Jeżyk we mgle
– A więc tak – podsumowała Ałtyn Mamajewa, wysłuchawszy do końca historii, którą Nicholas w ciągu ostatniej godziny opowiedział już drugi raz (przez co relacja nie stała się ani odrobinę bardziej prawdopodobna). – Albo kompletny z ciebie dureń, albo rżniesz przede mną głupa.
Magister zamyślił się nad przedstawioną alternatywą. Pierwszy człon był zupełnie zrozumiały, ale co znaczyło „rżnąć głupa”? Logicznie rzecz biorąc, jego sens musiał sprowadzać się do: „mówić nieprawdę, udawać głupiego, kłamać”.
– Rżnąć głupa? – powtórzył z obrażoną miną. – Chce pani przez to powiedzieć, że ściemniam?
– Na sto procent – potwierdziła chłodno Ałtyn. – Udajesz głąba.
„A więc dobrze odgadłem – ucieszył się Nicholas. – A «głąb» to jedno z najczęściej używanych przez nowych Rosjan słów. Oznacza kretyna, tępaka, ofiarę oszustwa. «Rżnąć głupa»! Bardzo ciekawe wyrażenie. Trzeba będzie później zanotować”.
– Jestem kompletnym durniem – oświadczył Nicholas. – Nie ulega wątpliwości. Na sto procent.
Magister siedział w kuchni mikroskopijnego mieszkanka, do którego jego niespodziewana wybawicielka zabrała go prosto z bulwaru Sofijskiego. W samochodzie na pytanie: „Dokąd pani mnie wiezie?”, odrzekła niezrozumiale: „Do Bieskudnik”. Po chwili milczenia dodała: „Trzeba cię ukryć. Bo jak ci łeb odstrzelą, to nawet się nie dowiem, co z ciebie za pieprzona figura. No już, gadaj, bo jak nie, to zaraz odstawię cię z powrotem na bulwar”.
I Nicholas rozpoczął szczerą spowiedź. Po pierwsze, powodowany wdzięcznością wobec Ałtyn Mamajewej, która spadła mu jak z nieba. Po drugie, nie miał najmniejszej ochoty znaleźć się powtórnie na bulwarze Sofijskim (chociaż nie należało chyba pogróżki traktować całkiem poważnie). I, po trzecie, nie istniał żaden powód, by cokolwiek ukrywać. Bardzo możliwe, że miss Mamajewa wiedziała o tym, co się stało, o wiele więcej niż on sam.
Magister opowiadał więc przez całą drogę do wyżej wzmiankowanych Bieskudnik, które okazały się peryferyjną dzielnicą-sypialnią, złożoną z niezliczonych brudnobiałych bloków-pudełek, i potem, gdy wchodzili schodami na dziesiąte piętro (winda nie wiadomo dlaczego była nieczynna), a zakończył relację już w kuchence, przy filiżance kawy. Gospodyni zaparzyła ją wprawnie i szybko – dokładnie tak samo, jak obracała kierownicą swego małego samochodziku. Słuchała nie mniej uważnie niż mister Pumpkin – w skupionym milczeniu. Nie przerywała, prawie nie zadawała pytań (raz tylko zainteresowała się, kto to taki bojar Matfiejew), jedynie od czasu do czasu zerkała na opowiadającego, jakby sprawdzając, czy nie kłamie.
Teraz, w łagodnym świetle lampy z czerwonym abażurem, Nicholas mógł się przyjrzeć jak należy dziewczynie o dziwnym imieniu.
Czarne, krótko ostrzyżone włosy, czarne oczy, które wydawały się za duże w drobnej twarzy o wystających kościach policzkowych, szerokie, stanowcze usta, nos krótki i odrobinę zadarty – oto jak wyglądała właścicielka mieszkanka w Bieskudnikach. Była osóbką bardzo maleńką, wręcz filigranową, zwłaszcza w porównaniu z parametrami Fandorina. Przypominała ni to czarną, śmigłą jaskółkę, ni to jakieś małe, drapieżne (tak, zdecydowanie nieroślinożerne) zwierzątko – fretkę albo łasicę.
Nicholas w pewnej chwili uświadomił sobie, na czym polega niezwykłość twarzy Ałtyn – przez cały czas dziewczyna ani razu się nie uśmiechnęła. Sądząc z surowej linii warg, wydawało się wątpliwe, czy w ogóle kiedykolwiek rozciągają się w uśmiechu. Co prawda, Fandorin czytał w jakimś artykule, że Rosjanin w ciągu swego życia przeciętnie uśmiecha się o trzy i pół raza rzadziej niż statystyczny Europejczyk, nie mówiąc już o wiecznie szczerzących zęby Amerykanach. Napisano tam również, że ta ponurość jest wynikiem odmiennych wzorców zachowań, jak okazywanie mniejszej życzliwości wobec innych oraz nieprzywiązywanie zbyt wielkiej wagi do społecznej roli powszechnej uprzejmości. On sam jednak nie upatrywał szczególnego grzechu w tym, że uśmiech w Rosji nie utracił swego pierwotnego, podstawowego znaczenia i nie przekształcił się w pusty, niewyrażający żadnych emocji grymas. Tocząc dyskusje z zagorzałymi nieprzyjaciółmi Rosji, magister nieraz argumentował: „Jeżeli Rosjanin się uśmiecha, to jest mu naprawdę wesoło albo rozmówca istotnie przypadł mu do gustu. Natomiast kiedy uśmiecha się pan czy ja, znaczy to jedynie, że nie musimy się wstydzić swojego dentysty”. Posępny wyraz twarzy maleńkiej pani maleńkiego mieszkanka potwierdzał tę teorię. Dziewczynie nie było wesoło ani Nicholas nie przypadł jej do gustu, a więc nie miała powodu się uśmiechać.
