Reszta dnia po scysji w Starbucks minęła mi w oszołomieniu, kiedy to na zmianę obsesyjnie rozważałam dziwaczną kłótnię z Sammym i nowiny Penelope, że się przeprowadza. Obie te rzeczy w połączeniu z faktem, że jestem całkowicie odpowiedzialna za zaplanowanie imprezy, która ma się odbyć za dwa i pół tygodnia sprawiły, że miałam ochotę zwinąć się w kłębek obok Millington i oglądać w kółko powtórki Kiedy Harry poznał Sally na TNT. Do czasu, kiedy dotarłam do domu, moja wytrzymałość na pogaduszki o niczym gwałtownie zbliżała się do zera, a wciąż jeszcze musiałam pokonać cały hol, żeby dotrzeć do windy, gdzie z pewnością zacznie mnie napastować mój wścibski portier. Udało mi się wcisnąć guzik i w duchu cieszyłam się swoim zwycięstwem, kiedy się zmaterializował, jak zwykle nie wiadomo skąd.
– Dobry dzień? – zapytał z szerokim uśmiechem.
– Eee, tak, chyba w porządku. A u ciebie?
– „W porządku” bardzo się różni od „dobry”, Bette! – prawie zanucił. Czy ja wysyłam jakieś fale, które zachęcają „Mów do mnie”?
– Przypuszczam, że się różni, ale uważam, że „dobry” to byłoby za mocne określenie. Zdecydowanie był „w porządku” – wyjaśniłam, zastanawiając się, czy nie warto pokonywać trzynastu pięter pieszo, zamiast czekać na windą i znosić tę rozmowę.
– Cóż, powiedzmy tylko, że mam przeczucie, że będzie lepiej – odparł. I wyraźnie puścił oko.
– Eee, naprawdę? – powiedziałam, rozpaczliwie wpatrując się w drzwi windy i marząc, żeby się otworzyły. – Byłoby miło.
– Tak jest, pamiętaj, że byłem pierwszy. Oficjalnie przepowiadam, że twój dzień znacząco się poprawi w czasie kilku najbliższych minut. – Mówił z taką pewnością – i tym szczególnie irytującym tonem „wiem coś, czego ty nie wiesz” – że na niego spojrzałam.
– Czy powinnam o czymś wiedzieć? Czy ktoś przyszedł? – zapytałam, jednocześnie przerażona i ciekawa, kto mógłby obserwować mieszkanie, czekając na mój powrót do domu.
– No dobrze, dość już powiedziałem, tego jestem pewien! – zanucił. – Oczywiście to nie moja sprawa. Muszę wracać do drzwi. – Dotknął brzegu kapelusza, odwrócił się na pięcie, a ja rozmyślałam, czy istnieje jakiś sposób, by ładnie go poprosić, żeby nigdy więcej się do mnie nie odzywał.
Kiedy tylko wysiadłam z windy i skręciłam za róg do swojego szczęśliwego numeru 1313, zorientowałam się, co miał na myśli. Obok drzwi stały najwspanialsze kwiaty, jakie w życiu widziałam, że nie wspomnę o otrzymaniu. Moja pierwsza myśl była taka, że zostawiono je przed moimi drzwiami przez pomyłkę i tak naprawdę przeznaczone są dla kogoś innego, ale kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam swoje nazwisko wypisane czarnym markerem na kopercie umieszczonej za celofanowym opakowaniem. Kiedy już przyjęłam do wiadomości, że nie chodzi o pomyłkę dostawcy, natychmiast pojawiła się druga myśl: są od Sammy'ego, który przemyślał wszystko, co wcześniej zaszło, i chciał przeprosić za swoje zachowanie. Tak! Wiedziałam, że nie był taki zły, a kwiaty to taki uroczy dżentelmeński sposób nawiązania kontaktu, żeby przeprosić. Mnie też jest przykro, zwróciłam się w duchu do kwiatów, które teraz zaczęły go uosabiać. Sama nie wiem, dlaczego zachowałam się jak wredna suka, szczególnie że od tamtej pory nie przestałam o tobie myśleć ani na sekundą. Tak, z rozkoszą zjem z tobą kolację i puśćmy tamtą głupią rozmowę w niepamięć. I, jeśli musisz wiedzieć, zaczynam już wyobrażać sobie ciebie jako ojca moich przyszłych dzieci, więc lepiej by było, żebyśmy się poznali. Nasze dzieci będą zachwycone, słysząc, że ta dozgonna miłość zaczęła się od kłótni i kwiatów na przeprosiny! To takie romantyczne, że ledwo mogę wytrzymać. Tak, kochanie, tak, wybaczam ci i sama stokrotnie przepraszam, i wiem, że to nas wzmocni.
