Rozdział 14

Bywalcy szynku i oberży „Pod Pękniętym Dzbanem" podnieśli wzrok, kiedy drzwi się otworzyły, lodowaty podmuch wtargnął do zadymionego pomieszczenia, niosąc ze sobą tuman śniegu.

– Zamykaj – warknął barczysty woźnica przy kontuarze. Nawet nie zadał sobie trudu, by się odwrócić i spojrzeć, kto wszedł. Jednak inni tak właśnie zrobili. Ludzie z zaciekawieniem gapili się na nieznajomego. Podróżnych zjawiało się tutaj niewielu, zwłaszcza kiedy zima opasywała lenno Norgate lodowatym uściskiem. Pola i drogi przykrywał głęboki śnieg, a nieustający chłodny wiatr nie pozwalał ustąpić tęgim mrozom.

Drzwi trzasnęły, powstrzymując lodowaty podmuch. Płomyki świec oraz ogień w kominku uspokoiły się po chwili szaleńczego tańca, w jaki wprawił je wiatr. Przybysz zsunął kaptur opończy w czarno-białe wzory, strząsnął z ramion grubą warstwę śniegu. Jakiś młodziak – pomyśleli zapewne siedzący w szynku mężczyźni. Meszek na twarzy wskazywał, że ma nie więcej niż dwadzieścia lat. Wzrostu nieco niższego niż przeciętny, drobnej budowy. Czarno-biały owczarek cicho wślizgnął się tuż za nim. Łypał co chwila na swego pana. Czekał na polecenia. Młodzieniec wskazał ręką wolny stół, ustawiony niedaleko wejścia, pies poczłapał tam posłusznie. Przy stole zwierzę wyciągnęło przednie łapy i zaległo całkiem płasko na brzuchu. Jednak psie spojrzenie czujnie przesuwało się po izbie, jakby na przekór rozleniwionej pozie. Młody nieznajomy zdjął opończę, rozłożył ją na oparciu ławy, żeby wyschła w bijącym od ognia cieple. Kilka płatków śniegu, wciąż jeszcze uczepionych materiału, prędko zmieniło się w wodę, a potem wyparowało.

Kolejny pomruk zainteresowania wywołało to, co młodzik dobył spod opończy. Był to bowiem futerał z twardej skóry, kryjący instrument. Zimową porą na dalekiej północy tylko od wielkiego dzwonu trafiał się w ogóle jakiś podróżny, tym więc rzadziej znajdowano sposobność, by się nieco rozerwać. Bywalcy oberży zorientowali się w mig, iż wieczór zapowiada się znacznie lepiej, niż przypuszczali. Nawet gburowata twarz woźnicy pojaśniała.

– Muzyk z ciebie, hę? – spytał z nadzieją, a Will skinął głową, uśmiechając się w odpowiedzi.

– Uczciwy minstrel, przyjacielu, przemierzający waszą piękną krainę w ten piekielny ziąb. – Posłużył się luźną, żartobliwą ripostą w stylu tych, jakich uczył go Berrigan podczas dwóch tygodni wspólnej podróży. A zatrzymywali się po drodze w ponad tuzinie karczm i oberży takich jak ta.

Niektórzy z bywalców przysunęli się bliżej.

– A więc posłuchajmy jakiejś melodii – zaproponował woźnica. Rozległ się ogólny pomruk aprobaty.

Will uniósł dłonie do ust, ogrzał je chuchaniem, po czym rzucił wesoło:

– Mroźny wieczór na dworze, przyjacielu. Ręce omal mi nie skostniały.

– Możesz je rozgrzać tym – odezwał się kolejny głos.

Will spostrzegł oberżystę. Właściciel szynku osobiście pofatygował się zza kontuaru, żeby postawić przed nim kielich grzanego wina. Will ujął gorące naczynie i z wdzięcznością pokiwał głową. Wciągnął w nozdrza aromatyczną, pachnącą przyprawami mgiełkę, unoszącą się nad kielichem.

– Tak. To na pewno przemoże ziąb – uznał.

Oberżysta mrugnął do niego.

– Na mój koszt, ma się rozumieć – stwierdził.