No dobrze, trudno. Ale to, że Ałtyn Mamajewa, wysłuchawszy wszystkich interesujących ją informacji, nie uznała za stosowne niczego swemu gościowi wyjaśnić ani choćby bliżej się przedstawić, było doprawdy trochę przykre.
– Jestem pani bardzo wdzięczny – powtórzył kolejny raz Nicholas. – Zjawiła się pani tam, na bulwarze, w samą porę, jednakże…
– Ja myślę – wtrąciła tylko, w skupieniu o czymś rozmyślając. – Timing [32] był super. Jeszcze parę sekund, i ten łajdak naprawdę by cię dziabnął. Widziałeś, jakiego majchra miał w ręce?
– Niezbyt dokładnie. – Fandorin otrząsnął się, przepędzając koszmarny obraz, i uprzejmie, lecz z naciskiem przypomniał: – Nie wyjaśniła mi pani jeszcze, jak i dlaczego…
Ałtyn znów mu przerwała; podjęła, zdaje się, jakąś decyzję.
– Będziemy strzelać.
– Co takiego? – speszył się magister.
Wówczas dziewczyna, wbijając w niego natarczywe spojrzenie błyszczących czarnych oczu, wypowiedziała znów jakieś niepojęte słowa:
– Wielki Soso.
– Słucham?
– Soso Gabunija – ciągnęła niezrozumiały wątek Ałtyn. – Z tego, jak wytrzeszczasz gały, widzę, że zimno, zimno… W takim razie co… Eurodebetbank?… Nadal zimno. Westsiboil?… Też nie. Więc co jest grane? Nie kumam… Chyba nie chodzi o bojara Matfiejewa?
Nicholas poczuł, że jest u kresu wytrzymałości. Jak długo można się pastwić nad człowiekiem? To zrzucają go z dachu, to do niego strzelają, to atakują go nożem, to znów traktują jak niedorozwinięte dziecko. Dość tego, czyli enough is enough.
– Jeszcze raz dziękuję za pomoc – rzekł sztywno, wstając. – I za wyśmienitą kawę. Widzę, że nie doczekam się od pani żadnych wyjaśnień, a muszę odzyskać utracony dokument. Proszę mi łaskawie powiedzieć, jak się stąd dostać do centrum.
– Pięćdziesiąt minut autobusem 672 do Sawiełowskiej – tym samym tonem odparła Ałtyn Mamajewa. – Tyle że wieczorem autobus chodzi bardzo rzadko. No a poza tym co, chcesz jechać na gapę? Bo szmalu masz chyba zero, sam mówiłeś.
Nicholas znów opadł na taboret, całkowicie bezradny. Chucherko usiadło na kuchennym stole, pomachało maleńką jak u lalki stópką w białej tenisówce i oznajmiło:
– Teraz ja będę mówić, a ty słuchaj uważnie, rozumiesz?
– Ale czego?
– Milcz i słuchaj. Znasz czasopismo „Teleskop”?
– Tak, to tygodnik ilustrowany, wzorowany na „Timesie”. Nasza biblioteka uniwersytecka go prenumeruje, czasem do niego zaglądam.
– A więc ja pracuję w „Teleskopie” jako skaut, czyli zwiadowca. Redakcja ma taki etat. Kiedy przygotowuje się duży artykuł albo zbiera materiały na jakiś temat, my, zwiadowcy, wyszukujemy i sprawdzamy informacje. No wiesz, żeby pismo nie musiało potem zamieszczać sprostowań i być ciągane po sądach. Rozumiesz?
Tak, teraz Fandorin zaczynał chyba coś niecoś pojmować. Przecież to oczywiste, Ałtyn Mamajewa jest dziennikarką, że też od razu się nie domyślił! Bystre spojrzenie, refleks, sposób mówienia. Poza tym na tylnym siedzeniu wozu magister widział cannona z dużym, profesjonalnym obiektywem.
– Nasz naczelny postanowił wydać numer specjalny, poświęcony legalizacji szarej strefy ekonomicznej. Przechodzenie gospodarki z pierwszego, dzikiego stadium kapitalizmu w drugie, quasi-normalne. Nadrzędnym celem naszego pisma jest ukazywanie i komentowanie procesów cywilizacyjnych w Rosji. Nie demaskujemy bolączek społecznych i nie posypujemy głowy popiołem, lecz skupiamy się na pozytywnych stronach nowej rzeczywistości. Żeby ludzie, czytając „Teleskop”, myśleli: życie stało się teraz lepsze, żyje się weselej [33].
– Słuszny kierunek – pochwalił Nicholas. – Bo większość waszych gazet i czasopism ma wyraźną skłonność do masochizmu.
– Kuzia Swiszcz tak samo uważa.
– Kuźma Swiszcz? Publicysta „Teleskopu”?
– Tak, nasza supergwiazda. Dwa baksy za linijkę tekstu. Jego zadaniem jest zaprezentować sylwetkę jakiegoś poważnego biznesmena, który doszedł do pieniędzy nielegalnie, a teraz robi czyste interesy.
– No dobrze, a co ja mam z tym wspólnego?
– Poczekaj, Angliku, nie bądź taki szybki Bill. Najpierw ci wytłumaczę, co z tym wspólnego mam ja, a potem przyjdzie kolej i na ciebie. No więc tak. Kiedy writer, czyli autor, rzuca hasło: „Naprzód!”, zwiadowca bierze nogi w ręce i rusza do boju.
– A co robi writer?
– Na razie nic. W redakcji istnieje bardzo precyzyjny podział funkcji. Do obowiązków writera należy… Zresztą te informacje są ci akurat na plaster.
– Słucham?
– No… Nie mają związku ze sprawą. Istotne natomiast jest to, że mój writer Kuzia wybrał na bohatera swego artykułu Soso Gabuniję. I właśnie on będzie naszym papierkiem lakmusowym.
– Soso? – powtórzył Fandorin. – To o niego mnie pani pytała?
