24

Pierwszą chwilę dla siebie miałam dopiero koło drugiej po południu. Lecieliśmy przez całą noc, wylądowaliśmy w czwartek o jedenastej rano i natychmiast przesiedliśmy się z chłodne-go luksusu gulfstreama do chłodnego luksusu floty limuzyn wysłanych na koszt Stowarzyszenia Właścicieli Nocnych Klubów – czyli SWNK jak zgrabnie skracał to pan Kamal Avigdor. Pan Avigdor otrzymał oczywiście okólnik na temat wymagań stawianych przez naszą grupką, był piękny w najbardziej klasyczny sposób. Czekał z dwoma uderzająco ładnymi dziewczynami – asystentkami, jak utrzymywał, ale każda z nich ewidentnie miała za sobą jedną lub dwie rundki w roli jego dziewczyny – na czerwonym dywanie, który został ułożony na pasie startowym, a jego piękną twarz rozświetlał ciepły uśmiech. Miał czarny garnitur, ciasny i dopasowany w sposób, który tylko Europejczykowi może ujść na sucho, a jego monochromatyczny zestaw zielona-koszula-zielony-krawat tylko rozświetlał ciemną skórę, ciemne włosy i zielone oczy. Naturalnie miał też perfekcyjnie dobrane dodatki; mokasyny od Ferragamo, zegarek Patek Philippe i jakąś taką miękką męską torebkę, która u każdego normalnego mężczyzny wywołałaby łzy upokorzenia, u niego natomiast służyła podkreśleniu męskości. Wyceniłam go na trzydzieści do trzydziestu pięciu lat, ale nie byłabym zdziwiona, gdyby się okazało, że miał dziesięć więcej lub mniej. Największe wrażenie zrobił, witając każdą z wysiadających osób z imienia i nazwiska.

Elisa, Leo, Davide i ja pojechaliśmy z panem Avigdorem – gorąco nalegał, żebyśmy zwracali się do niego Kamal – do miasta, a pozostali wsiedli do limuzyn za nami. Przedstawił nam cały plan na weekend, zapewniając, że jedynym naszym wspólnym obowiązkiem jest zadbanie o to, aby nasi goście świetnie się bawili. On ze swej strony zatroszczy się o całą resztę. Mieliśmy zgłaszać się do niego, gdybyśmy czegokolwiek potrzebowali, czegokolwiek („A przez cokolwiek naprawdę rozumiem cokolwiek – chłopców, dziewczęta, wyroby ze skóry, rzadkie potrawy i napoje, substancje rekreacyjne, wszystko”), a on miał dopilnować, aby to „coś” zostało dostarczone właściwej osobie. Plan zająć, który nam rozdał, wyglądał bardziej jak lista restauracji i klubów, a nie harmonogram. Dni pozostały kompletnie puste, dając nam czas na „wypoczynek i pielęgnację urody, zabiegi wodne, zakupy i korzystanie ze słońca, co z pewnością każdemu z nas będzie potrzebne”, ale wieczory były wypełnione po brzegi. Przez trzy noce, zaczynając od ósmej wieczorem, mieliśmy być karmieni kolacją we wspaniałej restauracji, zaliczać wspaniałe luksusowe bary i w końcu lądować w superwspaniałych, supermodnych nocnych klubach, gdzie mieliśmy pozostawać prawie do świtu, tak jak młodzi Turcy i przyjezdni Europejczycy. Sylwester różnił się od pozostałych wieczorów tylko tym, że mieliśmy poprowadzić wznoszony szampanem toast w krajowej telewizji dokładnie o północy. Fotografowie mieli dokumentować każdą minutą naszej wspaniałej zabawy, a Kamal oczekiwał, że uzyskana w ten sposób reklama pomoże zarówno w Turcji, jak w Ameryce. W końcu kto nie chciałby zjeść dokładnie w tym samym miejscu, które wybrał Philip Weston, aby skonsumować pikantny kebab z jagnięcia?

