawdziwy purytanin równie stanowczo sądził, że żaden śpiewak ani opowiadacz bajek, ani skrzypek nie może przekładać głosu Boga na języki ziemskiego piękna. Warto zauważyć, iż jedyny geniusz purytański czasów nowożytnych, Tołstoj, przyjął ten wniosek w pełni, potępiając wszelką muzykę jako zwykły narkotyk i zakazując swym własnym wielbicielom czytania swych własnych, godnych uwielbienia powieści. Purytanie angielscy byli nie tylko purytanami, ale i Anglikami, toteż nie zawsze odznaczali się jasnością myśli. Jak się przekonamy, prawdziwy purytanizm był ideą raczej szkocką niż angielską. Była to jednak siła napędowa i wytyczna. Samej doktryny można bronić, choć jest trochę wariacka. Zdaniem purytanów, prawda intelektualna była jedyną pochwałą, godną najwyższej prawdy wszechświata. Następnym krokiem w naszym studium będzie wykrycie, co purytanin uważał za prawdę w odniesieniu do tej najwyższej prawdy. Jego indywidualny rozum, odcięty od instynktu i tradycji, konstruował sobie pojęcie wszechmocy Boga, która po prostu znaczyła tyle, co niemoc człowieka. U Lutra wcześniejsza i łagodniejsza forma protestantyzmu doprowadziła tylko do powiedzenia, że nic z tego, co człowiek czyni, nie może mu pomóc z wyjątkiem wyznania Chrystusa. Kalwin doprowadził to rozumowanie do ostatniej logicznej konkluzji mówiąc, że nawet i to nie może człowiekowi pomóc, skoro Wszechmocny musiał przes ądzić cały jego los uprzednio. Według Kalwina Bóg musi stwarzać ludzi po to, by ich gubić i zbawiać. U czystszych purytanów, o których tu mowa, ta logika rozpalona była do białości, powinniśmy więc doszukiwać się tej formuły we wszystkich ich formułach parlamentarnych i prawniczych. Czytając, że „partia purytańska domagała się reform kościelnych”, powinniśmy rozumieć, że „partia purytańska domagała się pełniejszego i jaśniejszego potwierdzenia, że ludzie tworzeni są po to, by mogli być gubieni i zbawiani”. Gdy czytamy, że „armia wybierała pewne osoby dla ich bogobojności”, powinniśmy rozumieć, że „armia wybierała te osoby, które wydawały się najbardziej przekonane, że ludzie tworzeni są po to, by mogli być gubieni i zbawiani”. Dodajmy, że ten straszliwy prąd nie ograniczył się jedynie do krajów protestanckich. Niektórzy wielcy myśliciele katoliccy szli za nim, choć z wahaniem, póki nie zatrzymał ich Rzym. Był to duch czasu, co powinno stanowić trwałe ostrzeżenie przeciw braniu ducha czasu za nieśmiertelnego ducha człowieka. Niewielu bowiem znajdziemy dziś chrześcijan czy niechrześcijan zdolnych patrzeć wstecz na kalwinizm, który omal nie zobył Canterbury, a nawet Rzymu dzięki geniuszowi i bohaterstwu Pascala czy Miltona, bez wykrzyknięcia — słowami pewnej damy ze sztuki Bernarda Shaw: „Jak cudownie! jak wspaniale! … i, och, jak bliscy byliśmy katastrofy”.

Następną rzeczą godną zanotowania było to, że rządy kościołem chcieli purytanie widzieć w formie prawdziwego samorządu, a jednak, ze szczególnych przyczyn, samorząd ten okazał się samolubnym samorządem. Był on równy, a jednak ekskluzywny. Na wewnątrz ich synod czy też zgromadzenie wydawał się małą republiką, na nieszczęście jednak bardzo mała była to republika. W stosunku do ulicy konwentykiel ten nie był republiką, lecz zgromadzeniem arystokratycznym. Była to najstraszniejsza ze wszystkich arystokracji, arystokracja wybranych. Nie było to bowiem prawo z urodzenia, ale prawo sprzed urodzenia, i jedyne ze wszystkich szlachectw nierównające się z innymi ludźmi w prochu. Widzimy stąd, z jednej strony, u prostych purytanów szereg prawdziwych cnót republikańskich: wyzwanie rzucone tyranom, uznanie godności ludzkiej, nade wszystko zaś odwołanie się do tej pierwszej ze wszystkich cnót republikańskich — działania publicznego. Jeden z królobójców, walcząc przed sądem o swoje życie, uderzył w ton, który mimo całej nienaturalności szkoły purytańskiej brzmi szlachetnie: „Tego zabójstwa nie dokonałem zza płotu”. Najdrastyczniejszy jednak ich idealizm nie uczynił niczego, by uchwycić z powrotem choć promień tego światła, które jednocześnie oświetliło każdego człowieka, co przyszedł na świat, choć promień tego przekonania, że wszyscy ludzie namaszczeni sakramentem chrztu — są braćmi. Purytanie byli doprawdy bardzo podobni do tego okropnego rusztowania, na które królobójca nie bał się wskazać palcem. Byli na pewno wystawieni na widok publiczny, mogli mieć w sobie ducha publicznego, nie mieli jednak nigdy wzięcia u ludu. Jak się zdaje, nie przyszło im nigdy do głowy, że potrzebne jest wzięcie u ludu. Anglia nie była nigdy tak mało demokracją, jak podczas krótkiego okresu, kiedy była republiką.

