Trzy tygodnie później – trzy tygodnie sporządzania list, kompletowania garderoby, chodzenia na imprezy i ogólnego zanurzania się w kulturze Kelly & Co – stałam i czekałam na Penelope. Kolejka wyglądała absolutnie nieznośnie. Całe hordy dziewcząt wygładzały wyprostowane „na Japonkę” i nasączone odżywką włosy wymanikiurowanymi dłońmi, podczas gdy chłopcy – po rewitalizacji podczas kolacji ze stekiem – trzymali je za ramiona, żeby nie chwiały się na obcasach. Wieczór, jak to na początku listopada, był chłodny, ale najwyraźniej nikt nie zauważył, że czerwiec już się skończył. Skóra – lśniąca po peelingu, polerowaniu, woskowaniu, nawilżaniu i opalaniu – była widoczna wszędzie, od ogromnych połaci przybrązowionych dekoltów do ledwie błyskających pasków brzucha i tych części ud, które rzadko widuje się poza plażą i gabinetem ginekologa. Kilka osób kołysało się w rytm powolnej muzyki, która przedostawała się przez imponujące stalowe drzwi, a większość wydawała się dosłownie rozćwierkana na samą myśl o tym, co ma do zaoferowania noc: uczucia, z jakim pierwsze martini trafia do krwiobiegu, wrażenia, że pulsowanie muzyki przenika ci biodra, papierosowego dymu, palącego, lecz pysznego, szansy na przyciśnięcie tej perfekcyjnej skóry do innej skóry. Nie istnieje nic bardziej uderzającego do głowy niż sobotnia noc w Nowym Jorku, kiedy stoisz przed najnowszym, najbardziej szykownym miejscem w mieście, w otoczeniu wszelkiego rodzaju olśniewających ślicznych ciał, wibracji mówiącej, że każda fantazja tylko czeka, żeby się ziścić… Jeśli tylko zdołasz wejść do środka.
Ku mojemu zaskoczeniu Will nie był specjalnie zachwycony prasą, jakiej doczekała się moja jednonocna przygoda parę tygodni wcześniej. Zadzwoniłam do niego po pracy, by się przywitać, sądząc, że nie czytuje „Nowojorskiej Bomby” i są spore szanse, że niczego nie wie, ale bardzo, bardzo się myliłam. Wyglądało na to, że wszyscy zaczęli czytywać „Nowojorską Bombę” – i co gorsza, że czytywali ją wyłącznie dla rubryki Wtajemniczonej Ellie.
– O, Bette, twój wujek strasznie się niecierpliwił, czekając, aż zadzwonisz. Sekunda, już go daję – powiedział Simon dość formalnym tonem, nie siląc się nawet na pytanie, jak się miewam i kiedy wpadnę na kolację, co zawsze robił.
– Bette? To naprawdę ty? Sława osobiście raczyła zadzwonić do starego wujka, hę?
– Sława? O czym, u licha, mówisz?
– Och, sam nie wiem, może o tym skromnym kawałku poświęconym mojej „tajemniczej siostrzenicy”. Najwyraźniej twój nowy chłopak jest dość modny, więc jego, eee, kobiety są często rejestrowane dla potomności na świetnych dziennikarsko stronach „Bomby”. Nie widziałaś?
– Mój chłopak? Masz na myśli sławnego Philipa Westona, jak zgaduję?
– W rzeczy samej, kochanie, w rzeczy samej. Niezupełnie to miałem na myśli, kiedy zachęcałem cię, żebyś wyszła i kogoś poznała, ale co ja mogę wiedzieć? Jestem tylko starym człowiekiem, który żyje życiem swojej pięknej młodej siostrzenicy. Jeśli znajdujesz całą tę brytyjskość i styl zepsutego białego dzieciaka, który popala trawę, pociągającym, cóż, jestem jak najdalszy od tego, by mówić co innego…
– Will! Myślałam, że spośród wszystkich ludzi ty akurat rozumiesz, że nie należy wierzyć we wszystko, o czym czyta się w gazetach. Niezupełnie tak to było.
– Cóż, kochanie, ponieważ jesteś nieco spóźniona na starcie, pozwól, że wyjaśnię: ostatnio wszyscy czytują Wtajemniczoną Ellie. Dziewucha z całą pewnością jest intrygantką, ale wydaje się, że zawsze ma aktualne informacje. Chcesz mi powiedzieć, że nie poszłaś z nim do domu? Albo że chodziło o inną nowo przyjętą przez Kelly osobę? Bo jeśli tak jest w istocie, zalecałbym ci natychmiastowe sprostowanie. Nie jestem pewny, czy tego rodzaju reputację chciałabyś sobie stworzyć.
– To skomplikowane. – Nie zdobyłam się na nic więcej.
– Rozumiem – odparł cicho. – Cóż, z pewnością to nie moja sprawa. Dopóki dobrze się bawisz, liczy się tylko to jedno. Do zobaczenia na lunchu w niedzielę. Mamy pełnię sezonu na śluby, więc sądzę, że w jutrzejszych zapowiedziach możemy się spodziewać niekwestionowanych zwycięzców. Wyostrz języczek, kochanie.
Zgodziłam się, ale czułam się niepewnie. Coś się zmieniło – albo przynajmniej uległo przesunięciu – i nie do końca potrafiłam uchwycić co.
– Hej, Bette, tutaj! – Penelope zawołała trochę za głośno, regulując należność u taksówkarza i machając do mnie z tylnego siedzenia.
– Hej, w samą porę. Elisa i ekipa już są w środku, ale nie chciałam, żebyś musiała sama wchodzić.
– Rany, wyglądasz świetnie – powiedziała, kładąc mi rękę na biodrze i badawczym wzrokiem oceniając mój strój. – Gdzie znalazłaś takie ciuchy?
Roześmiałam się, zadowolona, że zauważyła. Pracowałam dla Kelly & Company dopiero od miesiąca, ale tyle czasu wystarczyło, by zmęczyła mnie świadomość, że zawsze wyglądam, jakbym szła na pogrzeb. Wcisnęłam swoje brązowawe kostiumy na dno szafy, wyrwałam parę stron z „Lucky” i „Glamour” i poszłam prosto do Bameysa. Stojąc przy kasie, dodałam w pamięci wszystkie te lata, których będzie trzeba, żeby za wszystko zapłacić, a potem odważnie wręczyłam swoją kartę kredytową. Kiedy kasjer mi ją oddał, mogłabym przysiąc, że była ciepła. W jedno popołudnie zdołałam pożegnać się zarówno ze stylem kujona, jak i brakiem obciążeń kredytowych.
