11

– Okej, dzieciaki, cisza – oznajmiła Kelly, chwiejnie wchodząc do sali konferencyjnej w nieodłącznych butach na obcasach. – Czy wszyscy zdążyli przeczytać dzisiejsze „Pranie Brudów”?

– Jasne – odezwał się Leo z odległego końca szklanego stołu, który wyglądał, jakby jego miejsce było w hotelu lana Schraegera, a nie w biurze. – Wygląda na to, że nasza nowa ulubiona pracownica znów doczekała się wzmianki.

Poczułam, że odezwało się znajome uczucie kręcenia w żołądku. Byłam tego ranka dziesięć minut spóźniona i nie czytałam jeszcze biuletynu; najwyraźniej fatalny błąd z mojej strony. Jedna z asystentek specjalnie przychodziła tu o szóstej rano, żeby przygotowywać codzienne „Pranie Brudów” dla nas wszystkich – coś w rodzaju przeglądu wszelkich felietonów, gazet i historii, które mogły w jakikolwiek sposób wiązać się z naszymi klientami albo branżą – i umieścić biuletyn na naszych biurkach przed dziewiątą rano, ale zasadniczo wszyscy przeglądali portale zaraz po wstaniu, pospiesznie przebiegając wzrokiem „Drudge”, Page Six, Liz Smith, Rush & Malloy, „USA Today”, „Variety”, „Nowojorską Bombę”, wybór blogów i tekstów oraz kilka większych branżowych tytułów. Lepiej od rana wiedzieć, że stało się coś złego i twój telefon będzie dzwonił jak szalony, więc „Pranie Brudów” było bardziej formalnością niż biuletynem z nowościami. Jedyne naprawdę mające znaczenie informacje, które dostawaliśmy co rano, były zebrane w „Domenie Gwiazd”, informatorze zawierającym dane na temat tego, kto jest w mieście, dlaczego i gdzie się zatrzymał (i pod jakim nazwiskiem) oraz jak najszybciej się z nim skontaktować, żeby przekupić lub ubłagać o udział w imprezie. Cztery kolejne tygodnie logowania się, żeby przeanalizować każdą możliwą stronę w sieci w pięć sekund po obudzeniu – wspomagane profesjonalnym raportem kilka godzin później – i jedyny dzień, kiedy nie jestem w pełni poinformowana o wszystkich najnowszych plotkach, okazuje się akurat tym, który ma znaczenie.

– Ee, nie miałam okazji go zobaczyć. A poza tym nie potrafię sobie wyobrazić, co by tam mogło być, biorąc pod uwagę, że w czasie weekendu sprawdzałam Sanktuarium – z wami wszystkimi – a zaraz potem poszłam do domu. Sama – dodałam szybko, jakbym była winna to wyjaśnienie moim współpracownikom.

– Cóż, zobaczmy, co tu mamy – mruknęła Kelly, biorąc do ręki wydruk z felietonu dostępnego w sieci. – „Nowo zatrudniona w Kelly & Company z determinacją stara się dotrzymać kroku swoim ciężko balującym kolegom z pracy. Pewne źródła podają, że nowa, nieznana z nazwiska dziewczyna zajmująca się planowaniem imprez – prawdopodobnie podczas sprawdzania w sobotę Sanktuarium jako potencjalnej lokalizacji dla supertajnej imprezy „Playboya” – połączyła interesy i przyjemność, wychodząc z Philipem Westonem i niezidentyfikowaną modelką. Ostateczny cel ich podróży? Mamy pewne koncepcje…”. Kelly pozwoliła, żeby ostatnie słowa zawisły w powietrzu i z szerokim uśmiechem zwróciła się w moją stronę.

Czułam, jak robię się karmazynowa.

– Co to dokładnie sugeruje? Bo jak na razie nie słyszałam choćby jednego w przybliżeniu prawdziwego stwierdzenia. I kto to, do cholery, napisał?

– Oczywiście Wtajemniczona Ellie. I jest zdjęcie, jak wsiadasz do taksówki z Philipem i tą absolutnie cudowną dziewczyną, więc sądzę, że nietrudno wpaść, co właściwie sugeruje… – Z uśmiechem ciągnęła Kelly. Wyglądała, jakby nigdy nie czuła się szczęśliwsza.

