Nigdy przedtem Abby nie bała się iść do pracy, ale kiedy tego ranka wchodziła do szpitala Bayside, miała wrażenie, że wchodzi prosto w ogień. Zeszłego wieczoru Jeremiah Parr groził jej, dziś musiała stawić mu czoło. Postanowiła wrócić do swych zwykłych obowiązków i spokojnie wypełniać je. Miała pacjentów i kilka zaplanowanych na ten dzień operacji. W nocy wypadał jej dyżur. Zamierzała robić to, co do niej należy. I robić to jak najlepiej, głównie ze względu na swoich pacjentów, a także na Vivian. Godzinę wcześniej rozmawiały przez telefon. Vivian powiedziała jej na pożegnanie.
– Ktoś w tym szpitalu musi trzymać stronę Josha O’Daya. Trzymaj się tego, DiMatteo. Ze względu na nas obie.
Kiedy Abby weszła na oddział intensywnej terapii, zauważyła, że wszyscy na jej widok w jednej chwili zaczęli rozmawiać przyciszonymi głosami. Pewnie każdy już wiedział, co się wydarzyło. Słyszała ciche uwagi pielęgniarek, zauważyła ich spojrzenia. Wzięła karty swoich pacjentów potrzebne podczas obchodu. Była trochę zdenerwowana, więc musiała skupiać całą uwagę na tak prostej czynności. Wszystkie karty umieściła na specjalnym wózku i zabrała na salę, gdzie leżał jeden z jej pacjentów. Poczuła ulgę, kiedy zaciągnęła zasłony i nikt z korytarza nie mógł jej obserwować. Podeszła do pacjentki. Mary Allen miała zamknięte oczy. Leżała, a chude ramiona i nogi podciągnęła jak w pozycji embrionalnej. Dwa dni wcześniej miała biopsję płuca i dwukrotnie miała podciśnienie, dlatego zatrzymano ją na oddziale intensywnej terapii, by przez cały czas była pod ścisłą obserwacją. Według zapisków pielęgniarki, ciśnienie Mary przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny utrzymywało się na stałym poziomie. Nie zarejestrowano również żadnych odchyleń od normalnej pracy serca. Istniała szansa, że Mary jeszcze tego dnia zostałaby przeniesiona na zwykłą salę oddziału chirurgii.
– Pani Allen? Kobieta poruszyła się.
– Doktor DiMatteo – wyszeptała.
– Jak się pani dzisiaj czuje?
– Nie za dobrze. To ciągle boli.
– W którym miejscu?
– W piersi, w głowie, teraz znowu w plecach. Wszędzie.
Abby widziała zapis w karcie, że pielęgniarki podawały pacjentce morfinę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Najwidoczniej to nie wystarczało. Abby musiała zalecić wyższą dawkę.
– Damy pani lekarstwo przeciwbólowe – powiedziała do Mary. – Tyle, ile będzie trzeba, żeby czuła się pani lepiej.
– I żebym mogła spać. Nie mogę spać – Mary westchnęła i zamknęła oczy. – Chciałabym po prostu zasnąć i już się nie obudzić…
– Pani Allen? Mary?
– Czy nie mogłaby pani tego dla mnie zrobić? Jest pani moim lekarzem. Dla pani to takie łatwe. Takie proste.
– Mogę tylko złagodzić ból – powiedziała Abby.
– Ale nie może pani zlikwidować raka. Czy tak? – Oczy kobiety otworzyły się znowu i patrzyły na Abby z prośbą o całkowitą szczerość.
– Nie – powiedziała Abby – tego nie możemy usunąć. Nowotwór zaatakował zbyt wiele miejsc. Możemy skierować panią na chemioterapię, żeby go zahamować. Dzięki temu zyskałaby pani trochę więcej czasu.
– Czasu? – Mary uśmiechnęła się z rezygnacją – po co mi ten czas? Żeby poleżeć tu jeszcze przez kolejny tydzień czy miesiąc? Wolałabym chyba mieć wszystko to już za sobą.
Abby wzięła ją za rękę, poczuła same kości pod pergaminową skórą.
– Może najpierw zajmiemy się zlikwidowaniem tego bólu. Jeżeli nam się to uda, może zobaczy pani wszystko w innym świetle. – W odpowiedzi Mary odwróciła się tyłem do Abby, jakby chciała odciąć się od świata.
– Pewnie chce pani osłuchać moje płuca – powiedziała tylko.
Obie wiedziały, że to badanie jest formalnością. Nic nieznaczącą ceremonią. Stetoskop na plecach, na sercu. Abby automatycznie badała pacjentkę. Prócz tego niewiele mogła zaoferować Mary Allen. Kiedy skończyła, kobieta nadal leżała odwrócona do niej tyłem.
– Przeniesiemy panią z oddziału intensywnej terapii – powiedziała Abby – może teraz pani leżeć na zwykłej sali, gdzie jest znacznie ciszej. Nie będzie pani przeszkadzało tyle różnych dźwięków. – Mary nie odpowiadała. Abby usłyszała głęboki oddech i długie westchnienie. Wyszła z sali z poczuciem klęski i bezradności, jakiego jeszcze dotąd nie znała. Niewiele mogła zrobić. Mogła tylko uśmierzyć ból. Tylko tyle, poza tym musiała pogodzić się z naturalnym biegiem rzeczy. Otworzyła kartę Mary Allen i zapisała: „Pacjentka wyraziła życzenie śmierci. Zwiększyć dawkę morfiny w celu kontrolowania bólu i zmienić kod na Nie reanimować”. Zapisała też polecenie przeniesienia i oddała kartę Cecily, pielęgniarce Mary Allen.
– Chcę, żeby czuła się lepiej – powiedziała. – Proszę potroić dawkę leków przeciwbólowych. Dawać tyle, ile potrzebuje, żeby zasnąć.
– Jaka jest górna granica?
Abby przez chwilę milczała, zastanawiając się nad granicą pomiędzy ulżeniem pacjentce a stanem nieprzytomności, pomiędzy snem a śpiączką. W końcu powiedziała.
– Nie ma górnej granicy. Ona umiera, Cecily. I chce umrzeć. Jeżeli morfina ma jej to ułatwić, właśnie to powinniśmy jej podawać. Nawet jeżeli oznacza to, że koniec nadejdzie trochę wcześniej.