Walka ze Stuartami, stanowiąca następny rozdział naszych dziejów, była skutkiem sojuszu, który komuś może się wydać przypadkowym sojuszem dwu rzeczy. Pierwszą była ta intelektualna moda na kalwinizm, która zapanowała w świecie kulturalnym, podobnie jak to uczyniła dziś intelektualna moda na kolektywizm. Drugą rzeczą była starsza sprawa, która umożliwiła istnienie owego wyznania, a może nawet i istnienie kulturalnego świata — bunt arystokratów za ostatnich Tudorów. Była to, że tak powiem, opowieść o ojcu i synu, co razem zrywali ten sam złoty obraz — młodszy z prawdziwej nienawiści do obrazochwalstwa, starszy tylko z miłości do złota. Tragedią i paradoksem Anglii jest fakt, że jej namiętności w sprawach odwiecznych minęły, a pozostały przemijające i ziemskie pasje. Powiedzenie jest prawdziwe w stosunku do Anglii, niezupełnie zaś prawdziwe w stosunku do Szkocji. Tym właśnie tłumaczy się wojna Szkotów z Anglikami zakończona pod Worcester. Pierwsze zmiany miały w obu krajach zupełnie ten sam materialistyczny charakter — były zwykłym rozbojem baronów. Nawet Knox, choć stał się bohaterem narodowym, był politykiem skrajnie antynarodowym. Patriotyczna była w Szkocji partia kardynała Batona i Marii Stuart. Tym niemniej nowe wyznanie przyswoił sobie lud w Niższej Szkocji w sensie pozytywnym, nieznanym jeszcze wówczas w samej Anglii. Stąd w Szkocji rzeczą główną stał się purytanizm, do którego doszły parlamentarne oraz inne oligarchie. W Anglii rzeczą główną była oligarchia parlamentarna, do której doszedł purytanizm. Gdy przeciw Karolowi I zaczęła wzbierać burza, po przejściowym okresie rządów jego ojca, szkockiego następcy Elżbiety — wydarzenia przytaczane powszechnie dowodzą istotnej różnicy między demokratyczną religią a arystokratyczną polityką. Szkocka legenda mówi o Jenny Geddes, biednej kobiecie, która rzuciła w księdza stołkiem. Angielska legenda mówi o Johnie Hampden, wielkim panu, który zbuntował przeciw królowi całe hrabstwo. Ruch parlamentarny w Anglii był w całości prawie sprawą szlachty, w nowym sojuszu z kupiectwem. Była to szlachta, która mogła się uważać za rzeczywistą i naturalną warstwę przywódczą Anglików. Byli to jednak przywódcy, którzy nie ścierpieliby buntu wśród swoich stronników.