Czy omawianie tego na cotygodniowym spotkaniu personelu, podobno zwołanym dziś w celu przedyskutowania spraw zawodowych, nie jest dziwaczne?

– Kelly, naprawdę mi przykro, jeśli ma to jakiś wpływ na ciebie albo firmę. Naprawdę nie rozumiem, czemu kogokolwiek miałoby to obchodzić, ale to naprawdę nie wygląda tak, jak…

– Nowa bohaterka dnia, współpracownica Kelly & Company. Zdajesz sobie sprawę, jaki to ma zasięg? Mam nadzieję, że następnym razem użyją twojego nazwiska. Prawdopodobnie nie zdołali go po prostu potwierdzić na czas, skoro nie ma cię jeszcze w spisie branżowym.

Zauważyłam, że Elisa ma problem z utrzymaniem uśmiechu.

– I nie tylko to, twierdzą też, że reszta z nas „ciężko baluje” – dodał z dumą Leo.

– I wspomnieli o imprezie „Playboya”! – dorzuciła Skye.

– Zupełnie nie rozumiem, kto mógł im podać tę informację – wymamrotałam. – Nawet nie jest prawdziwa.

– Bette, kotku, nic mnie nie obchodzi, czy jest prawdziwa, obchodzi mnie tylko, że została podana w prasie. W tym krótkim czasie, odkąd jesteś z nami, zrobiłaś dla zespołu wspaniałe rzeczy. A do tego Danny będzie zachwycony wzmianką o klubie. Tylko tak dalej. – I na tym kończąc, przystąpiliśmy do jednej ze stanowiących specjalność Kelly burzy mózgów.

– W porządku, niech wszyscy się włączą. W przyszłym miesiącu mamy premierę Shreka 3. Zaproszenia muszą wyjść w ciągu dwóch tygodni. Skye jest za to odpowiedzialna. Czym nas zanęcisz?

– Nadal nie rozumiem, dlaczego zgodziliśmy się zająć premierą filmu dla dzieci -jęknęła Skye, co, jak zauważyłam, często robiła na zebraniach. – Czemu studio nie może zadbać o premierą własnego filmu?

– To było pytanie retoryczne, prawda? Załatwiamy premiery, ponieważ są łatwe i dobrze płatne. Wiesz, że Dream Works mają własny wewnętrzny dział PR, ale wiesz też, że są zawaleni wszystkimi pokazami z wręczaniem nagród i reklamą większych filmów, a poza tym dosłownie cała licząca się prasa działa w Nowym Jorku. Mamy kontakty z ludźmi, z którymi oni nie mają.

– Wiem, wiem – westchnęła w bardzo niezespołowy sposób. Zobaczyłam, że Elisa rzuciła jej spojrzenie i Skye trochę się wyprostowała na krześle. – Po prostu filmy dla dzieci są takie nudne.

– Skye, jeśli nie jesteś zainteresowana nadzorowaniem tej imprezy, z pewnością Elisa, Leo albo Bette czy nawet Brandon nie będą mieli nic przeciwko temu, żeby zająć twoje miejsce. Nie sądzę, żebym musiała przypominać, ile gwiazd ma w dzisiejszych czasach dzieci… Liv, Courtney, Gwyneth, Sarah Jessica, żeby wymienię tylko kilka. Mam nadzieje, że nie twierdzisz, że ich dzieci są nudne.

– Nie, oczywiście że nie. Możesz na mnie liczyć, wchodzę w to. Robiliśmy już kilkanaście takich imprez. Okej. Czy ktoś ma raport z premiery Harry 'ego Pottera, którą przygotowaliśmy w zeszłym roku latem?

