7

Była siódma trzydzieści czwartego dnia mojej pracy jako organizatorki imprez w Kelly & Company. Kiedy wracałam do domu, na stojaku na prasę w pobliżu mojego domu znajdował się tylko jeden egzemplarz „New York Daily News” z felietonem Willa. Czytałam „Wolą ludu” prawie co tydzień, odkąd nauczyłam się czytać, ale z jakiegoś powodu nigdy nie udało mi się zaprenumerować żadnej z gazet, która go drukowała. Oczywiście nigdy nie podniosłam w dyskusji tematu stopniowej zmiany tej rubryki w prywatną trybunę, z której Will wygłaszał swoje ekscentryczne perory na temat każdej społecznej „tragedii”, jaka spadła na jego ukochane miasto, ale trzymanie buzi na kłódką zaczynało być coraz trudniejsze.

– Bette! Świetny ten dzisiejszy felieton, jeśli pytasz mnie o zdanie! – ryknął pijackim głosem mój portier Seamus, otwierając drzwi budynku i powiewając egzemplarzem gazety. – Ten twój wujek za każdym razem trafia w sedno!

– Dobry? Jeszcze nie czytałam – powiedziałam roztargniona, idąc i mówiąc szybko, tak jak to robią ludzie, którzy rozpaczliwie starają się uniknąć rozmowy.

– Dobry? Fantastyczny! Nareszcie ktoś to rozumie! Każdy, kto żartuje z Hillary Clinton, jest moim przyjacielem! Myślałem, że byłem jedyną osobą w całym mieście, która głosowała na George'a W., ale twój wujek upewnia mnie, że nie.

– Mmm. Pewnie tak. – Zmierzałam w stronę windy, ale on nie przerywał.

– Są jakieś szanse, że wpadnie cię odwiedzić? Marzę o tym, żeby osobiście mu powiedzieć, jak bardzo…

– Z pewnością dam ci znać! – zawołałam, gdy drzwi windy wreszcie go wygłuszyły. Pokręciłam głową, wspominając jedyną wizytę wujka u mnie w domu i to, jak Seamus wychodził z siebie, kiedy rozpoznał nazwisko Willa. Przerażające było, że uosabia grupę jego docelowych czytelników.

Millington o mało się nie połamała, wijąc się w paroksyzmach radości, kiedy otworzyłam drzwi, podniecona nawet bardziej niż zwykle teraz, gdy znów pracowałam cały dzień. Biedna Millington. Nie będzie dziś spaceru, pomyślałam, rutynowo drapiąc ją po głowie i siadając, żeby przeczytać najnowszą tyradę Willa. Millington podreptała skorzystać ze swojej Wee-Wee Pad *, zdając sobie sprawę, że dziś też nie opuści mieszkania, a potem wskoczyła mi na pierś, żeby ze mną poczytać.

Właśnie w chwili, gdy rozsiadałam się ze swoim zbiorem menu na wynos, komórka zawibrowała na stoliku jak nakręcana zabawka. Telefon należał do firmy i, podobnie jak w przypadku! moich nowych kolegów, nie przestawał dzwonić. Ostatnie trzy wieczory spędziłam poza domem, uczestnicząc w imprezach urządzanych przez firmę, towarzysząc Kelly, gdy zajmowała i się wszystkim po kolei, od konsultacji z klientami po zwalnianie zbyt powolnych barmanów, sprawowanie roli gospodyni i organizowanie przepustek dla prasy. Godziny pracy były jeszcze bardziej wyczerpujące niż w banku – cały dzień pracy w firmie, a po nim noc poza domem – ale biuro tętniło obecnością młodych ładnych ludzi i skoro już musiałam poświęcać piętnaście godzin dziennie jednemu tematowi, uznałam, że być| może wolę didżejów albo koktajle na szampanie niż zróżnicowane portfele inwestycyjne. Przynajmniej mogłam się pochwalić imponującym tempem zdobywania wiedzy.

„Wiadomość odebrana” pojawiło się na kolorowym wyświetlaczu. SMS? Myślałam, że tak naprawdę takie wiadomości wysyłają do siebie tylko dzieciaki z liceum i ludzie głosujący w Idolu. Nigdy wcześniej nie dostałam SMS-a ani nie wysłałam. Po chwili wahania spojrzałam na wyświetlacz i nacisnęłam „odczytaj”.


kol dzis @9? cip srdm zach broad do zoba


Co to jest? Jakieś zaszyfrowane zaproszenie na kolację, to na pewno, ale dokąd i z kim? Jedyną wskazówką co do jego pochodzenia był zaczynający się od 917 numer, którego nie rozpoznałam. Zadzwoniłam pod tenże i od razu odebrała jakaś zadyszana dziewczyna.

– Hej, Bette! Co słychać? Będziesz dzisiaj? – powiedział głos, niwecząc moje nadzieje, że ktoś po prostu wybrał zły numer.

– Ee, cześć. Ee, kto mówi?

– Bette! Tu Elisa. Od tygodnia pracujemy razem całą dobę! Wychodzimy dzisiaj wszyscy, żeby uczcić załatwienie sprawy z tym przyjęciem dla Candance. Będzie zwykła ekipa. Do zobaczenia o dziewiątej.

Zamierzałam spotkać się z Penelope w Black Door, bo prawie się nie widywałyśmy podczas mojej hibernacji związanej z bezrobociem, ale nie wiedziałam, jak mogę odrzucić pierwsze towarzyskie zaproszenie od nowych kolegów.

– Ee, tak, jasne, brzmi świetnie. Możesz mi powtórzyć, dokąd idziemy?

– Cipriani Downtown? – zapytała. W jej glosie brzmiało niedowierzanie, że nie zdołałam wydedukować tego z wcześniejszej skrótowej informacji. – Byłaś tam, prawda?

– Oczywiście. Cudowne miejsce. Czy mogę przyprowadzić przyjaciółkę? Miałam już plany i…

– Bosko! Do zobaczenia za parę godzin! – zapiszczała i się rozłączyła.

Z trzaskiem zamknęłam telefon i zrobiłam to, co odruchowo robi każdy nowojorczyk po usłyszeniu nazwy restauracji: sprawdziłam Zagat *. Dwadzieścia jeden punktów za jedzenie, dwadzieścia za wystrój i nadal znośna osiemnastka za obsługę. I nie była to składająca się z jednego słowa nazwa jak Rocco, Butter czy Lotus, które może i brzmiały niewinnie, ale niemal zawsze gwarantowały wyjątkowo kiepskie wspomnienia. Na razie wszystko wyglądało obiecująco.