Chociaż nie nabyłam kolekcji z wybiegu, byłam całkiem zadowolona ze swojego nowego wyglądu: dżinsy Hudson – kosztowały więcej niż moje całomiesięczne rachunki – w połączeniu z jedwabnym bieliźnianym topem w kolorze zielonym, tweedowa dopasowana marynarka, która nie pasowała do niczego, ale została przez sprzedawcę, Jean-Luca, określona jako „zachwycająca”, i koperta od Louisa Vuittona, którą Will kupił mi na dwudzieste pierwsze urodziny, ponieważ najwyraźniej,jest zbrodnią wchodzić w kobiecość bez choćby jednego designerskiego drobiazgu na osłodę. Witaj w życiu, które, mam nadzieję, będzie jednym pasmem płytkiego konsumpcjonizmu i czci dla markowych towarów”.
Pracowałam w UBS przez pięć lat, jak niewolnik harując po osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Ponieważ nie miałam czasu, żeby wydawać pieniądze, zdołałam całkiem niechcący stworzyć niedużą rezerwę finansową. Po ośmiu tygodniach bezrobocia i jednym popołudniu u Bameysa rezerwa uległa znaczącemu zmniejszeniu, ale mój tyłek nigdy nie wyglądał lepiej w dżinsie. Stojąc przed Sanktuarium w otoczeniu chudych i pięknych ludzi, czułam się na swoim miejscu. Było warto.
– Cześć – rzuciłam, obejmując cienką talię Penelope. – Podoba ci się? To mój nowy styl „nigdy nie byłam nawet w przybliżeniu modna, ale teraz naprawdę poważnie się staram”. Co myślisz?
– Że wyglądasz seksownie – stwierdziła, jak zawsze dobra przyjaciółka. – Czy ktoś zamierza widzieć dziś wieczorem pewne angielskie bóstwo?
– Nie sądzę. Nie przypuszczam, żeby Philip Weston dzwonił do dziewczyn, które nie wpadają mu do łóżka z rozłożonymi nogami. Właściwie to nie sadzę, żeby dzwonił też do dziewczyn, które to robią. Mniejsza z tym. Jest piękny, ale niewiarygodnie arogancki i próżny.
– A tego nikt nie lubi – powiedziała Penelope z udawaną powagą.
– Oczywiście, że nie. – Chodź, wszyscy są już w środku, a ja zamarzam.
– Widziałaś tę kolejkę? Co się tu dzisiaj dzieje? Można by pomyśleć, że Britney za darmo tańczy ludziom na kolanach czy co.
– Nie za bardzo wiem, nie licząc tego, że otworzyli się wczoraj wieczorem i ma to być najbardziej ekskluzywne miejsce, coś jakby sala dla VIP-ów na sterydach. Kelly chciała, żebyśmy je sprawdzili na wypadek, gdyby faktycznie zasługiwało na te wszystkie przesadne zachwyty. Jeżeli stanie się modne, będziemy je mieli zarezerwowane na imprezę dla „Playboya”.
Kelly & Company już rok temu dostała zlecenie od „Playboya”, żeby zorganizować nowojorski epizod niekończących się obchodów pięćdziesiątej rocznicy ich istnienia, rozpoczętych w Chicago w styczniu i mających zakończyć się ostatecznie wielkim przyjęciem w rezydencji w Los Angeles, z przystankami w Vegas, Miami i Nowym Jorku. Zapowiadało się potężne przedsięwzięcie – zdecydowanie nasz największy do tej pory projekt – i właściwie zdominowało wszystkie dni robocze. Dzień wcześniej Kelly zebrała nas przed zmianą liczby na tablicy na sto sześćdziesiąt cztery, a potem poprosiła o aktualne informacje. Dziewczyny od wykazów prowadziły już symultanicznie badania sław z list A i B, przygotowując się do stworzenia finalnej zwycięskiej Listy. W tym samym czasie reszta z nas przez pół dnia odbierała telefony od każdego, kogo można sobie wyobrazić z dowolnej branży w mieście, i wszyscy usiłowali wykłócić się o zaproszenia ustne albo pisemne dla siebie, swoich klientów albo i dla siebie, i dla klientów. Zestawmy poziom oczekiwań z paranoidalnym uporem Hefa, żeby wszystkie szczegóły (w tym także, lecz nie wyłącznie, miejsce, data, pora i uczestnicy) było utrzymane w ścisłej tajemnicy, i mamy przepis na totalny chaos.
– Zajrzałam dzisiaj do Citysearch. Zacytowali menedżera, który stwierdził, że spodziewają się klienteli „z zasobnym portfelem i kreatywnej”, co chyba bardziej pasowałoby do rozmowy o menu niż o ludziach, ale co ja tam wiem?
Ostatnio zaczęłam pojmować, że zasadą organizującą życie na Manhattanie jest koncepcja wyłączności. W jakimś stopniu niewątpliwie chodziło po prostu o koncentrację ludzi na tak małej wyspie. Nowojorczycy odruchowo rywalizują o wszystko, od taksówek w godzinach szczytu po miejsca siedzące w metrze, poprzez torby „Birkin” od Hermesa i bilety na sezon Knicksów. Niedostępne rady mieszkańców wymagają lat, żeby się przez nie przebić. Lodowate hostessy w najbardziej pożądanych restauracjach w mieście wyniośle żądają rezerwacji na sześć miesięcy naprzód. „Jeżeli wpuszczają cię bez kłopotów – mawiają ludzie – prawdopodobnie nie warto tam iść”. Od czasów Studia 54 i pewnie na długo przedtem (jeżeli w ogóle istniały wtedy nocne kluby) klubowicze uczynili z wchodzenia do modnych nocnych lokali prawdziwą dyscyplinę sportową. A w najbardziej szykownych miejscach, takich jak to dzisiejsze, istniały poziomy dostępu. Przejście przez frontowe drzwi to dopiero początek – każda studentka drugiego roku w obcisłym topie może sobie z tym poradzić. „Główny bar”?, usłyszałam, jak mówił ktoś mający na myśli Sanktuarium. „To już wolę być w TGI Friday w Hoboken”.