Z trudem podniosłam kwiaty i otworzyłam drzwi, tak rozanielona niespodzianką, że ledwie zauważyłam Millington wijącą mi się między nogami. Kwiaty zawsze odgrywały ważną rolę w romansach, dzięki czemu otrzymanie bukietu takiej klasy było jeszcze bardziej rozkoszne. Składał się z trzech tuzinów róż w odcieniach jasnej purpury, gorącego różu i bieli. Zebrano je wszystkie razem w ciasną wiązankę i umieszczono w niskiej okrągłej misie, która została wypełniona czymś w rodzaju lśniących szklanych kulek. Kompozycja była zupełnie pozbawiona wszelkiego przybrania – żadnych wstążek, kokardek, zieleni czy paskudnej gipsówki; rzucała się w oczy jej prostota, elegancja i bardzo, bardzo wysoka cena. Kartka też nie należała do zwyczajnych – ciężki kremowy welin – i wyrwałam ją z obramowanej purpurowo koperty z szalonym pośpiechem. W ułamku sekundy moje oczy odnalazły podpis i kiedy to się stało, o mało nie zemdlałam.
Laleczko, abso-kurwa-lutnie zajmę się imprezą Blackberry! Zrobimy z tego najelegantsze przyjęcie roku. Jesteś boska. Duża buźka! Philip.
Co?! Przeczytałam kilkanaście razy, chcąc się upewnić, czy mój mózg poprawnie przetwarza słowa, a potem przeczytałam ponownie, bo wciąż nie mogłam uwierzyć. Skąd wiedział, gdzie mieszkam? Jakim cudem wiedział cokolwiek o imprezie, skoro nawet jeszcze o niej nie wspomniałam? Ale, co ważniejsze, gdzie jest Sammy ze swoją deklaracją wiecznej miłości? Cisnęłam kartką przez pokój, zostawiłam kwiaty na kuchennym blacie i dość dramatycznie rzuciłam się na sofę. Minęło kilka sekund i jednocześnie rozdzwoniły się moja komórka i telefon stacjonarny, a pobieżny rzut oka na każdy z nich przyniósł wysoce rozczarowujący rezultat: Elisa dzwoniła na komórką i wujek Will na domowy. Ani śladu Sammy'ego.
Pospiesznie włączyłam komórkę i kazałam Elise zaczekać, zanim zdążyła się odezwać, po czym pstryknięciem uruchomiłam przenośną słuchawkę i powiedziałam „cześć” Willowi.
– Kochanie, czy wszystko w porządku? Jesteś spóźniona i martwimy się z Simonem, że w samotności topisz smutki z powodu publicznego upokorzenia. Obaj uważamy, że na tym ostatnim zdjęciu w „Nowojorskiej Bombie” wyglądałaś wspaniale! Urżnijmy się wszyscy razem! Czy już jedziesz?
Cholera! Zupełnie zapomniałam o kolacji. Chociaż czwartkowe wieczory były stałym punktem programu od dnia, kiedy ukończyłam college, przez ostatnie tygodnie opuszczałam je z powodu służbowych wyjść, a dzisiejsze oczywiście wyleciało mi z głowy.
– Will! Przepraszam za spóźnienie, ale jeszcze dwie minuty temu byłam w biurze i właśnie wpadłam do domu nakarmić Millington. Dosłownie w tej chwili wychodzę.
– Jasne, kochanie, oczywiście. Kupuję tę uroczą opowiastkę, jeśli nie masz mi do zaoferowania niczego lepszego, ale dzisiaj ci nie odpuszczę. Niedługo się widzimy, tak?
– Oczywiście. Za parę minut…
Odłożyłam słuchawkę, nawet nie mówiąc do widzenia, i zajęłam się komórką.
– Hej, przepraszam. Właśnie dzwonił mój wujek i…
– Bette! Nigdy nie zgadniesz! Mam najlepsze wieści na świecie! Siedzisz? Omójboże, jestem taka podniecona.
Nie znalazłam w sobie dość siły, żeby znieść kolejną nowinę o zaręczynach, więc po prostu opadłam na poduszki i cierpliwie czekałam, wiedząc, że Elisa niedługo będzie w stanie wytrzymać.
– Cóż, nigdy nie zgadniesz, z kim właśnie rozmawiałam… – Jej milczenie wskazywało, że powinnam zareagować, więc zebrałam nieco sił na pytanie.
– Z nikim innym, jak z naszym ulubionym wspaniałym i już-nie-do-wzięcia kawalerem panem Philipem Westonem. Dzwonił, żeby zaprosić całą ekipę na imprezę, i tak się złożyło, że odebrałam i… och, Bette, nie wściekaj się, po prostu nie mogłam wytrzymać… zapytałam go, czy zgodzi się podjąć roli gospodarza na twojej imprezie BlackBerry i powiedział, że z przyjemnością. – W tym momencie dosłownie piszczała.