„Widzieć czy być widzianym” nie należy do pytań zadawanych w tej włoskiej restauracji, gdzie przyglądanie się Eurodziecinom, które udają, że wymieniają pocałunki i jedzą sałatki, jest bardziej na miejscu, niż kosztowanie zaskakująco dobrego jedzenia. Miejscowi mogą się tu czuć jak „obcy we własnym kraju”, ale wysokie ceny mówią same za siebie.


Ach, więc będzie to kolejny wieczór z Eurodziecinami. Cokolwiek to znaczy. A ze spraw bardziej istotnych, co powinnam włożyć? Elisa i ekipa obracali się w pracy w kręgu czarnych spodni, czarnych spódnic i czarnych sukienek, więc prawdopodobnie bezpiecznie będzie trzymać się tej formuły. Zadzwoniłam do banku, do Penelope.

– Hej, to ja. Jak leci?

– Uch. Masz niewiarygodne szczęście, że porzuciłaś tę nieszczęsną wyzyskiwalnię. Czy Kelly nie szuka pracowników?

– Taa, chciałabym. Ale słuchaj, co myślisz o tym, żeby wszystkich dzisiaj poznać?

– Wszystkich?

– No, nie wszystkich, tylko moich bezpośrednich współpracowników. Wiem, że miałyśmy inne plany, ale ponieważ zawsze chodzimy do Black Door, pomyślałam, że byłoby zabawnie pójść z nimi na kolację. Masz ochotę?

– Jasne – powiedziała Pen głosem, który sugerował, że jest zbyt zmęczona, żeby się ruszyć. – Avery wychodzi dzisiaj z przyjaciółmi z liceum, a ja mam na to zerową ochotę. Kolacja brzmi zabawnie. Gdzie?

– Cipriani w śródmieściu. Byłaś?

– Nie, ale moja matka obsesyjnie o tym opowiada. Nie może się doczekać, kiedy wypróbuję to miejsce.

– Czy powinnam denerwować się faktem, że twoja matka i mój wujek najwyraźniej znają każde modne miejsce w mieście, a my nie mamy o niczym pojęcia?

– Witaj w moim życiu – westchnęła. – Avery jest taki sam… zna wszystkich i wszystko. Ja się nie mogę zmusić. Sam wysiłek związany ze zwykłym życiem jest zbyt wyczerpujący. Ale dzisiaj będzie zabawnie. Naprawdę chciałabym poznać ludzi, którzy zarabiają na życie urządzaniem przyjęć. I podobno jedzenie mają tam wspaniałe.

– Cóż, nie jestem pewna, czy dla tej ekipy ma to znaczenie. W tym tygodniu spędziłam z Elisą czterdzieści godzin i nie widziałam, żeby cokolwiek jadła. Wygląda na to, że żyje papierosami i colą light.

– Dieta modnej dziewczyny, co? Brawo. Taki poziom poświęcenia zasługuje na oklaski. – Penelope westchnęła. – Zaraz jadę do domu. Bierzemy jedną taksówkę do miasta?

– Świetnie. Zabiorę cię z rogu Czternastej i Piątej chwilę przed dziewiątą. Zadzwonię, kiedy złapię taksówkę – powiedziałam.

– Brzmi dobrze. Będę czekała na dole. Pa.

Pospiesznie udałam się do szafy. Po dywagacjach i przymiarkach zdecydowałam się na obcisłe czarne spodnie i zwykły czarny top. Wygrzebałam jakieś buty na odpowiednio wysokim obcasie, kupione podczas wyprawy na zakupy do Soho, i poświęciłam trochę czasu na artystyczne rozburzenie moich bardzo gęstych czarnych włosów. Odziedziczyłam je po mamie. Wzbudzały powszechny entuzjazm do chwili, kiedy człowiek zda sobie sprawę, że z trudem daje się je ściągnąć w koński ogon i dodają pół godziny do czasu potrzebnego na przygotowanie się do wyjścia. Spróbowałam nawet zrobić sobie szczątkowy makijaż, co zdarza mi się tak rzadko, że szczoteczkę do tuszu miałam całą w grudkach, a kilka szminek zaschło w pojemnikach. Wszystko jedno, pomyślałam, śpiewając razem z Mikiem & the Mechanics The Living Years i pracując nad twarzą… To nawet dość zabawne. Musiałam przyznać, że efekt końcowy był wart dodatkowego wysiłku: nic nie zwisało mi znad paska do spodni, piersi zachowały krągłość jak u tęgiej dziewczyny, mimo że reszta skurczyła się, a tusz, którym niedbale posmarowałam rzęsy, przypadkiem idealnie się rozmazał, dając moim matowym szarym oczom seksowną przydymioną oprawę.

Penelope czekała na dworze dokładnie za dziesięć dziewiąta i zostałyśmy dowiezione pod wskazany adres na czas. Na Zachodnim Broadwayu znajdowały się setki restauracji i wydawało się, że wszyscy zgromadzili się przy stolikach na zewnątrz, pod ogrzewającymi lampami, sprawiając wrażenie wymytych do połysku i onieśmielająco szczęśliwych. Miałyśmy trochę kłopotu ze znalezieniem właściwego miejsca, ponieważ kierownictwo restauracji nie zadało sobie trudu, żeby postawić znak. Być może to kwestia praktycznego podejścia: ponieważ popularność większości modnych miejsc w Nowym Jorku trwa krócej niż sześć miesięcy, ma się jedną mniej rzecz do usuwania przy likwidacji interesu. Na szczęście pamiętałam numer z poszukiwań w Internecie i wypatrzyłyśmy wejście zza rogu. Grupa skąpo, acz kosztownie ubranych kobiet zgromadziła się przy barze, gdzie starsi mężczyźni napełniali im kieliszki, ale nie zauważyłam Elisy ani nikogo z biura.

– Bette! Tutaj! – zawołała Elisa z kieliszkiem szampana w jednej ręce i papierosem w drugiej. Rozsiadła się wśród stolików na dworze, przechylona kusząco przez jedno z ogrodowych krzeseł, jej patykowate kończyny wyglądały, jakby lada chwila miały się połamać. – Wszyscy są w środku. Tak się cieszą, że przyszłaś!

– Jezu Chryste, ależ chuda – mruknęła pod nosem Penelope, gdy szłyśmy w stroną stolików.

– Cześć – rzuciłam i pochyliłam się, żeby pocałować Elisę na powitanie. Odwróciłam się, żeby przedstawić ją Penelope, ale zauważyłam, że wciąż czeka z nastawionym policzkiem i zamkniętymi oczami. Oczekiwała tradycyjnego, europejskiego, podwójnego pocałunku, a ja przerwałam w połowie. Czytałam ostatnio niezły artykuł w „Cosmo”, określający podwójny pocałunek jako głupie, sztuczne zachowanie, i postanowiłam zawalczyć: żadnych więcej podwójnych pocałunków w moim wykonaniu. Jak mawia Oprah: „Każda kobieta ma szansą zostać bohaterką każdego dnia”. Teraz przyszła moja kolej na bohaterstwo. Zostawiłam ją w oczekiwaniu, ale powiedziałam: – Dzięki za zaproszenie. Uwielbiam to miejsce!