Rejestracja w hotelu poszła tak płynnie, jak można było się spodziewać, zaledwie z kilkoma skargami na pokoje („za blisko miejsca, gdzie pokojówki trzymają te swoje gówna do sprzątania”; „ręczników nie starczy nawet na wysuszenie włosów”; „w ogóle nie interesuje mnie widok na meczet!”), a potem nastąpił robiący duże wrażenie brunch z szampanem, wydany na naszą część na dachu hotelu z widokiem na majestatyczny pałac Topkapi. Udało mi się wymknąć, kiedy już wszyscy opadli z sił po trudach siedmiogodzinnej podróży w szczytowym luksusie, i poszłam na Wielki Bazar, gdzie zamierzałam włóczyć się wśród kolorowych straganów i gapić się na wszystkich i wszystko. Weszłam przez bramę Nuruosmaniye wśród okrzyków „Panienko, mam to, czego szukasz” i wędrowałam bez celu po przypominającym jaskinię budynku, wchodząc i wychodząc spomiędzy straganów, oglądając niezliczone ilości koralików, srebra, dywanów, przypraw, fajek wodnych i kupców, którzy popijali i palili, popijali i palili. Właśnie byłam w trakcie targów o bladoniebieski szal z małym człowieczkiem, który musiał mieć przynajmniej dziewięćdziesiąt lat, kiedy poczułam klepnięcie w ramię.

– Zdajesz sobie sprawę, że walczysz o mniej więcej czterdzieści centów? – zapytał Sammy, uśmiechając się, jakby właśnie wyjawił mi wielką tajemnicę.

– Oczywiście, że zdaję sobie sprawę! – powiedziałam oburzona. Oczywiście nie zdawałam sobie sprawy.

– Więc czemu to robisz?

– Widać, że nie jesteś obeznany z tutejszą kulturą. Tu oczekuje się, że będziesz się targować. Czują się wręcz urażeni, jeżeli tego nie robisz.

– Czyżby? Proszę pana, jaka jest cena tej chusty? – spytał, zwracając się do garbatego sprzedawcy najbardziej miękkim głosem, jaki można sobie wyobrazić.

– Sześć dolarów amerykańskich, panie. Jest najlepszej jakości. Z południa. Utkana przez moją własną wnuczkę zaledwie tydzień temu. Jest piękna. – Mężczyzna uśmiechnął się, pokazując dwa wzorowe rzędy bezzębnych dziąseł, co w jakiś sposób uczyniło go jeszcze sympatyczniejszym.

– Weźmiemy ją – oświadczył Sammy, wyciągając trochę tureckich lirów z portfela i wkładając je delikatnie w cienką jak papier rękę sprzedawcy. – Dziękuję panu.

– To ja dziękuję panu. Piękny szal dla pięknej dziewczyny. Miłego dnia – powiedział wesoło, klepnął Sammy'ego w ramię i wrócił do swojej fajki.

– Tak, na pewno masz rację. – Sammy znowu wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. – Wyglądał na bardzo urażonego. – Owinął mi szal wokół szyi, zebrał moje włosy i podniósł je, a potem opuścił na jedwabisty miękki materiał.

– Nie musiałeś tego robić!

– Wiem. Ale chciałem. Żeby przeprosić, że niezaproszony wpadłem na twoją wycieczkę. Naprawdę nie wiedziałem, że tu będziesz, Bette. Przepraszam.

– Przepraszasz, za co? Nie bądź śmieszny, nie masz za co przepraszać.

– Napijesz się ze mną kawy? Jestem tu już całe godziny, a jeszcze nie piłem kawy po turecku. Cieszę się na myśl, że nie będzie z chudym mlekiem ani dodatkowo podgrzana, bez bitej śmietany i bez cukru czy syropu. Co powiesz?

– Pewnie. W mojej książce piszą, że najlepsze miejsce jest zaledwie kilka korytarzy stąd.

– W twojej książce?

– Przewodnik Lonely Planet. Jak można jechać dokądkolwiek bez Lonely Planet?

– Ale z ciebie ciamajda – westchnął i pociągnął za koniec mojego szala. – Mieszkamy w Four Seasons, wożą nas szoferzy, mamy nieograniczony limit wydatków, a ty chodzisz w miejsca, które poleca Lonely Planet? Niesamowite.

– A dlaczego to miałoby być takie niesamowite? Może chcę zobaczyć parę rzeczy, które nie są ujęte w programie spa – bulwar – kolacja tylko dla członków klubu.

Pokręcił głową, rozpiął swój plecak i pogrzebał w środku.