Will skinął potakująco. Zwyczajowa powinność oberżysty, nic więcej.

Obecność minstrela z pewnością przyniesie gospodzie doskonałe obroty. Bywalcy zostaną dłużej, więcej wypiją. Will wziął porządny łyk, westchnął z rozkoszą, po czym poluzował pasy spinające futerał mandoli. Drewniane pudło instrumentu było zimne. Will poświęcił kilka minut, by przywrócić dźwiękowi mandoli głębię. Raptowna zmiana ciepłoty otoczenia beznadziejnie rozstroiła struny.

Wreszcie uznał, że instrument jest gotów. Zagrał próbny akord, dokonał jeszcze jednej drobnej poprawki, po czym rozejrzał się po izbie, z uśmiechem przylepionym do twarzy. Napotykał pełne wyczekiwania spojrzenia bywalców.

– Może zagram kilka melodii przed kolacją – rzucił w powietrze. Po czym dodał: – Bo domyślam się, że będzie kolacja?

– Tak, w rzeczy samej, przyjacielu – przytaknął prędko oberżysta. – Wyborna potrawka z jagnięciny, przyrządzona przez moją żonę, do tego świeży chleb i gotowane ziemniaki z pieprzem. I oczywiście więcej wina.

Will skinął głową. Umowa została zawarta.

– A zatem kilka pieśni, potem moja kolacja, a później znacznie więcej muzyki. Jak wam się widzi mój plan? – spytał. Z głębi szynku dobiegł chór aprobaty. Zanim głosy ścichły, Will już grał skoczne wprowadzenie do „Słonecznej panny".

Słoneczna panno,

Twe włosy są barwy słońca,

Ze szczęścia masz suknię utkaną,

Szedłbym za tobą bez końca,

Moja słoneczna panno.

Wzniósł głowę, kiwnął na zachętę, więc ludzie przyłączyli się do refrenu lubianej ludowej piosnki miłosnej, wystukując kuflami o stoły rytm i wyśpiewując ochryple:

Rozsiewasz światło wokoło,

Słoneczna panno,

Czy nie jest tak?

Kocham cię, la la la la la.

Rozsiewasz miłość wokoło,

Słoneczna panno,

To dzięki tobie słońce

Świeci tak wesoło.

Kiedy przeszedł do drugiej zwrotki, ludzie umilkli, pozostawiając śpiewanie rybałtowi. Aż znowu rozległ się refren i głosy z sali ponownie dołączyły. Wspólnie wykonywali żywą, skoczną piosenkę. Doskonałą na początek, jak wcześniej wyłuszczył Berrigan.

„To nie będzie najlepsza pieśń w twoim repertuarze", tłumaczył. „Lecz płynie wartko, jest wesoła, dobrze znana. Nadaje się świetnie na przełamanie pierwszych lodów. Pamiętaj, nigdy nie wykonuj na samym początku tego, co w twoim repertuarze najlepsze. Deser pozostaw na ukoronowanie występu".

Will doszedł do ostatniego refrenu, zebrani znowu się przyłączyli. Czuł, jak wzbiera w nim ciepła fala dumy, kiedy wybrzmiewał ostatni akord, a bywalcy oberży głośno chwalili muzykanta. Wolał na wszelki wypadek od razu przypomnieć sam sobie, i to nie po raz pierwszy, że tylko gra rolę prawdziwego minstrela. Nie chodziło mu przecież w istocie o poklask, choć to miłe, że doceniano jego talent. Tylko że chwilami, jak dzisiaj wieczorem, naprawdę z trudem zachowywał trzeźwość umysłu.

Will wykonał dla gości szynku jeszcze cztery utwory – „Dożynkową niedzielę", „Jessie z gór", „Pamiętaj tę chwilę" oraz „Uciekającą klaczkę", porywającą piosenkę w galopującym rytmie, który wystukiwano w całym szynku, bijąc pięściami o stoły i głośno tupiąc. Kiedy Will zakończył, zerknął na sukę. Leżała, nie spuszczając z niego oczu. Wyszeptał do niej: „Smoki".