Szybko się pozbierała.

– Omójboże, ja też. Mają najlepsze sałatki na świecie. Cześć, jestem Elisa. – Podała rękę Penelope.

– Strasznie przepraszam, niezręcznie się zachowałam. – Zaczerwieniłam się, zdając sobie sprawą, że dla Penelope musiało to zabrzmieć śmiesznie. – Penelope, to Elisa. Przez cały tydzień pokazywała mi, jak przeżyć. Eliso, to Penelope, moja najlepsza przyjaciółka.

– Ooo, boski pierścionek – stwierdziła Elisa, chwytając lewą dłoń Pen zamiast prawej i delikatnie obmacując masywny kamień. – Blask tych karatów jest oślepiający! – Pen prezentowała swój trzykaratowy „znośny” kamień i zaciekawiło mnie, co Elisa pomyślałaby o jej drugim pierścionku.

– Dzięki – odparła Penelope, wyraźnie zadowolona. – Właśnie się zaręczyłam… – Ale zanim zdążyła skończyć, Davide chwycił Elisą od tyłu i owinął ramiona wokół jej cieniutkiej talii, uważając, żeby nie ścisnąć jej za mocno i nie złamać. Nachylił się i szepnął Elisie coś do ucha, a ona ze śmiechem odchyliła głową do tyłu.

– Davide, kochanie, zachowuj się! Znasz Bette. A to przyjaciółka Bette, Penelope.

Wszyscy udaliśmy, że wymieniamy podwójne pocałunki, ale Davide ani na sekundę nie oderwał wzroku od Elisy.

– Nasz stolik. Jest gotowy – oznajmił chrapliwie z tym włoskim akcentem, klepiąc Elisą po chudym tyłeczku i znów pochylając idealną twarz w stronę jej szyi. – Wejdźcie, kiedy będziesz finito. - Cały czas miałam wrażenie, że z jego akcentem coś jest nie w porządku. Wydawało się, że wędruje między francuskim a włoskim i wraca do francuskiego.

– Skończyłam – zanuciła radośnie Elisa, rzucając papierosa pod stół. – Chodźmy.

Mieliśmy stolik na siedem osób schowany w dalekim kącie. Elisa natychmiast mnie poinformowała, że ludzie marginalnie ocierający się o klasę mają obsesję na punkcie stolików od frontu restauracji, ale ci z prawdziwą klasą proszą o stoliki z tyłu. Skye, Davide i Leo stanowili resztę grupy, która pracowała nad imprezą z okazji książki Candance Bushnell poprzedniego wieczoru, i z ulgą zauważyłam, że tylko Elisa i Davide są parą. Wszyscy popijali drinki i o coś się kłócili, sprawiając wrażenie wyluzowanych w sposób, w jaki potrafią być tylko ludzie naprawdę pewni siebie. I oczywiście nikt nie był ubrany na czarno. Skye i Elisa miały na sobie niemal identyczne krótkie sukienki, jedna jasnokoralową, do tego cudowne srebrne buty na obcasie, a druga w kolorze idealnej akwamaryny z dobranymi sandałami, których wiązanie sięgało do połowy łydki. A mieliśmy połowę października i chłodny wieczór. Nawet faceci wyglądali, jakby przed kolacją wpadli do Armaniego. Davide jako jedyny nosił do pracy garnitur i wciąż miał na sobie ten grafitowoszary. Chociaż był znacznie bardziej obcisły niż coś, co włożyłaby większość Amerykanów, na jego wysokiej muskularnej sylwetce wyglądał znakomicie. Leo stanowił idealną kombinację tego, co modne i na luzie, w opiętych dżinsach Seven, ciasnej koszulce Vintage z napisem „Wietnam: wygrywaliśmy, kiedy wyjeżdżałem” i nowych pomarańczowych pumach dla facetów. Podeszłam, żeby zająć ostatnie wolne miejsce obok Leo, ale on podniósł się bez wysiłku, nie przerywając rozmowy, ucałował mnie w oba policzki i wysunął krzesło najpierw dla mnie, potem dla Penelope, która wyraźnie bardzo starała się zachowywać, jakby wszystko to było dla nas stałym elementem wieczoru. Kiedy usiadłyśmy, Leo wręczył nam menu i skinął na kelnera, żeby przyjął zamówienie na drinki, chociaż nadal ani na chwilę nie przerwał rozmowy.

Wysiliłam mózg, starając się wymyślić coś choćby w przybliżeniu modnego, ale po latach picia wyłącznie ginu z tonikiem z moim wujkiem okazało się to niemożliwe. Ostatnio modny był absolut, prawda?

– Ee, proszę absolut z sokiem grejpfrutowym – wymamrotałam, kiedy kelner spojrzał najpierw na mnie.

– Naprawdę? – zapytała Elisa, przyglądając mi się szeroko otwartymi oczami. – Tu chyba nawet nie podają absolutu. Może weźmiemy na początek kilka butelek wina?

– Och, jasne. Byłoby świetnie. – Cios numer jeden.

– Nie przejmuj się, ja chciałam zamówić piwo – nachylając się, szepnęła Penelope. Wybuchnęłam śmiechem, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam.

Davide rozmawiał z kelnerem, posługując się swoim włoskim z czwartej klasy, uzupełniając wypowiedź ruchami dłoni i w pewnym momencie całując czubki własnych palców, jakby sama myśl o tym, co zamówił, była tak smakowita, że nie sposób się jej oprzeć. Elisa i Skye wpatrywały się w niego z uwielbieniem. Na potrzeby reszty nas, monojęzycznych idiotów, przeszedł na swój sztucznie akcentowany angielski.

– Zamówiłem na początek trzy butelki tego chianti, jeśli to wam odpowiada. A tymczasem wolicie gazowaną czy niegazowaną?

Elisa odwróciła się do mnie i wyszeptała:

– Davide pochodzi z Sycylii.

– Och, naprawdę? To ciekawe – stwierdziłam. – Czy jego rodzice nadal tam mieszkają?

– Nie, nie, mieszka tu od czwartego roku życia, ale wciąż ma wiele uczucia dla kraju swojego urodzenia.

