Rozdział 17

Odwiedziny

Najpierw uderzyło mnie ciepło – parne, wilgotne powietrze przetoczyło się po mnie, zraszając mi skórę. Instynktownie otworzyłam usta, by zaczerpnąć więcej tlenu. Na sile przybrał również zapach, bardzo podobny do metalicznego posmaku tutejszej wody.

Ze wszystkich stron dochodził mnie, odbity echem od ścian, gwar niskich i wysokich głosów. Mrużyłam oczy, próbując przedrzeć się wzrokiem przez kłęby pary, by zobaczyć, kto tu jest. Było bardzo jasno – sufit oślepiał blaskiem, tak jak w dużej jaskini, ale znajdował się znacznie niżej. Światło tańczyło wśród drobinek pary, tworząc migoczącą zasłonę, która raziła w oczy. Chwyciłam Jeba za rękę, gdyż nie mogłam przyzwyczaić wzroku.

Zaskoczyło mnie, że gwar nie ustał wraz z naszym nadejściem. Zapewne nas też nie było widać.

– Trochę tu duszno – odezwał się Jeb przepraszająco, odganiając parę sprzed nosa. Powiedział to beztroskim tonem, tak głośno, że prawie podskoczyłam. Zachowywał się, jakbyśmy byli sami. Tymczasem gwar nie cichł, tak jakby nikt nas nie słyszał.

– Nie żebym narzekał – kontynuował. – Gdyby nie to miejsce, tobym już chyba z dziesięć razy zginął. Pierwszy raz oczywiście dawno temu, kiedy tu zabłądziłem. A teraz bez niego nie moglibyśmy się tu ukrywać. A jak się nie ma kryjówki, to jest się martwym, czyż nie?

Trącił mnie łokciem w geście porozumienia.

– Trzeba powiedzieć, że układ tych jaskiń jest wymarzony. Chyba nie zrobiłbym tego lepiej, gdybym mógł je ulepić z plasteliny.

Jego śmiech rozproszył nieco mgły i po raz pierwszy zobaczyłam, jak wygląda pomieszczenie.

Była to dość wysoka grota, przez którą przepływały dwie rzeczki. To właśnie szmer wody bijącej wśród wulkanicznych skał wzięłam mylnie za gwar ludzkich głosów. Jeb mówił, jakbyśmy byli sami, gdyż tak właśnie było.

Ściślej mówiąc, płynęła tu jedna rzeka oraz, bliżej nas, płytki strumyczek, srebrzysta wstęga wijąca się wzdłuż skalnych brzegów, tak niskich, jakby woda miała się za chwilę przelać. Łagodne fale strumyka szemrały wysokim, kobiecym tonem.

Z kolei niski, męski bulgot wydobywał się z rzeki, podobnie jak gęste kłęby pary wylatujące z dziur w ziemi pod przeciwległą ścianą. Rzeka była ciemna i częściowo schowana pod skalną podłogą, widoczna w miejscach, gdzie ta się osunęła. Czerniejące dziury wyglądały groźnie, płynąca wartkim nurtem w nieznane woda była przez nie ledwie widoczna. Zdawała się wrzeć – taka biła od niej para i ciepło. Również odgłosy, które wydawała, przypominały dźwięk gotowania.

Z sufitu zwisało kilka długich i wąskich stalaktytów, po których woda skapywała na bliźniacze stalagmity. Trzy takie pary spotykały się pomiędzy rzeką a strumykiem, tworząc cienkie, ciemne filary.

– Ostrożnie tutaj – powiedział Jeb. – Wierz mi, w gorącym źródle jest niczego sobie prąd. Jak wpadniesz, będzie po tobie. Już raz się to zdarzyło. – Skinął znacząco głową, spochmurniały.

Bystry nurt podziemnej rzeki wydał mi się nagle przerażający. Wyobraziłam sobie, że mnie porywa, i poczułam dreszcz na plecach. Jeb położył mi delikatnie rękę na ramieniu.