– Naprawdę? – zapytałam, udając zaskoczenie. – To wspaniale. Oczywiście, że nie jestem zła, oszczędziłaś mi konieczności proszenia go. Czy wyglądało na to, że jest za-chwycony, czy tylko się zgadza? – Nie obchodziło mnie to, ale nie udało mi się wymyślić niczego innego, co mogłabym powiedzieć.
– Cóż, technicznie rzecz biorąc, to z nim nie rozmawiałam, ale na pewno jest absolutnie zachwycony.
– Co masz na myśli, mówiąc „technicznie”? Powiedziałaś, że zadzwonił i…
– Och, tak powiedziałam? Ups! – Zachichotała. – Chciałam powiedzieć, że dzwoniła jego asystentka i przepuściłam całą sprawę przez nią i oznajmiła, że oczywiście Philip zrobi to z rozkoszą. To zupełnie to samo, Bette, więc nie martwiłabym się ani przez sekundę. Czy to nie wspaniale?
– Cóż, pewnie masz racje, bo właśnie dostałam od niego kwiaty z kartką, na której napisał, że to zrobi, więc chyba wszystko wyszło jak należy.
– Oooooooch, mój Boże! Philip Weston przysyła ci kwiaty? Bette, musi być zakochany. Ten chłopak jest po prostu niesamowity. – Długie westchnienie.
– Tak, no tak, Eliso, muszę zmykać. Poważnie, dzięki, że to z nim załatwiłaś, naprawdę to doceniam.
– Dokąd się wybierasz? Macie dzisiaj jakąś gorącą randkę?
– Eee, nie. Idę do wujka na kolację, a potem prosto do łóżka. Odkąd zaczęłam tę pracę, nie byłam w domu przed drugą nad ranem i jestem gotowa, żeby…
– Wiem! Czy to nie cudowne? To znaczy, jaka inna praca mogłaby wymagać wychodzenia wieczorami i imprezowania po nocach? Mamy wielkie szczęście. – Kolejne westchnie-nie, po którym każda z nas miała chwilę, by zastanowić się nad tą prawdą.
– Tak, rzeczywiście. Jeszcze raz dziękuję, Eliso. Baw się dobrze.
– Jak zwykle – zanuciła. – Bette, nawet jeśli dostałaś tę pracę ze względu na swojego wujka, to uważam, że jak na razie świetnie sobie radzisz.
Auć. Cała Elisa: złośliwe stwierdzenie, które miało zabrzmieć całkowicie szczerze i pozytywnie. Nie miałam energii, żeby się w to wikłać, więc powiedziałam:
– Naprawdę? Dzięki, Eliso. To wiele dla mnie znaczy.
– No tak, wiesz, umawiasz się z Philipem Westonem i, no, planujesz sama całą imprezę. Kiedy ja zaczynałam, trwało prawie rok, zanim do tego doszłam.
– Umawiania czy planowania?
– Jednego i drugiego.
Roześmiałyśmy się i pożegnały. Odłożyłam słuchawkę, zanim Elisa zdążyła nakazać mi udział w kolejnej imprezie. Przez ten bardzo krótki moment rzeczywiście czułam, jakbym miała w niej przyjaciółkę.
Szybko pogłaskałam Millington i jeszcze szybciej przebrałam się w dżinsy oraz marynarkę, rzuciłam pełne goryczy spojrzenie na kwiaty i pognałam na dół, złapać taksówkę. Simon i Will akurat się kłócili, więc zaczekałam cichutko w supernowoczesnym foyer, przysiadając na czymś w rodzaju granitowej ławy pod jaskrawym Warholem, którego omawialiśmy na historii sztuki – pamiętałam omawianie, ale absolutnie nie mogłam przypomnieć sobie żadnych szczegółów.
– Po prostu nie rozumiem, jak mogłeś go zaprosić do nas do domu – mówił Simon w gabinecie.
– A ja nie jestem pewien, czego nie rozumiesz. To mój przyjaciel, jest w mieście i nieuprzejmie byłoby się z nim nie spotkać – odparł Will ze zdumieniem w głosie.
– Will, on nienawidzi gejów. Żyje z tego, że nienawidzi gejów. Płacą mu za to, że nienawidzi gejów. Jesteśmy gejami. Co tak trudno tu zrozumieć?