– Tak. Wielki Soso był z początku potężnym bossem w środowisku przestępczym, ot, takim gruzińskim Ojcem Chrzestnym. Potem zajął się biznesem – oczywiście, tylko po to, żeby prać brudne pieniądze. I wszystko tak gładko mu poszło, że kryminalne przekręty okazały się właściwie zupełnie niepotrzebne – facet i bez tego zgarnia szmal, aż miło. No i w ogóle czasy się zmieniają. Epoka gangsterskich powiązań się skończyła. Jedni mafiosi powpadali albo gryzą ziemię, a inni, co sprytniejsi, sami woleli się przekabacić. Teraz bezpieczniej i wygodniej jest nie posyłać do konkurencji zawodowca, który go sprzątnie, tylko napuścić na niego prawników czy urząd skarbowy. W sumie to pozytywne zjawisko. Soso to rozsądny gość, zawsze wie, z której strony wiatr wieje. Stał się takim wzorowym obywatelem, że można się popłakać ze wzruszenia. Jest prezesem zarządu Eurodebetbanku, sponsorem różnych przedsięwzięć kulturalnych, mecenasem młodych sportowców, dożywia sieroty i staruszków, bez metropolity i kilku protopopów nie siada do stołu i łyżki łobio [34] do ust nie weźmie. Słowem, to idealny, modelowy wzór bohatera artykułu Pan obudził sumienie i w złoczyńcy srogim. Ale zanim Kuzia stworzy na swoim macu tę balladę ludową, ja muszę sprawdzić, czy Soso istotnie stał się takim aniołem, że zasługuje na to, by znaleźć się na naszej honorowej liście nawróconych, czy też lepiej wybrać na bohatera artykułu kogo innego. To jest moje zadanie.
Nicholas spojrzał na Ałtyn z szacunkiem. No proszę, temu chucherku powierzają pracę, z którą potrafi się uporać tylko naprawdę doświadczony reporter.
– Ale przecież to bardzo trudny obowiązek. I z pewnością niebezpieczny?
Ałtyn wzruszyła ramionami.
– Mała kobietka nie może się uganiać za drobną zwierzyną – oświadczyła.
Fandorin próbował zagadnąć, ile Ałtyn może mieć wzrostu. Pięć stóp, nie więcej.
– Ile pani mierzy? Półtora metra?
– Więcej – odparła z godnością. – O cały centymetr. Dlaczego mi ciągle przerywasz? Powiedziałam przecież: masz słuchać i nie kłapać dziobem.
– Tak, tak, przepraszam. Proszę mówić dalej.
– No więc. Zajrzałam tu i tam, poskrobałam, powęszyłam. Pogadałam z tym i owym. Niby wszystko na medal, żadnego szkieletu w szafie. Operacje bankowe w porządku, jeśli nie liczyć drobnych przekrętów ze środkami z budżetu, ale tego nie uważa się u nas za wielki grzech. No, może jeszcze jakieś małe formalne lewizny, ale nic istotnego. Ostatnio Soso okropnie się napalił na pakiet kontrolny Westsiboil. To dopiero łakomy kąsek, wszystkim aż ślinka cieknie. Oczywiście, trzeba się koło tego dobrze nakręcić, podstawić kogoś, ale za te sztuczki kryminał nie grozi. Umiarkowanie brudne interesy epoki nie w pełni rozwiniętego kapitalizmu. Już miałam dać Kuzi sygnał, że może się brać do dzieła, aż tu nagle – bęc! Dokopałam się do czegoś ba-a-rdzo interesującego. – Ałtyn wytrzymała efektowną pauzę, po czym wyszeptała podniecona: – Okazuje się, że nasz Mcyri [35] ma podwójne esbe.
– Podwójne esbe? – powtórzył zakłopotany Nicholas. – A co to takiego „esbe”?
– Służba bezpieczeństwa.
– Po co w banku służba bezpieczeństwa? Przecież to zwykła spółka, a nie jakiś koncern przemysłu zbrojeniowego.
– No, służbę bezpieczeństwa ma każdy w miarę solidny bank, u nas, w Rosji, nie można się bez tego obejść. Esbe jest także w Eurodebecie. Wszystko jak Pan Bóg przykazał: szef to zawsze były pułkownik KGB, poza tym – chłopcy w garniturach, pełne wyposażenie techniczne, pozwolenia na broń – do niczego nie można się przyczepić. Ale cały smak w tym, że Wielki Soso utrzymuje jeszcze drugą służbę bezpieczeństwa! – wykrzyknęła dziennikarka. – I to tak ściśle utajnioną, że nie ma o niej pojęcia nawet Siergiejew!
– Kto?
– Siergiejew to dawny pracownik organów, który kieruje teraz bankową służbą bezpieczeństwa. O drugiej esbe w Eurodebecie nie wie nikt z wyjątkiem samego Soso. Rozumiesz, czym to pachnie?
Fandorin odparł po chwili namysłu:
– Myślę, że kryminałem. Można założyć, że pan Soso nie zerwał ze swoją przestępczą przeszłością i zachował strukturę, dzięki której jest w stanie przeprowadzać niezgodne z prawem działania.
– Ja też byłam tego zdania. A skoro tak, to oficjalna służba bezpieczeństwa stanowi jedynie przykrywkę, kiedy natomiast trzeba kogoś postraszyć albo wykończyć, zajmuje się tym jego szwadron. Oni sami się tak nazywają – jeden raz udało mi się przestawić na ich częstotliwość. Też kawalerzyści się znaleźli! – sarknęła ze złością. – Lotny szwadron huzarów.
– To już chyba bardziej przypomina argentyńskie „szwadrony śmierci” – wymamrotał Nicholas, przeniknięty nagłym dreszczem. – A więc to oni chcą mnie zabić, tak? Ale za co? Jak mogłem pomieszać im szyki? O Westsiboil pierwszy raz usłyszałem od pani, przysięgam.