Cecily skinęła głową na znak, że całkowicie się z tym zgadza. Kiedy Abby zaczęła iść w kierunku kolejnej sali, usłyszała głos Cecily.
– Doktor DiMatteo?
– Tak?
– Chciałam tylko… powiedzieć coś. Myślę, że powinna pani wiedzieć, że… – Cecily nerwowo rozejrzała się wkoło. Zauważyła, że kilka pielęgniarek patrzyło w ich stronę. Czekały. Cecily odchrząknęła. – Chciałam, żeby pani wiedziała… my uważamy, że pani i doktor Chao postąpiłyście właściwie, dając to serce Joshowi. – Abby musiała zamrugać, żeby powstrzymać łzy, które niespodziewanie napłynęły jej do oczu.
– Dziękuję, dziękuję wam bardzo – wyszeptała, a kiedy podniosła głowę, zauważyła, że wszyscy dokoła kiwają z aprobatą głowami.
– Jest pani jedną z najlepszych stażystek, jakie tu kiedykolwiek pracowały, doktor Di – powiedziała Cecily – chciałyśmy, żeby pani wiedziała o tym.
W ciszy, która zapadła po tych słowach, ktoś zaczął klaskać. Potem dołączyła następna para rąk, i jeszcze jedna. Abby stała, przyciskając kartę pacjenta do piersi i nie była w stanie nic powiedzieć. Wszystkie pielęgniarki z oddziału intensywnej terapii spontanicznie zaczęły bić brawo. Oklaskiwały właśnie ją. To była owacja na stojąco.
– Chcę, żeby została wyrzucona z tego szpitala – powiedział Wiktor Voss. – I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby do tego doprowadzić.
Jeremiah Parr przez osiem lat dyrektorowania w Centrum Medycznym Bayside zetknął się z różnymi problemami. Raz musiał sobie poradzić z dwoma strajkami pielęgniarek, innym razem z groźbą płacenia wielomilionowych odszkodowań za błędy w sztuce lekarskiej, jeszcze innym razem z uzbrojonymi zwolennikami „Prawa do Życia” miotającymi się po szpitalnych korytarzach. Jeszcze nigdy nie zetknął się z taką wściekłością i furią, jaką widział teraz na twarzy Wiktora Vossa. O dziesiątej rano Voss w towarzystwie dwóch prawników wkroczył do gabinetu Parra i zażądał zwołania konferencji. Teraz było już koło południa i grupa zebranych powiększyła się o przewodniczącego programu stażu chirurgicznego, Colina Wettiga, oraz Susan Casado, prawniczkę reprezentującą Bayside. To Parr zadecydował, że trzeba wezwać Susan. Jak dotąd nie było jeszcze mowy o podjęciu jakichkolwiek oficjalnych kroków, ale Parr uważał, że powinien być ostrożny. Zwłaszcza że tym razem miał do czynienia z kimś tak potężnym, jak Wiktor Voss.
– Moja żona jest umierająca – mówił Voss. – Czy do pana to dociera? Umierająca. Może nie przeżyć kolejnej nocy. Całkowitą winą za to obarczam te dwie stażystki.
– Doktor DiMatteo jest dopiero na drugim roku stażu – stwierdził Wettig. – To nie ona podjęła decyzję. Zrobiła to nasza główna stażystka, doktor Chao, i już została zwolniona.
– Chcę, żeby doktor DiMatteo również złożyła rezygnację.
– Ona nie może tego zrobić.
– To znajdźcie powód, żeby ją zwolnić.
– Doktorze Wettig – odezwał się Parr, chciał żeby zabrzmiało to spokojnie i rozsądnie. – Musi się znaleźć jakaś podstawa do wykluczenia doktor DiMatteo z programu.
– Nie ma żadnej – stwierdził Wettig stanowczo. – Wszystkie jej oceny są celujące i wszystkie znajdują się w rejestrze. Panie Voss, wiem, że dla pana cała ta sytuacja jest trudna i bolesna. Zdaję sobie również sprawę, że naturalnym odruchem jest zrzucanie winy na kogoś innego. Sądzę jednak, że pański gniew i pretensje skierowane są w niewłaściwą stronę. Problem leży bowiem w tym, że nie ma wystarczającej ilości organów do transplantacji. Tysiące ludzi czekają na nowe serce, ale tych serc jest zaledwie kilka. Proszę się zastanowić, co stałoby się, gdybyśmy zwolnili doktor DiMatteo. Mogłaby odwołać się od naszej decyzji. Sprawa trafiłaby wyżej. Tam zostałaby poddana ocenie. Pojawiłyby się pytania, na które trzeba by było odpowiedzieć. Na przykład, dlaczego siedemnastoletni chłopiec od razu nie dostał tego serca? – Zapadła cisza.
– Jezu – mruknął Parr.
– Chyba rozumie pan, o co mi chodzi? – kontynuował Wettig. – Nie wygląda to za dobrze. Również szpital na tym traci. Nie chcemy przecież, żeby o tego typu sprawach pisano w gazetach. Przejawy wojny międzyklasowej: biednym przypada krótszy koniec kija. W taki właśnie sposób będą to przedstawiali dziennikarze. Niezależnie od tego, czy jest to prawda, czy też nie. – Wettig pytająco rozejrzał się po zgromadzonych przy stole. Nikt się nie odezwał.
Tę ciszę można byłoby opisać w wielu tomach – pomyślał Parr.
– Oczywiście nie możemy pozwolić, żeby ludzie to wszystko niewłaściwie rozumieli – powiedziała Susan. – Choć może się to wydawać oburzające, to jakakolwiek wzmianka o handlu organami oznaczałaby nasz koniec.
– Po prostu mówię, jak sprawa wygląda teraz – stwierdził Wettig.
– Nie dbam o to, jak ona wygląda – powiedział Voss – one ukradły to serce.
– Nie odbyło się bezpośrednie przekazanie. Pan Terrio miał pełne prawo, żeby wybrać biorcę.
– Miałem gwarancję, że to serce otrzyma moja żona.
– Gwarancję? – Wettig zmarszczył czoło i spojrzał na Parra. – Czy jest coś, o czym ja nie wiem?
– Zadecydowano o tym jeszcze przed przyjęciem pani Voss do szpitala – poinformował Parr. – To było idealne dopasowanie.