Zliczono głosy dotyczące preferencji co do butelkowanej wody – rozsądnie powstrzymałam się od stwierdzenia, że wystarczy mi stara poczciwa kranówa – i Davide zamówił po trzy butelki obu rodzajów. Wedle moich obliczeń wydaliśmy już prawie trzysta dolarów, a nie zamówiliśmy nawet przystawek.

– Świetny wybór wina, Davide – pochwaliła Skye, stukając wymanikiurowanymi paznokciami w klawiaturę telefonu. – Osobiście za nie ręczę. Od lat spędzamy lato w Toskanii i innego nie tykam. – Skupiła całą uwagę na telefonie, który dzwonił, i wepchnęła go do torby, rzucając pełne niesmaku spojrzenie na numer widoczny na wyświetlaczu.

Zajęłam się badaniem menu, rozmyślając, czy wszyscy pracownicy Kelly & Company są w posiadaniu wielkich funduszy powierniczych. Nie mogłam dorzucić niczego na temat subtelności chianti. Koncepcja spędzania lata moich rodziców obejmowała jazdę samochodem z Poughkeepsie nad jezioro Cayuga w Ithaca, gdzie na ganku urządzali wegańskie barbecue z miejscowymi i popijali herbatkę z lukrecji. Nie ma to jak puścić tygodniową wypłatę na posiłek, na który od początku nie miało się ochoty.

– No więc, jak wielka była wczorajsza porażka? – zapytał Davide. – Bo, rozumiecie, jakie są szanse, że nie pokaże się ani jedna osoba ze sław kategorii A?

– Było parę osób z obsady Seksu w wielkim mieście - z namysłem przypomniał Leo.

– Ee, przepraszam, ale nie uważam, żeby Chris Noth i John Corbett liczyli się jako klasa Al – stwierdziła Skye. – Widziałeś Sarah Jessicę Parker? Nie! A poza tym SWWM – naprawdę użyła skrótu – jest taki przebrzmiały. Całość to był jeden wielki koszmar.

Warner Brooks złożyli zamówienie na urządzenie przyjęcia z okazji wydania czwartej powieści Candance Bushnell i najwyraźniej wynikło fatalne nieporozumienie. Ponieważ nie zajmowałam się tym od początku, wzięłam tego wieczoru udział w innej imprezie, kolacji powitalnej dla dyrektora jednego z nowych klientów Kelly & Company.

Leo westchnął.

– Wiem, oczywiście masz rację. Zrobiło się po prostu tak… tłoczno!

– Tak, no właśnie, prawda? Bo kim były te wszystkie dziewczyny na zewnętrznym patio? Dosłownie atakowały szampana. Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widziały bąbelków. A ci dwaj faceci z akcentem ze Staten Island, którzy wszczęli bójkę? Paskudne – dodała Skye.

– Tak, Penelope, niczego nie straciłaś – zapewniła Elisa, chociaż Penelope wyraźnie nie miała pojęcia, o czym wszyscy dyskutują. – Ale taka już uroda książkowych imprez. Wydawcy są zwykle tak bardzo poza obiegiem, że nie mają pojęcia, czy impreza przyciągnęła właściwych ludzi, czy nie.

Davide subtelnie sączył wino i potakiwał.

– Przynajmniej nie będziemy musieli znosić kolejnej przemowy Kelly „Dlaczego Lista załatwia imprezę”. Naprawdę nie sądzę, żebym zdołał wysłuchać tego do końca.

Słyszałam o „Liście” od poniedziałku, ale Kelly nie miała jeszcze czasu zapoznać mnie z „najbardziej wszechstronną bazą danych, obejmującą wszystkich, których warto znać”. Zarezerwowała następny dzień, piątek, żeby zademonstrować mi splendor Listy. Wciąż czekałam na ujawnienie drugiej strony medalu, nie potrafiąc zaakceptować faktu, że Kelly naprawdę jest taką nieziemsko radosną osobą, jaką się wydaje, ale na razie zachowała ten niezmordowany optymizm niezmącony. I chociaż, sądzę. Will nie dał jej zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o zatrudnienie mnie, wydawała się być z tego powodu szczerze zadowolona. Obserwowałam ją uważnie przez cztery pełne dni, rozpaczliwie starając się wytropić jakąś paskudną skazę albo coś zniechęcającego, i wciąż jeszcze nie zdołałam odkryć ani jednej negatywnej cechy jej osobowości. Czy to możliwe, że jest stuprocentowo wspaniała, urocza i odniosła sukces? Najpoważniejszą wadą, którą zauważyłam, była jej skłonność do pogodnych e-maili z masą emotikonów. Ale ani razu nie użyła określenia „pogaduszki” i nie dotknęła niczego na moim biurku spoconymi rękami, więc z największą przyjemnością puściłam to w niepamięć.

Mój telefon zadzwonił w chwili, kiedy wszyscy zaczęli się kłócić, czy Kelly już robiła sobie oczy w dojrzałym wieku lat trzydziestu czterech, i chociaż pospiesznie go wyciszyłam, zorientowałam się, że cała grupa nie tylko nie ma nic przeciw temu, żebym odebrała, ale wręcz tego oczekuje.

– Bette, hej, jak się masz? Michael.

Głos miał jakby niepewny.

– Michael, kotku, co u ciebie? – Kotku? Pozwoliłam, żeby mi się to wyrwało zupełnie nieświadomie. Zebrani przy stole spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, największym w przypadku Penelope. Widziałam, jak bezgłośnie powtarza „Kotku?” i patrzy na mnie pytająco.

– Kotku? – roześmiał się Michael po drugiej stronie. – Co jest, upiłaś się? Zwolnili mnie wcześniej! Powiedz mi, gdzie jesteś, to podjadę się z tobą spotkać.

Roześmiałam się przymilnie, kompletnie nie potrafiąc wyobrazić sobie Michaela, który przypominał Jona Cryera, jak po swojemu uroczo dowcipkuje, podczas gdy Davide rozwija temat willi, którą właśnie wynajęli na Sardynii na sierpień przyszłego roku. – Jestem na kolacji ze znajomymi, ale za godzinę czy coś koło tego kończymy. Mogę do ciebie oddzwonić, kiedy wrócę do domu?

– Jasne – mruknął zmieszany. – Zadzwoń do domu, bo w komórce siadła mi bateria.

– Później pogadamy. – Z trzaskiem zamknęłam telefon.

– Czy to nasz Michael? – zapytała Penelope, wyraźnie zdezorientowana.

– Kto to był? – zagadnęła Elisa, niecierpliwie pochylając się nad stołem. – Jakaś miłosna historia? Seksowny menedżer z banku? Niewyjaśnione uczucie, które teraz może się doczekać ujawnienia, bo już razem nie pracujecie? Mów!