– O Boże, ależ wy, Anglicy, jesteście wybuchowi. – Ałtyn Mamajewa pokręciła głową. – Pozwolisz mi skończyć czy nie?
Zawstydzony Fandorin przyłożył dłoń do piersi, co miało znaczyć: przepraszam, moja wina, już się biorę w garść.
– Dzisiaj rano jechałam za jednym z ich wozów, oplem frontierą. Co za maszyna! – Dziennikarka westchnęła z zazdrością. – Niełatwo by było ich dogonić takim maluchem.
– A mnie się wydaje, że pani bardzo dobrze się prezentuje w swoim niewielkim, ekonomicznym samochodziku – rzekł z nieudawaną galanterią Nicholas.
– W oplu wyglądałabym o niebo lepiej. – W glosie Ałtyn wyczuwało się prawdziwą gorycz. – No dobra, przyzwoite dziewczyny nie jeżdżą dżipami, to obciach… (Magister przypomniał sobie zapis w notesie: „Obciach” - wstyd, kompromitacja). Poza tym akurat dzisiaj moja oka była w sam raz. Nikomu z tamtych do głowy by nie przyszło, że może im usiąść na ogonie takie maleństwo. No i łatwo się w nim ukryć wśród innych wozów. A zgubić opla nie mogłam, bo pełzł niczym żółw.
– Czemu? Też jechał za kimś? – błysnął domyślnością Nicholas. – I dlatego posuwał się tak wolno?
– Ci ze szwadronu jechali trzema dżipami – frontierą, pajero i grand cherokee. Szybko się zorientowałam, chociaż wciąż się zmieniali. Byłam ciekawa, kogo tak zawzięcie śledzą.
Fandorin uśmiechnął się smętnie.
– Odgadnę za pierwszym podejściem. Dwumetrowego głąba w granatowym blezerze. Tak?
– Nie, właśnie że nie… – Twarz Ałtyn przybrała tajemniczy wyraz, jakby dziewczyna zamierzała zrobić za chwilę swemu rozmówcy jakąś przyjemną niespodziankę. – Żołnierze szwadronu namierzali granatowe żiguli z podmoskiewskimi numerami – bardzo ostrożnie, umiejętnie; nie zbliżali się bardziej niż na sto metrów, zmieniali się co trzy minuty, i tak dalej. A w żiguli za kółkiem – zakończyła dziennikarka – siedział jakiś chudzina w okularkach model Dziewięć dni jednego roku [36] i koszuli w kratę.
– Co?!
Zaskoczony Nicholas zerwał się gwałtownie z miejsca i uderzył głową o malowaną drewnianą skrzyneczkę, nie wiadomo czemu przytwierdzoną na ścianie. Skrzyneczka spadła na podłogę, rozsypując się na niewielką kupkę deseczek, a po wykładzinie poturlała się ćwiartka czarnego chleba, zapakowanego w folię.
Ałtyn oszczędnie skomentowała zajście:
– Pełen temperamentu brytyjski młodzieniec rozwalił maminy pojemnik na pieczywo. „Co?! Co?!” – spytała, przedrzeźniając Nicholasa. – To, co słyszałeś. Z początku w ogóle nic mogłam się zorientować, że w całą tę kombinację zamieszany jest jeszcze ktoś trzeci. Wciąż się dziwiłam, dlaczego żiguli wlecze się dwadzieścia kilometrów na godzinę, a za nim tamci w dżipach i ja. W tym tempie sunęliśmy od Pieszkow Street. Dopiero za placem Zubowskim, gdzie jest niewielu przechodniów, po raz pierwszy spostrzegłam ciebie. A przecież powinnam chyba zauważyć wcześniej takiego cudaka na rolkach. – Ałtyn drgnął kącik ust, ale nie uśmiechnęła się.
– A więc tak! – zreasumował Fandorin, pocierając guza na głowie. – To znaczy, ja na rolkach, za mną granatowe żiguli, za nim szwadron w trzech dżipach, a na końcu – pani w oce. A ja, jak idiota, śmigam sobie ulicą, podziwiając zabytki…
– No tak, można powiedzieć całe psie wesele. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Kim jest ten przygłup z akape w żiguli? I jeszcze większy kretyn na rolkach? Jakaś parada pajaców!
Magister poczuł się dotknięty do żywego tymi sformułowaniami, co okazał, lekko unosząc brwi, ale Ałtyn ciągnęła dalej, jakby nigdy nic:
– Zatrzymaliśmy się na Pirogowce, naprzeciwko kompleksu archiwum: ósemka, dżipy tworzące jakby wierzchołki niewidzialnego trójkąta i skromny, niepozorny maluch z boku, dokładnie naprzeciwko odrapanego budynku z wyrytym dużymi literami napisem „Archiwum Akt Dawnych. 1882”.
Nicholas drgnął, ale nie odezwał się słowem.
– Czekałam długo, ze dwie godziny, a może i więcej. Ten z akape… Aha, to taki nieformalny ruch, który kiedyś u nas istniał. Amatorskie kluby pieśni – wyjaśniła Ałtyn, widząc, że gość ściągnął brwi, słysząc nieznane słowo. – No wiesz, Okudżawa, takie tam, ognisko, gitara. Nieważne. Ten twój wielbiciel nosi się w tym stylu. No więc posiedział z pół godziny w samochodzie, potem ktoś zadzwonił do niego na komórkę i gość wszedł do środka. Wtedy ci ze szwadronu też zaczęli dokądś wydzwaniać. Ale nic, uspokoili się, siedzą dalej. Tylko po kolei wyskakiwali do toalety, która tam stoi na skwerku. Strasznie im zazdrościłam. No, myślę, to koniec. Dłużej nie wytrzymam. Jak kobiety mogą być detektywami? Faceci to co innego, nie mają problemu… – Ałtyn, zdaje się, chętnie rozwinęłaby tę myśl, ale tylko machnęła ręką. – Krótko mówiąc, oddaliłam się na pięć minut i omal nie przegapiłam najciekawszego. Jak ty i twój wielbiciel znaleźliście się na dachu, tego nie wiem, nie widziałam, ale obserwowałam, jak cię przerzucił przez głowę. Bardzo efektowny widok. To cud, że nie połamałeś sobie wszystkich kości. Co, może potrafisz latać?
