Rozdział 37

– Alyss!

Jasnowłosa dziewczyna uniosła głowę. Kompletnie zaskoczyło ją, że ktoś tutaj wypowiada jej własne imię, w dodatku szeptem.

Spoza zakratowanego okna spoglądała twarz Willa. Oblicze zwiadowcy rozświetlał znajomy, zniewalający uśmiech.

Błyskawicznie okręciła się na krześle. Potem zerwała się na równe nogi. Krzesło runęło do tyłu, ledwie w ostatniej chwili zdążyła je złapać, nim narobiło hałasu, uderzając o podłogę. W mig znalazła się przy oknie.

– Will? Na Boga! Skąd ty przybywasz?

Wyjrzała. Za oknem ziała przepaść, od której kręciło się w głowie. Pojęła, jak się do niej dostał. Will balansował na wąskim, oblodzonym okapie, nie mając żadnej innej widocznej podpory. Cofnęła się o pół kroku, zaszumiało jej w uszach. Alyss, która bez jednego mrugnięcia okiem gotowa była stawić czoło każdemu niebezpieczeństwu, cierpiała na potworny lęk wysokości. Widok ciemnej czeluści poniżej napełniał ją przerażeniem. Will wygrzebywał coś spod opończy i zaczynał przepychać koniec długiej liny między prętami kraty.

– Przybyłem, żeby cię uwolnić – oznajmił po prostu. – Wytrzymaj, jeszcze kilka chwil.

Z niepokojem obejrzała się przez ramię na drzwi. Will, rozchyliwszy pelerynę, dalej wpychał linę do pokoju, stopniowo ją rozwijając. Alyss zaschło w ustach, kiedy pojęła, co chłopak zamierza.

– Chcesz, żebym spuszczała się na linie? Tam? – spytała, wskazując lękliwie przepaść pod oknem.

Will uśmiechnął się uspokajająco.

– Żaden problem – stwierdził. – Będę cię asekurował.

– Willu, ja nie dam rady! – odparła, łamiącym się głosem. – Nie znoszę wysokości. Spadnę. Nie będę mogła się ruszyć. Nie zdołam tego zrobić!

Will na moment poniechał wpychania do pokoju liny. Zastanawiał się, co w takim razie dalej. Wiedział, że istnieją ludzie, którzy panicznie boją się wysokości. Nie potrafił tego pojąć. Przez całe życie z absolutną swobodą wspinał się na drzewa, na nadmorskie klify, na zamkowe mury. Jednak zdawał sobie sprawę, że lęk może obezwładnić człowieka. Najpierw zachmurzył się. A potem rozchmurzył.

– Też żaden problem – oznajmił. – Obwiążę cię sznurem w pasie i opuszczę na dół.

Ostatni zwój liny został wreszcie rozwinięty. Opadł na stertę pod oknem celi.

Alyss zrozumiała nagle, że jej lęk wysokości właściwie nie liczył się zupełnie. Jakim sposobem miałaby pokonać zaporę z krat? Przecież, nawet jeśli Will planował przepiłować żelazo, zabraknie im czasu. Alyss znowu zerknęła z lękiem na drzwi. Keren zapowiedział, że wróci mniej więcej za godzinę. Jak długo sterczała przy stole? Czy „mniej więcej godzina" oznacza pół godziny? Czterdzieści minut? Miała świadomość, że rycerz może już być w drodze.

– Lepiej stąd idź – poprosiła Willa stanowczym tonem.

– W każdej chwili spodziewam się odwiedzin Kerena. – Jeśli tu się zjawi, pożałuje, że nie został gdzie indziej.

– Uśmiech chłopaka zbladł. – Domyśliłaś się, co on knuje? – spytał. Uznał, że pytaniami najprędzej odciągnie uwagę Alyss od lęku przez koniecznością opuszczania się na linie. Starał się zatem skierować uwagę przyjaciółki na inne sprawy niż zjazd.

Niecierpliwie pokręciła głową. Tymczasem Will szukał czegoś za plecami. Wreszcie wyjął spod peleryny mały, osłonięty skórą flakonik. Zauważyła, że obchodził się z flakonikiem bardzo ostrożnie. Ustawił buteleczkę na okiennym parapecie.