– Och, to szczegóły, kochany, szczegóły. Wszyscy mówimy publicznie rzeczy, w które nie do końca wierzymy, żeby wzbudzić nieco kontrowersji, to służy karierze. I wcale nie znaczy, że naprawdę w nie wierzymy. Do licha, nie dalej jak w zeszłotygodniowym felietonie przeżyłem moment słabości albo może coś w rodzaju halucynacji i napisałem tę schlebiającą pospolitym gustom linijkę, jak to rap jest odrębną formą sztuki czy coś równie bezsensownego. Poważnie, Simonie, nikt tak naprawdę nie uważa, że w to wierzę. Z Rushem sytuacja wygląda tak samo. Ta nienawiść do Żydów, gejów i czarnych jest tylko na pokaz i z całą pewnością nie stanowi odbicia jego osobistych opinii.
– Jesteś taki naiwny, Will, taki naiwny. Nie mogę już ciągnąć tej rozmowy. – Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, długie westchnienie, odgłos kostek lodu wrzucanych do szklanki. Nadeszła pora.
– Bette! Kochanie! Nie słyszałem, jak weszłaś. Miałaś dość szczęścia, by być świadkiem naszej scysji?
Ucałowałam go w gładko wygolony policzek i zajęłam swoje zwykłe miejsce na limetkowym szezlongu.
– Oczywiście. Naprawdę zapraszasz tu Rusha Limbaugh *? – zapytałam z lekkim niedowierzaniem, ale bez specjalnego zaskoczenia.
– Owszem. Byłem u niego w domu kilkanaście razy, to przeuroczy człowiek. Oczywiście nigdy nie wiedziałem z całą pewnością, jak bardzo był zaprawiony podczas tych wieczorów, ale w jakiś sposób to czyni go jeszcze sympatyczniejszym. – Wziął głęboki wdech. – Dość o tym. Powiedz, co nowego w twoim wspaniałym życiu?
Zawsze mnie zdumiewało, że potrafi być taki zrelaksowany i tak spokojnie wszystko przyjmować. Pamiętam, kiedy jako dziecku mama wyjaśniła mi, że wujek Will jest gejem, a Simon to jego chłopak i jeśli dwie osoby są ze sobą szczęśliwe, kwestie w rodzaju płci, rasy czy religii nic nie znaczą (oczywiście nie miało to zastosowania do problemu mojego wyjścia za mąż za nie-Żyda, ale to się rozumiało samo przez się. Moi rodzice należeli do ludzi jak najbardziej liberalnych i otwartych, z którymi dało się dyskutować o wszystkim – oprócz ich własnego dziecka). Kilka tygodni później Will i Simon odwiedzali Poughkeepsie i kiedy siedzieliśmy przy kolacji, usiłując przełknąć porcje kiełków i czegoś w rodzaju wegetariańskiego dahlu, czego ilość najwyraźniej się nie zmniejszała mimo naszych wysiłków, zapytałam słodkim głosikiem dziesięciolatki:
– Wujku Willu, jak to jest być gejem?
Uniósł brwi, spoglądając na moich rodziców, zerknął na Simona, a potem spojrzał mi prosto w oczy.
– Cóż, kochanie, całkiem miło, jeśli mam mówić za siebie. Oczywiście byłem też z dziewczynami, ale człowiek szybko zdaje sobie sprawę, że po prostu nie są, ach, cóż, nie działają, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Nie rozumiałam, ale z całą pewnością bawiły mnie zbolałe miny, które robili moi rodzice.
– Czy ty i Simon śpicie w jednym łóżku jak mamusia i tatuś? – ciągnęłam najsłodszym i najbardziej niewinnym głosem, na jaki umiałam się zdobyć.
– Tak, kochanie. Jesteśmy dokładnie tacy jak twoi rodzice. Tylko inni. – Pociągnął łyk szkockiej, którą rodzice trzymali pod ręką na wypadek jego odwiedzin, i uśmiechnął się do Simona. – Jak zwykła para małżeńska, kłócimy się i godzimy i nie boję się mu mówić, że nawet on nie może nosić białego lnu przed Memoriał Day. Niczym się nie różnimy.
– No tak, była to pouczająca konwersacja, prawda? – Ojciec odchrząknął. – Ważne, żebyś pamiętała, Bette, że zawsze należy traktować wszystkich tak samo, bez względu na to, jak odmienni są od ciebie.
Nuuuuda. Nie byłam zainteresowana kolejnym wykładem o wszechogarniającej sile miłości, więc poprzestałam na jednym ostatnim pytaniu:
– Kiedy się dowiedziałeś, że jesteś gejem, wujku?
Upił kolejny łyk szkockiej i powiedział:
– Och, chyba kiedy służyłem w wojsku. Któregoś dnia obudziłem się i zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu sypiam ze swoim oficerem dowodzącym – odparł spokojnie. Pokiwał głową, teraz bardziej przekonany. – Tak, kiedy się nad tym zastanowić, było to dość wymowne.