– Coś w tym rodzaju – bąknął Fandorin.
– Ci w dżipie wpadli w popłoch, część wyskoczyła z wozu i gdzieś pobiegła, wąsacz, ich szef, bez przerwy nawijał przez komórkę. Ja na wszelki wypadek odjechałam trochę dalej. Zadzwoniłam do znajomego z drogówki i poprosiłam, żeby w centrum komputerowym sprawdził numery żiguli, a ten mi mówi, że od wczorajszego wieczoru szukają tego wozu, bo było zgłoszenie kradzieży, i dziękuje za pomoc. Aha, myślę. To znaczy, że kraciasty nie wróci do samochodu. Siedzę więc dalej i obserwuję szwadron z bezpiecznej odległości. Jeden z tych gości pobiegł do archiwum, wrócił i zaczęła się jakaś narada. Ale stoją, nie odjeżdżają. Życie płynie, czas ucieka, znowu mi się zachciało siusiu. Potem gliniarz wyprowadza ciebie. Nastawiłam obiektyw, wysunęłam zoom, patrzę i co widzę? Skoczek z dachu idzie cały i zdrowy, tylko gębę ma usmarowaną na zielono. Wsadzają cię do radiowozu i cała kawalkada rusza w przeciwnym kierunku, tyle że tym razem o wiele szybciej, tak że ja w swoim ferrari o mało was nie zgubiłam. Na Twerskiej, pod twoim hotelem, dżipy znów się rozformowały. Dwóch facetów ze szwadronu weszło za tobą – wąsaty i…
– Stop! – krzyknął Nicholas. – Gruzini, jeden z podkręconymi wąsami, drugi w skórzanej kurtce, tak?
– Zgadza się. A więc nie taki z ciebie głąb, na jakiego wyglądasz. Zapamiętałeś ich?
– Znaczy, że to nie był jedynie pomyślny zbieg okoliczności! – gorączkował się magister. – Specjalnie czekali pod moim pokojem! Wiedzieli, że ktoś chce mnie zabić, i w krytycznym momencie przyszli mi z pomocą!
Ałtyn aż gwizdnęła.
– A więc jeszcze w hotelu próbowano cię zabić? Prowadzisz naprawdę interesujące życie. Teraz rozumiem, dlaczego wyskoczyłeś z „Inturistu” jak z procy!
Ale Nicholas nie słuchał – dalej odtwarzał pośpiesznie sens wydarzeń:
– Ci ze szwadronu mnie nie śledzili, tylko ochraniali! Nie rozumiem dlaczego, ale to fakt. I kiedy szedłem przez plac Czerwony, a za mną zabójca – oni również byli w pobliżu. Potem, dzięki rolkom, zostawiłem killera daleko w tyle i ich, oczywiście, też. No i w ten sposób zostałem bez ochrony.
– To prawda, przez te swoje rolki wszystkim nam pokrzyżowałeś plany. Kraciasty zboczył z trasy i ruszył w stronę GUM-u [37], a my za nim, bo za tobą i tak nie moglibyśmy nadążyć. No i w GUM-ie twój przyjaciel jakby zapadł się pod ziemię.
– Tak, w tym jest mistrzem. – Fandorin skinął głową, przypominając sobie bezskuteczne poszukiwania okularnika na terenie archiwum.
– Szwadroniarze się pokręcili, pogadali jeszcze trochę przez komórkę i zmyli się. Miny mieli nietęgie. Pewnie Soso zdrowo ich ochrzanił.
Nicholas ze zmarszczonym czołem odtwarzał dalej logiczny ciąg wydarzeń:
– Tamci nie wiedzieli, gdzie mnie szukać. Okularnik natomiast domyślił się, że moim celem jest ambasada na bulwarze Sofijskim. W końcu nie tak trudno było na to wpaść – no bo dokąd uda się obywatel brytyjski, który został bez dokumentów i znajduje się w niebezpieczeństwie? Należy przypuszczać, że facet zajął punkt obserwacyjny naprzeciwko budynku ambasady i postanowił sprawdzić, czy nie wyjdę. No i doczekał się… Stop! – Magister przerwał gwałtownie. – Ale jak pani znalazła się w pobliżu? To nie mógł być przypadek! Pani przecież nawet nie wiedziała, że jestem Anglikiem!
Dziennikarka popatrzyła na niego ze współczuciem, jak na osobnika upośledzonego umysłowo.
– Mimo wszystko jesteś jakiś niedorobiony. Widocznie dieta wegetariańska nie służy sprawnemu funkcjonowaniu intelektu, dlatego wy, Europejczycy, wszyscyście tacy wymoczkowaci i tępi. Sam mnie przecież pytałeś, gdzie się mieści ambasada Zjednoczonego Królestwa!
Oto dlaczego twarz Ałtyn wydała mu się dziwnie znajoma! Maria Schneider nie miała z tym nic wspólnego.
Boże, to po prostu niesamowite, że on, Nicholas, wciąż jeszcze żyje – taki gapowaty, niedorobiony, tępy. W notesie zapisał kiedyś jakieś obrazowe określenie człowieka o podobnej konstrukcji umysłowej, jeszcze bardziej pogardliwe niż „głąb”. Zaraz, jak to było? Aha, „barani łeb”. Sir Nicholas A. Fandorine, M.A., Bt., B.Ł. – taki tekst powinien umieścić na swojej wizytówce.