– Musisz iść! – starała się tłumaczyć. – Nie mamy czasu. On wraca, będzie zadawał pytania.

Will na chwilę odstawił flakonik.

– Wraca? – powtórzył. – Skrzywdził cię? – Głos zwiadowcy zabrzmiał lodowato. Jeśli Keren ośmielił się podnieść rękę na Alyss, już właściwie nie żył, choć sam o tym jeszcze nie wiedział.

Alyss zaprzeczyła.

– Nie. Nie skrzywdził. Jednak przynosi ze sobą taki dziwny kamień… – Umilkła. Nie chciała zwierzać się Willowi. Po co miał wiedzieć, jak bliska była zdradzenia jego prawdziwej tożsamości.

– Kamień? – powtórzył. Nic nie rozumiał.

Przytaknęła.

– Kamień. Niebieski. On… w jakiś sposób… sprawia, że mówię to, co Keren chce, żebym powiedziała. Willu, ja nieomal zdradziłam, że należysz do zwiadowców! – wykrztusiła wreszcie. – Nie zdołałam się powstrzymać. On, po prostu… każe mi odpowiadać na pytania. To niesamowite.

Will zmarszczył czoło. Zastanawiał się. Wróciło do niego wspomnienie z pierwszego wieczoru w zamkowej sali jadalnej, kiedy poplecznicy Kerena z takim entuzjazmem zareagowali na propozycję, by Will zaśpiewał jeszcze jedną piosenkę. Być może uzurpator już od jakiegoś czasu zabawia się kontrolą umysłów.

Odsunął na bok roztrząsanie trudnych spraw. Chwycił saksę, wziął się do odłupywania kawałków zaprawy. Wybrał jeden ze środkowych prętów. Uformował w podstawie okna zagłębienie dla kwasu. Prętów zamocowano cztery. Will uznał, że wystarczy usunąć dwa środkowe. Przez otwór wskoczy do pokoju, obwiąże Alyss w pasie liną, wykorzysta jeden z pozostałych prętów jako oparcie, opuści ją. Alyss znajdzie się na dole, on odwiąże linę i też zejdzie.

– Cóż – mruknął – w gruncie rzeczy nic się nie stało. Skoro Buttle siedzi w zamku, zapewne już się i tak się domyślił, kim jestem. – Skrzywił twarz w uśmiechu. Starał się pokrzepić Alyss. Tylko że ona nie potrafiła ukryć emocji. Martwiła ją słabość. A raczej to, co traktowała jako słabość.

– Najwyżej podejrzewał – odpowiedziała żałośnie. – Żadnej pewności nie miał.

– Zaczynam spoglądać na wydarzenia w całkiem nowy sposób – odparł w zadumie Will. – Naszym czarnoksiężnikiem okazał się Keren.

Alyss nie zrozumiała.

– Słucham? – spytała.

– Keren stoi za tajemniczą chorobą lorda Syrona. Zdołał otruć Ormana. Dlatego musiałem wywieźć stąd lorda. Teraz ty mnie informujesz, że Keren posiada jakiś tajemniczy sposób, by wycisnąć od ludzi odpowiedź na jego pytania. Użył starej legendy i opowieści o Malkallamie jako zasłony dymnej dla własnej zdrady. Pragnie przejąć zamek, chociaż nie pojmuję, jak zamierza go utrzymać, gdy już się rozejdzie wieść, co uczynił.

– Zawarł pakt ze Skottami – oznajmiła. Wcześniej tylko podejrzewała. Teraz, kiedy rycerz osobiście potwierdził domysły, zyskała pewność.

– Ze Skottami? – powtórzył Will. Zastanawiał się przez chwilę. Jeżeli Skottowie opanują Zamek Macindaw, droga do Araluenu stanie przed nimi otworem. Będą mogli bezkarnie najeżdżać wioski, a nawet zdołają zorganizować potężny atak wszystkimi siłami. Macindaw, chociaż małe, stanowiło klucz do bezpieczeństwa północnych granic królestwa. – Naprawdę trzeba zdrajcę powstrzymać!

– Trzeba! – W głosie Alyss dźwięczała determinacja. – Oto, dlaczego teraz stąd odejdziesz! Jedź do Norgate, podnieś alarm. Sprowadź armię. Musimy przeciwstawić się renegatowi.