W mgnieniu oka poderwała się, odrzuciła łeb do tyłu, zaszczekała. Szczekała długo, donośnie. Dokładnie tak, jak ją wcześniej wyuczył przez tygodnie wspólnej wędrówki. „Smoki" to było ich hasło, sygnał, żeby szczekała, aż do chwili, kiedy Will rozkaże jej przestać. Tak jak teraz.

– Co jest, Harley? – spytał. Nie miała na imię Harley. Wciąż jeszcze nie zdecydował, jak się będzie wabiła. Harley oznaczało nie psie imię, lecz kolejne hasło. W ten sposób informował, że dobrze się spisała i może przestać. Umilkła od razu; tylko ogon dwa razy trzepnął o drewnianą podłogę na znak, że zrozumiała, iż dobrze wykonuje swe psie zadanie. Will łypnął po sali, przepraszającym gestem wzniósł ręce, uśmiechnął się do gapiów, którzy wyczekiwali dalszych popisów.

– Wybaczcie, przyjaciele. Oto mój zwierzchnik powiada, że pora, abym coś przekąsił. Mamy za sobą długi dzień spędzony na mrozie, a jej należy się dziesiąta część moich zarobków… i mojego obiadu.

Oberża zatrzęsła się od rechotu. Wieśniacy potrafili rozpoznać dobrze wytresowanego psa. Docenili też uprzejmy sposób, w jaki Will przypomniał oberżyście, że należy mu się posiłek.

Nie czekali długo. Jedna z dziewcząt służebnych pospieszyła do stołu minstrela z talerzem parującej jagnięcej potrawki. Od razu też postawiła miskę z kawałkami mięsa, kości oraz tłustym sosem dla owczarka. Will podziękował uśmiechem, skinął głową mężczyźnie za kontuarem. Oberżysta, na nowo zajęty napełnianiem kufli, bo ludziom od śpiewania zaschło w gardle, rozpromienił się.

– Pewnie trzeba się zająć twoimi końmi, młodzieńcze? – zawołał.

Will natychmiast, wciąż z ustami pełnymi potrawki, wyjaśnił:

– Pozwoliłem sobie wprowadzić konie do twojej stodoły, oberżysto. Za mroźna noc, żeby stały na dworze. – Oberżysta przytaknął. Will ponownie sięgnął do talerza. Jagnięca potrawka smakowała wybornie.

Woźnica, który początkowo wydawał się w gorącej wodzie kąpany, podszedł teraz do stołu, przy którym jadł Will. Zwiadowca zauważył z ciekawością, że mężczyzna nie próbuje się dosiadać i zakłócać mu spokoju. Przekonał się już, że w oberżach takich jak ta bywalcy okazywali rybałtom pewien szacunek. Barczysty woźnica postawił przed Willem pełen kielich grzanego wina.

– Dobra muzyka, chłopcze – powiedział. – To dla ciebie.

Will, wciąż z pełnymi ustami, skinął w podzięce. Kilku innych gości zbliżyło się także, każdy wrzucał po parę monet do otwartego futerału mandoli leżącego na stole. Will zauważył, iż pośród miedziaków znalazło się nawet kilka srebrnych monet. Raz jeszcze poczuł przypływ satysfakcji.

– Zręcznie grasz na tej swojej lutni, młodzieńcze – pochwalił któryś.

– To mandola – Will odparł odruchowo. – Ma osiem strun, podczas gdy lutnia… – Ugryzł się w język. – Dziękuję – powiedział, słysząc wokół śmiech.

Kiedy skończył jeść, ukradkiem dał znak suce. Znów zaczęła szczekać.

– Harley? Co tam gadasz? – spytał. Pies od razu się uciszył. – Pora, żebym zabawił tych dobrych ludzi? – Rozejrzał się po uśmiechniętych twarzach, wzruszył ramionami, sam się do nich uśmiechnął. – Surowy z niej pryncypał – oznajmił, sięgając po mandolę.