– Dlatego – stwierdził, wyciągając własny egzemplarz przewodnika Lonely Planet. – Chodź, znajdźmy tę małą kawiarenkę.

Zajęliśmy dwa miniaturowe taborety przy maleńkim stoliku i gestem zamówiliśmy dwie filiżanki kawy, które podano z małym talerzem posypanych cukrem ciastek.

– Mogę cię o coś zapytać? – odezwałam się, siorbiąc gęsty napar z małej filiżanki.

– Pewnie, strzelaj.

– Co cię łączy z Isabelle? – zapytałam, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie najbardziej nonszalancko.

Jego twarz stężała. Nie powiedział nic, tylko wpatrywał się w blat stolika i zgrzytał zębami.

– Nieważne, to nie moja sprawa – dodałam szybko, nie chcąc, by cokolwiek zepsuło tę chwilę.

– To skomplikowane…

– Domyśliłam się. – Patrzyłam, jak malutki kotek skacze z ziemi na wielką stertę dywanów, gdzie nastoletnia dziewczyna doglądająca straganu natychmiast podała mu spodek mleka. – Dobrze – powiedziałam w końcu – to twoja rzecz. Po prostu pijmy sobie spokojnie, z przyjemnością kawę, dobrze?

– Płaci mi za to, że spędzam z nią czas. – powiedział cicho, podniósł wzrok, tak że nasze oczy się spotkały. Upił łyk kawy.

Nie do końca wiedziałam, co zrobić z tą informacją. Biorąc pod uwagę podejrzenia Elisy, nie był to całkowity szok, ale stwierdził to w tak typowy dla siebie – jak zaczynałam odkrywać – spokojny, rzeczowy sposób, że po prostu zabrzmiało to dziwnie.

– Nie jestem pewna, czy zrozumiałam. Ma to coś wspólnego z jedną z tych agencji, które wynajmują seksownych facetów do pracy za barem i tym podobnych?

Zaśmiał się.

– Nie, nigdy nie wybrałem tej drogi, ale pochlebia mi, że twoim zdaniem mógłbym spełnić ich wysokie wymagania dotyczące wyglądu.

– Więc naprawdę nie rozumiem.

– Bardzo często ludzie spotykają nas w Bungalowie, a potem wynajmują do obsługi swoich prywatnych imprez i tego typu rzeczy. Pracowałem za barem w Bungalowie zeszłego lata, kiedy Isabelle spędzała tam dużo czasu. Najwyraźniej mnie polubiła. Zaczęło się od tego, że płaciła mi parę tysięcy za pracę za barem na jej proszonych kolacjach, a także za odbieranie i witanie gości na urządzanych przez nią imprezach dobroczynnych. Kiedy została współprzewodniczącą dorocznej imprezy Nowojorskiego Ogrodu Botanicznego, zdecydowała, że potrzebuje kogoś w rodzaju asystenta. Myślę, że jej wybór był naturalny, ponieważ mogłem załatwiać też, hm, inne rzeczy.

– Inne rzeczy? Płaci ci, żebyś z nią sypiał? – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć, co mówię.

– Nie! – powiedział ostro, wbijając we mnie stalowe spojrzenie. – Przepraszam, to wcale nie takie dziwne, że się nad tym zastanawiasz. Też jestem nieco wyczulony na tym punkcie. Krótka odpowiedź brzmi – nie, nie sypiam z nią, ale bliższe prawdy jest przyznanie, że nie wiem, jak długo uda mi się utrzymać ten stan rzeczy. Na pewno na początku nie myślałem, że coś takiego może wchodzić w grę, ale zaczyna być coraz bardziej jasne, że tego się ode mnie oczekuje.

– A co z jej mężem?

– A co ma być?

– Nie obchodzi go, że żona wynajęła pięknego młodego faceta, żeby bywał u niej w domu, pomagał w różnorakich działaniach charytatywnych, towarzyszył podczas romantycznych weekendowych wypraw do Stambułu? Można by pomyśleć, że nie byłby zachwycony. – Poczułam lekkie mrowienie, kiedy pośrednio nazwałam go „pięknym”.