Elisa zostawiła mi ścisłe instrukcje, że mamy udać się bezpośrednio do części dla VIP-ów, najwyraźniej jedynego miejsca, gdzie można trafić na jakąś „prawdziwą akcję”. Jagger i Bowie imprezowali w legendarnych prywatnych salach Studia 54. Dziś w salach dla VlP-ów, poza zasięgiem wścibskich spojrzeń i przepychanek całej reszty, żeby wejść, rezydowali Leo, Colin i Lindsay.
Już jakiś czas temu przyzwyczaiłam się, że nie jestem VIP-em – nie przyszło mi do głowy, że istnieje jakakolwiek możliwość, żebym VIP-em została. Trzeba było otwarcia sali dla VIP-ów poza kręgiem nocnych klubów, żeby naprawdę podgrzać moje słuszne oburzenie. Potrafiłam to zinterpretować tylko jako pierwszy znak zbliżającej się apokalipsy – mój dentysta, doktor Quinn, otworzył w swoim gabinecie poczekalnię dla VIP-ów. „Żeby znani, ważni klienci pana doktora mieli miejsce, gdzie poczują się swobodnie”, wyjaśniła mi pielęgniarka. „Pani może usiąść w naszej zwykłej poczekalni”. Siedziałam w bardzo nieciekawej i bardzo publicznej poczekalni doktora Powella, kartkując egzemplarz „Redbook” sprzed dwóch lat i marząc, żeby siedzący obok dżentelmen z nadwagą przestał ciamkać. Tęsknie spoglądałam na drzwi oznaczone „VIP” i fantazjowałam o pluszach dentystycznej krainy czarów, która z pewnością poza nimi leży. Z rezygnacją przyjęłam fakt, że zawsze będę jedną z tych osób, które zaglądają z zewnątrz. Aż tu zaledwie kilka miesięcy później stałam przed Sanktuarium w nowych fantastycznych ciuchach, a w środku czekała na mnie grupka fantastycznych przyjaciół. Wyglądało to na obrót koła fortuny.
Kątem oka zobaczyłam dziewczynę wyglądającą dokładnie jak Abby, która ucałowała bramkarza i weszła do holu, ale z miejsca, gdzie stałam, nie zdołałam jej rozpoznać z całą pewnością.
– Hej, nigdy nie zgadniesz, kogo ostatnio widziałam. Nie mogę uwierzyć, że zapomniałam ci powiedzieć! Tego wieczoru, kiedy wyszłaś po kolacji, w Bungalowie była Abby.
Penelope gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę. Nienawidziła Abby jeszcze bardziej niż ja, jeśli to w ogóle możliwe. Nie przyjmowała do wiadomości jej istnienia, odkąd na drugim roku Abby dopadła ją w pustej sali zajęć i powiedziała, żeby nie odbierała osobiście faktu, że jej ojciec sypia z własną sekretarką, bo z pewnością nie stanowi to odbicia miłości ojca do niej. Penelope była tak zszokowana, że zapytała tylko „Skąd wiesz?”, a Abby w odpowiedzi uśmiechnęła się złośliwie. „Żartujesz? A kto nie wie?”.
– Widziałaś tę karlicę i mi nie powiedziałaś? Co miała do powiedzenia na swój temat?
– To co zwykle. Z przyjemnością dowiesz się, że obraca się teraz w wirze świata mediów. Funkcjonuje obecnie jako Abigail, nie Abby, więc oczywiście powiedziałam „Abby” ile tylko razy zdołałam. Zrobiła sobie cycki i przerobiła pół twarzy, ale wciąż jest dokładnie taka sama.
– Po własnej matce przeszłaby do celu w szpilkach, gdyby to pomogło jej się wybić – wymamrotała Penelope.
– Z pewnością – potwierdziłam pogodnie. – I być może będziesz miała przyjemność spotkania jej dziś wieczorem. Chyba właśnie weszła.
– Wspaniale. Po prostu wspaniale. Ale mam szczęście.
Objęłam Penelope ramieniem i śmiało przeszłam na początek kolejki z nadzieją, że emanuję pewnością siebie na wystarczającym poziomie. Potwornie anorektyczny czarny facet, obnoszący gigantyczne afro, perukę i siatkowy T-shirt z długimi rękawami na seksownych różowych rajstopach z lycry, przyjrzał nam się badawczo przez ozdobione błyszczącymi kryształkami rzęsy.
– Jesteście na liście?- zapytał głosem zaskakująco chrapliwym jak na kogoś, kto tak fachowo ubrał się w damskie ciuszki.
– Tak, jasne – odparłam spokojnie. Cisza. – Eee, tak, jesteśmy na liście. Jesteśmy z Kelly & Company.
Żadnej odpowiedzi. Trzymał podkładkę, ale niczego na niej nie sprawdził i uznałam, że mnie nie usłyszał.
– Rozmawiałam wcześniej z menedżerem i zorganizowałam wizytę. Właściwie jesteśmy tu, żeby sprawdzić lokalizację dla potencjał…
– Nazwisko! – warknął, zupełnie niezainteresowany moim wyjaśnieniem. Kiedy je literowałam, czterej faceci w ciuchach z lat siedemdziesiątych i dziewczyna w czymś, co bardzo przypominało sukienkę z lat dwudziestych, przeszli dokładnie przede mną.
– Romero, kochanie, przesuń tę idiotyczną linkę, żebyśmy nie musieli stać na zimnie – poleciła dziewczyna, delikatnie kładąc dłoń na policzku bramkarza.
– Oczywiście, Sofio, wchodźcie – zagruchał ulegle i zdałam sobie sprawę, że osoba w sukience z lat dwudziestych to Sofia Coppola. Świta ruszyła za swoją przywódczynią, kiwając na powitanie bramkarzowi, który promieniał dumą i szczęściem. Odzyskanie zimnej krwi zabrało mu pełne trzy minuty i kolejne dwie przypomnienie sobie, że wciąż tam stoimy.