Nieistotne, że niejasne były dla mnie terminy „sypiam z” oraz „oficer dowodzący”; gwałtowne zaczerpnięcie powietrza przez ojca i spojrzenie, jakie mama rzuciła Willowi przez stół, całkowicie mi wystarczyły. Kiedy lata później zapytałam go, czy rzeczywiście wtedy zdał sobie sprawę, że woli mężczyzn, roześmiał się i powiedział:
– Cóż, nie jestem pewien, czy to był pierwszy raz, kochanie, ale z pewnością tylko ta anegdota nadawała się do opowiedzenia przy stole.
Teraz siedział spokojnie, sącząc martini i czekając, żebym opowiedziała mu o moim nowym, ulepszonym życiu. Ale zanim zdążyłam coś wymyślić, zapytał:
– Przypuszczam, że dostałaś zaproszenie od swoich rodziców na Święto Plonów?
– Dostałam, tak. – Westchnęłam. Rodzice co roku urządzali za domem przyjęcie dla przyjaciół, żeby uczcić Święto Dziękczynienia. Zawsze w czwartek i nigdy nie podawali indyka. Mama zadzwoniła do mnie kilka dni temu i, po uprzejmym wysłuchaniu szczegółów na temat mojej nowej pracy – którą oboje rodzice uważali za tylko nieco bardziej znośną niż napychanie kabzy wielkiemu korporacyjnemu bankowi – kolejny raz przypomniała mi o zbliżającym się przyjęciu i że spodziewają się mojego przyjazdu. Will i Simon zawsze przyjmowali zaproszenie, ale odwoływali wizytę w ostatniej chwili.
– Pewnie pojedziemy wszyscy samochodem w środę, kiedy skończysz pracę – oznajmił teraz Will, a ja ledwo się powstrzymałam, żeby nie przewracać oczami. – No i jak tam ci idzie, skoro już o tym mowa? Sądząc z tego, co czytam, wydaje się, że, och, wciągnęłaś się w tę pracę. – Nie uśmiechnął się, ale oczy mu błysnęły i dałam mu kuksańca w ramię.
– Uhm, tak, na pewno masz na myśli tę nową wzmiankę w „Nowojorskiej Bombie”. Dlaczego nie dadzą mi spokoju?
– Nikomu nie dają spokoju, kochanie. Kiedy czyjąś misją dziennikarską – w sieci czy poza siecią – jest wyłącznie opisywanie, co się jada w kafeterii w Conde Nast, cóż, nic cię nie powinno dziwić. Czytałaś najnowszą?
– To jest już najnowsza? – poczułam, jak narasta znajome przerażenie.
– Och tak, kochanie, obawiam się, że jest. Asystentka przefaksowała mi to godzinę temu.
– Czy jest okropna? – zapytałam, tak naprawdę nie chcąc uzyskać odpowiedzi.
– Mniej niż pochlebna. Dla nas obojga.
– O Chryste. Potrafię zrozumieć, że piszą o Philipie, ale z jakiegoś powodu uparli się na mnie i nic nie mogę na to poradzić. A teraz wplątują w to ciebie?
– Potrafię sobie poradzić z krytyką, kochanie. Nie jestem zachwycony, ale dam sobie radę. A co do siebie, to masz rację. Niewiele możesz, ale z całą pewnością doradzałbym, żebyś się pilnowała i nie zrobiła publicznie niczego wyjątkowo głupiego, a przynajmniej nie w towarzystwie pewnego dżentelmena. Ale nie mówię ci niczego, czego byś nie wiedziała.
Skinęłam głową.
– Nie uważam, żeby moje życie było dość interesujące, aby je opisywać, wiesz? Bo, rozumiesz, jestem nikim. Chodzę do pracy, wychodzę wieczorami, bo muszę, i nagle moje działania stają się przedmiotem kpin, rozrywką dla szerokiej publiczności.
– Nie twoje… jego – uściślił Will, bezmyślnie przesuwając platynową obrączkę, którą Simon nazywał ślubnym pierścionkiem, a Will określał mianem „ubezpieczenia Simona”.
– Masz rację. Nie umiem się z tego wyplątać. On jest wszechobecny. To dziwna sytuacja.
– Jak to? – Oboje się uśmiechnęliśmy, kiedy z pełnym irytacji szelestem lnu w kolorze kości słoniowej przeszedł Simon. Will bezgłośnie rzucił: „złośnik”.
– Cóż… właściwie nie lubię Philipa jako człowieka, ale…
– Kochanie! Nie pozwól, żeby to cię powstrzymało przed umawianiem się z kimś! Gdyby sympatia do danej osoby była konieczna do uprawiania z nią seksu, cóż, wtedy wszyscy mielibyśmy kłopoty – stwierdził, krzywiąc się złośliwie.