– Nie martw się. Wystarczy patrzeć pod nogi. A więc tak – zaczął, wskazując na przeciwległy koniec pieczary, gdzie strumyk wpływał do ciemnej jamy – pierwsza grota to łaźnia. Wykopaliśmy tam w podłodze ładną, głęboką wannę. Mamy grafik kąpieli, ale i tak nikt cię nie podejrzy, ciemno tam jak diabli. W środku jest ciepło i przyjemnie, a woda nie parzy tak jak tu. Dalej, za szczeliną, jest następna grota. Niedawno poszerzyliśmy przejście, żeby było wygodniej. To ostatnie pomieszczenie połączone ze strumieniem, dalej woda spływa już zbyt głęboko w dół. Urządziliśmy tam sobie ubikację – tak jest wygodnie i higienicznie. – Nie krył samozadowolenia, jak gdyby taki a nie inny bieg strumienia był jego zasługą. Faktem jednak było, że odkrył to miejsce i przystosował do zamieszkania – miał zatem powody do pewnej dumy.

– Nie lubimy trwonić baterii, a poza tym większość z nas zna to miejsce na pamięć, no ale ponieważ jesteś tu pierwszy raz, możesz sobie trochę pomóc.

Wyjął z kieszeni latarkę i wyciągnął ją w moją stronę. Na jej widok przypomniałam sobie, jak znalazł mnie umierającą na pustyni i poświecił mi w oczy, by sprawdzić, czy jestem człowiekiem. Kiedy o tym pomyślałam, zrobiło mi się smutno, choć nie bardzo wiedziałam dlaczego.

– Tylko sobie nie myśl, że uda ci się stąd wydostać rzeką. Ta woda wpływa pod ziemię i tam już zostaje – ostrzegł.

Zdawał się czekać na pozytywny odzew, więc przytaknęłam. Powoli wzięłam do ręki latarkę, unikając gwałtowniejszych ruchów, które mogłyby go zaskoczyć.

Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.

Podążyłam czym prędzej za jego wskazówkami – odgłos rwącej wody źle na mnie działał. Gdy zniknęłam mu z oczu, poczułam się dziwnie. Co, jeśli ktoś się tu skrył, domyślając się, że w końcu przyjdę? Czy Jeb usłyszałby moje krzyki mimo głośnego szumu wody?

Poświeciłam latarką po łaźni, sprawdzając, czy ktoś się na mnie nie zaczaił. Migoczące cienie działały na wyobraźnię, ale mój strach okazał się bezzasadny. Wanna, o której mówił Jeb, miała w istocie rozmiary małego basenu, a powierzchnia wody była czarna jak smoła. Gdyby ktoś się w niej zanurzył i wstrzymał oddech, byłby zupełnie niewidoczny… Pomknęłam w stronę wąskiej szczeliny wiodącej do kolejnego pomieszczenia, odganiając złe myśli. Bez Jeba byłam opętana strachem – nie mogłam normalnie oddychać. W uszach huczała mi krew, zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Do pieczary z rzekami wróciłam nie tyle szybkim krokiem, co biegiem.

Widok Jeba stojącego samotnie w niezmienionej pozie tam, gdzie go zostawiłam, był jak balsam dla moich zszarpanych nerwów. Nareszcie uspokoił mi się oddech, zwolniło bicie serca. Nic potrafiłam do końca zrozumieć, dlaczego ten zwariowany człowiek tak dobrze na mnie działa. Przypomniałam sobie wtedy słowa Melanie – trudne czasy.

– Niezgorsze, co? – zapytał, uśmiechając się z dumą. Potaknęłam raz i oddałam mu latarkę.

– Te jaskinie to wielki dar – powiedział, gdy już ruszaliśmy w drogę powrotną. – Bez nich nie dalibyśmy rady przeżyć w tak dużej grupie. Magnolia i Sharon całkiem dobrze sobie radziły w Chicago – zaskakująco dobrze – ale jednak bardzo ryzykowały, ukrywając się we dwie. Miło żyć znowu w prawdziwej wspólnocie. Dopiero w niej czuję się jak człowiek.

Zaczęliśmy się wspinać po schodach i Jeb znowu chwycił mnie za łokieć.

– Nie gniewaj się, że daliśmy ci taki lichy… kwaterunek. To najbezpieczniejsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Byłem zaskoczony, że chłopcy tak szybko cię wywęszyli… – Westchnął. – No cóż, cały Kyle… Ale może i dobrze się stało. Niech się przyzwyczajają. Może znajdziemy ci coś odpowiedniejszego. Pomyślę o tym… A póki co, nie musisz wysiadywać w tej ciasnej dziurze, gdy ja jestem w pobliżu. Możesz spokojnie siedzieć ze mną w korytarzu, jeśli wolisz. Ale z Jaredem… – Przerwał, nie kończąc myśli.