I chociaż myśl o przespaniu się z Michaelem była równie zachęcająca jak myśl o przespaniu się z moim własnym wujkiem i Michael był szaleńczo zakochany w swojej słodkiej, rozkosznej dziewczynie, a Penelope świetnie wiedziała, że między mną a nim zupełnie niczego nie ma, nie zaprzeczyłam.

– Eee, coś w tym rodzaju – stwierdziłam, celowo patrząc w stół, gdy tymczasem pierwszy raz tego wieczoru skupiła się na mnie uwaga wszystkich. – My, eee, musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy.

– Ooch! – krzyknęła Elisa. – Wiedziałam! Przypilnuj, żeby Kelly dodała go do Listy, żeby mógł przyprowadzać swoich wspaniałych przyjaciół bankierów na imprezy! Świetnie. Wypijmy za to! Za Bette i jej nowego chłopaka!

– Cóż, on właściwie nie jest…

– Za Bette! – zawtórowali wszyscy, stukając się kieliszkami z winem. Penelope podniosła kieliszek, ale wpatrywała się przed siebie. Wszyscy wypili. Przełknęłam i trąciłam Pen łokciem. Na szczęście w okolicy deseru wszystko nieco straciło ostrość.

– Rozmawiałem z Amy i powiedziała, że możemy wpaść dziś do Bungalowu – oznajmił Leo, odgarniając z oczu nieskazitelnie rozjaśnione włosy. Elisa twierdziła, że z wyjątkiem Leo wszyscy faceci siedzący przy stole są heteroseksualni, ale nie mogłam w to uwierzyć. Do tej pory omówili najlepsze miejsca w mieście, żeby pójść na masaż twarzy, naprawdę stylowe męskie klapki od Johna Varvatosa i uzgodnili, jakie to irytujące, kiedy ich ulubiony instruktor pilatesu zaczyna zajęcia dziesięć minut spóźniony.

– Bungalow? Chodzi o Bungalow Osiem? – zapytałam, za bardzo rozluźniona z powodu lejącego się strumieniami wina.

Rozmowa ucichła w pół słowa i sześć idealnie zadbanych i/lub umalowanych twarzy zwróciło się w moją stronę. W końcu to Skye zebrała dość siły, żeby udźwignąć ciężar mojego pytania.

– Tak – powiedziała cicho, unikając kontaktu wzrokowego, najwyraźniej wstydząc się za mnie. – Amy Sacco jest właścicielką Bungalowu oraz Lot Sześćdziesiąt Jeden i bardzo bliską przyjaciółką Kelly. Jesteście na liście na dzisiejszy wieczór, a to najlepsza impreza tygodnia.

Wszyscy skinęli głowami.

– Wchodzę w to – stwierdził Davide, bawiąc się włosami Elisy. – O ile mamy gwarancję, że dostaniemy stolik. Inaczej nie dam rady, nie dziś.

– Oczywiście – zgodziła się Elisa.

Kiedy przyniesiono rachunek, było już dobrze po północy i chociaż Penelope przyjacielsko gawędziła z Leo, widziałam, że nie może się doczekać, żeby pójść do domu. Ale wyjście do Bungalowu zapowiadało się zabawnie, więc rzuciłam jej kilka znaczących spojrzeń i wyszłam do łazienki, gdzie zaczekałam, aż do mnie dołączy.

– Co za miły wieczór – powiedziała neutralnie.

– Tak, są super, prawda? Tacy inni.

– Zdecydowanie. Hej, mam nadzieję, że nie będzie ci przykro, jeśli wyniknę się wcześnie. – Wydawała się bardzo odległa.

– Wszystko w porządku? Co się stało?

– Nie, nic, zupełnie. Po prostu jest dosyć późno i nie jestem pewna, czy mam ochotę na, eee, Bungalow. Ustaliliśmy z Averym że spotkamy się w domu o północy, więc lepiej już pójdę. Mniejsza z tym, kolacja była świetna. Chyba po prostu dopadło mnie zmęczenie, ale ty idź i baw się dobrze, okej?

– Na pewno? Możemy spokojnie wrócić jedną taksówką i pójdę spać – zaproponowałam. – Też nie jestem pewna, czy mam na to ochotę.

Pen oszczędziła mi kłopotu.

– Nie bądź śmieszna. Idź i baw się za nas obie.

Wróciłyśmy do grupy i ponownie zajęłyśmy miejsca przy stole, gdzie krążyła ostatnia, jak miałam nadzieję, butelka wina. Kiedy kelner szerokim gestem zaprezentował rachunek, nie adresując tego ruchu do nikogo w szczególności, gwałtownie wciągnęłam powietrze. Szybkie obliczenie w pamięci powiedziało mi, że będę winna około dwustu pięćdziesięciu dolarów. Ale najwyraźniej dzielenie rachunku nie wchodziło w grę, ponieważ Davide sięgnął po skórzany portfelik i nonszalancko obwieścił:

– Ja płacę.

Nikt nawet nie mrugnął, ani nie usiłował się z nim sprzeczać.

Davide wysunął czarną jak smoła kartę z portfelika i podał kelnerowi. Oto mityczna Czarna Karta American Express, dostępna za zaproszeniem tylko dla tych, którzy mają obciążenia na poziomie minimum stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie. Sama zupełnie niedawno dowiedziałam się o jej istnieniu. Została wspomniana przy okazji rozmowy na inny temat, w kontekście w rodzaju „Komu potrzebna czarna karta, kiedy ma do dyspozycji niewyczerpane konta tatusia?” w odniesieniu do jakiejś anonimowej córki sławnego człowieka. Nikt oprócz mnie nie wydawał się zainteresowany całą sytuacją.

– Gotowi? – zapytała Elisa, wygładzając sukienkę na rozkosznych wąskich biodrach. – Będziemy potrzebowali dwóch taksówek. Leo i Skye, może pojedziecie pierwszą? Davide, Bette, Penelope i ja spotkamy się z wami na miejscu. Jeżeli dotrzecie pierwsi, wolałabym stolik najbliżej baru po lewej, dobrze?

– Och, wiesz, chyba pojadę do domu – powiedziała Penelope. – Kolacja była wspaniała, ale muszę jutro być wcześnie w pracy. Miło było was poznać.

– Penelope! Absolutnie nie możesz iść do domu. Noc dopiero się zaczyna! No chodź, to będzie świetna impreza – pisnęła Elisa.

Pen się uśmiechnęła.

– Bardzo bym chciała, naprawdę, ale dziś po prostu nie mogę. – Złapała płaszcz, krótko uścisnęła mnie na pożegnanie i pomachała reszcie. – Davide, dziękuję za kolację. Miło mi było was wszystkich poznać. – I zanim zdążyłam powiedzieć, że później do niej zadzwonię, zniknęła.