– Podsumujmy sytuację – smętnie zaproponował magister. – Jasne jest tylko to, że zawodowy killer chce mnie zabić, a jacyś podejrzani osobnicy usiłują mu w tym przeszkodzić. Co to wszystko znaczy? Z jakiego powodu przypadłem do gustu panu Soso, a nie spodobałem się wesołkowi w okularach?
Pytanie zawisło w powietrzu.
– Jest trzecia w nocy, padam z nóg – oznajmiła Ałtyn, zsuwając się z kuchennego stołu. – Mieliśmy ciężki dzień, więc pokrzepmy się snem. Ranek jest mądrzejszy od wieczora.
Fandorin mruknął:
– Już to dzisiaj słyszałem.
Na stole było mu jednak twardo i niewygodnie. Chociaż po rozłożeniu mebel był dość długi, nogi zwisały jednak Fandorinowi w powietrzu, a poduszka wciąż się ześlizgiwała.
Alternatywą był nocleg na podłodze, ale po rozpatrzeniu koncepcja ta została zdecydowanie odrzucona.
– Łóżko mam tylko jedno, i to dziewczęce – oznajmiła Ałtyn, kiedy przeszli z kuchni do pokoju. – W żadnym wypadku byś się w nim nie zmieścił.
– Niech mi pani rzuci parę starych koców na podłogę, a ja urządzę sobie doskonałe legowisko – zapewnił Fandorin. – Upatrzyłem już nawet miejsce – przy ścianie, pod tymi wielkimi głośnikami. Mam nadzieję, że nie spadną.
– Myszy się nie boisz? – zapytała gospodyni.
– Specjalnie za nimi nie przepadam – wyznał magister. – A co, są u pani myszy?
Bojaźliwie rozejrzał się wokół. W małym pokoiku nie było zbyt czysto; porysowanego parkietu dawno nikt nie pastował ani nie froterował, na staroświeckim kredensie z rzeźbionymi kolumienkami szarzały smugi kurzu. Oprócz tego monumentalnego mebla, z pewnością pamiętającego czasy hrabiego Witte-Sachalińskiego, stało tu jeszcze wspomniane dziewczęce łóżko, stół, komputer na małym biureczku, ogromna aparatura stereo, dwa telewizory – jeden na drugim (no tak, jak to u dziennikarki) oraz samotne krzesło. Wnętrze nie było nazbyt przytulne, a już bajzel (sympatyczne słówko z czasów starej Rosji) panował w nim taki, że pedantyczny magister tylko pokiwał głową. Na podłodze leżały niedoczytane książki i gazety, poznaczone gęsto brązowymi krążkami po filiżankach z kawą, pod krzesłem walał się maleńki adidas, a na klamce okiennej suszyła się jakaś intymna część damskiej garderoby.
– Nie myszy, tylko mysz – odparła Ałtyn, wydostając skądś spod łóżka stosik bielizny pościelowej. – Nazywa się Alicja i mieszka tam, za kredensem. Karmię ją serem i herbatnikami „Jubileuszowymi”. Trochę się krępuje obcych, dlatego się schowała. Ale w nocy na pewno wyjdzie się rozejrzeć. Jest strasznie ciekawska, całkiem jak ja. Jeżeli nie chcesz nawiązać z nią znajomości, rozsunę ci do spania stół.
Tak też się ulokowali – Ałtyn w łóżku, Fandorin na stole. Zgasili światło. Nicholas życzył gospodyni dobrej nocy, ale nie doczekał się rewanżu. Przez jakiś czas panowała cisza.
Potem Ałtyn Mamajewa sarknęła:
– Nicholas Fandorin. To ci dopiero imię! Jak cię nazywają znajomi? Nick?
– Nie, starzy przyjaciele zwracają się do mnie Nif-Nif. Wie pani, to jedna z trzech…
– Wiem – przerwała. – W Rosji ludzie też czytają książki i oglądają filmy. Nawet więcej niż u was, w Anglii… Nie, ja cię tak nie będę nazywać, wcale nie przypominasz świnki. Już raczej małego jeża we mgle.
– Dlaczego? – zdumiał się Fandorin. – To znaczy, dlaczego we mgle, jest akurat zrozumiałe. Ale dlaczego jeża? Czyżbym był taki kolczasty?
– Nazywać cię Kolą jakoś głupio – ciągnęła dziewczyna w zadumie, puściwszy jego pytanie mimo uszu; jednak maniery Ałtyn Mamajewej pozostawiały co nieco do życzenia. – Co z ciebie za Kola… Nicholas – to brzmi jak z Dickensa. Będę do ciebie mówiła Nika, okej? I przestań zwracać się do mnie per pani, to już niemodne. Możesz mnie nazywać Ałtyn Farchatowna.
– To znaczy, że pani… że ty jesteś Tatarką? – domyślił się Nicholas.
Teraz stało się zrozumiałe, skąd te wydatne kości policzkowe i migdałowy wykrój oczu.
– To mój ojciec był złym Tatarem – odrzekła ponuro Ałtyn. – Uszczęśliwił mnie takim imieniem. A ja jestem narodowości moskiewskiej.
– Naprawdę był zły?
Fandorin wyobraził sobie nieszczęśliwe, pozbawione wszelkiego ciepła i poczucia bezpieczeństwa radzieckie dzieciństwo: ojciec alkoholik, nędzny pokój w komunalce, obozy pionierskie. Teraz zrozumiał, dlaczego biedna dziewczyna nie nauczyła się uśmiechać.
– Nie, skąd. Był mądrym człowiekiem. Nie chciał, żebym się wstydziła, że jestem Tatarką, i pragnął, żebym wyrabiała w sobie siłę charakteru. Więc wyrabiałam… Myślisz, że łatwo być Ałtyn Mamajewą w szkole w Bieskudnikach? Dopóki byłam mała i głupia, wstydziłam się swojego imienia. Prosiłam, żeby nazywano mnie Ałłą. Ale dzieciaki jeszcze bardziej mnie wyśmiewały. Kiedyś nieopatrznie pochwaliłam się, że „ałtyn” to po tatarsku „złoto”, a że na nieszczęście miałam pryszcze, zaczęły mnie nazywać Zołotuchą [38] – wyjaśniła dziewczyna. – Oprócz tego byłam jeszcze Kopiejką i Moniakiem. No wiesz, że niby taka mała.