Słuchałam jego przeprosin w zdumieniu. Było w nim dużo więcej serdeczności, niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, że te istoty potrafią znaleźć w sobie tyle współczucia dla wrogów. Poklepałam go nieśmiało po dłoni, którą trzymał mi na łokciu, próbując mu przekazać, że zrozumiałam jego słowa i nie będę sprawiać kłopotów. Byłam przekonana, że Jared nie ma ochoty mnie oglądać.

Jeb z łatwością odczytał mój sygnał.

– Dobra dziewczyna – powiedział. – Jakoś to wszystko rozwiążemy. Doktor może się skoncentrować na leczeniu ludzi. Ja tam uważam, że jesteś o wiele ciekawsza żywa.

Staliśmy tak blisko siebie, że poczuł, jak się zatrzęsłam.

– Nie martw się, Doktor nie będzie cię niepokoił.

Nie mogłam opanować dreszczy. Obietnica Jeba dotyczyła chwili obecnej. Jared mógł w każdym momencie stwierdzić, że moja tajemnica jest ważniejsza niż ciało Melanie. Gdyby tak się miało stać, wolałabym raczej zginąć wczoraj z rąk Iana. Przełknęłam ślinę i poczułam lekki ból, który zdawał się przeszywać całą szyję od skóry aż po wnętrze gardła.

Nigdy nie wiesz, ile czasu ci zostało, powiedziała Melanie wiele dni temu, kiedy panowałam jeszcze nad swoim życiem.

Jej słowa rozbrzmiewały mi w głowie, gdy weszliśmy z powrotem do wielkiej jaskini, głównego placu, wokół którego toczyło się tutaj życie. Był pełen ludzi, tak jak pierwszego wieczoru, i wszyscy nas obserwowali, a oczy płonęły im gniewem i rozgoryczeniem, gdy spoglądali na Jeba, zaś żądzą krwi, gdy spozierali na mnie. Patrzyłam pod nogi, starając się nie podnosić wzroku. Kątem oka widziałam, że Jeb znów trzyma strzelbę w gotowości.

Poczułam, że to tylko kwestia czasu. Atmosfera strachu i nienawiści była zbyt potężna. Prędzej czy później Jeb nie da rady mnie obronić.

Z wielką ulgą pokonałam wąską szczelinę, nie mogąc się doczekać, aż wrócę labiryntem krętych korytarzy do mojej ciasnej kryjówki. Przynajmniej mogłam tam liczyć na spokój.

Z tyłu, niczym z gniazda rozjuszonych węży, dochodziło mnie wściekłe syczenie, roznoszące się echem po całym placu. Słysząc je, miałam ochotę iść szybciej niż prowadzący mnie za rękę Jeb.

Jeb zachichotał pod nosem. Im dłużej z nim przebywałam, tym dziwniejszy mi się wydawał. Jego poczucie humoru było dla mnie równie nieodgadnione jak intencje, którymi się kierował.

– Czasem robi się tu ździebko nudno – mamrotał do mnie, a może do samego siebie. W jego przypadku trudno było stwierdzić. – Może jak im w końcu przejdzie, docenią to, że dostarczam im rozrywki.

Korytarz wił się w ciemnościach. Zupełnie go nie poznawałam. Być może Jeb rozmyślnie obrał tym razem inną trasę. Miałam wrażenie, że idziemy dłużej niż ostatnio, lecz w końcu ujrzałam wyłaniające się zza zakrętu słabe niebieskie światło.

Zebrałam się w sobie, zastanawiając się, czy zastaniemy tam Jareda. Jeżeli tak, na pewno będzie zły. Nie spodoba mu się, że Jeb zabrał mnie na spacer, nawet jeśli było to konieczne.

Gdy tylko minęliśmy ostatni zakręt, istotnie zobaczyłam, że ktoś na nas czeka. Stał oparty o ścianę nieopodal lampy, rzucając długi cień w naszą stronę, ale bez wątpienia nie był to Jared. Zacisnęłam dłoń na ramieniu Jeba w panicznym odruchu.