– Widzisz, to kolejny problem. Tak naprawdę z nim nie sypiam. Albo raczej to on nie sypia ze mną.
– Muszę przyznać, że to mnie zbiło z tropu.
– Cóż, z początku było tak, ponieważ ja nie chciałam. A przynajmniej tak mi się zdawało. Uważałam po prostu, że to dureń, ale chociaż teraz jestem tego wręcz pewna, coś w nim mnie pociąga. Nie żeby to kompensowało inne braki, ale z pewnością jest inny od reszty ludzi, których znam. To on nie jest zainteresowany.
Will już chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się w chwili, gdy otworzył usta. Wyglądało na to, że nad czymś się zastanawia, po czym oznajmił:
– Rozumiem. No cóż, muszę stwierdzić, że właściwie nie jestem zaskoczony.
– Will! Jestem aż tak nieatrakcyjna?
– Kochanie, nie mam czasu ani chęci pocieszać cię teraz komplementami. Wiesz, że zupełnie nie to miałem na myśli. Po prostu nie uznaję tego za zaskakujące, ponieważ to mężczyźni, którzy najwięcej mówią o seksie, którzy czynią z niego kluczowy element swoich osobowości, którzy się poprzez seks określają, zwykle, hmm, nie sprawdzają się w działaniu. Większość ludzi, jeśli są zadowoleni z tej sfery swojego życia, z przyjemnością zachowuje to dla siebie. Wszystko to ma ci powiedzieć, że moim zdaniem jesteś teraz w najlepszej możliwej sytuacji.
– Och, doprawdy? A to dlaczego?
– Ponieważ z tego, co wspominałaś wcześniej, wnioskuję, że dla twojej szefowej i kolegów jest dość ważne, by Anglik był widoczny, zgadza się?
– Zdecydowanie. Twoja siostrzenica jest gloryfikowaną prostytutką, a wszystko to twoja wina.
Zignorował ten komentarz.
– Wygląda więc na to, że sprawa jest czysta, czyż nie? Możesz nadal spędzać z nim czas, jeśli ty – czy twoje towarzystwo – uważacie to za korzystne, ale nie musisz tak naprawdę brać udziału w niczym, ach, niesmacznym. Zyskujesz przy minimalnym nakładzie pracy, kochanie.
Było to ciekawe spojrzenie na sprawę. Chciałam opowiedzieć mu o Sammym, może nawet zapytać o radę, ale zdałam sobie sprawę, że to śmieszne. Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób poruszyć ten temat, zadzwoniła moja komórka.
– Philip – oznajmiłam, jak zwykle zastanawiając się, czy odebrać. – Ma kapitalne wyczucie. Dzwoni w najbardziej nieodpowiednich momentach.
– Odbierz, kochanie. Zamierzam odszukać Simona i ukoić jego stargane nerwy. Ten człowiek jest w beznadziejnym stanie i obawiam się, że w niemałym stopniu ponoszę za to odpowiedzialność. – Z tymi słowami wyszedł spokojnym krokiem.
– Halo? – powiedziałam, udając, jak wszyscy, że nie mam pojęcia, kto dzwoni.
– Philip Weston na linii – oparł głuchy głos. Chwilę później odezwał się Philip: – Bette! Gdzie jesteś? Kierowca twierdził, że nie ma cię w domu, a nie umiem wymyślić, gdzie jeszcze mogłabyś być.
Ta wypowiedź nasuwała kilka kwestii do przemyślenia, z których wcale nie najmniej istotną było bezczelne oskarżenie, że poza Philipem w moim życiu nie ma innych spraw.
– Przepraszam, kto mówi? – zapytałam oficjalnie.
– Och, przestań pieprzyć, Bette. Tu Philip. Posłałem samochód do twojego mieszkania, ale cię tam nie ma. W Bungalowie aż się dzisiaj gotuje i chcę cię tu widzieć. Zbieraj się.
– Doceniam twoje uczucie, ale mam dziś inne plany, Philipie. Nie dam rady – dodałam dla podkreślenia.
W tle słyszałam Eminema, a potem stłumiony głos innego mężczyzny.
– Hej, jakiś facet chce, żebym przekazał ci od niego pozdrowienia. Pieprzony bramkarz. Jezu, Bette, najwyraźniej bywasz tu częściej, niż z początku myślałem. Koleś, jak ci na imię?
Gdybym miała w tym momencie wybór, wybrałabym śmierć zamiast prowadzenia rozmowy z Sammym za pośrednictwem Philipa. Ale zanim zdążyłam zmienić temat albo poprosić, żeby odszedł kawałek, ponieważ słabo go słyszę, Philip stwierdził:
– Słuchasz mojej rozmowy? Spierdalaj, koleś.