– Podobnie jak w przypadku chłopca – uciął Wettig. Voss gwałtownie podniósł się z miejsca.
– Pozwólcie, że coś wam wyjaśnię. Moja żona umiera przez Abby DiMatteo. Wy mnie jeszcze dobrze nie znacie. Powiem wam tylko tyle, że nikt nie może zakpić sobie ze mnie albo z mojej rodziny i tak po prostu odejść…
– Panie Voss – przerwał mu jeden z prawników. – Może powinniśmy to przedyskutować w…
– Do cholery! Pozwólcie mi skończyć!
– Proszę, panie Voss, w ten sposób niczego pan nie zyska.
Voss spojrzał na swego adwokata. Z widocznym wysiłkiem powstrzymał kolejny wybuch i usiadł na swoim miejscu.
– Chcę, żeby w sprawie doktor DiMatteo coś jednak zostało zrobione – powiedział i popatrzył znacząco na Parra. Parr był już zupełnie mokry. Boże, tak łatwo byłoby po prostu zwolnić tę stażystkę. Niestety, generał nie zamierzał trzymać ich strony w tej grze. Przeklęci chirurdzy i ich etyka! Nie pozwalali, aby ktoś inny zajął się rozgrywką. Dlaczego Wettig tak się upierał w tej sprawie?
– Panie Voss – powiedziała Susan Casado najbardziej przymilnym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć, jakby chciała powstrzymać bestię przed atakiem. – Czy mogę zaproponować, żebyśmy wszyscy jeszcze raz przemyśleli tę sprawę? Zbyt szybkie wchodzenie na oficjalną drogę prawną rzadko daje oczekiwane rezultaty. Być może za kilka dni będziemy w stanie rozwiać pana obawy. – Susan wymownie spojrzała na Wettiga. Generał równie wymownie zignorował jej spojrzenie.
– Za kilka dni – powiedział Voss – moja żona może już nie żyć. – Wstał z miejsca i z pogardą popatrzył na Parra. – Nie potrzebuję czasu na przemyślenia. Chcę, żeby zrobiono coś w sprawie doktor DiMatteo. I ma to nastąpić jak najprędzej.
– Widzę kulę – powiedziała Abby.
Mark skierował strumień światła na tylną część klatki piersiowej. Zauważyli, że jakiś metal błysnął, a potem zniknął w wypełniającym się powietrzem płucu.
– Masz dobre oczy, Abby. Skoro ty ją dostrzegłaś, to może zechcesz wykonać zabieg?
Abby wybrała kleszczyki spośród innych instrumentów. Płuca znowu się powiększyły, zasłaniając widok.
– Muszę go mieć na wydechu. Przynajmniej przez chwilę.
– Sie robi – powiedział anestezjolog.
Abby wsunęła rękę głęboko do wnętrza klatki piersiowej wzdłuż wewnętrznego wygięcia żeber. Mark delikatnie odciągnął prawe płuco, a Abby zacisnęła końce kleszczyków wokół fragmentu metalu i ostrożnie wyciągnęła go z jamy klatki piersiowej.
Kula, spłaszczony pocisk kaliber dwadzieścia dwa, z brzękiem wylądowała w metalowej miseczce.
– Nie krwawi. Wygląda na to, że możemy go zaszywać – powiedziała Abby.
– Ten facet miał cholerne szczęście – stwierdził Mark, śledząc tor, jakim prawdopodobnie przeszedł pocisk. – Kula weszła tuż przy mostku, po prawej stronie. Pewnie żebro albo coś innego zmieniło jej bieg tak, że wylądowała w opłucnej. Dla gościa skończyło się to tylko odmą opłucnej.
– Miejmy nadzieję, że zapamiętał tę lekcję.
– Jaką lekcję?
– Nigdy nie zdradzaj swojej żony!
– To ona strzelała?
– Hej kolego, mamy wreszcie równouprawnienie czy nie?
Zaczęli zaszywać klatkę piersiową pacjenta, pracowali swobodnie, jak dwoje dobrze zgranych ludzi. Była czwarta po południu. Abby od siódmej rano była na dyżurze. Miała już ból w łydkach od stania przez cały dzień, a czekały ją jeszcze kolejne dwadzieścia cztery godziny. Teraz jednak czuła się świetnie, podniesiona na duchu tym, że operacja się udała, a także tym, że mogła operować razem z Markiem. Tak właśnie wyobrażała sobie ich wspólną przyszłość. W marzeniach mieli pracować razem, pewni siebie i partnera. Mark był doskonałym chirurgiem, szybkim, a jednocześnie niezwykle dokładnym. Od ich pierwszej wspólnej operacji Abby bardzo odpowiadała atmosfera panująca na sali. Mark nigdy nie tracił spokoju, nie krzyczał na pielęgniarki, w ogóle nigdy nie podnosił głosu. Myślała o tym, że gdyby ona kiedykolwiek miała iść pod nóż, to chciałaby, żeby to właśnie Mark Hodell trzymał skalpel. Teraz pracowała z nim. Jej ręka czasem dotykała jego dłoni, głowy pochylały się ku sobie. To był właśnie mężczyzna, którego kochała, oraz praca, którą kochała. W tej chwili potrafiła zapomnieć o Wiktorze Vossie i cieniu padającym na jej karierę. Może kryzys już minął. Nie spadł jeszcze żaden topór, żadna złowróżbna wiadomość nie dotarła do niej z biura Parra. Przeciwnie, Colin Wettig wziął ją dzisiaj na stronę i powiedział, że z pracy na urazówce otrzymała znakomite oceny. Wszystko się ułoży – myślała, patrząc, jak pielęgniarki wywożą pacjenta z sali. Wszystko w jakiś cudowny sposób się ułoży.
– Doskonała robota, DiMatteo – powiedział Mark, zdejmując fartuch.
– Założę się, że mówisz to wszystkim stażystom.
– No dobrze, to posłuchaj czegoś, czego nigdy nie mówię innym stażystom – pochylił się do niej i szepnął. – Czekam na ciebie w dyżurce.
– Hm… doktor DiMatteo… – usłyszeli.
Abby i Mark, oboje lekko zaczerwienieni, odwrócili się w kierunku drzwi, przez które wsunęła głowę pielęgniarka.