Załadowaliśmy się wszyscy do zamówionych wcześniej taksówek i w drodze zdołałam kiwać głową i mruczeć „hmm” we właściwych momentach. Dopiero kiedy staliśmy przed aksamitną liną przy wejściu do Bungalowu, zdałam sobie sprawę, że jestem już lekko pijana i, prawie nie mając doświadczenia z nawet w przybliżeniu modnymi nocnymi klubami, poważnie się narażam, że zrobię albo powiem coś naprawdę upokarzającego.

– Eliso, chyba lepiej się wymknę-powiedziałam słabo. – Nie czuję się najlepiej i muszę jutro wcześnie wstać na…

Elisa wydała z siebie wysoki pisk, jej zapadnięta twarz ożyła.

– Bette! Chyba żartujesz! Jesteś, praktycznie rzecz biorąc, dziewicą, jeśli chodzi o Bungalow, i skoro tu dotarliśmy, to wchodzisz. Pamiętaj o tym, że imprezowanie należy do naszych obowiązków!

Byłam na wpół świadoma, że trzydzieści czy coś koło tego osób w kolejce – głównie faceci – gapi się na nas, ale Elisa wydawała się nie zwracać na to uwagi. Davide odbywał jakieś przedziwne powitanie z przybijaniem piątki i stukaniem się kostkami z jednym z bramkarzy, a ja zorientowałam się, że jestem w stanie działać tylko po linii najmniejszego oporu.

– Jasne – wymamrotałam bezsilnie. – Brzmi świetnie.

– Sammy, jesteśmy dzisiaj na liście Amy – pewnym głosem oznajmiła Elisa bramkarzowi od Davide'a. Miał jakieś sześć stóp trzy cale wzrostu, dwieście dwadzieścia funtów wagi i okazał się tym samym idiotą, który stał przy drzwiach na przyjęciu Penelope. Nie wydawał się specjalnie rozbawiony zamieszaniem przy drzwiach, ale kiedy tylko Elisa wypuściła go z objęć, powiedział:

– Oczywiście, Eliso. Ile osób? Wchodźcie. Powiem menedżerowi, żeby dał wam dobry stolik.

– Świetnie, kotku, wielkie dzięki. – Pocałowała go w policzek i chwyciła mnie za łokieć, mocno się nachylając i szepcząc mi do ucha: – Ci faceci mają się za bogów, ale nigdy bym z nimi nie gadała, gdyby nie pracowali tu przy drzwiach.

Kiwnęłam głową, mając nadzieję, że bramkarz nas nie słyszał, nawet jeśli na to zasługiwał. A potem podniosłam wzrok i zobaczyłam, że się we mnie wpatruje.

– Hej. – Sammy mnie poznał i skinął głową.

– Hej – odpowiedziałam i zdołałam się powstrzymać od wytknięcia mu, że tym razem nie ma oporów, żeby mnie wpuścić. – Dzięki za parasol.

Nie usłyszał, odwrócił się już, żeby zdjąć z zaczepu czerwoną aksamitną linę i oznajmić oczekującej hordzie, że ich szczęśliwy moment jeszcze nie nadszedł. Powiedział coś do swojej krótkofalówki i szarpnięciem otworzył drzwi. Przemknęliśmy obok szatni i natychmiast ogarnęła nas chmura dymu.

– Skąd go znasz? – zapytała Elisa, gdy Davide witał wszystkich w promieniu dziesięciu metrów.

– Kogo?

– Tępaka przy drzwiach.

– Kogo?

– Tego idiotę, który pracuje przy drzwiach – powtórzyła, wydmuchując porcję dymu, która mogłaby wypełnić cale płuca.

– Wydawało mi się, że go lubisz – powiedziałam, wspominając, jak ciepło go objęła.

– A co miałam zrobić? Wszystko to element układu. Straszny obciach. Znasz go?

– Był wrogo do mnie nastawiony na przyjęciu zaręczynowym Penelope parę tygodni temu. Kazał mi czekać na dworze całe wieki.

– Wszystko jedno. Chodźmy się zabawić.

Jak na najmodniejszy klub w kraju, nie wygląda zbyt imponująco. Prostokątna sala z barem w odległym końcu i mniej więcej ośmioma stolikami otoczonymi ławkami wzdłuż każdego boku. Ludzie tańczyli na środku sali, a inni gromadzili się przy barze. Tylko wysoki szklany sufit i rząd palm zrobiły na mnie wrażenie pewnej egzotyki.

– Hej, tutaj! – zawołał Leo, usadowiony na kanapie w odległym kącie po lewej, dokładnie tak jak życzyła sobie Elisa. Niewidoczny didżej puszczał 50 Cents i zauważyłam, że Skye rozsiadła się już na kolanach jakiegoś faceta i rytmicznie porusza miednicą w takt muzyki. Na naszym stole urządzono coś w rodzaju minibaru z rozstawionymi byle jak butelkami veuve cliquot, ketel one i tanqueray. Do mieszania drinków dostarczono karafki soku pomarańczowego, grejpfrutowego i żurawinowego, do tego parę butelek toniku i gazowanej wody. Penelope wspomniała o zaporowej cenie za przyjęcie, więc wiedziałam, że płacimy wiele setek dolarów za każdą butelkę.

– Co mogę ci podać do picia? – odezwał się zza moich pleców Leo.

Nie chcąc ryzykować kolejnego niemodnego drinka, poprosiłam po prostu o kieliszek szampana.

– Już podaję. Chodź, zatańczymy. Skye, idziesz?

Leo wstał, ale Skye podczas ostatnich sześciu minut przeszła do pełnowymiarowego obściskiwania się z facetem, na którego kolanach okrakiem siedziała. Nie czekaliśmy na odpowiedź.

Tłum był niemal jednolicie urodziwy. Wszyscy mieścili się w przedziale wiekowym od po dwudziestce do po trzydziestce i wszyscy najwyraźniej byli tu już wcześniej. Kobiety, wysokie i szczupłe, z klasą i pełną swobodą wystawiały na widok publiczny niezmierzone połacie ud i głębiny dekoltów. Mężczyźni poruszali się obok nich bez kropli potu, przesuwali rękami po ich biodrach, plecach i ramionach, nie pozwalając, żeby dziewczynom ubywało drinków. W niczym nie przypominało to pewnej nocy, którą jako zbuntowana nastolatka niefortunnie spędziłam w kącie, przerażona wijącymi się masami w klubie Limelight.