– Robinson – powiedziałam zdecydowanie bardziej zirytowanym głosem. – R-O-B-I…
– Umiem to przeliterować – uciął, najwyraźniej już w stanie pełnego wzbudzenia. – Tak, macie szczęście, jesteście na liście. Bez tego absolutnie nikt tu dziś nie wchodzi.
– Mmm. – Mniej więcej tyle mogłam z siebie wydobyć w odpowiedzi na tę fascynującą informację.
Położył rękę na aksamitnej linie, ale jej nie uniósł. Nachylił się i zwrócił wprost do Penelope, i to niezbyt cicho.
– Tak tylko dla waszej informacji, dziewczyny, jesteście naprawdę trochę zbyt niedbale ubrane jak na to, co lubimy tu widzieć.
Penelope zachichotała, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że nasz nowy przyjaciel transwestyta nie żartuje.
– Hej, po prostu mówię to wam otwarcie – ciągnął, a jego głos z każdą sekundą brzmiał głośniej. Tłum, jeszcze przed chwilą wiercący się i podniecony, ogarnęło coś w rodzaju ciszy, czułam pięćdziesiąt par oczu wpatrujących się w nas z tyłu. – Wolimy widzieć trochę więcej stylu, nieco więcej wysiłku.
Mój umysł zaczął gorączkowo szukać jakiejś ciętej riposty, ale oczywiście nie zdołałam niczego powiedzieć. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, podeszła dziewczyna tak młoda, tak wysoka i z piersiami tak ogromnymi, że mogły funkcjonować tylko w LA, i na ochotnika wygłosiła krótki, lecz bardzo pouczający wykład o bieżącej sytuacji w modzie.
– Ostatnio szczególnie lubimy widzieć lata czterdzieste. – Uśmiechnęła się ciepło.
– Hę? – powiedziała Penelope, werbalizując dokładnie to, co myślałam.
– Cóż, to tylko jedna z opcji, oczywiście, ale dość skuteczna. Czerń i biel z jaskrawoczerwoną szminką, wiecie? Może jakieś buty od Prady, vintage, albo nawet coś bardziej stylowego. Chodzi o to, żeby się wyróżniać. – Usłyszałam, jak w tle parę osób śmieje się z uznaniem.
W tym właśnie momencie zauważyłam, że dziewczyna wygląda jak ktoś z programu Chcę mieć znaną twarz, gdzie coś się strasznie nie udało.
Co powiedziałam? Co zrobiłam? Absolutnie nic. Zamiast zachować choć odrobinę, jeden nieduży strzępek szacunku dla samych siebie, wystawiłyśmy lewe ręce po obowiązkową pieczątkę i ze spuszczonymi głowami powlokłyśmy się za aksamitną linę, która wreszcie została podniesiona. Ostateczne upokorzenie nastąpiło, gdy zamykały się za nami drzwi, kiedy kosmetycznie ulepszona żyrafa oznajmiła cyrkowemu dziwadłu:
– Nie byłoby tak źle, gdyby po prostu zwracały uwagę na metki.
– Czy to się wydarzyło? – zapytała Penelope. Wyglądała na równie ogłupiałą jak ja.
– Chyba tak. Jak bardzo żałosne byłyśmy? Prawie boję się zapytać.
– Prawdę mówiąc, nie ma słów dla tego poziomu żałośliwości. Czułam się jak przy oglądaniu Jednego z dziesięciu - znałam wszystkie odpowiedzi, ale o dziesięć sekund za późno.
Właśnie miałam zaproponować, żebyśmy jak najszybciej podleczyły się jak największą ilością czystej wódki, jaką uda nam się znaleźć, gdy to my zostałyśmy znalezione przez Elisę.
– To miejsce jest niesamowite – wydyszała mi do ucha, kiwając na powitanie do Penelope. – Tylko popatrz. Daleko po prawej, tylny narożnik, Kristin Davis. Też po prawej, tuż przed nią, Suzanne Somers. Nikt ważny, przyznaję, ale jednak znana twarz. Daleko po lewej, prawie w kącie, bardziej na godzinie dwunastej, Sting i Trudie Styler. Obściskują się. Na okrągłej skórzanej sofie pośrodku Heidi Klum i Seal, a Davide słyszał, jak mówili, że Zac Posen jest w drodze.
– Rany-jęknęła Penelope, zdobywając się na imponujący wysiłek, żeby w jej głosie zabrzmiał podziw. – Jest tu dzisiaj masa ludzi. Bette, co powiesz na drinka?
– Nie skończyłam – syknęła Elisa, mocniej pociągając mnie za ramię i nie przerywając obserwacji pomieszczenia. – Flirtujący z kelnerką przy bocznych drzwiach, Ethan Hawke. Z pewnością w znaczącym stopniu zakłopotany obecnością Andre Balazsa, nowego faceta Urny, który siedzi ze swoimi wspólnikami przy pierwszym stoliku po prawej. I popatrz! Ta mała brzydka lesbijka, która pisze blog i zasypuje wszystkich opisami, jak to co wieczór wciąga tony, podgląda tam z tyłu. Jutro będzie to wszystko miała władowane do błoga w takiej formie, żeby wyszło, że całą noc ze wszystkimi balowała, a nie szpiegowała. Och, i popatrz! Tuż za nią asystentka od Rusha i Molloy *. Stale je wymieniają, żeby nikt nie wiedział, kim są, ale mamy tam informatora, który od razu faksuje nam zdjęcia i notki biograficzne tych nowych… Hmm, nie wygląda, żeby był tu dziś Philip. Szkoda. Założę się, że chciałaś go zobaczyć, co?
– Philipa? Be, nie, właściwie to niespecjalnie – wymamrotałam nawet dość szczerze.
– Och, doprawdy? Czy to znaczy, że nie zadzwonił? Jakie to przykre. Wiem, jak to jest, Bette. Nie odbieraj tego osobiście, najwyraźniej ma po prostu bardzo dziwne gusta.