Aż się skurczyłam.
– Philipie, tak ci dziękuję za te cudowne kwiaty – wypaliłam, rozpaczliwie chcąc odwrócić jego uwagę od Sammy'ego. – Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam, i taka jestem szczęśliwa, że zgadzasz się na tę imprezę BlackBerry.
– Co? – Znów stłumiona rozmowa. – Bramkarz ma na imię Sammy i twierdzi, że pracuje z tobą nad jakąś imprezą czy coś takiego. O czym on mówi, Bette?
– Tak, no właśnie o tym mówię. Impreza dla BlackBerry.- Teraz już wrzeszczałam do słuchawki, usiłując przebić się przez hałas w tle. – Ta, którą zgodziłeś się poprowadzić… kwiaty… liścik… coś sobie przypominasz? – Zupełnie jakbym usiłowała wytłumaczyć coś głuchemu, otępiałemu staruszkowi.
– Kwiaty? – W jego głosie zabrzmiało szczere zmieszanie.
– Te, które mi dzisiaj przysłałeś? Pamiętasz?
– Och, już rozumiem, kochanie. Przypuszczam, że Marta je posłała. Jest bardzo uważna, jeśli chodzi o detale, posyłanie kwiatów i takie tam gówna we właściwych momentach. Jest najlepsza.
Teraz przyszła moja kolej na zdziwienie.
– Marta?
– Moja asystentka. Zarządza moim życiem, dba, żebym dobrze wypadł. I to działa, prawda? – Niemal słyszałam przez telefon, jak pokazuje w uśmiechu zęby.
Asystentka z pewnością musiała większą część dnia pracy poświęcać na działania organizacyjne i troskę o wszystkie kobiety Philipa, imprezy i wymagania co do liczby nitek w osnowie.
– A czy powiedziała ci, że zgodziła się w twoim imieniu, że będziesz gospodarzem tej imprezy? – Starałam się mówić najspokojniej i z największą godnością.
– Ależ skąd, kochanie, ale wszystko w porządku. Jeżeli ona jest nastawiona do pomysłu entuzjastycznie, to ja także. Po prostu powie mi, gdzie i kiedy mam być. Co?
– Co co?
– Zaczekaj chwilę, ten bramkarz chce z tobą rozmawiać. Twierdzi, że chodzi o sprawy zawodowe.
No nie, to było nie do przyjęcia. Prawie – prawie – zapomniałam, że Sammy stoi obok, słuchając całej tej wymiany zdań. Słyszał fragment o kwiatach i z pewnością także to, jak protekcjonalnie zachowywał się Philip, oznajmiając mi, że „ten bramkarz chce ze mną rozmawiać”.
– Zaczekaj! Philip, nie możesz…
– Halo, Bette? – Sammy. Nie byłam w stanie się odezwać – Jesteś tam?
– Jestem – odparłam słabo. Drżenie tak żywo odmalowane we wszystkich moich książkach powróciło, i to z wielkim impetem.
– Hej, słuchaj, chciałem tylko…
Przerwałam mu bez namysłu i wypaliłam:
– Przepraszam, że on gada teraz jak dupek, ale on po prostu jest dupkiem.
Zapadła cisza, a potem rozległ się głęboki śmiech pełen uznania.
– Cóż, ty to powiedziałaś, nie ja. Chociaż nie mogę się z tobą nie zgodzić. – Znów usłyszałam jakąś stłumioną wymianę zdań, a potem Sammy zawołał: – Przechowam ją tu dla ciebie, stary.
– Co się dzieje? – zapytałam.
– Twój chłop… twój znajomy zobaczył inną, eee, znajomą osobę i wszedł do środka się przywitać. Zostawił mi swój telefon. Mam nadzieję, że niezbyt go zasmuci, jeśli przypadkiem rozjedzie go taksówka. Słuchaj, naprawdę to chciałem przeprosić za dzisiejsze popołudnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale nie miałem prawa mówić ci takich rzeczy. Nawet się nie znamy i wykazałem się zupełnym brakiem szacunku.
Oto są! Moje wielkie przeprosiny! I gdyby nawet zjawił się w drzwiach mojego mieszkania i zaśpiewał serenadę w rozkosznych bokserkach od Calvina Kleina, które po prostu wiedziałam, że nosi, nie mógłby wypaść bardziej szczerze. Chciałam wpełznąć w słuchawkę i zwinąć się na jego kolanach, ale zdołałam zachować ślad godności.
– Nie ma za co. Przepraszam, że tak na ciebie napadłam. Nie wiem, co sobie myślałam. Wina była moja w takim samym stopniu, więc proszę, nie przejmuj się tym.
