Rozdział 24

Sejer stał w holu i nasłuchiwał. Pies wyszedł chwiejnym krokiem z pokoju.

– Jak się masz, staruszku?

Przykucnął i podrapał Kollberga za uchem. Pies trochę przybrał na wadze, sierść odzyskała już część dawnego blasku.

– Chodź, przyniosłem ci hamburgery, jednak trzeba je najpierw podsmażyć.

Pies siedział cierpliwie przy kuchence, podczas gdy Sejer wyjmował patelnię i masło.

– Jakie przyprawy? – zapytał uprzejmie. – Sól i pieprz?

– Hau! – szczeknął Kollberg.

– Dostaniesz piwo, bo jest bardzo pożywne. Ale tylko jedno, pamiętaj!

Pies poruszył obwisłymi uszami na znak zgody. Kiedy kuchnię wypełnił smakowity zapach smażonego mięsa, zaczął się ślinić.

– To dziwne – powiedział Sejer, patrząc na psa. – Dawniej w takiej chwili odchodziłeś od zmysłów, skakałeś, szczekałeś i w ogóle robiłeś straszne zamieszanie. Teraz po prostu sobie siedzisz. Czy będziesz jeszcze taki jak kiedyś? – zastanawiał się, odwracając hamburgery. – Nieważne. Biorę cię takiego, jaki jesteś.

Nieco później zjawił się Jacob z butelką. Bardzo długo witał się z Kollbergiem, podczas gdy Sejer szykował szklaneczki oraz butelkę Famous Grouse. Usiedli przy oknie i patrzyli na miasto szykujące się powoli do nadejścia nocy. Pies, pokrzepiony jedzeniem i piwem, ułożył się u stóp pana. Za oknami słychać było cichy szelest.

– Sara nie przyjdzie? – zapytał Skarre.

– Nie. A powinna?

Sejer pociągnął łyk whisky.

– Pojechała do ojca. Nie czuje się najlepiej.

– Zapomniałem, co mu dolega…

– Stwardnienie rozsiane – odparł Sejer. – Stosują nową terapię kortyzonem. Ciężko to znosi. Trudno z nim wytrzymać.

– Wiem coś na ten temat, chociaż mojemu ojcu nikt nie daje kortyzonu.

Sejer spojrzał uważnie na młodszego kolegę. Skarre wstał i podszedł do stojaka z płytami. Płyt były setki, różnych wykonawców, lecz wyłącznie kobiet.

– Czyżby w twoim mieszkaniu mężczyźni naprawdę mieli zakaz śpiewania? – zapytał żartobliwie.

– Całkowity.

Skarre wyjął coś z kieszeni.

– Wszystkiego najlepszego.

– Skąd wiedziałeś? – zapytał Sejer, oglądając płytę.

– Dzisiaj kończysz pięćdziesiąt jeden lat.

Sejer podziękował za prezent.

– Podoba się?

– Judy Garland? Oczywiście!

– Skoro mowa o prezentach… Dostałem kolejny. Też bez znaczka. Ktoś znowu był w moim domu.

Pokazał Sejerowi żółtą kopertę spiętą spinaczem do papieru. Otworzył ją i wysypał jej zawartość na stół.

– Co to jest? – spytał Sejer.

– Guziki. Dwa złociste guziki w kształcie serduszek, związane razem nitką.

Sejer przyjrzał im się w świetle lampy.

– Ładne, od eleganckiego stroju. Chyba od damskiej bluzki.

– Mało mnie to obchodzi. Zdaję sobie sprawę, że mają coś znaczyć, ale nie mam pojęcia co takiego.

– To propozycja – stwierdził Sejer. – Założę się, że Linda ci je przysłała. – Uśmiechnął się. – Nie przejmuj się za bardzo. Ludzie, którzy przysyłają albo przynoszą różne rzeczy, zwykle są niezdolni do działania.

Jego opanowanie podziałało uspokajająco na Skarrego.

– Wyrzucić je? – zapytał, unosząc szklaneczkę do ust.

– Takie ładne guziki? Chyba nie mówisz poważnie?

– Wyrzuć je do kosza. Nie chcę ich.

Sejer poszedł do kuchni i trzasnął drzwiczkami szafki, a guziki schował do kieszeni.

– Załatwione – oznajmił po powrocie.

– Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego Gøran odwołał zeznania – powiedział Skarre.

– Walczy o swoje życie i ma do tego pełne prawo. Minie sporo czasu, zanim uda się zamknąć tę sprawę.

– Czy Jomann wie o tym?

– Tak. Prawie nic nie powiedział. Nie jest mściwy.

Skarre uśmiechnął się.

– To dziwak. Naiwny jak dziecko.

Sejer spiorunował go wzrokiem.