Żywa wyobraźnia magistra w mig podsunęła mu obraz drobnej czarnulki w granatowym szkolnym mundurku i pionierskiej chuście – brzydkiej, skrytej, najmniejszej w klasie.
– No dobra – mruknęła szorstko Ałtyn. – Życiorys opowiem ci kiedy indziej. Jeżeli, oczywiście, dożyjesz.
Ta bezlitosna uwaga wyrwała Fandorina z sentymentalnego nastroju, przywracając go do rzeczywistości. Zaczął się wiercić na niewygodnym posłaniu i wzdychać. Myślał: leżę na stole jak nieboszczyk. A jutro może będę leżał na stole w kostnicy, o nic się już nie martwiąc. „A ja, kto wie, a ja w mogile tajemny wreszcie znajdę schron”.
No nie, skoro już zeszło na poezję, lepiej niech to będzie limeryk…
Skleciwszy w myślach pięciowersowy utwór, arcydziełko czarnego humoru, rzucił lekkim tonem:
– A co będziemy robić jutro? Mamy jakieś plany?
– Mamy – rozległ się w ciemnościach dźwięczny głosik. – Wczoraj pstryknęłam parę fotek twojemu wielbicielowi. Pojadę do redakcji i wywołam je. Potem skoczę do jednego znajomego na Pietrowkę i pokażę mu zdjęcia. Może coś się wyjaśni.
W tym momencie w myślach magistra nauk historycznych nastąpił gwałtowny zwrot. Fandorin uległ atakowi ostrego samokrytycyzmu. Cóż za haniebny kontrast – maleńka kobieta wielkiego kalibru i potężne chłopisko małego kalibru (niech licho porwie złośliwe dowcipy profesora Crisby’ego). Mówiąc językiem reklam telewizyjnych, poczujcie różnicę: Nicholasowi nie dostawało jednego centymetra do dwóch metrów wzrostu, czyli był to swego rodzaju niedobór, a uparta dziewczynka przekroczyła o jeden centymetr półtora metra. Miara zresztą nie ma tutaj znaczenia, istotne są jedynie przedrostki – „niedo-” i „prze-”. Ta miniaturowa kobietka rozmawia z nim tak, jakby to ona była dorosła, a on niedojrzały, mimo iż w dodatku z pewnością jest od niej o jakieś dziesięć lat starszy.
„Prawdziwa profesjonalistka – myślał z zazdrością Nicholas. – Wszędzie ma swoich ludzi, tyle widziała, tyle wie. Wykonuje ciekawą, niebezpieczną, prawdziwą pracę”.
– Ale czym konkretnie zajmuje się skaut? – zapytał.
– Wydajemy pismo nowego typu – zaczęła wyjaśniać Ałtyn. – Pod względem profesjonalnym bijemy konkurencję na głowę. W innych redakcjach dziennikarz wszystko robi sam – szuka źródeł informacji, zbiera materiały, sprawdza ich wiarygodność, pisze. Natomiast nasz naczelny przyjął zasadę Henry’ego Forda: każdy ma swoje miejsce przy taśmie. Skaut to specjalista w dziedzinie zbierania i sprawdzania informacji. Writer – mistrz koncepcji i stylu. Headliner odpowiada tylko za tytuły. Jest nawet na etacie tak zwany bałwan, zresztą prawdziwy, po zaocznym technikum wychowania fizycznego; jego praca polega na tym, że musi przeczytać cały numer i wskazać, czego nie rozumie. Te miejsca przerabia specjalista od adaptacji tekstu. Mamy i takie stanowisko.
– Ależ to nieuczciwe! – oburzył się Fandorin. – Ty wykonujesz całą podstawową robotę, ryzykujesz, a sława i pieniądze przypadają w udziale twojemu Kuzi. Myślałby kto, wielki autor! Nie tworzy przecież Eugeniusza Oniegina! Z pewnością potrafiłabyś opisać zebrane fakty nie gorzej niż on! A jeśli nawet trochę gorzej, to co z tego? Przecież to twoje informacje, nie jego!
Przeżycia minionego dnia, późna pora i niewygodne posianie sprawiły, że samokontrola magistra osłabła i znów dał się wciągnąć w niebezpieczny odmęt udzielania dobrych rad.
– Nie wiem, Ałtyn, do czego się dogrzebiesz w tej zawiłej historii, ale czuję, że będzie to prawdziwa sensacja. Znany bankier, utrzymujący tajny oddział „służby bezpieczeństwa”, profesjonalny zabójca, angielski głąb. Kiedy stanie się dla nas jasne, o co w tym wszystkim chodzi, powinnaś pójść do naczelnego i powiedzieć: „Chce pan prawdziwą bombę? Supertemat, o którym będzie głośno we wszystkich mediach? Mam w ręku wszystkie potrzebne materiały. Ale pisać będę sama, nie potrzebuję writera. A jeżeli pan się nie zgadza – żegnam, opublikuję artykuł gdzie indziej”. Wybacz zbytek szczerości, Ałtyn, ale sądząc po twoim mieszkaniu i samochodziku, nie płacą ci w „Teleskopie” zbyt hojnie, więc niewiele masz do stracenia. Szepnij tylko naczelnemu, co to za materiał. Facet po prostu nie będzie miał wyboru! Byłby idiotą, gdyby się nie zgodził. Głąbem!
Wyrwał się nieproszony z dobrą radą i, oczywiście, zaraz dostał po nosie, tak jak na to zasłużył.
– Wypchaj się swoimi radami – odcięła się Ałtyn Mamajewa i na tym ich rozmowa się skończyła.