– Ta jest, służę – powiedział Leo, wyciągając spięty spinaczami pakiet z folderu. – Niedziela po południu w sierpniu, w posiadłości Christie Brinkley w Bridgehampton. Przyjęcie zaczęło się o jedenastej przed południem z projekcją między dwunastą a pierwszą trzydzieści, żeby wszyscy mieli dość czasu na powrót do miasta. Rozrywki dla dzieci obejmowały brodziki wypełnione lodem i sokiem w woreczkach, jazdę konną, zoo małych zwierzątek do głaskania, maszynę do waty cukrowej, maszynę do rożków lodowych, kilku wędrujących klaunów. Dorosłych zabawiały niezwykle usłużne i atrakcyjne kelnerki z baru ukrytego wewnątrz, podające drinki akceptowane o tej porze w towarzystwie – głównie mimozy, krwawe mary, wódkę z sokiem pomarańczowym, szampana, margarity, sangrię i od czasu do czasu na zamówienie daiquiri albo pina coladę. Udział wzięły dzieci Matta Lauera, Susan Sarandon, Katie Couric, Aerin Lauder, Russella Simmonsa i Courtney Cox, a oprócz tego setki innych, nieco mniej rozpoznawalnych, ale równie fotogenicznych. Zdjęcia ukazały się w „People”, „US Weekly”, „Star”, niedzielnym dodatku z modą do „New York Timesa”, „Gotham”, „W” i na szeregu stron towarzyskich online, między innymi New York Social Diary i portalu Patricka McMullena. Warner Brothers byli zachwyceni.

– Dobrze, dzieciaki, mamy więc szablon i oczywiście wiemy, co działa. Naturalnie nie będziemy w Hamptons, ale powinniśmy trzymać się tego samego formatu. Lubię Clearview * w Chelsea, bo mają spokojne podejście do hałaśliwych imprez w swoim holu – stwierdziła Kelly, pracowicie odznaczając kolejne punkty na liście. – Co jeszcze?

– Jeżeli chodzi o jedzenie, zwykłe dziecięce smakołyki – powiedziała Elisa. – Parówki w cieście, hamburgery, zawody w poszukiwaniu słodyczy.

– Zrób swoje własne lody – wtrącił bez zastanowienia Leo.

– Balony, magicy, zaprojektuj własny kubek, maszyny do baniek – dodała Skye bez najmniejszego śladu entuzjazmu.

– Facet w kostiumie Shreka.

– Malowanie twarzy na zielono.

– Rodzice nienawidzą malowania twarzy. Można zrobić masę innych rzeczy. Może te minitrampoliny?

– Żartujesz? Pozew gotowy. Równie dobrze moglibyśmy ułożyć z żaróweczek napis „Pozwij mnie”. A skoro już o tym mowa, może „Shrek” wypisane na gigantycznej ścianie z zielonych żarówek?

Wszyscy kiwnęli głowami. Zaczęłam mieć niemiłą świadomość, że niczego nie zaproponowałam, ale nigdy nie byłam na premierze żadnego filmu i jedyne, z czym mi się kojarzyły, to z gwiazdami idącymi czerwonym chodnikiem.

– A gdybyśmy dali zielony chodnik zamiast czerwonego? – zaproponowałam, nie dając sobie chwili na zastanowienie, jak głupio to zabrzmi. Przygotowałam się na cios, ale twarze przy stole wyglądały na zadowolone.

– Świetny pomysł, Bette! Będziemy mieli zielony chodnik i ogromne zielone rondo, gdzie wszyscy mogą pozować do zdjęć. Zielony chodnik zdecydowanie będzie oznaczał więcej zdjęć. Wygląda na to, że wszystko się gładko układa, więc przejdźmy do tego, co się naprawdę liczy. W którym miejscu jesteśmy z imprezą „Playboya”?

Na twarz Elisy powróciły kolory i wydawała się spokojniejsza. Stanęła idealnie wyprostowana w sukience od Dianę Furstenberg i szczotką do włosów wskazała tablicę.

– Jak wszyscy widzicie, mamy przed sobą zaledwie kilka miesięcy. Po licznych poszukiwaniach i debatach wybraliśmy na miejsce akcji Sanktuarium. Leo, możesz nam powiedzieć, jak wyglądamy z zaopatrzeniem?