– Nigdy nie myl elokwencji z inteligencją.

– Myślałem, że jest jakiś związek… – mruknął Skarre.

– Nie w tym przypadku.

Przez jakiś czas pili w milczeniu. Skarre wyjął torebkę z Zelkami, wziął żółtego i umoczył go w czerwonym winie. Sejera aż dreszcz przeszedł na ten widok. Whisky zaczynała na niego działać, robiło mu się coraz cieplej. Zelek Skarrego zmienił kolor na pomarańczowy.

– Widzisz tylko ciemne strony sytuacji – stwierdził Skarre.

– A są jakieś jasne?

– Jomann został wdowcem, co dla kogoś takiego jak on wcale nie jest najgorsze. Jest z niej dumny, choć ona już nie żyje. Ta duma będzie mu towarzyszyć do końca życia.

Sejer odebrał mu torebkę z Zelkami.

– Masz chyba za dużo cukru we krwi.

Znowu zapadła cisza. Na zmianę podnosili szklaneczki do ust.

– O czym myślisz? – zapytał wreszcie Skarre.

– O tym, jak to jest, że różne rzeczy dzieją się zupełnie niezależnie od siebie, a w rezultacie dochodzi do czegoś tak strasznego.

Skarre dolał sobie i słuchał w skupieniu.

– Dlaczego Poona zginęła? Bo Gøran ją zamordował, ale również dlatego, że Marie Jomann była fatalnym kierowcą. Miała wypadek, przez co Jomann nie mógł przyjechać po Poonę na lotnisko, a Kalle Moe nie znalazł jej na Gardermoen. Zginęła też dlatego, że Ulla zerwała z Gøranem, a Lillian nie chciała go widzieć. Złożyło się na to wiele czynników.

– Myślę o Andersie Koldingu – powiedział Skarre.

– Spanikował i uciekł do siostry, ale nie z powodu morderstwa. Uciekł od wrzeszczącego dzieciaka i małżeństwa, do którego przypuszczalnie nie dojrzał.

– Dziewczyna ze stacji benzynowej powiedziała, że skręcił w lewo.

– Każdy może się pomylić.

– Einar miał walizkę.

– Jest najzwyklejszym tchórzem.

Jacob spojrzał szefowi w oczy.

– Nie ufam Lillian Sunde. Myślę, że kłamie.

– Oczywiście, lecz nie w sprawie tamtego wieczoru.

Skarre pochylił głowę, przez chwilę wpatrywał się w swoje kolana, po czym wreszcie zebrał się na odwagę.

– Szczerze mówiąc, sam nie wiem, w co wierzyć. Może jednak jest niewinny? Słyszałeś o liście, który dostał Holthemann?

– Tak. Ułożony z liter wyciętych z gazety. „Zatrzymaliście niewłaściwego człowieka". Podobno dzwoniła też kobieta podająca się za jasnowidzkę.

– Powiedziała to samo.

– Otóż to. Gdyby dyżurny miał choć trochę oleju w głowie, zanotowałby jej nazwisko i numer.

– Nie chcesz pracować z jasnowidzką?

– Nie na jej warunkach. Może i jest medium, jednak równie dobrze może wiedzieć o czymś ważnym dla śledztwa. Soot od razu uznał, że rozmowa z nią to strata czasu. Powiedziałem mu, co o tym myślę.

– Rzeczywiście. Było cię słychać nawet w kantynie.

Sejer uśmiechnął się chytrze.

– Nawet moja matka pogroziła mi palcem.

– Przecież twoja matka nie żyje?

– To da ci wyobrażenie o tym, jak głośno krzyczałem. Już przeprosiłem Soota.

– A co z Elise? – zapytał Skarre. – Masz od niej jakieś wiadomości?

W mieszkaniu zapadła cisza.

– Elise na nikogo się nie złości – powiedział wreszcie Sejer.

Był już późny wieczór, kiedy Skarre zaczął się rozglądać za marynarką. Pies poczłapał za nim, żeby się pożegnać. Łapy Kollberga, choć jeszcze słabe, z dnia na dzień stawały się silniejsze. Kiedy mężczyźni żegnali się w holu, zaskoczył ich dzwonek do drzwi. Sejer ze zdziwieniem spojrzał na zegarek: dochodziła północ. Otworzywszy drzwi, ujrzał stojącą w progu kobietę. Minęło trochę czasu, zanim ją rozpoznał.

– Przepraszam, że przychodzę tak późno, lecz nie zajmę panu dużo czasu. Mam tylko jedną rzecz do powiedzenia.

Sejer zacisnął mocniej dłoń na klamce. Kobieta była matką Gørana.

– Czy ma pan dzieci? – zapytała, przeszywając go wzrokiem. Głos jej drżał, oddychała gwałtownie, twarz miała bardzo bladą.