– Jest dla pani wiadomość od sekretarki pana Parra, prosi panią do siebie, do działu administracji.
– Teraz?
– Czekają tam na panią – powiedziała pielęgniarka i zniknęła za drzwiami. Abby spojrzała na Marka z obawą.
– O Boże. O co im teraz chodzi?
– Nie trać zimnej krwi. Jestem pewien, że wszystko jest w porządku. Chcesz, żebym poszedł z tobą?
Przez chwilę zastanawiała się nad jego propozycją, ale w końcu pokręciła przecząco głową.
– Jestem już dużą dziewczynką. Powinnam poradzić sobie sama.
– Jeżeli będziesz miała jakieś problemy, zadzwoń na mój pager. Przyjdę od razu. – Uścisnął jej rękę. – Obiecuję.
Z trudem zdobyła się na słaby uśmiech. Potem wyszła z sali operacyjnej i powoli poszła w kierunku windy. Z podobnym uczuciem strachu, które towarzyszyło jej zeszłego wieczoru, wjechała na drugie piętro i przeszła przez korytarz do gabinetu Parra. Sekretarka skierowała ją na salę konferencyjną. Abby zapukała do drzwi.
– Proszę wejść – usłyszała głos Parra.
Wzięła głęboki wdech i otworzyła drzwi. Parr wstał z miejsca przy stole konferencyjnym. W pokoju znajdował się jeszcze Colin Wettig oraz kobieta, której Abby nie rozpoznawała, brunetka około czterdziestki w dobrze skrojonym żakiecie. Wyraz ich twarzy nic Abby nie mówił, ale instynktownie wyczuwała, że spotkanie to nie będzie należało do najprzyjemniejszych.
– Doktor DiMatteo – powiedział Parr – przedstawiam pani Susan Casado, prawnika reprezentującego Bayside.
Prawnika? Nie brzmi to za dobrze – pomyślała Abby.
Obie kobiety podały sobie ręce. Uścisk pani Casado wydawał się nienaturalnie serdeczny w porównaniu z chłodnym uściskiem Abby. Przez chwilę w pokoju panowała cisza zakłócana jedynie szelestem papierów przekładanych przez panią adwokat.
W końcu odezwał się Parr.
– Doktor DiMatteo, może powie nam pani, jaka była pani rola przy opiece nad Karen Terrio. – Abby zmarszczyła brwi. Tego zupełnie się nie spodziewała.
– Przeprowadziłam wstępne rozpoznanie u pani Terrio – powiedziała – potem zarządziłam przeniesienie jej na neurochirurgię. Tam przejęli opiekę nad pacjentką.
– A więc jak długo była ona pod pani opieką?
– Oficjalnie? Mniej więcej około dwóch godzin.
– Co dokładnie pani zrobiła w przeciągu tych dwóch godzin?
– Ustabilizowałam ją. Zarządziłam wszelkie konieczne badania laboratoryjne. Wszystko jest w karcie.
– Tak, mamy jej kopię – odezwała się Susan Casado. Stuknęła palcem w kartę chorobową leżącą na stole.
– Wszystko jest tam udokumentowane – powiedziała Abby – moje notatki i zalecenia również.
– Dokładnie wszystko, co pani robiła? – spytała Susan.
– Tak. Wszystko.
– Czy pamięta pani może coś, co mogło negatywnie wpłynąć na stan pacjentki?
– Nie.
– Czy teraz uważa pani, że można było zrobić coś jeszcze?
– Nie.
– Z tego, co wiem, pacjentka zmarła.
– Miała rozległy uraz czaszki, którego doznała w wypadku samochodowym. Stwierdzono u niej śmierć mózgu.
– Już po tym, kiedy została przeniesiona na inny oddział. Abby rozpaczliwie rozejrzała się wkoło.
– Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi?
– O co chodzi? – powiedział Parr. – O to, że nasza firma ubezpieczeniowa „Vanguard Mutual” – firma ta jest również pani firmą – kilka godzin temu otrzymała pisemne zawiadomienie, że będziemy oskarżeni o błąd w sztuce lekarskiej. Dostarczono nam dokumenty podpisane przez prawnika z firmy „Hawles, Craig i Sussman”. Przykro mi o tym mówić, doktor DiMatteo, ale wygląda na to, że oskarżona będzie i pani, i Bayside.
Abby głośno westchnęła. Zaciskała dłonie na brzegu stołu, zrobiło jej się niedobrze. Wiedziała, że wszyscy czekają na odpowiedź, ale była w stanie tylko z niedowierzaniem kręcić głową.
– Rozumiem, że nie spodziewała się pani tego – powiedziała Susan Casado.
– Ja… – Abby przełknęła ślinę – oczywiście, że nie.
– To tylko wstępne kroki – stwierdziła Susan. – Sama pani oczywiście rozumie, że, zanim sprawa trafi do sądu, trzeba spełnić określone formalności. Po pierwsze, sprawa trafi do odpowiedniej komisji weryfikacyjnej, która zadecyduje, czy mamy tu, czy też nie mamy do czynienia z błędem w sztuce lekarskiej. Jeżeli komisja zadecyduje, że nic takiego nie miało miejsca, cała sprawa może się zakończyć na tym etapie. Bez względu na to, powód i tak ma prawo wnieść pozew do sądu.
– Powód? – mruknęła Abby. – Kto jest tym powodem?
– Mąż zmarłej pacjentki, Joseph Terrio.
– To jakaś pomyłka. Nieporozumienie.
– Ma pani rację, że to nieporozumienie – stwierdził Wettig. Wszyscy spojrzeli na generała, który dotąd nie brał udziału w rozmowie. – Sam sprawdzałem rejestr. Każdą jego stronę. Nie ma mowy o żadnym błędzie. Doktor DiMatteo zrobiła wszystko, co powinna była zrobić.
– Dlaczego więc tylko jej nazwisko wymieniono w pozwie? – spytał Parr.
– Wymieniono tylko mnie? – Abby zdziwiona spojrzała na panią adwokat. – A co z całym oddziałem neurochirurgii? Z salą nagłych przypadków? Nikogo innego nie wymieniono?
– Tylko panią – powiedziała Susan. – Oraz pani pracodawcę, to znaczy Bayside.
Abby była zdumiona.