Leo spojrzał na Elisę, jakby chciał zapytać: „A odkąd to odpowiadam przed tobą?”, ale odchrząknął i powiedział zebranym, że przeprowadza rozmowy z firmami producenckimi (które zajmą się wszystkim od oświetlenia po meble) i powinien mieć listę kandydatów pod koniec tygodnia.

– Jestem pewien, że skończy się na Bureau Betak – powiedział. – Jak zwykle.

Spotkanie trwało przez kolejne półtorej godziny (omówiliśmy torby z upominkami, potencjalnych sponsorów i zaproszenia), zanim zostaliśmy zwolnieni na lunch z zaleceniem, żeby pójść dokądś, gdzie „będziemy widoczni”. Udało mi się wymówić z pójścia do Pastis ze wszystkimi i powędrowałam kilka przecznic na zachód, do nędznej pizzerii, gdzie na pewno nie mogłam natknąć się na nikogo z biura. Kiedy tylko wcisnęłam się do maleńkiej loży przy toalecie, zadzwoniłam do Willa do pracy i ku swojemu zaskoczeniu, zastałam go przy biurku.

– Czemu tam siedzisz? – zapytałam. – Przecież to nie dzień oddania tekstu. – Will chodził do biura w siedzibie gazety najwyżej raz albo dwa razy w tygodniu, a nawet rzadziej, jeśli to było możliwe.

– Halo, kochanie. Męczę się troszkę z felietonem na ten tydzień. – Zamilkł na ułamek sekundy, po czym dodał: – Właściwie wygląda na to, że w ostatnich czasach co tydzień trochę się meczę z felietonami.

W jego głosie pobrzmiewała frustracja i jednocześnie rezygnacja, uczucia, których nie przywykłam spotykać u Willa.

– Dobrze się czujesz. Will? Co się dzieje? – zapytałam, zmuszając się, żeby chociaż na kilka sekund zapomnieć o własnych problemach.

Westchnął ciężko.

– Nic ciekawego, kochanie, to na pewno. Poczytność „Woli ludu” kiepsko w tym roku wygląda. Kilka kolejnych gazet zrezygnowało z publikacji. Mój nowy trzydziestosześcioletni redaktor nie ma poczucia humoru, wciąż mi powtarza, że „współcześni czytelnicy” są bardziej „uwrażliwieni na sprawy społeczne” i w związku z tym powinienem bardziej się starać, żeby zachować większą „poprawność polityczną”. Oczywiście powiedziałem mu, żeby się odpieprzył, ale nie na długo go uciszyłem. A poza tym, dlaczego ktoś miałby chcieć czytać moje felietony, kiedy może czytać o ładnej młodej organizatorce imprez, uganiającej się za bogatymi, sławnymi pięknisiami?

– Widziałeś!

– Oczywiście. Czy mam założyć, że w tej krzykliwej relacji było ziarno prawdy? – zapytał.

– Oczywiście, że nie! – jęknęłam tak głośno, że kasjer się odwrócił i spojrzał na mnie ze złością. – Widziałam Philipa w ten weekend w Sanktuarium, kiedy byłam tam z pracy. Wzięliśmy jedną taksówkę do domu, bo tak było prościej. Ta druga dziewczyna to przyjaciółka jego rodziny. Nieletnia przyjaciółka rodziny. Cała historia nie mogła być mniej skandaliczna.

– Cóż, w takim razie wygląda na to, że postać o imieniu Wtajemniczona Ellie dobrze wykonuje swoją pracę. Niech cię pocieszy fakt, że nie użyli twojego nazwiska, kochanie. Ale nie sądź ani przez chwilę, że niedługo nie wypłynie.

– Czy wiesz, kto to jest. Will? To znaczy, musiałeś gdzieś się z nią zetknąć, nie uważasz?

Usłyszałam szczery śmiech Willa i wyobraziłam sobie najgorsze.

– Cóż, z całą pewnością wymieniano masę nazwisk, ale nie ma żadnych solidnych poszlak. Niektórzy się upierają, że to osoba z towarzystwa, która obmawia wszystkich swoich przyjaciół. Inni zdają się uważać, że to ktoś stosunkowo mało znany, lecz mający kilku dobrze ustawionych informatorów. Z tego, co wiemy, może to być ta była redaktorka zajmująca się modą, och, jakże się nazywa? Ta, która pisuje paskudne recenzje książkowe? Tego typu śmieci byłyby w jej stylu.