Grał jeszcze przez godzinę. Pieśni o miłości, skoczne piosnki, niemądre przyśpiewki, a także ulubione „Zielone oczy miłości". Była to przejmująca, smętna ballada. Will wykonał ją całkiem dobrze, chociaż, ku własnej irytacji, przy instrumentalnym fragmencie odrobinę zadrżały mu palce na środkowych progach. Kiedy skończył, miał okazję zaobserwować, że ten i ów chyłkiem ociera oczy. Znowu poczuł satysfakcję, znaną tylko tym artystom, którzy potrafią zmiękczyć serca publiczności. Kiedy grał, monety bezustannie lądowały w futerale mandoli. Z pewnym zdumieniem zdał sobie sprawę, że nie będzie musiał sięgać po pieniądze, w które Crowley wyposażył go na podróż. Mógł z powodzeniem sam zarobić na swoje wydatki.

Oberżysta powierzył szynk jednej z dziewcząt służebnych i podszedł, by usiąść obok Willa. Rzucił okiem na gzyms kominka. Ustawiony tam zegar wodny, kropla za kroplą, odmierzał czas.

– Może jeszcze jedną – zaproponował. Will przytaknął ochoczo.

Teraz dopiero przyszło prawdziwe napięcie. Oto bowiem zbliżał się ów moment, na który szykował się przez cały wieczór. Pojawiła się wreszcie sposobność, żeby wyciągnąć z miejscowych coś na temat dziwnych wydarzeń, jakie zachodzą w lennie Norgate. Następna korzyść, wynikająca z przebrania minstrela. Jak zapewniał go Berrigan: „Wieśniacy są podejrzliwi w stosunku do nieznajomych. Ale pośpiewaj dla nich przez godzinę czy dwie, a pomyślą, że znają cię całe życie".

Zagrał więc serię molowych akordów i zaczął śpiewać dobrze znaną, choć głupią piosenkę:

Z samego rana raz wiedźma pijana

Głosem zgrzytliwym wielce

Zaśpiewała jak wrona, by wszystkich przekonać

Że zezowaty mag skradł jej serce.

Od razu, gdy tylko zaczął śpiewać, wyczuł zmianę nastroju. Ludzie w oberży wymieniali między sobą lękliwe spojrzenia. Spuszczali kolejno wzrok, a kilku nawet odsunęło się od minstrela.

Will zaczął refren:

A zezowaty mag zwał się Pampucho,

Cuchnął jak kozioł i miał wielkie brzucho,

A nochal jak…

Urwał, nie skończył. Udawał, że dopiero teraz zauważa, niepokój, ogarniający słuchaczy.

– Wybaczcie – powiedział, szczerząc się do zebranych. – Coś się stało?

Ludzie znowu wymienili spojrzenia. Ci, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się w głos i oklaskiwali Willa, teraz ani myśleli spojrzeć mu w oczy. Barczysty woźnica, wyraźnie zatroskany, odezwał się przepraszająco:

– Nie miejsce to ani pora, żeby stroić sobie żarty z czarnoksiężników, chłopcze.

– Tyle że ty, oczywiście, nic nie mogłeś wiedzieć – wtrącił właściciel oberży. Natychmiast rozległ się chór potakiwań. Will wyszczerzył się jeszcze szerzej, starając się przybrać możliwie najbardziej naiwny wyraz twarzy.

– Nie mogłem wiedzieć? A o czym? – spytał.

Nastała chwila milczenia. Potem woźnica wziął byka za rogi.

– Dziwne rzeczy wyprawiały się ostatnio w naszym lennie, ot co. Nadeszły niespokojne dni.

– I noce też – wtrąciła jakaś niewiasta. Chór potakiwań znów się wzmógł. Ukryty pod maską, cały czas starający się zachować niewinną minę kogoś po prostu ciekawskiego, Will zdumiewał się trafnością osądu Berrigana.

– Chcecie mi wmówić, że… to ma coś wspólnego z czarnoksiężnikami? – zapytał przytłumionym głosem. W oberży zapanowała cisza. Strwożeni ludzie oglądali się przez ramię, zerkali w kierunku drzwi, jak gdyby spodziewając się w każdej chwili ujrzeć czarnoksiężnika. Odpowiedział oberżysta:

– Nie nam sądzić, co to takiego. Ale dziwne rzeczy się dzieją. Dziwne wizje.