Trzy tygodnie spędziłam na unikaniu pytań Elisy, pozując na osobę, której zupełnie nie obchodzi Philip Weston. Już miałam powtórzyć, że jest mi obojętne to, czy zadzwonił, bo nawet nie zostawiłam mu swojego numeru, i to mimo że prosił, ale zdałam sobie sprawę, że nie warto. Sprawa najwyraźniej należała do drażliwych i najlepiej było zostawić ją w spokoju. A poza tym, miał numer czy nie, niezupełnie byłam zachwycona faktem, że się nie odezwał.
Penelope i ja podążyłyśmy za Elisą do niedużego kręgu białych zamszowych sof- fenomenalnie głupi pomysł w miejscu, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko jedzą, piją i udzielają się towarzysko – gdzie przywitałyśmy się z Leo, Skye, Davide i kimś, kogo Elisa przedstawiła jako „mózg, który stoi za całą tą produkcją”.
– Cześć, jestem Bette, a to moja przyjaciółka Penelope – powiedziałam, wyciągając rękę do niskiego faceta o semickich rysach, z włosami opadającymi na szyję, do którego zwróciła się Elisa.
– Yo. Danny.
– Bez Danny'ego nie byłoby nas dziś tutaj – westchnęła Elisa i wszyscy przy stole znacząco kiwnęli głowami. – To on wystąpił z całą koncepcją Sanktuarium i złożył projekt w całość… Prawda, Danny?
– Mowa.
Zastanawiałam się, dlaczego ten niski Żyd pochodzący albo z Great Neck albo Dix Hills usiłuje mówić, jakby dorastał na placu zabaw i boisku do kosza w Cabrini Green.
– Och, więc to ty wynająłeś tego czarującego bramkarza, tak? – zapytałam i Elisa rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.
Danny najwyraźniej nie wyczuł niczego niewłaściwego.
– Pedał dziwak, ale wszystko jedno. Robi swoje gówno. Trzyma na dystans złamasów. To jedno, co się dla mnie liczy.
Mmm. Penelope poważnie potwierdziła jego słowa skinieniem głowy i jednocześnie trąciła mnie łokciem, a ja przygryzłam wnętrze policzka, żeby powstrzymać się od śmiechu. W porównaniu z tym, co było dwie minuty wcześniej, Danny stał się wręcz gadatliwy.
– No więc, Danny, co ci podsunęło pomysł na Sanktuarium? – zapytała Penelope, wpatrując się w niego szeroko otwartymi, pełnymi fascynacji oczami.
Pociągnął łyk wody Stella Artois i zerknął na Pen, jakby próbował ocenić, jakiego właśnie użyła języka, z oczami zmrużonymi ze zmieszania, z ręką na zmarszczonym czole, lekko kręcąc głową.
– Stara. Wszędzie indziej jest tak kurewsko stresujące. Kolejka w Bungalowie to koszmar i nie mogą znieść tych pieprzonych typków z mediów w Soho House. Wykombinowałem, że wszyscy potrzebujemy miejsca, które by było jak, no wiesz, jakie to było słowo? Żeby ochłonąć.
– Sanktuarium? – podrzuciłam pomocnie.
– Dokładnie. – Kiwnął głową z wyraźną ulgą. Ilość substancji nałożonej na jego włosy była co najmniej zdumiewająca.
Niestety, zanim ta fascynująca konwersacja zdążyła dojść do logicznego końca – najprawdopodobniej takiego, że Danny wreszcie przypomniałby sobie nazwę własnego klubu – zauważyłam w najwyższym stopniu znajomą opaleniznę.
– O mój Boże, to on – scenicznym szeptem poinformowałam naszą ekipę, natychmiast pochylając głowę, żeby się ukryć i jednocześnie zasięgnąć porady.
Głowy się odwróciły.
– Philip. Philip Weston tu jest. Właśnie wszedł z tą, tą, tą modelką – wydusiłam, zupełnie nie mając świadomości, jak szaleńczo zazdrośnie to zabrzmiało. I wyglądało.
– Bette, czyżbym słyszała w twoim głosie zazdrość? – zapytała Elisa, nachylając się, by szeptać mi do ucha. – A już myślałam, że jesteś odporna na uroki Westona. Miło widzieć, że jednak jesteś pełnokrwistą Amerykanką. Oczywiście to, że jesteś zainteresowana, nie oznacza, że on też jest.
– Kolo! Philip! Tutaj! – wołał Danny i zanim zdążyłam zorientować się, co się dzieje, Philip całował mnie w usta na powitanie.
– Cześć, kochanie, miałem nadzieję, że tu będziesz. Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz…
– Przepraszam? – Tylko na to potrafiłam się zdobyć, ponieważ w tym momencie byłam całkiem pewna, że zamierzał zarówno pocałunek, jak i komentarz zaadresować do kogoś innego. Na przykład do tej oszałamiającej dziewczyny, która cierpliwie czekała jakieś trzy kroki za nim, nie wyglądając na ani odrobinę zaniepokojoną.
– Nie zostawiłaś swojego numeru u portiera. Jak się coś takiego nazywa? Odgrywaniem niedostępnej. Cóż, nieodmiennie cenię dobrą zabawę, więc postanowiłem się dostosować i sam cię znaleźć.
Zobaczyłam, jak Elisa pada na sofę za nim z nieatrakcyjnie otwartymi ustami i twarzą wykrzywioną szokiem.
– Dostosować? – bąknęłam.
– Właściwie to dziewczęta przede mną nie uciekają, kochanie, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć. Hej, kolego, mogę dostać tanq i tonik? – powiedział, zwracając się do Danny'ego, jakby był naszym kelnerem.
– Już się robi, koło, w jednej chwili – odparł Danny, poruszając się w tempie, którego można by się spodziewać w przypadku obietnicy zaopatrzenia w narkotyki lub dziewczęta.
Odwrócił się, kiedy Philip zawołał:
– I hej, coś dla Sonji. – Zwrócił się nie do mnie, lecz do dziewczyny z nieskończonymi nogami: – Sonju, laleczko, co ci mogę zaproponować? Piwo imbirowe? Sok warzywny? Mów, skarbie.
Wpatrywała się w niego nierozumiejącym wzrokiem i prawie – prawie – rozbawiła mnie myśl, że Philip na poszukiwanie jednej dziewczyny zabrał dla towarzystwa drugą. Bo przecież mnie szukał, prawda?