Obudził go nie głośny, lecz przenikliwy dźwięk, którego pochodzenie było niejasne, za to sens oczywisty – musiało się stać coś strasznego.
Nicholas otworzył oczy, uniósł się na stole (ciało magistra, mimo że blat był zasłany kocami, zupełnie zdrętwiało), zobaczył puste łóżko, oświetlone porannym słońcem, i dopiero teraz, poniewczasie, domyślił się, że to Ałtyn krzyknęła.
Tak emocjonalna reakcja zupełnie nie leżała w charakterze maleńkiej dziennikarki, więc Fandorin natychmiast otrząsnął się z resztek snu.
– Ałtyn! – zawołał, zeskoczył na podłogę i rzucił się do przedpokoiku.
Dziewczyna, ubrana w różową piżamę, odwróciła się. Jaskrawy promień słońca, który wpadł z kuchni, oświetlił odgnieciony poduszką policzek. Za plecami Ałtyn, w przedpokoju, panował półmrok.
– Spokojnie – powiedziała napiętym głosem. – Opanuj swój angielski temperament, dobrze?
I zacisnęła usta, oczy natomiast otworzyła bardzo, bardzo szeroko, i te nagle wydały się Fandorinowi bardzo piękne.
Ujrzał swoją wybawicielkę jakby po raz pierwszy, przy czym okazało się, że jest nawet całkiem niebrzydka – niewykluczone, co prawda, że miał w tym swój udział słoneczny nimb, w którego świetle włosy dziewczyny skrzyły się migotliwymi iskierkami. „Gdyby chociaż czasem się uśmiechała – pomyślał Nicholas – można by ją uznać za bardzo ładną”. Ze zrozumiałych względów nigdy nie podobały mu się kobiety niskiego wzrostu – należały jakby do innego biologicznie gatunku. Czyż można odczuwać określonego rodzaju zainteresowanie wobec istoty, która stojąc wyprostowana, czubkiem głowy ledwie sięga twojej przepony?
W tej chwili Nicholas zauważył, że Ałtyn wskazuje coś ręką w na pół ciemnym przedpokoju, przesunął spojrzenie w tym kierunku i od razu zapomniał o głupstwach.
– To twój? – nienaturalnie cichym głosem spytała dziewczyna.
Przy drzwiach wejściowych majaczył jakiś prostokątny kształt. Fandorin krzyknął – i to o wiele głośniej niż przedtem Ałtyn. Neseser! Rzucił się i chwycił walizeczkę. Tak, to jego samsonite, nie było żadnych wątpliwości. Cóż to znowu za diabelska sztuczka!
Gospodyni nacisnęła klamkę i drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
– Wczoraj je zamykałam! – obwieściła drżącym głosem. – Doskonale to pamiętam. Przekręciłam zamek dwa razy!
Szybko zatrzasnęła drzwi, zamknęła zasuwę i założyła łańcuch.
Fandorin w wyciągniętych sztywno przed siebie rękach – ostrożnie, jakby trzymał w nich napełnione po brzegi naczynie – zaniósł neseser do kuchni. Zanim go otworzył, zamknął na chwilę oczy.
Wszystko było na miejscu. Notebook, telefon, skaner, dokumenty, portfel. A pismo?!
Chwała Bogu, i ono również. Tam, gdzie leżało – w kopercie. Fandorin miał wrażenie, jakby nesesera nikt nie otwierał, a w każdym razie niczego nie dotykał.
Chociaż nie, ktoś musiał to zrobić. Do skórzanej przegródki na pióro przyklejono skoczem karteczkę. Na niej napisano zamaszyście piórem kulkowym: „Milles pardons, Kolanycz”.
– Co to ma znaczyć? – wyszeptał Nicholas. – Nic nie rozumiem.
– Zwrócili ci twoją relikwię? – zapytała Ałtyn.
Starała się zachowywać w sposób opanowany, choć wciąż jeszcze zęby jej szczękały.
– Kontekst w zasadzie jest jasny – oświadczyła. – Ludzie Soso dopadli kraciastego i rozprawili się z nim po swojemu. A tobie zwrócili twoją własność. Pytanie tylko, jak nas tu znaleźli i jak się dostali do mieszkania. Chociaż to żaden problem – zamek jest do niczego, tandeta, którą można otworzyć paznokciem. Już dawno zamierzałam go zmienić. Ale rzecz w czym innym. Dlaczego nagle tak się o ciebie troszczą? – Zmarszczyła czoło, spojrzała na neseser i nagle pstryknęła palcami. – Mam!
– Co takiego? – przestraszył się Nicholas.
– Już rozumiem! Prawdopodobnie wcale nie chodzi o ciebie, tylko o twój neseser. A ściślej mówiąc, o testament tego twojego von Jakiegoś Tam. No oczywiście! Okularnik przede wszystkim chciał zdobyć ten papier, a stuknąć cię było dla niego sprawą drugorzędną. Żebyś nie narobił szumu i nie plątał się pod nogami. Słuchaj no, a co tam właściwie jest napisane? O co tyle hałasu?
Ałtyn, zaciekawiona, wyciągnęła szyję, żeby zerknąć w testament. Fandorin ledwo zdążył zakryć dłonią karteczkę, z której wynikało, że hipoteza dziennikarki jest niesłuszna i że straszny człowiek żyje sobie w najlepsze.
– Zaraz zobaczymy, co nam wyjdzie, kiedy wreszcie złożymy te puzzle, czyli obie połówki testamentu – rzucił dziarsko, wyjmując notebook z nesesera.
Aneks
Limeryk autorstwa Nicholasa Fandorina, ułożony na stole Ałtyn w nocy z 14 na 15 czerwca:
Ledwo błysnął brzask w ciemnościach,
Na cmentarnych swoich włościach,
Dogodną wybrawszy chwilę,
Zebrali się nekrofile
Witać angielskiego gościa.