Will koncentrował całą uwagę na dziwnym flakoniku w skórzanej osłonie. Mimowolnie wysunął czubek języka, gdy delikatnie usuwał korek. Spojrzał przelotnie na Alyss. Pokręcił głową.

– Pojadę do Norgate. Lecz tylko z tobą – odparł. Bardzo ostrożnie nalał odrobinę płynu z buteleczki do wgłębienia, które wydłubał wokół żelaznego pręta. W zetknięciu z kamieniem oraz metalem płyn zaczął dymić. Przy okazji roztopił nieco lodu. Obłok smrodliwych oparów, wywołał kaszel u Willa. Zwiadowca usiłował stłumić kaszel, lecz bezskutecznie. Alyss odsunęła się o krok czy dwa. Zakryła twarz brzegiem rękawa.

– Cóż to za okropieństwo? – zapytała.

– Kwas. Bardzo żrący. Malcolm tłumaczył, że w jednej chwili przepali kraty. – Zmarszczył czoło. Pręt nadal sprawiał wrażenie solidnie umocowanego. – Albo może chodziło o kilka dłuższych chwil – poprawił się. Zakorkował buteleczkę, przesunął się do następnego pręta. Raz jeszcze posłużył się saksą i wydłubał trochę zaprawy.

– Teraz następny. Ja zajmę się wyjmowaniem prętów, które należy usunąć. Ty przywiąż sznur do jednego z pozostałych.

Alyss wykonała polecenie. Działała właściwie odruchowo, gdyż jej uwagę zaprzątał inny problem.

– Kim jest Malcolm? – spytała.

Popatrzył z uśmiechem.

– Och, oczywiście, przecież nic nie wiesz. Chodzi o prawdziwe imię Malkallama. Okazał się całkiem miłym jegomościem, kiedy już się bliżej poznaliśmy.

– Naturalnie, ty zdążyłeś ze wszystkim, co planowałeś – sapnęła z przekąsem.

Will usłyszał dawną Alyss. Uśmiechnął się szeroko.

– Opowiem później. Daj mi się skupić, muszę bardzo uważać.

Ponownie odkorkował buteleczkę. Ponownie wlał płyn do płytkiego zagłębienia, które wydrążył w kamieniu oraz w zaprawie. Wzniósł się następny obłoczek gryzących oparów. Śmierdziało spaloną rdzą. Will odczekał chwilę. W skupieniu zaciskał wargi. Obserwował. Kwas chyba wchodził w reakcję wolniej, niż twierdził Malcolm, bo za drugim razem efekt okazał się taki sam, jak za pierwszym. Will sprawdził poprzedni pręt. Odrobinę się poruszył. A zatem substancja działała, tyle że ani w połowie tak szybko, jak się tego spodziewał. Może należy dolać więcej kwasu? Nie, zrezygnował. Polałby żrącym płynem cały podokienny parapet. Coś mu szeptało, że tego akurat powinien się wystrzegać.

Pozostawało czekanie. Will umieścił korek w buteleczce. Przez kraty wręczył Alyss skórzane etui z flakonikiem.

– Masz. Schowaj to gdzieś – poprosił. Ani myślał po raz kolejny odbywać wspinaczkę z tym paskudztwem w kieszeni.

Alyss machinalnie odłożyła buteleczkę w pozycji leżącej na głęboką kamienną półkę nad oknem.

– Jedno wciąż mnie nurtuje – perorował bezustannie Will, który starał się, by kurierka nie myślała o czekającym ją zjeździe. – Skąd się tu wziął ten przeklęty John Buttle? Powinien być już dawno wraz z wilczym okrętem na Skorghijl.

– Wilczy okręt wpadł w tarapaty – odpowiedziała Alyss. Kiedy Buttle ją rozpoznał, chełpił się własnym szczęściem. Dopiero później Keren kazał ją przenieść do celi w wieży. – Dopadł ich sztorm. Skandian zniosło na zachód, wpadli na przybrzeżne skały. Statek został okropnie podziurawiony, załoga ledwie zdołała dobić do brzegu. Popłynęli w górę rzeki Oosel, szukając miejsca sposobnego na zimowisko. Wcześniej, kiedy doszli do wniosku, że statek tonie, rozwiązali Buttle'a. Skorzystał z okazji i zbiegł.