Elisa wróciła na kolana Davide'a. Najwyraźniej doszła już do siebie po nieoczekiwanym pojawieniu się Philipa. Zobaczyłam, że bardzo dyskretnie wyjmuje pakiecik białego proszku ze swojej morskiego koloru torebki od Balenciagi i wsuwa w dłoń Skye, która natychmiast pognała w kierunku damskiej toalety. Zawsze pomysłowa, Elisa wetknęła następnie rękę do bocznej kieszeni torby i rozdała pozostałym przy stole ludziom kilka tabletek. Ręce jednocześnie powędrowały do ust i tajemnicze pigułki zostały szybko popite szampanem i wódką oraz czymś, co Skye – nasz prywatny krytyk drinków – opisała jako,Jedyny porządny cosmopolitan w całym tym pieprzonym mieście”.
– Och, Phiiili, chyba miło by było dostać trochę soku pomidorowego, oui? - odezwała się Sonja, uwodzicielsko przygryzając dolną wargę.
– Hej, ludzie, chodźcie się zabawić. Mamy tyle, że spokojnie wystarczy dla wszystkich! – zawołała Elisa, przekrzykując kompakt Hotel Costes, który mógłby ujść za spokojną muzykę klubową, gdyby nie pompowano go na poziomie decybeli zdolnym strącić odrzutowiec.
Danny zniknął, żeby przynieść drinki dla Philipa i Sonji, podczas gdy Penelope dzielnie usiłowała sprawiać wrażenie zajętej popijaniem szampana, którego ktoś jej wręczył. Ja po prostu stałam, boleśnie świadoma, że wyglądam niezgrabnie i głupio, ale utraciłam zdolność poruszania się.
– No więc, Philipie, przedstaw mnie swojej, ee, przyjaciółce – zdołałam wydusić, zastanawiając się, co nakazują zasady etykiety w sytuacji, gdy facet, z którym dzieliłaś niedawno łóżko, podejmuje wysiłek, żeby cię wytropić. W towarzystwie swojej dziewczyny.
– Jasna sprawa, kochanie. Sonju, to jest to przebojowe stworzenie, o którym ci opowiadałem – ta, która kilka tygodni temu mnie odrzuciła, jeśli potrafisz w to uwierzyć. Oczywiście była całkowicie nietrzeźwa, to jedyne sensowne wyjaśnienie. – Sonja skinęła głową, niekoniecznie cokolwiek rozumiejąc. Szybko przeszedł na francuski i jedyne słowo, które zdołałam wychwycić, to było „imię”, więc wywnioskowałam, że informował ją, że nie wie, jak brzmi moje.
– Bette – powiedziałam, wyciągając rękę do Sonji i ignorując Philipa.
– Sonjaaa – zachichotała, odsłaniając lśniące zęby bez śladu nikotynowych plam.
– Rodzice Sonji powierzyli mi ją na tydzień. Odbywa spotkania ze wszystkim agencjami – wyjaśnił ze swoim irytująco rozkosznym brytyjskim akcentem. – Nasi rodzice mają po sąsiedzku wille w St. Tropez, więc zawsze była dla mnie jak młodsza siostra. Ma dopiero piętnaście lat, uwierzysz? – Uczciwie trzeba przyznać, że nie zachowywał się ani pożądliwie, ani lubieżnie, ale miałam uczucie, że powinien.
Znów znalazłam się w dość niekomfortowej sytuacji, kiedy nie potrafiłam ani się odezwać, ani zareagować w żaden logiczny sposób i byłam zachwycona, kiedy Penelope oznajmiła, że jest gotowa do wyjścia.
– Wiem, że dopiero przyszłyśmy – powiedziała mi cicho do ucha – ale to nie moje klimaty. Dasz sobie radę sama? Jest tu cała twoja firma. Powinno być w porządku, prawda?
– Pen, nie szalej! Idę z tobą! – oświadczyłam, przede wszystkim ochoczo korzystając z pretekstu do wyjścia, czując tylko ślad pragnienia, żeby zostać i porozmawiać z Philipem.
Wrócił Danny, prowadząc do nas kelnerką z koktajlami. Philip i Sonja otrzymali zamówione drinki, mnie troskliwie zaopatrzono w buteleczkę Pipera i słomką w czerwone paski. Penelope niczego nie dostała.
– Masz, napij się, zanim pójdziemy – powiedziałam i wyciągnęłam butelką w jej stronę.
– Bette, niczego mi nie potrzeba, okej? Naprawdę uważam, że powinnaś zostać i…
– AVERY! – wrzasnęła nagle Elisa, podrywając swoje wychudzone ciało z sofy i rzucając się w ramiona wysokiego blondyna w agresywnie różowej koszuli charakterystycznej dla stylu „grzecznego chłopca”. Obie, Penelope i ja, odwróciłyśmy się jednocześnie, żeby zobaczyć jej narzeczonego obejmującego moją współpracownicę, jakby znali się od lat. – Chodź tu. Ludzie, poznajcie mojego ulubionego imprezowego chłopaka, Avery'ego Wainwrighta. Avery, to…
Najwyraźniej wyraz obu naszych twarzy wystarczył, żeby zatrzymać ją w pół zdania, które to wydarzenie wcześniej uważałam za niemożliwe.
– Hej, kochanie, nie wiedziałem, że się tu dzisiaj wybierasz – powiedział Avery, wydobywając się z firmowego uścisku Elisy i dość niezręcznie biorąc Penelope w objęcia.
– Nie wiedziałam też, że ty tu będziesz – odparła cicho, nie do końca patrząc mu w oczy. – Mówiłeś, ż idziesz dzisiaj na kolację z chłopakami.
Marzyłam, żeby udało mi się zgarnąć Penelope i upchnąć ją w Black Door, gdzie mogłybyśmy spłukać to paskudne uczucie – teoretycznie nie zrobił nic złego, ale wiedziałam, że żołądek jej się skręca. Jedyne, co można było zrobić, to spróbować odwrócić uwagę reszty od tego dwuosobowego przedstawienia.
– Poszedłem na kolację z chłopakami. Byliśmy w Sparks i większość chciała wracać do domu, ale ja postanowiłem sprawdzić to miejsce z Rickiem i Thomasem. Zobacz, są tam – powiedział szybko, wyrzucał z siebie słowa spanikowanym tonem kogoś, kto właśnie został przyłapany.