– Zwłaszcza w Lesie Grimsdell – dopowiedział wysoki rolnik. Pozostali znów przytaknęli. – Dziwne wizje, odgłosy nie z tej ziemi, mówię wam. Mrożą krew w żyłach. Raz je słyszałem i wystarczy.

Kiedy wreszcie początkowa niechęć została przełamana, ludzie zapragnęli pomówić na temat niepokojących zdarzeń. Jak gdyby odczuwali fascynację, którą chcieli się podzielić.

– A cóż takiego tam widujecie? – zapytał Will.

– Światła, przede wszystkim światła. Małe, kolorowe kulki błyszczące między drzewami. I ciemne kształty. Kształty, co to migają tak, że tylko kątem oka je dostrzeżesz.

Polano w kominku osunęło się do ognia. Will poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku. Pomyślał, że zaczyna ulegać wpływowi bajęd o odgłosach i kształtach. Dwieście kilometrów stąd, na południu, umiał o dziwach Norgate żartować sobie z Haltem oraz Crowleyem. Ale tutaj, w ciemną noc, kiedy samotnie przebywał pośrodku mroźnej, przysypanej śniegiem krainy Północy, wśród tych ludzi, wszystko zdawało się bardzo prawdziwe i bardzo wiarygodne.

– No, jeszcze Nocny Wojownik – rzucił woźnica. Tym razem w izbie zapanowała cisza jak makiem zasiał. Kilkoro ludzi uczyniło znak odpędzający złe moce. Woźnica spojrzał po gościach, cały czerwony na twarzy.

– Och, uwierzcie, ja go widziałem, a juści. Tylko przez moment, fakt. Ale on tam był.

– A właściwie, kto on taki? – dopytywał się Will.

– Właściwie? Nikt tego nie wie. Lecz ja go widziałem. Olbrzymi. Wojownik w zbroi, wysoki na dwie chaty. I można patrzeć przez niego. Coś jakby przezroczysty. Jest, za chwilę znika, zanim się zastanowisz, czyś go naprawdę widział. Ale ja wiem. Widziałem go, a juści. – Spojrzenie woźnicy ponownie omiotło izbę, rzucając wyzwanie. Niech mu ktoś zarzuci, że się pomylił.

– Wystarczy na dziś gadaniny, Barney – mruknął oberżysta. – Ludzie mają kawał do domów, w dodatku po nocy. Lepiej w ogóle nie rozprawiać o takich rzeczach.

Zgodny pomruk uświadomił Willowi, że tego wieczora już nie powinien oczekiwać dalszych pogaduszek. Zadźwięczały struny mandoli.

– Cóż, racja, nie czas teraz, żeby śpiewać o czarnoksiężnikach. Może więc zakończmy wieczór piosnką o pijanym królu i smoku, co się potykał o własne łapy?

Suka, w lot chwytając wskazówkę, znowu się rozszczekała. Ponury nastrój ulotnił się w jednej chwili.

– No, co tam, Harley? Zgadzasz się? Dobra, zaczynamy. – I Will od razu zaśpiewał:

Och, w Angledart żył król pijaczyna,

co pierdnięciem knoty świecom ucinał,

Lecz jego stawa się rozpoczyna

od dnia, gdy usiekł Smoka-Kulasa…

Och, Smok się na krzywych łapach przewalał,

zataczał się tak, że drzewa obalał,

gdy kichał, to kuper sobie przypalał

płomieniem smoczego dechu!

Rechot na nowo rozbrzmiewał w całej izbie. Mroczna atmosfera została odegnana. Will snuł opowieść o smoku potykającym się o własne łapy i o królu cierpiącym na poważne problemy z trawieniem. Muzyce wtórował entuzjastyczny psi szczek za każdym razem, kiedy rozlegało się słowo „smok", co jeszcze bardziej wszystkich bawiło.

Willowi przyszło na myśl, że ta piosenka przenigdy nie nadałaby się dla potrzeb Zamku Araluen. Ale na pewno spełnia swoje zadanie tutaj, w oberży „Pod Pękniętym Dzbanem".

Загрузка...