Dopiero potem przyjrzałam się tajemniczej postaci. Był to ktoś mniejszy ode mnie – dlatego od razu poznałam, że to nie Jared – i bardzo szczupły. Mały, ale też jakby zbyt wysoki, zbyt patykowaty. Nawet w słabym świetle niebieskiej lampy widać było skórę opaloną na głęboki brąz i jedwabiste czarne włosy opadające bezładnie aż za podbródek.

Ugięły się pode mną kolana.

Kurczowo ścisnęłam ramię Jeba, szukając oparcia.

– Oż jasny gwint! – wykrzyknął poirytowany. – Czy nikt tu nie potrafi dochować tajemnicy dłużej niż dzień? Można zwariować. Nic tylko zawiązać im te długie jęzory… – Jeb zaczął mamrotać coś pod nosem.

Nie próbowałam nawet zrozumieć, co mówi. Toczyłam właśnie najzacieklejszy bój w życiu. We wszystkich życiach.

Czułam Melanie w każdej komórce ciała. Mrowiły mnie zakończenia nerwów, które poznały ją po długiej nieobecności. Mięśnie drgały w oczekiwaniu na jej ruch. Usta mi drżały, próbując same się otworzyć. Pochyliłam się ku stojącemu w korytarzu chłopcu. Ręce odmawiały mi posłuszeństwa.

Melanie wiele się uczyła za każdym razem, gdy traciłam panowanie nad ciałem lub dobrowolnie się go zrzekałam, dlatego była teraz trudnym przeciwnikiem – tak trudnym, że na czoło wystąpiły mi krople potu. Ale tym razem nie leżałam konająca na pustyni ani nie byłam osłabiona i wytrącona z równowagi widokiem osoby, której miałam już nigdy nie zobaczyć. Byłam przygotowana. Ciało zregenerowało się i odzyskało siły, a to działało na moją korzyść.

Przegnałam Melanie z rąk i nóg, wypchnęłam z każdego miejsca, w którym próbowała zdobyć przyczółek, zapędziłam z powrotem do małego zakamarka w mojej głowie i przykułam łańcuchem.

Jej kapitulacja była nagła i całkowita. Ach, westchnęła i był to niemalże jęk bólu.

Zwyciężyłam, ale natychmiast ogarnęło mnie dziwne poczucie winy.

Już wcześniej zdawałam sobie sprawę, że Melanie jest dla mnie kimś więcej niż tylko zbuntowanym żywicielem uprzykrzającym mi życie. W ciągu ostatnich tygodni – od kiedy połączyła nas niechęć do wspólnego wroga, czyli Łowczyni – zbliżyłyśmy się do siebie, a nawet stałyśmy się powierniczkami. Kiedy Kyle stał nade mną z nożem na pustyni, część mnie cieszyła się, że przynajmniej to nie ja uśmiercę Melanie. Już wtedy była dla mnie czymś więcej niż tylko ciałem. Teraz jednak poczułam coś jeszcze głębszego. Żałowałam, że sprawiłam jej ból.

Nie miałam niestety wyjścia, choć ona zdawała się tego nie rozumieć. Każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, każdy pochopny krok mógł dla nas oznaczać szybką egzekucję. Melanie reagowała zbyt spontanicznie i emocjonalnie. Wpakowałaby nas w tarapaty.

Musisz mi zaufać, zwróciłam się do niej. Ja po prostu robię, co mogę, żeby nas nie zabito. Wiem, nie chce ci się wierzyć, że ci twoi ludzie mogliby nas skrzywdzić…

Ale to Jamie, szepnęła. Tęskniła do niego tak mocno, że znów poczułam się, jakbym miała nogi z waty.

Próbowałam spojrzeć na niego z dystansem – ujrzeć jedynie opartego o ścianę ponurego nastolatka ze sztywno założonymi rękoma. Starałam się widzieć w nim obcą osobę i tak też go traktować. Starałam się, ale nie umiałam. To był Jamie, byłam nim zachwycona, a moje ręce – moje, nie Melanie – chciały go uściskać. Łzy stanęły mi w oczach i pociekły po twarzy. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie widać ich w słabym świetle.

– Jeb – przywitał się oschłe Jamie. Omiótł mnie przelotnym spojrzeniem, po czym odwrócił wzrok.