– Nie mogę w to uwierzyć…
– Ja także nie – poparł ją Wettig. – Nie tak się przeprowadza tego typu sprawy i wszyscy o tym dobrze wiemy. Ci przeklęci prawnicy zwykle walą jak z automatu, wymieniają wszystkich możliwych lekarzy, którzy znajdowali się w odległości mili od pacjenta. Coś w tym wszystkim jest podejrzanego. Tu chodzi o coś innego.
– To Wiktor Voss – powiedziała cicho Abby.
– Voss? – Wettig ze zniecierpliwieniem machnął ręką. – Jaki miałby w tym cel?
– Postanowił mnie wykończyć. To właśnie jego cel. – Rozejrzała się po obecnych na sali. – Dlaczego tylko moje nazwisko zostało wymienione w pozwie? W jakiś sposób Voss dotarł do Joego Terrio, zdołał go przekonać, że ja popełniłam jakiś błąd. Gdybym tylko mogła porozmawiać z Joem…
– To absolutnie wykluczone – powiedziała Susan. – Byłaby to oznaka desperacji. Znak dla powoda, że jest pani w opałach.
– A jestem?
– Nie. Jeszcze nie. Jeżeli rzeczywiście miał miejsce jakiś błąd, wcześniej czy później i tak wyszłoby to na jaw. Możemy mieć nadzieję, że kiedy komisja rozstrzygnie spór na pani korzyść, druga strona zrezygnuje z wniesienia sprawy do sądu.
– A co będzie, jeżeli mimo to dojdzie do rozprawy sądowej?
– To nie miałoby sensu. Same koszty sądowe…
– Czy wy tego nie widzicie, Voss płaci rachunki. Jemu nie zależy na zwycięstwie czy przegranej w tej sprawie! Mógłby opłacić całą armię prawników tylko po to, żeby mnie nastraszyć. Joe Terrio – to może być dopiero pierwszy pozew. Wiktor Voss może sprawdzić wszystkich pacjentów, którzy kiedykolwiek znajdowali się pod moją opieką. Przekonać ich, żeby mnie podali do sądu.
– A my występujemy jako pani pracodawca. Co znaczy, że również Bayside zostanie pozwany – stwierdził Parr. Wyglądał fatalnie, niemal tak fatalnie, jak czuła się Abby.
– Musi być jakiś sposób, żeby to powstrzymać – powiedziała Susan. – Jakiś sposób na Wiktora Vossa i załagodzenie sytuacji. – Nikt się nie odezwał, ale Abby patrząc na Parra, niemal czytała w jego myślach. Najszybszy sposób to zwolnić mnie – pomyślała. Czekała, aż spadnie na nią jakiś cios, ale tak się nie stało. Tylko Susan i Parr wymienili spojrzenia. Susan powiedziała.
– To dopiero początek gry. Mamy miesiące na podjęcie odpowiednich kroków. Na obmyślenie odpowiedzi. Tymczasem… – Spojrzała na Abby – przydzielimy pani doradcę z „Vanguard Mutual”. Proponowałabym, żeby spotkała się pani z ich prawnikiem jak najszybciej. Może pani również zastanowić się nad wynajęciem własnego adwokata.
– Czy powinnam?
– Tak.
Abby przełknęła ślinę.
– Nie wiem, czy mnie stać na zatrudnienie adwokata…
– W sytuacji, w jakiej się pani znalazła, doktor DiMatteo, nie może pani sobie pozwolić na nie zatrudnienie go.
Dyżur tej nocy okazał się dla Abby zbawienny. Seria wezwań nie dała jej odpocząć przez cały wieczór. Wzywano ją do wszystkich, począwszy od pacjentów z odmą płuc na oddziale intensywnej terapii, aż po gorączkę pooperacyjną na chirurgii. Nie miała czasu myśleć o pozwie Joego Terrio. Bywały jednak momenty, gdy telefon milczał. Wtedy Abby czuła, że jest bliska łez. Nie spodziewała się, że właśnie Joe Terrio pozwie ją do sądu. Co takiego mogłam zrobić źle? – zastanawiała się – czy mogłabym wtedy dać z siebie więcej? Okazać mu więcej współczucia? Do cholery, Joe, czego jeszcze ode mnie oczekiwałeś? Abby wiedziała, że dała z siebie wszystko. Spełniła swoje zadanie najlepiej jak mogła. W nagrodę za czas, jaki poświęciła Karen Terrio, otrzymała taki właśnie cios. Ogarnęła ją złość. Złość na prawników, na Wiktora Vossa, nawet na Joego. Współczuła mu, ale jednocześnie czuła się zdradzona. Zdradzona przez człowieka, którego ból i cierpienie sama odczuwała.
O dziesiątej wreszcie mogła wrócić do dyżurki. Zbyt zdenerwowana, żeby czytać swoje pisma i za bardzo zła, żeby z kimkolwiek rozmawiać, nawet z Markiem, leżała na łóżku i gapiła się w sufit. Miała wrażenie, że jej nogi są sparaliżowane. Całe ciało wydawało się zdrętwiałe i bez życia. Jak ja przetrwam tę noc – zastanawiała się, nie mogąc zdobyć się nawet, żeby wstać z łóżka.
Kiedy o dziesiątej trzydzieści zadzwonił telefon, musiała podnieść się. Usiadła i podniosła słuchawkę.
– Doktor DiMatteo. Dzwonię z sali operacyjnej. Doktorzy Archer i Hodell potrzebują pani tutaj.
– Teraz?
– Jak najszybciej. Mamy nagły przypadek.
– Zaraz tam będę. – Abby odłożyła słuchawkę. Z westchnieniem ogarnęła palcami włosy. Gdyby to był inny dyżur, inna noc, już byłaby na nogach i przygotowywałaby się do operacji. Dzisiaj z niechęcią myślała o tym, że za chwilę będzie stała naprzeciwko Marka i Archera przy stole operacyjnym. Do cholery, DiMatteo! Jesteś chirurgiem, więc zachowuj się jak chirurg! – powiedziała sobie.
To wściekłość na samą siebie kazała jej w końcu wstać i wyjść z dyżurki.
Marka i Archera znalazła na górze w pokoju chirurgów. Stali przy mikrofalówce i rozmawiali przyciszonymi głosami. Ze sposobu, w jaki poderwali głowy, kiedy weszła, poznała, że była to prywatna rozmowa. Jednak na jej widok obaj uśmiechnęli się.