– A dlaczego nie miałby być zachwycony? Dopóki ona zachowuje dyskrecję i go nie ośmiesza oraz jest dostępna, kiedy potrzebuje jej obecności w celach zawodowych, wyobrażam sobie, że jak ognia będzie unikał chodzenia z nią na te wszystkie towarzyskie gówna, mówienia jej, jaka jest ładna i szczegółowego dyskutowania, czy woli ją w ubraniach od Stelli McCartney czy od Alexandra McQueena. Właściwie to on podpisuje moje czeki. To porządny facet.

Nie za bardzo wiedziałam, jak na to zareagować, więc siedziałam, starając się wymyślić coś choćby odrobinę nieobraźliwego, co mogłabym dodać.

– To po prostu praca, która, tak się składa, jest naprawdę bardzo, bardzo dobrze płatna. Jeżeli kiedyś mam otworzyć własną knajpę, nie mogę odrzucać sześciocyfrowego wynagrodzenia za dotrzymywanie towarzystwa ładnej kobiecie przez kilka godzin w tygodniu.

– Sześciocyfrowego? Chyba żartujesz!

– Ani trochę. A niby z jakiego innego powodu miałbym to robić? To bardziej niż upokarzające, ale koncentruję się na nagrodzie, która, nawiasem mówiąc, może być bliższa, niż myślałem.

– Naprawdę? Jak to?

– Wiesz, to jeszcze nic pewnego, ale kilku facetów z Amerykańskiego Instytutu Kulinarnego zaproponowało mi w zeszłym tygodniu otwarcie restauracji na spółkę.

– Naprawdę? – przysunęłam się bliżej. – Opowiedz mi o tym.

– Cóż, to bardziej rodzaj franszyzy niż zupełnie nowe miejsce. Ci ludzie są właścicielami restauracji Houston's, mają ich już kilka na Zachodnim Wybrzeżu. Twierdzą, że dobrze im idzie. Dość podstawowe amerykańskie menu, więc tak naprawdę nie ma okazji do kreatywnego działania, bo ogólna koncepcja i menu nie podlegają negocjacjom, ale byłaby całkiem moja. W każdym razie moja i ich. – Wyglądał na równie zachwyconego jak ktoś, kto właśnie się dowiedział, że złapał chorobę przenoszoną drogą płciową.

– Tak, to brzmi świetnie – przyznałam, starając się nadać głosowi entuzjastyczny ton. – Cieszysz się na to?

Wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym przez kilka sekund, po czym westchnął.

– Nie jestem pewien, czy „cieszysz” to właściwe słowo, ale uważam, że to dobra okazja. Niedokładnie to, o co mi chodzi, ale krok we właściwym kierunku. Byłbym szalony, myśląc, że na tym etapie kariery uda mi się zrealizować własną wizję, to po prostu nierealne. Tak więc, by odpowiedzieć na twoje pytanie, czy gorąco pragnę posiadać jedną trzecią restauracji Houston's na Upper East Side? Raczej nie. Ale jeśli dzięki temu będę mógł rzucić pracę w Bungalowie i potraktować to jako przyzwoity punkt wyjścia, to tak, uważam, że warto.

– Rozumiem. Wygląda na doskonałą okazję.

– Na teraz. – Wstał, kupił jeszcze dwie kawy i postawił jedną przede mną. – Dobrze, twoja kolej.

– Moja kolej na co? – zapytałam, chociaż doskonale wiedziałam, dokąd zmierzamy.

– Co to za układ z panem Westonem?

– To skomplikowane.

Znowu się roześmiał i dramatycznie przewrócił oczami.

– Aha, a to urocze. Daj spokój, po prostu opowiedz mi całą tę paskudną historię. W jaki sposób mogłaś stać się jego dziewczyną?

– Co przez to rozumiesz?

– Nic, poza tym, że wy dwoje wydajecie się… cóż, naprawdę odmienni.

– W jaki sposób odmienni? – Wiedziałam dokładnie, co chciał powiedzieć, ale zabawnie było patrzeć, jak się wije.

– No, daj już spokój, Bette, przestań wstawiać głodne kawałki. Wiem, co to znaczy pochodzić z Poughkeepsie i zadawać się z modnym towarzystwem w Nowym Jorku. To rozumiem. Czego nie rozumiem, to jak mogłaś go w ogóle polubić? Może jesteś w stanie przebywać z tą ekipą, ale to nie czyni cię jedną z nich. I, nawiasem mówiąc, bardzo dobrze.