Miał taki głęboki głos! Czy to możliwe, że tak urósł? Uświadomiłam sobie z bólem, że niedawno skończył czternaście lat. Melanie pokazała mi datę. Okazało się, że było to w dniu, w którym po raz pierwszy mi się przyśnił. Tak bardzo starała się tamtego ranka zachować cały ból tylko dla siebie, zataić wspomnienia, by chronić brata, że w końcu pojawił się w jej śnie. A wtedy ja napisałam o tym Łowczyni,

Zdrętwiałam, nie mogąc uwierzyć, że postąpiłam tak bezdusznie.

– Co ty tu robisz, chłopcze? – zapytał Jeb.

– Czemu mi nic nie powiedziałeś? – odparował Jamie.

Jeb zamilkł.

– Jared ci zabronił? – naciskał Jamie.

Jeb westchnął.

– No dobrze, czyli już wiesz. I po co ci to było? My tylko…

– Chcieliście mnie chronić? – dokończył za niego chłopiec.

Skąd było w nim tyle goryczy? Czy to moja wina? Oczywiście, że moja.

Melanie zaczęła głośno szlochać w mojej głowie. Rozpraszało mnie to i sprawiało, że słyszałam głosy Jeba i Jamiego jakby z daleka.

– Okej, Jamie, nie trzeba cię chronić. Czego chcesz?

Ta nagła kapitulacja najwyraźniej zbiła chłopca z tropu. Zerkał to na mnie, to na Jeba, nie wiedząc, jak zacząć.

– Chcę… chcę z nią porozmawiać… to znaczy z nim – wybąkał w końcu. Kiedy się wahał, mówił trochę wyższym tonem.

– Jest mało rozmowna – odparł Jeb – ale jeśli chcesz, możesz spróbować.

Zdjął moje palce ze swego ramienia, po czym oparł się plecami o najbliższą ścianę i zsunął powoli do pozycji siedzącej. Powiercił się jeszcze chwilę w miejscu, szukając najwygodniejszej pozycji. Strzelba przez cały czas leżała mu na kolanach. Wsparł głowę o skałę i zamknął oczy. Po chwili wyglądał już, jakby spał.

Stałam tam, gdzie mnie zostawił, próbując nie patrzeć Jamiemu w twarz, ale nie najlepiej mi to szło.

Jamie był zaskoczony uległością Jeba. Miał oczy jak spodki – wyglądał z nimi trochę młodziej – i nie odrywał ich od siadającego starca. Dopiero gdy Jeb nie ruszył się przez dobrych parę minut, Jamie przeniósł wzrok na mnie, mrużąc powieki.

Widząc to spojrzenie – złe, markujące odwagę i dorosłość, ale też przepojone bólem i strachem – Melanie zaczęła jeszcze głośniej szlochać, a mnie zatrzęsły się kolana. Nie chcąc ryzykować kolejnego upadku, zbliżyłam się do ściany naprzeciw Jeba, oparłam o nią plecami, usiadłam na ziemi i skuliłam się – pragnęłam być jak najmniejsza.

Jamie bacznie mi się przyglądał; w końcu zrobił cztery małe kroki naprzód, aż stanął nade mną. Rzucił jeszcze okiem na wciąż nieruchomego Jeba i klęknął obok mnie. Jego twarz przybrała nagle wyraz skupienia, nadając mu doroślejszy wygląd. Ujrzałam w nim smutnego mężczyznę i serce zabiło mi mocniej.

– Nie jesteś Melanie – powiedział cicho.

Było mi teraz jeszcze trudniej nic nie mówić, tym razem bowiem to ja chciałam się odezwać. Zawahałam się jednak i po chwili jedynie potrząsnęłam głową.

– Ale masz jej ciało.

Potaknęłam, choć znów nie od razu.

– Co ci się… co jej się stało w twarz?

Wzruszyłam ramionami. Nie widziałam swojej twarzy, ale domyślałam się, jak wygląda.

– Kto ci to zrobił? – dociekał Jamie. Wyciągnął ku mnie palec i prawie dotknął mojej szyi, ale się zawahał. Siedziałam spokojnie – akurat tej ręki się nie bałam.

– Ciotka Maggie, Jared i Ian – wyliczył Jeb znużonym głosem. Oboje aż podskoczyliśmy. Ale Jeb nawet się nie poruszył, a oczy miał ciągle zamknięte. Na jego twarzy malował się spokój. Można by pomyśleć, że odpowiedział przez sen.