W chwili gdy skończyłam chłonąć całą tę scenę, Leo wybrał już jakąś brunetkę. Tańczył z nią i parą o urodzie modeli. Cała czwórka poruszała się w idealnej zgodzie z rytmem, ciało przy ciele. Od czasu do czasu zmieniali pozycję, tak że dziewczyny znajdowały się twarzami do siebie i ocierały się biodrami.

Poszłam do łazienki i w drodze powrotnej poczułam, że wokół mojej piersi oplatają się ramiona, których przynależności nie zdążyłam jeszcze zidentyfikować. Dziewczyna miała długie do pasa kręcone włosy o lekko mysim, brązowym kolorze i pachniała dymem oraz płynem do płukania ust – w równych proporcjach.

– Bette, Bette, nie mogę uwierzyć, że minęło tyle czasu! – wrzasnęła mi w ramię, nie zwalniając uścisku. Podbródek wcisnęła pomiędzy moje piersi w sposób zdecydowanie krępujący, biorąc pod uwagę fakt, że jej tożsamość wciąż pozostawała pod znakiem zapytania. Ściskała mnie przez kilka kolejnych sekund i kiedy się odsunęła, nie mogłam być bardziej zdziwiona.

Abby Abrams.

– Abby? To ty? Rany, naprawdę minęło sporo czasu – powiedziałam ostrożnie, usiłując nie pokazać po sobie, jak bardzo jestem niezadowolona, że ją widzę. Z czasów college'u miałam o niej same okropne wspomnienia i jakimś sposobem zdołałam zapomnieć o jej istnieniu, kiedy wszyscy przenieśliśmy się do miasta. Aż do tej pory NY okazał się na tyle przestronny, że przez pół dekady ani razu na siebie nie wpadłyśmy, ale moje szczęście najwyraźniej się skończyło. Pięć lat od opuszczenia college'u sprawiło, że wyglądała na twardszą i starszą, niż wskazywałby wiek. Najwyraźniej zrobiła sobie operację nosa i dodała bardzo solidną porcję kolagenu w okolicy ust, ale najbardziej rzucały się w oczy piersi. Biust superdużego rozmiaru zdominował całą jej niewysoką sylwetkę.

– Właściwie to używam teraz wersji Abigail – poprawiła mnie natychmiast. – Co za szaleństwo, prawda? Oczywiście słyszałam, że pracujesz w Kelly, więc wiedziałam, że prędzej czy później tu na ciebie wpadnę.

– Hę? Co masz na myśli? Jak długo mieszkasz w mieście?

Spojrzała na mnie z lekka przerażona i pociągnęła na kanapę. Próbowałam się oswobodzić, ale nie zwalniała zabójczego uścisku i nachyliła się o wiele za blisko.

– Mówisz serio? Nie słyszałaś? Obracam się w wirze świata mediów!

Musiałam użyć lewej dłoni, by zasłonić usta. Udałam, że kaszlę, żeby nie zauważyła, jak daremnie usiłuję powstrzymać się od śmiechu. Jeszcze w czasach Emory Abby uwielbiała oznajmiać, jak to znajduje się „w wirze” tego czy tamtego – żeńskiej organizacji studenckiej albo męskiej drużyny koszykówki czy uniwersyteckiej gazety. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co to oznacza – w sumie używała zwrotu niepoprawnie – ale z jakiegoś powodu trzymała się tej frazy i nie chciała z niej zrezygnować. Na pierwszym roku mieszkałyśmy na tym samym piętrze. Dość szybko zauważyłam, że ma dziwny talent do wyczuwania ludzkich słabości. Zawsze dręczyła mnie przesłuchaniami na temat chłopaków, którzy mi się podobali, i w ciągu dwunastu godzin od mojego wyznania „przypadkowo” zaczynała się uganiać za każdym, czyje nazwisko wymieniłam. Podsłuchałam kiedyś, jak męczy w łazience jakąś Azjatkę, chcąc wydobyć z niej wskazówki, jak uzyskać „seksowne, skośne spojrzenie” przy użyciu kredki do oczu. Kiedyś „pożyczyła” sobie pracę z historii jednej z koleżanek z zajęć i złożyła jako własną, przyznając się do „pomyłki” dopiero wtedy, gdy profesor zagroził, że obleje je obie. Penelope i ja poznałyśmy Abby mniej więcej w tym samym czasie, na seminarium pisarskim na pierwszym roku, i z miejsca zgodziłyśmy się, że trzeba jej unikać. Od początku była koszmarna: dziewczyna, która poczyni subtelny, ale złośliwy komentarz na temat twojej fryzury, chłopaka czy stroju, a kiedy nieuchronnie się obrazisz, będzie udawała, że jest przerażona tym, co zrobiła, i żałuje. Spławiałyśmy ją często i regularnie, ale wydawała się tego nie dostrzegać. Celowo podtrzymywała kontakt, żeby nas pognębić. Nietrudno zgadnąć, że nigdy nie miała żadnej prawdziwej przyjaciółki, ale za to utrzymywała stałe tempo w pracowitym zaliczaniu wszystkich męskich organizacji i drużyn sportowych w Emory.

– „Wir świata mediów”, tak? Nie, nie wiedziałam. A gdzie teraz pracujesz? – zapytałam najbardziej znudzonym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć. Przysięgłam sobie, że nie pozwolę, żeby zalazła mi za skórę.

– Niech pomyślę. Zaczynałam w „Elle”, a potem przeskoczyłam do „Slate”, bo to bardziej modne, wiesz? Miałam krótki przystanek w „Vanity Fair”, ale polityka biurowa była taka ekstremalna. Teraz działam jako wolny strzelec, wszędzie zobaczysz moje nazwisko!

Myślałam o tym przez chwilę i nie zdołałam przypomnieć sobie jej nazwiska… nigdzie.

– A ty, panienko? Jak tam nowa praca? – zaskrzeczała.

– Eee, tak, minął jakiś tydzień, chyba, i na razie jest całkiem fajnie. Nie jestem pewna, czy to wir świata public relations, ale mnie się podoba.

Nie wyczuła sarkazmu albo go zignorowała.

– Tylko tak dalej, dziewczyno! To strasznie gorąca firma, reprezentują teraz wszystkich najlepszych klientów. Omójboże, po prostu genialną masz tę bluzkę. Najlepszy możliwy wybór, kiedy chce się ukryć nieduży brzuszek, wiesz? Cały czas taką noszę!

Odruchowo wciągnęłam brzuch.

Zanim zdążyłam powiedzieć coś paskudnego, w rodzaju, że przy jej sylwetce pięć funtów wyglądałoby jak dwadzieścia, odezwała się:

– Hej, a rozmawiałaś ostatnio z Cameronem? Tak miał na imię twój chłopak, prawda? Słyszałam, że zostawił cię dla modelki, ale oczywiście nie uwierzyłam w ani jedno słowo.