– Tak naprawdę to z nim nie chodzę.

– Każda plotkarska rubryka na Manhattanie relacjonuje, że wszędzie widuje się was razem. Do diabła, sam ciągle widzę cię z nim w Bungalowie. Możesz nie nazywać tego chodzeniem, ale nie sądzę, żeby on był tego świadom.

– Naprawdę nie wiem, jak to właściwie wyjaśnić, bo nie jestem pewna, czy sama rozumiem. Jest zupełnie tak, jakbyśmy mieli z Philipem niepisane porozumienie, że udajemy parę, chociaż nigdy się tak naprawdę nie związaliśmy.

– Co? Niemożliwe.

– Możliwe. Skłamałabym mówiąc, że nie zastanawiałam się, dlaczego on nie wydaje się specjalnie zainteresowany, ale zapewniam cię, że nigdy nie poszliśmy w tę stronę…

Sammy dokończył filiżaneczkę kawy i popadł w zadumę.

– Więc mówisz, że nigdy nie uprawialiście seksu? – zapytał w końcu.

Spojrzałam na niego i zrobiło mi się przyjemnie, że go to obchodzi.

– Nigdy nawet się na to nie zanosiło. A skoro już zdradzamy sobie tajemnice, to parę razy naprawdę próbowałam go uwieść. Zawsze była jakaś wymówka – za dużo alkoholu, randka późno w nocy z inną dziewczyną. Jest to bardziej niż upokarzające, ale co mogę zrobić? Ilość czasu, który z nim spędzam ma bezpośrednie przełożenie na moje obowiązki w pracy. Kelly jest zachwycona uwagą prasy, jaką ściągam na firmę, a ja tylko muszę uśmiechać się do zdjęć. Nigdy nie myślałam, że będę coś takiego robiła, ale mamy tę dosyć dziwaczną cichą umowę: ja zachowuję się jak jego dziewczyna, a on winduje mnie do góry w pracy. Trochę przerażający, ale na swój sposób całkowicie równoważny układ. Oboje zyskujemy coś, na czym nam zależy. – Wypowiedzenie na głos tego, czego jeszcze nikomu nie powiedziałam, przyniosło mi ulgę.

– Nie słyszałem ani słowa z tego, co mówiłaś.

– Świetnie. Dziękuję za uwagę. Wiesz, to ty zadałeś pytanie.

– Trochę się wyłączyłem, kiedy powiedziałaś, że nigdy z nim nie spałaś. Ty naprawdę z nim nie chodzisz? – zapytał, kciukiem wprowadzając pustą filiżankę w ruch wirowy.

– Sammy, widziałeś, jaki jest Philip. On nie potrafi z nikim chodzić. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego wybrał właśnie mnie, ale szczerze mówiąc, to podbudowuje moje ego. Ale nigdy nie mogłabym być z kimś takim. Nawet jeśli ma fantastyczne mięśnie brzucha.

– Fantastyczne mięśnie brzucha, co? Lepsze niż te? – I zanim się zorientowałam, co się dzieje, podciągnął koszulę i odsłonił doskonale napięty brzuch.

– Do diabła – westchnęłam, wyciągając rękę, żeby poklepać „kaloryfer”. – Tu być może musiałabym przyznać punkt tobie.

– Być może? – oburzył się, obciągnął koszulę, wziął mnie za rękę i przyciągnął bliżej. – Chodź no tu.

Pocałowaliśmy się, tym razem naprawdę, przysuwając się tak blisko, jak tylko pozwalały miniaturowe taboreciki, dotykając swoich rąk, twarzy, włosów, staraliśmy się przysunąć jeszcze bliżej.

– Tego się tu nie robi – powiedział niski mężczyzna, stukając dwa razy w blat stolika. – To nie jest właściwe.

Odsunęliśmy się, zawstydzeni, że zwrócono nam uwagę, i usiedliśmy prosto. Sammy przeprosił mężczyznę, który tylko kiwnął głową i poszedł dalej.

– Czy to był nasz pierwszy publiczny pocałunek? – zapytał Sammy.