Wolno przypuszczać, że Stuartowie przynieśli ze Szkocji bardziej średniowieczny, a tym samym logiczniejszy pogląd na własną rolę. Cechą ich narodu była bowiem logika. Weszło w przysłowie, że Jakub I był Szkotem i pedantem. Nie dość zwraca się jednak uwagi na fakt, że Karol I był także niemałym pedantem, mając w sobie bardzo dużo ze Szkota. Miał on również cnoty Szkota: odwagę, naturalną godność oraz zamiłowanie do spraw intelektualnych. Mając w sobie coś ze Szkota, był on bardzo nie-angielski i niezdolny do kompromisu. Zamiast tego usiłował dzielić włos na czworo i bezustannie łamał obietnice. Mógł był jednak śmiało wykazać znacznie jeszcze więcej braku konsekwencji, gdyby był choć trochę uczuciowy i „mglisty”. Należał jednak do gatunku ludzi, którzy widzą wszystko czarno lub biało — szczególnie zaś to, co czarne. Od samego początku walczył ze swym parlamentem jak ze zwykłym wrogiem. Możliwe, że czuł się wobec niego cudzoziemcem. Skutek tej sprawy jest znany i nie potrzebujemy być tak ostrożni jak ów dżentelmen, który pragnął skończyć rozdział po to, by się dowiedzieć, co się stało z Karolem I. Jego ministrowi, wielkiemu Straffordowi, nie udała się próba uczynienia Karola władcą silnym na wzór królów francuskich, toteż zginął na szubienicy — zawiedziony Richelieu. Gdy parlament zażądał prawa kontroli nad skarbem, Karol odwołał się do prawa miecza i początkowo łamał wszelki opór. Ale powodzenie przechyliło się rychło na stronę bogactw warstwy parlamentarnej, dyscypliny nowej armii oraz cierpliwości i geniuszu Cromwella. Karol zginął tą samą śmiercią, co jego wielki sługa.

Historycznie spór sprowadza się, wśród powikłań opisywanych na ogół bardziej szczegółowo niż na to zasługują, do ważnego współczesnego pytania, czy królowi wolno nakładać podatki bez zgody parlamentu. Prawo króla zakwestionował Hampden, wielki magnat z hrabstwa Buckinghamshire, który podał w wątpliwość legalność podatku nałożonego przez Karola rzekomo na potrzeby floty wojennej. Każdy innowator szuka zawsze uświęcenia swych reform w przeszłości. Purytańska szlachta rozdęła średniowieczną Wielką Kartę do rozmiarów legendy. Było to o tyle zgodne z prawdziwą tradycją, że ustępstwo króla Jana było w istocie, jak to już zaznaczyliśmy, anty-despotyczne, ale nie demokratyczne. Te dwie prawdy tłumaczą dwie strony zagadnienia upadku Stuartów. Ponieważ różnią się one co do stopnia pewności, wymagają oddzielnego rozpatrzenia.

Jeśli chodzi o punkt pierwszy, tyczący demokracji, to żaden człowiek dobrej wiary nie powinien w ogóle, w obliczu faktów, zastanawiać się nad nim. Można z pewną racją twierdzić, że siedemnastowieczny parlament walczył o prawdę, nie można jednak twierdzić, jakoby walczył o prawa ludu. Po zmierzchu średniowiecza parlament był zawsze zdecydowanie arystokratyczny i zdecydowanie anty-ludowy. Instytucja, która zakazała Karolowi I pobrania podatku na flotę, była tą samą instytucją, która uprzednio zakazała Ryszardowi II uwolnienia chłopów od poddaństwa. Grupa żądająca od Karola I węgla i minerałów była tą samą grupą, która później miała zażądać od gmin wiejskich ich gruntów gromadzkich. Była to ta sama instytucja, która przed dwoma zaledwie pokoleniami dołożyła chętnie ręki do zniszczenia nie tylko rzeczy cieszących się uczuciem ludu, jak klasztory, ale wszystkich rzeczy pożytecznych dla ludu, takich jak cechy i parafie, samorządy miejskie i zawodowe. Poczynania wielkich lordów mogły mieć — i na pewno miały — bardziej patriotyczną i twórczą stronę. Parlament służył jednak wyłącznie poczynaniom wielkich lordów. Izba Gmin stała się bowiem sama Izbą Lordów.