– Jesteś wreszcie – powiedział Archer – w okopach wszystko w porządku?
– Jak na razie, tak – odparła Abby – słyszałam, że coś się szykuje.
– Transplantacja – poinformował Mark – zespół już się zbiera. Kłopot w tym, że nie możemy złapać Mohandasa. Zastąpi go stażysta z piątego roku, ale twoja asysta również może okazać się potrzebna. Możesz się przebrać?
– Do przeszczepu serca? – Nagły przypływ adrenaliny wystarczył, aby Abby otrząsnęła się z przygnębienia. Złożyła ukłon w stronę Marka. – Będę zaszczycona.
– Jest tylko jeden mały problem – powiedział Archer – pacjentką jest Nina Voss.
Abby spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Tak szybko znalazło się dla niej serce?
– Mieliśmy szczęście. Serce przywiozą z Burlington. Wiktor Voss pewnie dostałby zawału, gdyby dowiedział się, że będziesz przy operacji. Ale wszystko stało się tak nagle. Na sali może być potrzebna dodatkowa para rąk. Wzięliśmy pod uwagę wszystkie okoliczności i wybranie ciebie wydaje się zupełnie uzasadnione.
– Czy nadal jesteś gotowa nam pomóc? – spytał Mark. Abby nawet się nie zawahała.
– Absolutnie tak – powiedziała.
– W porządku – stwierdził Archer. – No to mamy załatwioną asystę – skinął w kierunku Marka – widzimy się na sali operacyjnej za dwadzieścia minut.
O jedenastej trzydzieści zadzwonił chirurg ze szpitala Wilcox Memorial w Burlington, Vermont. Zakończono operację pobrania serca od dawcy. Było w doskonałym stanie i znajdowało się już w drodze na lotnisko. Schłodzono je do temperatury czterech stopni i czasowo zatrzymano jego akcję, stosując płukankę potasową. W takich warunkach serce mogło przebywać zaledwie cztery do pięciu godzin. Bez przepływu krwi przez tętnicę wieńcową każda minuta powodowała obumieranie kolejno kilku komórek mięśnia sercowego. Im dłużej organ był niedokrwiony, tym bardziej zmniejszała się szansa, że to serce zacznie bić w piersi Niny Voss. Specjalnie zorganizowany przelot miał trwać nie dłużej niż półtorej godziny. O północy zebrał się zespół transplantacyjny szpitala Bayside. Wszyscy byli już przebrani w zielone chirurgiczne kitle. Razem z Billem Archerem, Markiem i anestezjologiem, Frankiem Zwickiem, zebrał się niemały zespół pomocniczy: pielęgniarki, technik odpowiedzialny za perfuzję, kardiolog Aaron Levi oraz Abby.
Nina Voss została przewieziona na salę operacyjną numer 3. O pierwszej trzydzieści zatelefonowano z lotniska Logan International – samolot wylądował bezpiecznie. Dla chirurgów był to znak, że powinni zaczynać. Gdy Abby myła ręce, widziała przez szybę salę operacyjną, w której część zespołu zaczęła przygotowywać wszystko do operacji. Pielęgniarki już wykładały tace z narzędziami chirurgicznymi i otwierały sterylnie opakowane pokrowce. Perfuzjonista ustawiał przyrząd do zakładania bypassu. Stażysta stał obok, czekając, aż będzie mógł zająć się przygotowaniem pacjentki do operacji.
Na stole operacyjnym, pośrodku zwojów drutów od EKG i rurek od kroplówek leżała Nina Voss. Wydawała się nie zdawać sobie sprawy z zamieszania, jakie panowało wokół niej. Doktor Zwick stał nad pacjentką i cicho coś jej mówił, wstrzykując jednocześnie dawkę pentobarbu do kroplówki. Powieki pani Voss poruszyły się i zamknęły. Zwick nałożył jej maskę na usta i nos. W krótkich odstępach czasu specjalnym urządzeniem wpompował kilka porcji tlenu, potem zdjął maskę z twarzy pacjentki.
Następną czynność należało przeprowadzić szybko i sprawnie. Pacjentka była nieprzytomna, niezdolna do samodzielnego oddychania. Zwick odchylił jej głowę mocno do tyłu i wsunął zakrzywiony laryngoskop do krtani. Zlokalizował struny głosowe i umieścił plastikową rurkę wewnątrztchawiczną na odpowiednim miejscu. Napełniony powietrzem specjalny mankiet miał utrzymywać rurkę na miejscu, tak aby nie wysunęła się z tchawicy. Zwick podłączył rurkę do respiratora i pierś pacjentki zaczęła podnosić się i opadać. Intubacja dotchawiczna nie trwała dłużej niż trzydzieści sekund.
Lampy operacyjne zostały włączone i skierowane na stół. Spowita w to niezwykłe światło Nina wydawała się nieziemska. Jedna z pielęgniarek ściągnęła z niej prześcieradło, odsłaniając klatkę piersiową. Pod bladą skórą wyraźnie odznaczały się żebra. Piersi Niny były małe, jakby skurczone. Stażysta zdezynfekował odsłonięty fragment klatki piersiowej pacjentki, malując jodyną na skórze szerokie pasy.
Drzwi otworzyły się i na salę weszli Mark, Archer i Abby z rękami podniesionymi w górę. Z łokci kapała im woda. Wzięli sterylne ręczniki, ubrania i rękawiczki. Zanim wszyscy zakończyli ubieranie się, Nina Voss była już przygotowana do operacji. Archer podszedł do stołu operacyjnego.
– Czy przywieziono już serce? – zapytał.
– Jeszcze czekamy – odparła pielęgniarka.
– Przecież z Logan mają dwadzieścia minut jazdy.
– Może utknęli w jakimś korku ulicznym.
– O drugiej nad ranem?
– Jezu – westchnął Mark. – Tylko tego by brakowało, żeby mieli wypadek.
Archer spojrzał na monitory.
– Tak się zdarzyło w Mayo. Nerka leciała do nas aż z Teksasu. Zaraz przy wyjeździe z lotniska ambulans zderzył się z ciężarówką. Organ został zgnieciony, idealnie nadawał się do przeszczepu.
– Żartujesz – powiedział Zwick.