Jamie odczekał chwilę i obrócił się z powrotem do mnie, z tym samymi skupieniem na twarzy.

– Nie jesteś Melanie, ale pamiętasz wszystko co ona i tak dalej, prawda?

Przytaknęłam.

– Wiesz, kim ja jestem?

Próbowałam milczeć, ale słowa same przesmyknęły mi się przez usta.

– Jesteś Jamie. – Mój głos otulił czule jego imię, nie mogłam na to nic poradzić.

Zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się, że przestanę milczeć.

– Tak – odszepnął, kiwając głową.

Oboje spojrzeliśmy na Jeba, wciąż zastygłego w bezruchu, i z powrotem na siebie.

– Czyli pamiętasz, co się z nią stało?

Skrzywiłam się z bólu i potaknęłam wolno.

– Chcę wiedzieć.

Potrząsnęłam głową.

– Chcę wiedzieć – powtórzył. Usta mu drżały. – Nie jestem dzieckiem. Powiedz mi.

– To nic… miłego – westchnęłam, na próżno starając się trzymać język za zębami. Nie potrafiłam mu odmówić.

Ciemne, proste brwi powędrowały mu w górę i prawie zetknęły się na środku czoła, ponad szeroko otwartymi oczami.

– Proszę – szepnął.

Zerknęłam na Jeba. Miałam wrażenie, że podgląda nas przez rzęsy, ale nie byłam pewna.

Odezwałam się głosem cichym jak oddech.

– Ktoś zauważył, jak wchodzi do budynku przeznaczonego do rozbiórki, zorientował się, że coś jest nie tak, i wezwał Łowców.

Wzdrygnął się na dźwięk ostatniego słowa.

– Próbowali ją przekonać, żeby się poddała, ale nie chciała. Kiedy zapędzili ją w ślepy zaułek, wskoczyła do otwartego szybu windy.

Otrząsnęłam się z bolesnego wspomnienia. Jamie pobladł na twarzy.

– Nie zginęła?

– Nie. Mamy bardzo dobrych Uzdrowicieli. Szybko ją wyleczyli. Potem umieścili mnie w jej ciele. Myśleli, że im powiem, jak udało jej się tak długo przetrwać. – Zorientowałam się, że powiedziałam więcej, niż zamierzałam, i gwałtownie zamknęłam usta. Jamie tego nie zauważył, ale Jeb otworzył z wolna oczy i utkwił we mnie wzrok. Reszta jego ciała pozostała nieruchoma. Jamie niczego nie spostrzegł.

– Dlaczego nie pozwoliliście jej umrzeć? – zapytał. Musiał przełknąć ślinę, głos zaczynał mu się załamywać. Było to dla mnie tym boleśniejsze, że nie był to płacz wystraszonego dziecka, lecz głębokie cierpienie dojrzałego człowieka. Z najwyższym trudem powstrzymywałam się przed pogłaskaniem go po twarzy. Chciałam go przytulić i błagać, by się nie smucił. Zwinęłam palce w pięści, próbując skupić się na jego pytaniu. Jeb zerknął na nie, po czym spojrzał mi z powrotem w twarz.

– Nie było mnie przy podejmowaniu decyzji – odparłam cicho. – Byłam wtedy jeszcze w kapsule hibernacyjnej.

Jamie znów zamrugał ze zdziwienia. Zupełnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi, widziałam, że zmaga się z nowym uczuciem. Zerknęłam na Jeba i zobaczyłam w jego oczach błysk zaciekawienia.

Ciekawość wzięła w końcu górę także u Jamiego.

– Skąd przyleciałaś? – zapytał.

Uśmiechnęłam się wbrew sobie, widząc w jego oczach zainteresowanie.

– Z daleka. Z innej planety.

– Jakie tam… – zaczął, lecz nagle rozległo się inne pytanie.

– Co u licha? – krzyknął wściekle Jared. Stał jak wryty w głębi tunelu, zaraz przy zakręcie. – Niech cię, Jeb! Chyba się umawialiśmy, że…

Jamie zerwał się na nogi.

– Jeb wcale mnie nie przyprowadził. Ale ty powinieneś!

Jeb westchnął i powoli dźwignął się z ziemi. Strzelba zsunęła mu się z kolan i upadła na podłogę blisko mnie. Odskoczyłam przestraszona.