Rick i Thomas znajdowali się rzeczywiście tam, gdzie wskazał. Podczas trzydziestu sekund, które minęły od ich wejścia, grupa bardzo młodych dziewcząt przyjęła zaproszenie, żeby przysiąść się do ich stołu dla VIP-ów, i właśnie zaczynały kołysać się i tańczyć na siedzeniach. Penelope wyglądała, jakby miała zwymiotować. Widziałam, jak falami dociera do niej świadomość, że gdyby jej tu nie było, Avery najprawdopodobniej ocierałby się teraz o którąś z tych dziewczyn.
– Mhm – mruknęła, przyglądając się jak Rick i Thomas biorą dziewczynę między siebie i razem wirują. – Widzę.
– Pen, chodź tu, kotku, to nie tak. Znają te dziewczyny z pracy i są po prostu przyjaźnie nastawieni.
– Z pracy? – W jej głosie dźwięczała stal, spojrzenie miała lodowate. Wszyscy czekali na potworną awanturę, więc zaczęłam gawędzić z Elisą, Philipem i Sonją jednocześnie, szturchając Penelope, żeby odsunęła się o parę kroków i uniknęła sceny.
– Więc, Sonju, w jakiego rodzaju agencjach masz spotkania? – zapytałam, zastanawiając się, czy Philip miał może na myśli „szkoły”. Była naprawdę bardzo młoda.
– Och, no wiesz, w tych normalnych. Elite, Ford, Wilhelmina. Phii-li mówi, że będzie ze mnie piękna modelka.
– Jasna sprawa, laleczko. Nawet kiedy była jeszcze bachorem, który kręcił się po domu w pieluchach, uważałem, że jest znakomita. Podpadająca pod paragraf, ale znakomita. – Teraz oficjalnie świntuszył.
– Para-graf? Co to para-graf? – zapytała nas oboje, rozkosznie mrużąc oczy.
– Nic, laleczko. Może usiądziesz tu, powyglądasz zachwycająco i pozwolisz mi przez minutkę porozmawiać z Betty?
– Wiesz, „Betty” brzmi uroczo, ale wolę „Bette” – powiedziałam najuprzejmiej jak potrafiłam.
– Jesteś napalona, prawda? – Położył dłonie na moich biodrach i przyciągnął mnie do siebie, ale nie wykonał ruchu, żeby mnie pocałować. Trudno mi było skoncentrować się na jego nieskazitelnie rzeźbionym podbródku, kiedy w tle słyszałam błagania Avery'ego.
– Kochanie, nie wiem, dlaczego nazwała mnie „imprezowym chłopakiem”. Wiesz, że lubię wychodzić. Cholera, chciałbym, żebyś częściej wychodziła ze mną. Elisa to po prostu głupiutka panna zaprawioną koką, która, tak się składa, wie, gdzie są dobre imprezy, to wszystko.
Gnojek. Że też miał czelność stać tam i wyzywać Elisę od „zaprawionych koką” przez te zaciśnięte zęby i dolną szczękę drgającą tak, że wyglądał jak podłączony do prądu. Penelope wiedziała masę rzeczy, o których reszta z nas nie miała pojęcia – jak pakować prezenty, kiedy napisać liścik z podziękowaniem, jak najlepiej nakryć do stołu – ale była boleśnie nieświadoma kwestii dotyczących Avery'ego, narkotyków czy Avery'ego i narkotyków. Skye wreszcie wróciła z łazienki z podobnie rozedrganą szczęką. Didżej z muzyki chilloutowej przerzucił się na Outkast, co najwyraźniej skłoniło Elisę, żeby chwycić Davide'a oraz Skye i zacząć tańce na siedzeniach. Z rzadka tylko odrywała spojrzenie od Philipa, ale on wydawał się tego nie dostrzegać. Szpilki Elisy zaczęły robić ładne równe dziurki w białym zamszu i z każdym odgłosem darcia czułam się coraz lepiej.
Ale nie na długo. Głosu zza moich pleców nie dało się pomylić i natychmiast poczułam, jak ściska mi się żołądek.
– Bette! Zabawne, że cię tu widzę! – Abby pociągnęła mnie za ramię, sprawiając, że mój szampan chlapnął na zamsz.
– Hej, Abby – mruknęłam najbardziej bez wyrazu jak się dało, rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki przed nawiązaniem z nią kontaktu wzrokowego.
– Cóż, wyglądacie oboje z Philipem na całkiem rozgrzanych, hę? – Mrugnęła, a ja stłamsiłam chęć zdrapania tego uśmiechu z jej twarzy.
– Mmm. Co cię tu sprowadza?
Roześmiała się i poprawiła pięciocalowy obcas, który w niewielkim stopniu zmieniał jej wzrost. – Czy trzeba mieć powód do odrobiny zabawy? O mój Boże, czy to Avery Wainwright? Nie mieliśmy ostatnio okazji się widzieć. Ten chłopak wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę, nie uważasz?
– Jest zaręczony – ucięłam. – Z Penelope. Pamiętasz Penlope, prawda?
Udała, że nie ma pojęcia.
– Hmm. Wiesz, jak to mówią…
– Nie. Jak?
– Nic nie jest przesądzone, dopóki nie złożyli ślubów. – Zatarła ręce, jakby spodziewała się czegoś szczególnie pysznego albo ekscytującego. Moją reakcję skwitowała: – Och, Bette, spokojnie. Tylko żartowałam! – Po jej twarzy przemknął wyraz udawanego przerażenia. – Naprawdę powinnaś popracować nad swoim poczuciem humoru. A skoro już o tym mowa…
– Abby, wspaniale, że na ciebie wpadłam, ale muszę wracać do przyjaciół. To coś w rodzaju służbowego wieczoru, wiesz? – Dałam nurka za jej plecy i zaczęłam się oddalać.
– Jasne, kochanie, ale zorganizujmy niedługo ten lunch, okej? Marzą, żeby usłyszeć wszystko o Philipie, twojej nowej pracy i całej reszcie. Wszyscy gadają o tej wzmiance w „Nowojorskiej Bombie”! – zawołała za mną.