– Domyślam się, że odpłacił Skandianom za szlachetny gest w typowy dla siebie sposób? – Will właściwie nie musiał pytać.

Alyss potwierdziła.

– Dotarli do rzeki solidnie wyczerpani. Łotr, nim uciekł, zabił dwóch żeglarzy z wilczego okrętu. Tutaj trafił zupełnie przypadkowo.

– I odkrył, że pasuje jak stryczek do szubienicy – mruknął Will.

Kurierka przytaknęła.

– Zabawne – ciągnął Will – że ludzie tacy jak Buttle i Keren odnajdują się nawza…

Urwał w pół słowa, bo dziewczyna uniosła dłoń. Spojrzał zdziwiony. Krew odpływała z twarzy Alyss. Drzwi w pomieszczeniu obok otworzyły się, później zamknęły. Rycerz przez chwilę rozmawiał ze strażnikami.

– Keren! – wyszeptała nerwowo. – Willu, musisz stąd odejść! Natychmiast!

Zgarnęła linę, zwinęła ją w jeden kłąb. Przepchnęła sznur przez pręty. Leżał teraz obok Willa. Will desperacko szarpał pierwszy z prętów. Poruszył się trochę, lecz wciąż trzymał zbyt mocno, by dało się go usunąć.

– Idź! – błagała zrozpaczona Alyss. – Jeżeli on cię tu zastanie, zabije nas oboje.

Will, choć bez entuzjazmu, zgodził się z przyjaciółką. Uwięziony na wąskim parapecie, nie mógł liczyć, że zdoła pokonać w otwartej walce Kerena oraz strażników.

Jeżeli natomiast przynajmniej on pozostanie na wolności, zyskają kolejną szansę wyrwania Alyss z matni.

W sąsiednim pomieszczeniu rozległ się głośny wybuch śmiechu. Oczy Alyss rozszerzyły się, gdy usłyszała chrobot klucza w zamku. Will wiedział, że czas odejść. Lecz pragnął coś jeszcze wytłumaczyć dziewczynie.

– Alyss. – Spojrzała, drżąc z przejęcia. – Jeżeli on będzie cię wypytywał, wyjaw mu wszystko, co zechce wiedzieć. Teraz już nikomu nie zaszkodzisz. Po prostu, odpowiadaj na pytania.

Pomyślał z goryczą, że Alyss i tak nie zdołałaby ujawnić jego planu. Bo nie istniał żaden plan. Tym bardziej, zdaniem młodego zwiadowcy, Alyss nie powinna cierpieć. Bo cierpiałaby wyłącznie po to, żeby ukryć fakty, których Keren zapewne już się domyślił.

– Dobrze! – zgodziła się.

– Obiecaj – nalegał. – Nic, co mu powiesz, mnie już nie zaszkodzi.

Alyss była bliska paniki. Lecz wiedziała, że Will nie odejdzie, dopóki ona mu nie obieca.

– Obiecuję! Powiem wszystko! A teraz idź! No, już!

Will był zajęty przekładaniem liny między nogami, wzdłuż pleców i przez prawe ramię.

Naciągnął rękawice, chwycił lewą ręką koniec liny uwiązanej do pręta, około pół metra nad głową; prawej ręki używał do asekuracji, trzymając luźny koniec przy biodrze.

Alyss poczuła ucisk w żołądku, gdy Will zsuwał się w ciemną przestrzeń, oplótłszy wokół ciała linę zadzierzgniętą w pętlę. Kontrolował zjazd, odbijając się od muru stopami.

– Wrócę po ciebie – zawołał cicho. Powoli zjeżdżał. Kusiło go, żeby dostać się na dół najszybciej, jak się da. Ale wiedział, że wykonując zbyt gwałtowne ruchy ściągnie na siebie uwagę wartowników.

Alyss przytknęła palce do warg, posłała mu pocałunek. Potem pospiesznie odsunęła się od okna, zaciągając wcześniej zasłonę. Musiała zadbać, by Keren jak najdłużej nie zauważył liny. Gdyby Will został odkryty w trakcie zjazdu, nie przeżyłby.

Загрузка...