– Z całą pewnością. – Zaśmiałam się zachwycona. – A ja myślę, że to coś więcej niż tylko pocałunek. Można by to nawet zaliczyć jako macankę. I to na Wielkim Bazarze w Stambule.

– A czy istnieje lepsze miejsce? – powiedział Sammy, pociągając mnie do góry tak, że wstałam z taboretu. Zaczęłam wychodzić za nim z kawiarni, ale zatrzymał mnie i odwrócił twarzą do siebie. – Ja nie żartuję, Bette. To nie jest zabawa.

– Ja też nie, Sammy. – Myślałam, że udławię się tymi słowami, ale jego uśmiech pozwolił mi zaczerpnąć tchu.

– Chciałbym cię teraz objąć, ale nie chcę zostać wychłostany za obrazę moralności publicznej. – Zamiast tego położył rękę na moim ramieniu. – Przebrnijmy przez resztę tej wycieczki, dobrze? Będziemy się wymykali, kiedy tylko się da, ale nie powinniśmy dać się przyłapać.

Kiwnęłam głową, chociaż jedyne, na co miałam ochotę, to dosypać tygodniową porcję valium do napojów Isabelle i Philipa, a potem patrzeć, jak najpierw młócą powietrze, a potem zapadają w miły, spokojny, niekończący się odpoczynek. Ale nie! To nie było całkiem w porządku. Żadne z nich nie zasługiwało na śmierć. Po cichu zgodziłam się darować im życie, pod warunkiem że wybiorą lot w jedną stronę do dowolnej wioski w czarnej Afryce. To było do przyjęcia.

Droga zakosami przez pięć przecznic do hotelu zajęła nam godzinę. Obściskiwaliśmy się, chwytaliśmy, dotykaliśmy i obmacywaliśmy w każdej bramie, jaką udało nam się znaleźć, wykorzystując każdy odosobniony albo pusty zaułek, przejście, drzewo czy ławkę, która dawała nam na kilka minut schronienie przed karcącymi spojrzeniami. Kiedy już widać było złotą fasadę hotelu Four Seasons, zdołałam ustalić ponad wszelką wątpliwość, że Sammy nosi bokserki od Calvina Kleina.

– Ty idź pierwsza. Rób, co musisz robić, żeby przetrwać następne parę dni, tylko nie dotykaj Philipa Westona w żaden sposób i w żadnej formie. Nienawidzę świadomości, że macie wspólny pokój. – Opuścił kąciki ust w dół, aby okazać obrzydzenie, i lekko zadrżał.

– Ach tak, a ja jestem zachwycona myślą, że gramolisz się do łóżka obok Isabelle, cały czas powtarzając jej, jak cudownie wygląda w nowej bieliźnie La Perli. – Na samą myśl mnie zemdliło.

– Idź – szepnął, przyciskając swoje usta do moich. – Zobaczymy się dziś na kolacji, dobrze?

– Dobrze – mruknęłam, oddając mu szybki pocałunek. A potem, wbrew sobie, wyjąkałam: – Będę za tobą tęskniła. – Uśmiechnęłam się do portiera szeroko jak upalona crackiem narkomanka i dosłownie w podskokach wbiegłam do windy, a potem z windy do pokoju. Ledwie zauważyłam Philipa rozwalonego na łóżku, odzianego tylko w ręcznik i jedwabną opaskę na oczy.

– Gdzie byłaś, kochanie? Jestem kompletnie wykończony. Ten kac mnie zabije, a ty zostawiłaś mnie tu samego – jęczał. – Może przygotowałabyś mi zimny kompres? Byłoby genialnie.

– Może sam sobie zrobisz zimny kompres, Philipie? – zaproponowałam wesoło. – Wpadłam tylko zostawić te rzeczy po drodze do spa. Weź advil albo dwa i bądź ubrany i gotowy w holu o siódmej czterdzieści pięć, dobrze? – Trzasnęłam mocno drzwiami, żeby jak najgłośniej pohałasować, i podskakiwałam przez całą drogę do szykownej marmurowej tureckiej łaźni. Poprosiłam recepcjonistkę, żeby dodała mi do peelingu masaż, pedikiur i wysoką szklankę miętowej herbaty i powoli rozluźniłam się w pachnącej eukaliptusem saunie parowej, myśląc o Sammym.

Загрузка...