To by było na tyle, jeśli chodzi o niezniżanie się do jej poziomu.

– Cameron? Nie wydaje mi się, żebyś go znała. W każdym razie facet oddycha i mieszka w Nowym Jorku, więc…

– Och, Bette, naprawdę cudownie cię widzieć – ciągnęła, ignorując mój komentarz. – Muszę cię zabrać na lunch, okej? Mamy tyle do nadrobienia. Od wieków miałam do ciebie zadzwonić, ale po college'u po prostu zniknęłaś! Z kim się teraz spotykasz? Nadal z tą cichą myszowatą dziewczyną? Była taka słodka. Jak miała na imię?

– Och, masz na myśli Penelope? Wygląda fantastycznie, jest zaręczona i owszem, nadal się widujemy. Na pewno jej przekażę, że przesyłasz pozdrowienia.

– Tak, tak, stanowczo to zrób. To co, zadzwonię do ciebie do pracy w przyszłym tygodniu i pójdziemy na lunch w jakieś boskie miejsce, dobrze? Gratulacje, że wreszcie porzuciłaś ten okropny bank i włączyłaś się w prawdziwe życie… Nie mogę się doczekać, kiedy cię wszystkim przedstawię. Są całe tłumy ludzi, których musisz poznać!

Przygotowywałam jakąś z pewnością szczególnie ciętą odpowiedź, kiedy zmaterializowała się obok nas Elisa. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę być tak uszczęśliwiona jej widokiem.

– Eliso, to Abby – powiedziałam, sennie do niej kiwając.

– Właściwie to Abigail – włączyła się Abby.

– Jasne, aha. Abby – spojrzałam na nią znacząco – to Elisa, razem pracujemy.

– Hej, my się znamy, prawda? – wymamrotała Elisa z zębami zaciśniętymi wokół papierosa, bo grzebała w torbie w poszukiwaniu zapalniczki.

– Jasne – powiedziała Abby. Chwyciła pudełko zapałek z najbliższego stolika i z galanterią zapaliła Elisie papierosa. – Masz dla mnie papieroska?

Dokonały wymiany i zaczęły gawędzić o jakiejś nowej plotkarskiej publikacji pod nazwą „Nowojorska Bomba”. Słyszałam, jak dyskutowano o niej w biurze, i zrozumiałam, że jest wydawana od lat, ale nikt nie zwracał na nią uwagi do chwili dodania nowej pikantnej kolumny, pisanej przez kogoś, kto używa pseudonimu „Wtajemniczona Ellie”. Wychodziła dwa razy w tygodniu w necie i wersji drukowanej, a felieton Ellie – w przeciwieństwie do znanych z Page Six tekstów Cindy Adams albo Liz Smith – nie miał dołączonego zdjęcia autorki. Abby upierała się teraz, że to najlepsza rzecz, jaka pojawiła się w kręgu mediów od lat, ale Elisa twierdziła, że według jej informacji zaczytują się nią tylko wybrane grupy ze świata mody i rozrywki – przewidywała jednak, że niedługo dołączą do nich inni. Temat ich rozmowy wydawał mi się interesujący przez całą długą minutę i jeszcze pół, po czym dotarła do mnie błogosławiona prawda, że mogę po prostu przeprosić i odejść.

Zdałam sobie sprawę, że stoję samotnie wśród roju wspaniałych ludzi, którzy, tak się przypadkiem złożyło, mają zdumiewające wyczucie rytmu, i nie mogłam się ruszyć. Taniec nie należał do moich mocnych stron. Jakimś sposobem udało mi się, szurając, przetrwać kilka boleśnie powolnych piosenek na szkolnych potańcówkach (oczywiście zawsze rozpaczliwie starałam się uniknąć ośmiominutowego wykonania Stairway to Heaven) i podskakiwać do wtóru szafie grającej na imprezach w college'u, ale to, co się działo tutaj, było naprawdę onieśmielające. Zanim w ogóle zdołałam się ruszyć, ogarnęły mnie te same lęki szóstoklasistki. Stało się to w ułamku sekundy, ale uczucie, że wszyscy się gapią na mój dziecięcy tłuszczyk i aparat na zębach wróciło jak burza. Musiałam wyjść albo przynajmniej wrócić do stolika i uniknąć tego tanecznego piekła, ale kiedy tylko zebrałam myśli i skupiłam je na ucieczce, poczułam rękę poniżej kręgosłupa.

– Cześć – powiedział wysoki facet z brytyjskim akcentem i opalenizną tak idealną, że mogła pochodzić tylko ze wspaniałego solarium. – Zatańczysz?

Świadomie powstrzymałam się od wykonania zwrotu, żeby sprawdzić, czy nie mówi do kogoś innego, i zanim zdążyłam się zestresować swoim pachnącym papierosami oddechem czy faktem, że mam bluzkę przesiąkniętą potem, a on to poczuje, przyciągnął mnie do siebie i zaczął się poruszać. Tańczyć? Tańczyliśmy! Nie byłam tak blisko nikogo od czasu, kiedy podczas porannej jazdy do pracy przytulił się do mnie zboczeniec w metrze. Od-pręż-się, baw się, od-pręż-się, baw się, nuciłam w duchu, mając nadzieję zachować spokój i równowagę. Ale nie musiałam specjalnie się przekonywać; mój umysł się odmeldował, gdy ciało garnęło się bliżej tego boga o złocistej skórze, podającego mi kolejny kieliszek szampana. Wysączyłam go, a potem opróżniłam następny i zanim się zorientowałam, siedziałam u niego na kolanach, obśmiewając z resztą ekipy ten czy inny skandal, gdy tymczasem wspaniały nieznajomy bawił się moimi włosami i zapalał mi papierosy.

Zupełnie zapomniałam, że jestem niestosownie ubrana na czarno, że właśnie zostałam obrażona przez krzykaczkę wzrostu kufla piwa, która dręczyła mnie w szkole, i że nawet w przybliżeniu nie mam wyczucia rytmu. Chyba ostatnia rzecz, którą pamiętam, jakby trochę obok siebie, to chwila, kiedy podszedł jeden z przyjaciół boga i zapytał, kim jest to nowe czarujące stworzenie na jego kolanach. Nawet się nie zorientowałam, że mówią o mnie, dopóki nie objął mnie od tyłu i nie powiedział:

– Moje odkrycie. Genialna, prawda?

I ja, czarujące stworzenie, genialne odkrycie, zachichotałam rozkosznie, ujęłam jego twarz obiema rękoma i pocałowałam go prosto w usta. Co, na szczęście, jest absolutnie ostatnią rzeczą, jaką pamiętam.

Загрузка...