Skoro przejdziemy jednak do drugiego, czyli anty-despotycznego aspektu kampanii przeciw Stuartom, trafimy na coś znacznie trudniejszego do odrzucenia i znacznie łatwiejszego do usprawiedliwienia. Mówi się o Stuartach rzeczy jak najgłupsze, ale mało się wie o tym, co wówczas rzeczywiście przemawiało za ich wrogami. Zagadnienie to łączy się z faktem, o którym nasi wyspiarscy dziejopisowie najczęściej zapominają, a mianowicie ze stosunkami na kontynencie. Należy pamiętać, że choć Stuartom nie powiodło się w Anglii, walczyli oni o rzeczy, które powiodły się w Europie. Z grubsza biorąc, były to, po pierwsze, wyniki kontrreformacji, które kazały szczerym protestantom patrzeć na katolicyzm Stuartów bynajmniej nie jako na ostatni błysk gasnącego ognia, ale jak na szerzący się pożar. Karol II na przykład to był umysł tęgi, sceptyczny, aż drażniąco kpiarski — a przy tym niezachwianie, z pewną nawet niechęcią, przekonany o słuszności katolicyzmu jako filozofii. Drugim i ważniejszym motywem obawy przed Stuartami była ta zupełnie przeraźliwa autokracja, którą wznoszono we Francji jakby jakąś Bastylię. Autokracja ta była logiczniejsza i pod wieloma względami bardziej równościowa i sprawiedliwa niż oligarchia angielska, ale w razie buntu lub nawet zwykłego oporu stawała się prawdziwą tyranią. Nie było tam żadnych z angielskich środków bezpieczeństwa, takich jak sądy przysięgłych i dobre przepisy starego prawa zwyczajowego. Na lettre de cachet nie było rady, podobnie jak na magię. Anglikom, którzy wykraczali przeciw prawu, powodziło się lepiej niż Francuzom. Francuski satyryk mógł był zapewne odpalić, że to właśnie Anglikom posłusznym prawu powodziło się gorzej niż Francuzom. Kierowanie życiem zwykłych ludzi należało do pana z dworu. Był on jednak skrępowany samym faktem piastowania urzędu. Był silniejszy jako pan wsi, ale słabszy jako przedstawiciel króla. Broniąc tego stanu rzeczy, wigowie na pewno nie bronili demokracji, ale niewątpliwie bronili wolności. Bronili nawet pewnych resztek wolności średniowiecznej, choć nie najlepszych. Bronili sądów przysięgłych, ale nie cechów. W feudalizmie tkwiło może trochę lokalizmu, niepozbawionego elementów liberalnych, które utrzymały się w ustroju arystokratycznym. Miłośnicy takich rzeczy mogli się słusznie obawiać Molocha Państwa, którego Hobbes widział jako jednego potwora, a Francuzi jako jednego człowieka.

Wracając do faktów należy powtórzyć, że to, co w purytanizmie było czyste, było niestety przemijające, typowy zaś proces tego przemijania wyraził się w tym nadzwyczajnym człowieku, któremu przypisuje się powszechnie zasługę dopomożenia purytanizmowi do zwycięstwa. Oliver Cromwell był w świetle dziejów nie tyle przywódcą purytanizmu, ile jego poskromicielem. Niewątpliwie miotały nim ponure religijne namiętności tego okresu, na pewno w młodości, a może i przez całe życie. W miarę jednak jak rósł w znaczenie, bronił w coraz silniejszym stopniu pozytywizmu Anglików przeciw purytanizmowi Szkotów. Cromwell należał do szlachty purytańskiej, stawał się jednak coraz bardziej szlachcicem, a coraz mniej purytaninem. Był wyrazicielem procesu, na skutek którego rządy szlachty stały się w końcu czysto pogańskie. Tu leży klucz do większości spraw, za które się go chwali lub gani, klucz do względnego rozsądku, tolerancji i nowoczesnej sprawności wielu z jego posunięć; klucz do względnej brutalności, przyziemności, cynizmu i braku wyczucia przy wielu innych posunięciach. Był on przeciwieństwem idealisty, toteż nie można go podawać za ideał bez popadnięcia w absurd. Był jednak, podobnie jak większość szlachty, typem szczerze angielskim, nie bez ducha publicznego, a na pewno nie bez patriotyzmu. Kiedy uchwycił władzę osobistą, która zniszczyła bezosobowy i idealistyczny ustrój, było coś angielskiego właśnie w samym nierozsądku tego kroku. Akt zabicia króla nie ciąży, moim zdaniem, w pierwszym rzędzie na nim, a na pewno nie był to czyn typowy dla Cromwella. Było to ustępstwo na rzecz wysokich, nieludzkich ideałów małej grupki prawdziwych purytanów, z którymi Cromwell musiał wejść w kompromis, ale z którymi następnie wszedł w konflikt. Więcej było logiki niż okrucieństwa w tym akcie, co nie było w stylu Cromwella. Traktował on bowiem z bestialskim okrucieństwem Irlandczyków, na których, w świe tle nowego duchowego ekskluzywizmu, patrzono jak na bestie — czy też, jakby brzmiał nowoczesny eufemizm, jak na tubylców. Jego praktyczne usposobienie było raczej skłonne do tego, by „wyrzynać” ludzi w świecie, który on sam uważał za kresy cywilizacji — niż składać z ludzi ofiary w kraju, który był jądrem i forum tej cywilizacji. Nie jest on typowym okazem królobójcy. W pewnym sensie tego rodzaju wyczyn przerastał jego możliwości. Prawdziwi królobójcy zabijają pogrążeni w rodzaj transu czy wizji. Jego zaś nie nękały wizje. Do prawdziwego starcia między religijną a racjonalną stroną siedemnastowiecznego ruchu doszło symbolicznie owego burzliwego dnia pod Dunbar, kiedy bredzący kaznodzieje szkoccy wzięli górę nad Lesliem i zmusili go do zejścia w dolinę, gdzie padł ofiarą cromwellowskiego zdrowego rozsądku. Cromwell oświadczył, że Bóg wydał ich w jego ręce. Wydał ich jednak ich własny Bóg, ciemny, nienaturalny Bóg kalwińskich snów, równie dławiący jak strach nocny i równie przemijający.