– Chyba nie żartowałbym w sprawie nerek? Stażysta spojrzał na ścienny zegar.
– Od pobrania mijają już trzy godziny.
– Czekać, spokojnie czekać – powiedział Archer. Zadzwonił telefon. Wszyscy zwrócili głowy w stronę aparatu i patrzyli, jak pielęgniarka podnosi słuchawkę. Po kilku sekundach powiedziała:
– Jest na dole, już do nas idzie.
– No dobra – powiedział Archer. – Tniemy.
Z miejsca, w którym stała Abby, nie można było dokładnie obserwować tego, co się dzieje. Ramię Marka co jakiś czas całkowicie zasłaniało widok. Archer i Mark pracowali szybko i w godnej podziwu harmonii. Zabrzęczał interkom.
– Doktor Mapes jest już tu z przesyłką – powiadomiła pielęgniarka dyżurująca przy wejściu.
– Zakładamy kaniulę – powiedział Mark. – Może pan doktor zechce przyłączyć się?
Abby spojrzała w kierunku drzwi sali operacyjnej. Przez szybę widać było przebieralnię. Stał tam mężczyzna z pojemnikiem podobnym do tego, w którym sama przewoziła serce Karen Terrio.
– Doktor wejdzie, jak tylko się przebierze – poinformowała pielęgniarka. Chwilę później Doktor Mapes wszedł na salę ubrany w zielony kitel. Był to niski mężczyzna z krzaczastymi brwiami i nosem, którego kształt ostro rysował się pod maską chirurgiczną, przypominając dziób jastrzębia.
– Witamy w Bostonie – powiedział Archer do przybyłego. – Jestem Bili Archer, a to Mark Hodell.
– Leonard Mapes. Operowałem razem z doktorem Nichollsem w Wilcox.
– Jak tam lot?
– Nie zawadziłoby jakieś trunkowe wzmocnienie. Uśmiech Archera widać było nawet przez maskę.
– To jaki prezent nam przywiozłeś?
– Śliczny. Będziecie z niego zadowoleni.
– Przyjrzę mu się, jak tylko skończę zakładać kaniulę.
Kaniulacja górnej tętnicy była pierwszym etapem podłączenia pacjentki do bypassu. To szerokie pudło, kontrolowane przez lekarza specjalistę, na jakiś czas mogło przejąć funkcje serca i płuc. Gromadziło krew z żył, zaopatrywało w tlen i pompowało z powrotem do tętnicy. Archer jedwabnymi nićmi zszył dwa końce aorty. Czubkiem skalpela nakłuł naczynie krwionośne. Trysnęła z niego jasnoczerwona krew. Błyskawicznie wprowadził kaniulę w nacięcie i zacisnął nici. Krwawienie zmniejszyło się i za chwilę ustało, kiedy Archer zaszył jeden koniec kaniuli na miejscu. Drugi koniec został podłączony do tętniczej rurki aparatu bypassowego. Mark razem z Abby zaczynał kaniulację żylną.
– W porządku – powiedział Archer, odchodząc od stołu. – Rozpakujmy nasz prezent.
Pielęgniarka otworzyła pojemnik i wyjęła serce owinięte w dwie zwykłe plastikowe torby. Rozpakowała i umieściła je w miseczce z roztworem solanki. Archer delikatnie podniósł ochłodzone serce.
– Niezła robota – zauważył – zrobiliście kawał dobrej roboty.
– Dziękuję – powiedział Mapes.
Archer ostrożnie przesunął palcem po powierzchni serca.
– Tętnice gładkie. Wszystko czyściutkie.
– Wydaje się trochę małe, nieprawdaż? – zauważyła Abby obserwująca wszystko z drugiej strony stołu. – Jak duży był dawca?
– Czterdzieści cztery kilogramy – powiedział Mapes. Abby zmarszczyła brwi.
– Dorosły?
– Nastolatek, zdrowy, chłopiec.
Abby zauważyła błysk niepokoju w oczach Archera. Przypomniała sobie, że Bili ma dwóch dorastających synów. Ostrożnie położył serce z powrotem do miseczki z solanką.
– Nie pozwolimy, żeby się zmarnowało – powiedział i całą swoją uwagę skupił na pacjentce.
Mark i Abby kończyli już kaniulację żylną. Dwie rurki z metalowymi zakończeniami zostały wprowadzone do prawego przedsionka i zaszyte. Miała się tam zbierać krew z żył, która następnie była odprowadzana do pompy z tlenem.
Archer i Mark pracowali zgodnie razem. Złapali dolną i górną żyłę główną, odcinając dopływ krwi do serca.
– Zacisk aorty – powiedział Mark, odcinając tętnicę.
Serce z odciętym dopływem żylnym i tętniczym było tylko bezużytecznym workiem. Krążenie krwi w organizmie Niny Voss było całkowicie kontrolowane przez maszyny. Również temperatura ciała pacjentki znajdowała się pod kontrolą. Przez ochładzanie płynów ustrojowych ciało można było stopniowo doprowadzić do temperatury dwudziestu pięciu stopni, czyli do hipotermii głębokiej. Dzięki temu zwiększały się szansę prawidłowego zachowania wszczepionego mięśnia sercowego i obniżało zużycie tlenu. Zwick wyłączył respirator. Rytmiczny odgłos miechów ustał. Nie było potrzeby pompowania tlenu do płuc pacjentki, tę funkcję przejął bypass. Teraz można było zaczynać przeszczep.
Archer przeciął aortę i tętnice płucne. Krew trysnęła do wnętrza klatki piersiowej i na podłogę. Pielęgniarka natychmiast zaczęła ją wycierać. Archer nie przerywał pracy, nie zważał na pot spływający z czoła. Wykonał nacięcie przedsionków. Więcej krwi, o ciemniejszej barwie trysnęło na jego fartuch. Sięgnął głębiej do wnętrza klatki piersiowej. Chore serce Niny Voss, blade i zwiotczałe, zostało wyjęte i odłożone.
Abby spojrzała na monitor i poczuła niepokój na widok prostej linii wykresu EKG. Oczywiście nie mogło być mowy o pracy serca, skoro go nie było. Płuca były nieruchome, serce wyjęto, a jednak pacjentka jeszcze żyła.
Mark wziął nowe serce z miseczki i ostrożnie umieścił je w piersi Niny.