– To wstrętne. Marzę o tym, żeby ten ktoś, ktokolwiek to jest, zaczął skupiać uwagę na kimś innym, wiesz? Kimś trochę bardziej interesującym, kto mógłby rzeczywiście wieść skandaliczne życie. Ja się do tego zdecydowanie nie kwalifikuję. – Wgryzłam się w kawałek pizzy i pomyślałam, że to najbardziej idealny kęs na świecie.

– Rozumiem, kochanie, naprawdę rozumiem. Ale nie zapominaj, że Philip się kwalifikuje! Niechętnie kończę, ale w tym tygodniu mój felieton jakoś nie chce się sam napisać. Porozmawiamy niedługo? Zobaczymy cię w czwartek na kolacji?

– Oczywiście – odparłam mechanicznie, zanim zdałam sobie sprawę, że mam tego wieczoru być obecna na premierze nowego zapachu Gucciego. Wiedziałam, że będę musiała zadzwonić i odwołać kolację, ale po prostu nie mogłam się zmusić, żeby zrobić to teraz. – Za nic bym jej nie opuściła. Porozmawiamy później.

Skończyłam rozkoszny kawałek i zamówiłam drugi, który także pochłonęłam w rekordowym czasie. Letargicznie wpatrywałam się w obszarpany egzemplarz „Post”, który ktoś zostawił na stole, kiedy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu błysnęło „DOM”.

– Halo? – odebrałam, zastanawiając się, czy to mama, czy ojciec. A może oboje, ponieważ często dzwonili razem i rozmawiałam najpierw z jednym, potem z drugim, aż wreszcie cała nasza trójka mówiła jednocześnie, korzystając z różnych aparatów.

– Bette, to ty? – Mama właściwie krzyczała. – Słyszysz mnie? – Jej głos jak zwykle był głośniejszy niż trzeba. Żywiła przekonanie, że telefony komórkowe wymagają ponadprzeciętnej siły głosu od obu stron zaangażowanych w rozmowę i w związku z tym krzyczała za każdym razem, kiedy dzwoniła do mnie na komórką.

– Słyszę cię, mamo. Idealnie. Co u ciebie?

– Nie mogę właściwie rozmawiać, bo biegnę na spotkanie, ale jedna z dziewcząt w klinice mówiła dzisiaj, że widziała twoje zdjęcie na jakiejś stronie internetowej. Zdjęcie twoje i jakiegoś sławnego chłopca z jeszcze jedną dziewczyną? Czy coś w tym rodzaju.

Niemożliwe! Moja matka, która dopiero niedawno założyła sobie własny adres e-mailowy, otrzymywała teraz informacje o zawartości internetowych wydań gazetowych felietonów? Bez wahania zaprzeczyłam.

– To nic takiego, mamo, tylko małe zdjęcie ze służbowego wypadu.

– Bette, to cudownie! Gratulacje! Nie mogę się doczekać, żeby je zobaczyć. Poprosiłam tatę, żeby wszedł do netu i to wydrukował, ale chyba nie umiał otworzyć strony czy coś takiego. Zachowasz dla nas kopię?

– Oczywiście – zapewniłam potulnie. – Zrobione. Ale serio, to nic ważnego, tylko służbowe sprawy. Muszę wracać do biura. Mogą później do ciebie zadzwonić?

– Jasne, kochanie. Jeszcze raz gratulacje. Dopiero zaczęłaś pracę, a już trafiasz na pierwsze strony gazet!

Gdyby tylko wiedziała, pomyślałam, wyłączając telefon. Na szczęście szanse, że tata wykryje, jak trzeba się zarejestrować, żeby dostać darmowe konto, które „Nowojorska Bomba” oferuje czytelnikom, były zerowe. Dopóki nikt naprawdę tego nie wydrukuje i im nie pokaże, jestem bezpieczna. Przynajmniej na razie.

Загрузка...