– Świetnie. Więc nie wpłynie to na naszą relację zawodową, prawda? Amy powiedziała mi dziś, że będę twoim podstawowym kontaktem przy tej imprezie i nie chciałbym, żeby to wpłynęło na sposób, w jaki wykonujemy swoją pracę.
– Och, słusznie. – Praca. Oczywiście. – Tak, tak, nie ma sprawy.
Starałam się ukryć rozczarowanie i najwyraźniej nie wyszło mi to najlepiej, bo od razu wyjąkał:
– Ee, no tak, cóż, naszą pracę i oczywiście naszą, eee, naszą przyjaźń. – Niemal czułam, jak się czerwieni, i jedyne, czego pragnęłam, to pogładzić go po twarzy, a potem owinąć się wokół niego.
– Jasne. Naszą przyjaźń. – Sytuacja pogarszała się z każdą mijającą sekundą, więc uznałam, że choćby nie wiadomo jak przyjemnie słuchało się jego głosu, z kontynuacji tej rozmowy nic dobrego nie wyjdzie.
– Och, Bette, prawie zapomniałem! Rozmawiałem z Amy i zgadza się, żebyście wynajęli na tę noc Bungalow. Zapisała wszystko i tak dalej. Chce tylko dołączyć do listy gości kilka osób, ale poza tym macie nad listą pełną kontrolę. Prawie nigdy się na to nie zgadza. Idealnie, prawda?
– Rany! – sapnęłam z wymuszonym entuzjazmem. – Rzeczywiście wspaniała wiadomość. Wielkie dzięki!
W tle zaczęły chichotać jakieś dziewczyny, jedna z nich kilkakrotnie powtórzyła jego imię, wyraźnie starając się zwrócić na siebie uwagę.
– Cóż, obowiązek wzywa. Lepiej wrócę do pracy. Miło się rozmawiało, Bette. I dzięki, że byłaś taka wyrozumiała z tym, co dzisiaj. Mogę do ciebie jutro zadzwonić? Żeby, eee, omówić pozostałe szczegóły?
– Jasne, jasne, świetnie – odparłam pospiesznie, chcąc jak najszybciej się rozłączyć, ponieważ Will właśnie wrócił i złowieszczo położył sobie na kolanach kartkę. – Później pogadamy. Pa.
– Czy to był twój chłopak? – zapytał, biorąc do ręki drinka i sadowiąc się na krześle.
– Nie – westchnęłam, sięgając po martini. – Zdecydowanie nie.
– Cóż, nie chcę psuć naszej małej imprezy, ale w którymś momencie będziesz musiała to przeczytać… – Odchrząknął i wziął kartkę. – Autorstwa Wtajemniczonej Ellie. Poświęca akapit swojej podróży do Los Angeles w zeszłym tygodniu i wszystkim gwiazdom filmowym, z którymi się bawiła. Dalej następuje krótka wstawka dotycząca jej wielkiej popularności wśród projektantów, jak to wszyscy aż piszczą, żeby ubierać ją na przyjęcia. My jesteśmy następni. Krótkie, lecz nie urocze. „Ponieważ każda przyjaciółka Philipa Westona jest naszą przyjaciółką, uznaliśmy, że niewiele wiemy o jego nowej dziewczynie, Bette Robinson. Wiadomo, że skończyła uniwersytet Emory, pracowała poprzednio dla UBS Warburg i jest nową maskotką agencji PR Kelly & Company, ale czy wiedzieliście, że także siostrzenicą publicysty Willa Daviesa? Niegdyś popularny arbiter we wszystkim, co dotyczy Manhattanu, jest obecnie, przyznajmy, nieco passe. Ciekawe, co też sądzi o zdecydowanie publicznych wyskokach swojej siostrzenicy? Zgadujemy, że nie jest zachwycony…”. To wszystko, co napisała – stwierdził miękko, spokojnie rzucając kartkę na podłogę.
Poczułam mdłości, jakbym właśnie obudziła się ze snu „jestem goła w szkolnej stołówce”.
– Och, mój Boże, Will, tak mi przykro. Za nic nie chciałam cię w to wciągać. A to, co napisała o twojej kolumnie, jest żałośnie nieprawdziwe – skłamałam.
– Och, Bette, kochanie, zamknij się. Oboje wiemy, że ma rację. Nie możemy kontrolować tego, co ludzie piszą, więc jeszcze przez chwilę się tym nie przejmujmy. Chodź, zjedzmy kolację. – Wygłosił wszystkie właściwe słowa, ale napięcie widoczne w jego twarzy mówiło coś innego i poczułam dziwny smutek i tęsknotę za tym, jak wszystko się układało, zanim zaczęłam swoje nowe ulepszone życie.