Chciałam się upewnić, że Penelope się trzyma, ale Avery zaciągnął ją do kąta i żadne z nich nie wyglądało na zachwycone, więc wróciłam do naszego stołu, gdzie Davide wręczył mi drinka.
Penelope natychmiast do mnie podeszła.
– Bette, chyba będziemy się zbierać – powiedziała zmęczonym głosem, jakby wolała się zabić, niż zostać.
– Wszystko w porządku? Czemu Avery nie miałby tu zostać i pobalować, a my wyszłybyśmy coś zjeść? Nie miałabym nic przeciw temu, żeby się stąd wymknąć, zanim zrobią coś godnego pożałowania w rodzaju powrotu do domu z Philipem i uprawiania z nim szalonego, namiętnego seksu, mimo że uważam go za najbardziej odpychającego mężczyznę, jakiego w życiu spotkałam.
Westchnęła.
– Nie, dzięki. Myślę, że naprawdę musimy wracać do domu. Ale dzięki. Zadzwonię jutro.
Chciałabym wiedzieć, czy tamtej nocy w ogóle poszli spać. Avery był tak naćpany kokainą, że do łóżka mogłaby go zapędzić tylko końska dawka jakiegoś środka uspokajającego. Albo może odbił mu się czkawką cały kwas, którego się nałykał w college'u i próbował zjeść domową papugę albo wyfrunąć przez okno. Biedna słodka Penelope.
– Bette, kochanie, jesteś gotowa do wyjścia? – zapytał Philip, ogarniając mnie ramionami, jakby był moim odwiecznym chłopakiem, a nie facetem, z którym nie chciałam chcieć iść do łóżka. – Chodźmy do mnie. Może dzisiaj nie będziesz za bardzo pijana na…
– Ee, no tak, może ty, ja i Sonja… – odezwałam się trochę bardziej arogancko, niż zamierzałam – urządzimy sobie łóżkową imprezę? Byłoby zabawnie!
– Za grosz nie masz szacunku, wiesz? – stwierdził, wsuwając rękę pod mój bieliźniany top. – Co to za zachowanie? Poważnie, kochanie, musisz trochę ochłonąć. Chodź, odstawią Sonję do apartamentu, a potem będziemy mogli spędzić razem parę spokojnych chwil, dobrze?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Philip już szeptał do Sonji po francusku. Nie zrobiła nic poza entuzjastycznym kiwaniem głową, uniesieniem brwi i chichotem, kiedy skończył.
– Oui, oui, oczywiście, że to w porządku spędzić trochę czasu sami razem – powiedziała, udzielając nam błogosławieństwa do odbycia nieco pijanego, trochę przypadkowego seksu.
– Wiesz co, Philipie? – zaczęłam, nie wiedząc jeszcze, jak zamierzam wyjaśnić, że nie palę się do takiego wieczoru, szczególnie kiedy sama nie jestem pewna, czego chcę. – To nie w porządku umieszczać ją w hotelu, kiedy przyjechała do ciebie tylko na tydzień. Bo wiesz, ma w końcu tylko piętnaście lat. Nie uważasz, że powinieneś mieć na nią oko? Nie może przejść trzech kroków, żeby nie zaczęli jej podrywać faceci, rozumiesz.
Spojrzał na mnie z namysłem, jakby naprawdę kupował całą tę troskę o Sonję. Kiwnął głową.
– Całkiem słusznie, kochanie. Zabiorę ją do domu i otulę kołdrą, a potem my pojedziemy do jakiegoś hotelu. Niezła propozycja. Wychodzimy, dzieciaki – rzucił w kierunku reszty. Ledwie zerknęli w naszą stronę i przyzwalająco skinęli głowami. Elisa przestała się w nas głupio wpatrywać na czas na tyle długi, żeby niezbyt subtelnie pokazać mi uniesione kciuki.
Uznałam, że łatwiej będzie wysadzić ich oboje pod Archiwum, a potem przekierować taksówkę na Murray Hill, niż się o to kłócić, więc pokiwałam do Elisy i poszłam za Sonją i Philipem do frontowych drzwi, czując się jak pyzate, o nieskoordynowanych ruchach dziecko pary olimpijskich sportowców.
– Hej, koleś, zamów nam taksówkę, dobrze? – zawołał Philip do bramkarza, strzelając palcami mniej więcej w jego stronę. Było to bezsprzecznie odrażające, ale biorąc pod uwagę, jak ten dupek się wobec nas zachował, uznałam, że to zupełnie do przyjęcia. To znaczy do chwili, kiedy uważniejsze spojrzenie ujawniło, że nie jest to ten zagłodzony Romero w peruce, ale uroczy (choć niegrzeczny) bramkarz z Bungalowu, Sammy. Odwrócił się, żeby spojrzeć na Philipa z jadowitym wyrazem twarzy i zauważył mnie, gdy próbowałam ukryć się z boku. Spojrzał mi w oczy z przelotnym błyskiem rozpoznania, po czym skupił uwagę na ulicy i w milczeniu zatrzymał taksówkę, jedną z dziesiątek, które przemykały obok.
Sonja wskoczyła do niej pierwsza, a Philip zanurkował obok niej, zostawiając mnie stojącą kilka cali od Sammy'ego, który przytrzymywał otwarte drzwi samochodu. Nie wiem, czemu z nimi wsiadłam, ale to zrobiłam. Jakby moje ciało postępowało zgodnie z jakimś niewidzialnym scenariuszem.
– Dzięki – zdołałam powiedzieć cicho, dokładnie w momencie, gdy Philip stwierdził: – Stary, mam dwie wspaniale dziewczyny, które jadą ze mną do domu, rozumiesz, co mam na myśli? Mógłbyś się ruszyć? – Sonja zachichotała i oparła delikatnie głowę na ramieniu Philipa. Sammy spojrzał na mnie ostatni raz, bez wyrazu, i zatrzasnął drzwi. Gdy taksówka odjeżdżała, przyglądałam się niespokojnej kolejce przed klubem, paparazzim z gotowymi do strzału aparatami czekającym na wyjście sław, ciśnieniu, żeby znaleźć się w środku, przypominającemu formę uzależnienia. I chociaż nie umiałabym stwierdzić dlaczego, byłam całkiem pewna, że chce mi się płakać.