Jared rzucił się pędem w moją stronę, pokonując dzielącą nas odległość kilkoma susami. Skuliłam się pod ścianą, zakrywając twarz rękoma. Patrzyłam zza łokcia, jak dopada broni i podnosi ją z ziemi.

– Chcesz nas zabić? – niemal wrzasnął na Jeba, gwałtownym ruchem wpychając mu strzelbę do rąk.

– Uspokój się, Jared – odparł Jeb zmęczonym głosem, chwytając broń jedną dłonią.

– Nie dotknęłaby jej nawet gdyby leżała tu całą noc. Nie widzisz? – Machnął lufą w moim kierunku, aż zadrżałam. – To nie jest Łowca.

– Jeb, zamknij się, do diabła!

– Zostaw go! – krzyknął Jamie. – Nie zrobił nic złego.

– A ty – odkrzyknął Jared, zwracając się do zezłoszczonego chłopca – wynoś się stąd natychmiast albo pożałujesz!

Jamie zacisnął dłonie w pieści i stał twardo w miejscu.

Byłam tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć. Jak oni mogli tak na siebie krzyczeć? Byli rodziną, łączyły ich więzy silniejsze niż krew. Przecież Jared nie uderzyłby Jamiego – nie mógłby! Chciałam coś zrobić, ale nie miałam żadnego pomysłu. Zwracając na siebie uwagę, tylko bym ich jeszcze bardziej rozgniewała.

O dziwo, tym razem to Melanie zachowywała większy spokój. Nie skrzywdzi Jamiego, oznajmiła bez cienia wątpliwości. To niemożliwe.

Spojrzałam na nich – stali naprzeciw siebie jak dwaj wrogowie – i wpadłam w panikę.

Nie powinnyśmy były tu przychodzić. Popatrz, jacy są przez nas nieszczęśliwi, rozpaczałam.

– Trzeba było niczego przede mną nie ukrywać – powiedział Jamie przez zęby. – I nie robić jej krzywdy. – Rozluźnił zaciśniętą dłoń i wskazał na moją twarz.

Jared splunął na ziemię.

– To nie jest Melanie. Melanie już nie wróci, Jamie.

– To jej twarz – obstawał przy swoim famie. – I jej szyja. Nie przeszkadzają ci te sińce?

Jared opuścił ręce. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech.

– Jamie, albo natychmiast sobie stąd pójdziesz i zostawisz mnie samego, albo cię do tego zmuszę. Nie żartuję. Mam już dosyć, rozumiesz? Więcej w tej chwili nie zniosę. Czy możemy odłożyć tę rozmowę na później? – Otworzył z powrotem oczy i zobaczyłam w nich ból.

Jamie popatrzył na niego i zaczął pokornieć na twarzy.

– Przepraszam – wymamrotał po chwili. – Pójdę sobie… ale nie obiecuję, że tu nie wrócę.

– Nie mam teraz do tego głowy. Idź już. Proszę.

Jamie wzruszył ramionami. Posłał mi jeszcze ostatnie spojrzenie i zniknął w tunelu. Słuchałam roztkliwiona, jak oddala się długimi, szybkimi krokami; ich znajomy odgłos przypomniał mi dawne czasy. Jared spojrzał na Jeba.

– Ty też – powiedział beznamiętnym tonem.

Jeb wywrócił oczami.

– Miałeś trochę przykrótką przerwę, nie uważasz? Popilnuję jej jeszcze, a…

– Idź.

Jeb zmarszczył brwi w zamyśleniu.

– Dobra, jak tam chcesz – odparł i ruszył wolno w głąb korytarza.

– Jeb? – zawołał za nim Jared.

– Ta?

– Gdybym kazał ci go zastrzelić w tej chwili, zrobiłbyś to?

Jeb nie zatrzymał się ani nie obejrzał, lecz jego słowa zabrzmiały bardzo wyraźnie.

– Nie miałbym wyjścia. Przestrzegam własnych reguł. Dlatego dobrze się zastanów, zanim mnie o to poprosisz.

Po chwili rozpłynął się w ciemnościach.

Jared spoglądał za nim. Postanowiłam nie czekać, aż zmierzy mnie złowrogim wzrokiem. Wcisnęłam się do mojej niewygodnej kryjówki i skuliłam w najdalszym kącie.

Загрузка...