– Niektórzy nazywają to wzniosłą pracą hydraulika – powiedział, obracając serce tak, żeby lewy przedsionek znalazł się na właściwym miejscu. – Mogłoby to przypominać zaszywanie wypchanego zwierzaka czy coś w tym rodzaju. Wystarczy jednak chwila nieuwagi i zanim się człowiek zorientuje, serce zostanie wszyte odwrotnie. – Jeden ze stażystów zaśmiał się. – To nic śmiesznego. Tak się kiedyś zdarzyło.
– Solanka – powiedział Archer i pielęgniarka wylała trochę schłodzonego roztworu solanki na serce, żeby utrzymać jego niską temperaturę pod lampami operacyjnymi.
– Milion rzeczy może pójść nie tak – powiedział Mark, wbijając igłę głęboko w lewy przedsionek – reakcja na leki, niewłaściwe znieczulenie. I tak zawsze wina spadnie na chirurga.
– Tutaj zbiera się za dużo krwi – powiedział Archer. – Abby, odsysacz! Na sali w ciszy słychać było teraz tylko pracę urządzeń. Lekarze zwiększyli tempo pracy. Każdy nowy szew zakładano przy odgłosie cichego szczękania zacisków igłowych. Mimo ciągłego odsysania krew wsiąkała w prześcieradła i kapała na podłogę. Ręczniki leżące pod stopami były całe nią przesiąknięte. Za chwilę wymieniono je na nowe. Archer odciął nić chirurgiczną.
– Zespolenie prawego przedsionka zakończone.
– Cewnik perfuzyjny – poprosił Mark. Pielęgniarka podała mu i Mark wprowadził go do lewego przedsionka. Wlał solankę o temperaturze czterech stopni. Przepływ zimnego płynu ochłodził komorę i zapobiegł ewentualnym kieszeniom powietrza wewnątrz.
– Nieźle, nieźle – powiedział Archer, zmieniając lekko ułożenie serca, żeby przeprowadzić zespolenie z aortą. – Teraz zajmiemy się tymi rurkami.
Mark spojrzał na zegar.
– Patrzcie, według planu jesteśmy do przodu. Co za niesamowity zespół. Rozległ się dźwięk interkomu. Usłyszeli głos pielęgniarki.
– Pan Voss pyta, jak czuje się jego żona.
– Wszystko jest w porządku – zawołał Archer. – Żadnych komplikacji.
– Ile czasu to jeszcze zajmie?
– Może godzinę. Proszę mu powiedzieć, żeby czekał. Interkom wyłączył się. Archer spojrzał na Marka.
– Ten facet mnie zamęczy.
– Voss?
– Lubi rządzić wszystkimi.
– Tylko bez żartów.
Chirurgiczna igła trzymana przez Archera zagłębiła się w połyskliwej ścianie aorty.
– Ale pewnie gdybym ja miał tyle forsy, też lubiłbym rozkazywać.
– Skąd on ma tyle pieniędzy? – spytał stażysta. Archer spojrzał na niego zaskoczony. – Nie wiesz nic o Wiktorze Vossie? VMI International? Wszystko, co jest związane z chemią i automatyką.
– Czy V ze skrótu VMI wzięło się właśnie od jego nazwiska?
– Dokładnie tak. – Archer zakończył ostatni szew i uciął nić. – Aorta zrobiona. Zdjąć zacisk.
– Wyjmuję cewnik perfuzyjny – powiedział Mark i zwrócił się do Abby. – Przygotuj przewody elektrostymulatora do wprowadzenia. – Archer wziął nową igłę i zaczął zespolenie płucne. Właśnie kończył szew, kiedy zauważył, że organ się wybrzuszył. – Popatrzcie tylko! – powiedział. – Lodowato zimne, a już spontaniczny skurcz. Ta dziecinka aż rwie się do pracy.
– Elektrostymulacja wprowadzona – powiedział Mark.
– Wlew isuprelu – powiedział Zwick. – Dwa mikrogramy. – Wszyscy czekali, aż isuprel zacznie działać, aż serce powtórnie się skurczy. Ono jednak pozostawało nieruchome.
– No dalej – powiedział Archer. – Nie spraw nam zawodu.
– Defibrylator? – zapytała pielęgniarka.
– Nie. Dajmy mu szansę. – Powoli serce ścisnęło się, a potem znowu znieruchomiało.
– Zwiększam poziom isuprelu do trzech mikrogramów – powiedział Zwick. Jeszcze jeden skurcz. I znowu nic.
– No zacznij bić – ponaglał Archer. – Daj mu jeszcze trochę.
– Cztery mikrogramy – powiedział Zwick, regulując wlew dożylny. Serce ścisnęło się i rozkurczyło. Skurczyło ponownie i znowu rozkurczyło.
Zwick spojrzał na monitor. Na ekranie pojawił się falisty wykres pracy serca.
– Rośnie do pięćdziesięciu. Sześćdziesięciu czterech. Siedemdziesięciu…
– Miarka na jeden i dziesięć – powiedział Mark.
– Właśnie to robię – stwierdził Zwick, dostosowując poziom isuprelu. Archer zwrócił się do pielęgniarki.
– Proszę połączyć się przez interkom i powiadomić oddział pooperacyjny, że już zamykamy.
– Miarka jeden i dziesięć – poinformował Zwick.
– OK. – powiedział Mark. – Zdejmujemy ją z bypassu. Pozbądźmy się tych kaniulacji.
Zwick stuknął w respirator. Wydawało się, że wszyscy naraz odetchnęli z ulgą.
– Pozostaje nam mieć nadzieję, że ona i to serce jakoś się dogadają – powiedział Mark.
– Czy wiemy, jak dokładne było dobranie serca? – spytał Archer. Odwrócił się, by spojrzeć na Mapesa. Nikogo za nim już nie było. Abby była tak pochłonięta operacją, że nawet nie zauważyła, kiedy mężczyzna opuścił salę operacyjną.
– Wyszedł jakieś dwadzieścia minut temu – powiedziała jedna z pielęgniarek.
– Tak po prostu?
– Może chciał zdążyć na samolot.
– Nawet nie miałem okazji uścisnąć mu ręki – zauważył Archer. Odwrócił się do pacjentki leżącej na stole. – No dobra. Czas zamykać.