Dnia tego triumf odniósł raczej wig niż purytanin. Anglik ze swym arystokratycznym zmysłem do kompromisu. Nawet to, co nastąpiło po śmierci Cromwella, a mianowicie Restauracja, stanowiło kompromis arystokratyczny, czy nawet kompromis wigowski. Pospólstwo mogło wiwatować jakby na cześć króla średniowiecznego, ale Protektorat i Restauracja były sobie o wiele bliższe, niż to rozumiało pospólstwo. Nawet w tych powierzchownych sprawach, w których wydawało się, że nadszedł ratunek, okazał się on w końcu tylko przerwą dla złapania oddechu. Tak więc reżim purytański powstał głównie dzięki jednej rzeczy nieznanej średniowieczu — to jest militaryzmowi. Wyborowe wojska zaciężne, brutalnie ćwiczone, ale dobrze płatne, były tym nowym i obcym narzędziem, przy pomocy którego purytanie opanowali władzę. Wojska te rozpuszczono, a ich powrotowi sprzeciwiali się zarówno torysi jak wigowie. Ale ich powrót wydawał się zawsze niedaleki, ponieważ leżał w duchu nowego, surowego świata trzydziestoletniej wojny. Odkrycie jest chorobą nieuleczalną, a odkryto wtedy, że tłum można zamienić w żelaznego stunoga, kruszącego tłumy większe, lecz mniej zwarte. Podobnie ocalono od purytanów resztki Bożego Narodzenia, jednakże Dickens musiał ratować je ponownie przed utylitarystami, a ktoś będzie je może znów musiał ratować przed jaroszami i abstynentami. Dziwna armia przeszła i znikła jak jakaś inwazja muzułmańska. Wywarło to jednak skutek, który zbrojna odwaga i zwycięstwo wywierają zawsze, choć był to tylko skutek ujemny. Dzieje nasze uległy ostatecznemu załamaniu. Załamało się przy tym wiele rzeczy, a może i buntowniczy duch ludu w naszym kraju. Jest pewna symboliczna gra słów w tym, że ludzie ci założyli Nową Anglię w Ameryce, wtedy, gdy nie udało im się założyć jej w Anglii. Choć brzmi to jak paradoks, było jednak coś prehistorycznego w prymitywizmie ich nowatorstwa. Nawet stare i dzikie rzeczy, na które się powoływali, stawały się dziksze w miarę stawania się nowszymi. Tego, co się nazywa ich żydowskim sabatem, przestrzegali tak ściśle, że w porównaniu z nimi najortodoksyjniejszy żyd zasługiwałby na ukamienowanie za niedbałość. Oni to (a biorąc ogólnie, cały ich wiek) obrócili palenie czarownic z epizodu w epidemię. I burzyciele, i to, co zburzyli, zniknęli razem. Została jednak po nich pamięć czegoś szlachetniejszego od małostkowego legalizmu niektórych cynicznych wigów, którzy ciągnęli dalej ich dzieło. W pierwszym rzędzie byli oni anty-historyczni, jak futuryści włoscy. Była w nich ta nieświadoma wielkość, która przebijała się w fakcie, że samo ich świętokradztwo było publiczne i uroczyste jak sakrament. Nawet jako obrazoburcy nie przestali być rytualistami. Był to tylko zupełnie podrzędny przykład ich dziwnej i gwałtownej prostoty, kiedy jeden z nich, w obliczu potężnego tłumu na ulicy Whitehall, ściął głowę średniowiecznego pomazańca. Inny zaś, daleko na zachodzie wyspy brytyjskiej, ściął głóg z Glastonbury25, z którego wyrosły całe dzieje Brytanii.

Загрузка...