– Tak.

– Nie wiem, jak dobrze je pan zna, ale ja znam Gørana bardzo dobrze, jak siebie samą. Dlatego wiem, że on tego nie zrobił.

Sejer opuścił wzrok na jej buty. Były brązowe, sięgały do kostek. – Domyśliłabym się, gdyby to był on – ciągnęła. – Te zadrapania to naprawdę był pies. Nikt w to nie wierzy, jednak ja widziałam go tamtego wieczoru. Stałam przy oknie i zmywałam, kiedy wszedł na podwórko. Miał swoją sportową torbę, ale kiedy zobaczył psa, rzucił ją na ziemię i zaczęli się bawić. Lubią się, lecz to była ostra zabawa. Turlali się po ziemi jak dzieci. Kiedy wszedł do domu, twarz miał podrapaną do krwi. Od razu wszedł pod prysznic. Podśpiewywał sobie.

Umilkła. Sejer czekał.

– Klnę się na Boga, że to prawda. Tylko tyle chciałam powiedzieć.

Odwróciła się i ruszyła w dół po schodach. Sejer jeszcze przez pewien czas stal bez ruchu, po czym zamknął drzwi. Skarre patrzył na niego ze zdumieniem.

– Podśpiewywał pod prysznicem?

Wydawało się, że te słowa zawisły w powietrzu. Sejer wrócił do salonu i stanął przy oknie. Widział, jak Helga Seter przechodzi przez parking przed domem.

– Czy ktoś, kto zrobił coś takiego, śpiewałby jakby nigdy nic pod prysznicem?

– Dlaczego nie – mruknął Sejer. – Tyle że niekoniecznie z radości. O czym teraz myślisz?

– O wielu rzeczach. O Lindzie Carling, kim ona jest i co naprawdę widziała. O Gøranie Seterze, zdanym na łaskę tych wszystkich mało wiarygodnych ludzi.

– Chciałbyś, żeby każdy fragment układanki trafił na swoje miejsce, żeby wszystko zostało wyjaśnione do końca. To naturalne, ale życie wygląda inaczej. Nawet jeśli jakieś fragmenciki nie pasują do całości, to nie znaczy jeszcze, że Gøran jest niewinny.

Odwrócił się plecami. Skarre nie poddawał się jednak.

– To cholernie wkurwiające – mruknął.

– Rzeczywiście – zgodził się Sejer. – Cholernie.

– Powiem ci szczerze, że gdybym to ja był w składzie ławy przysięgłych, za nic w świecie nie odważyłbym się uznać go za winnego – wyznał Skarre.

– Jednak nie będziesz w jej składzie – odparł Sejer z twarzą przy szybie. – Wcale mnie nie dziwi to, co mówi matka Gørana. To jej jedyne dziecko.

– W takim razie co się naprawdę wydarzyło, twoim zdaniem?

Sejer westchnął i odwrócił się do niego.

– Myślę, że zdesperowany Gøran przez jakiś czas rzeczywiście jeździł bez celu po okolicy. Już raz się przebrał, ale nowe ubranie też było we krwi. Musiał jakoś dostać się do domu. Być może zauważył matkę w oknie. Wiedział, że musi jakoś wytłumaczyć obecność krwi na ubraniu, więc rzucił się na psa. W ten sposób mógł też wytłumaczyć zadrapania na twarzy.

Niespodziewanie się roześmiał.

– Co cię tak bawi? – zapytał Skarre.

– Przypomniało mi się coś. Czy wiesz, że grzechotnik może ukąsić nawet długo po tym, jak odcięto mu głowę?

Skarre bez słowa czekał na dokładniejsze wyjaśnienia. Nie doczekał się jednak.

– Wezwać ci taksówkę? – zapytał Sejer.

– Nie, pójdę pieszo.

– To długa droga. I ciemno na klatce schodowej.

– Noc jest piękna, chętnie się przewietrzę.

– Nie boisz się? – zapytał Sejer z uśmiechem, choć pytanie zabrzmiało jak najbardziej serio.

Skarre nie odpowiedział. Wyszedł, a Sejer nadal stał przy oknie. Złociste guziki, pomyślał i wyjął je z kieszeni. Przecięte opony. Wycinki prasowe o młodym człowieku, który wykrwawił się na ulicy. Co to mogło znaczyć? Na dole w świetle latarni pojawił się Jacob. Szedł długim, pewnym krokiem. Wkrótce pochłonęła go ciemność.


Dwaj mężczyźni siedzieli w kawiarni „U Einara". Lokal był już zamknięty, wszyscy inni dawno sobie poszli. Mode sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego, pewnie trzymał szklankę w dłoni. Einar palił papierosa. Z radia dobiegała cicha muzyka. Einar schudł. Teraz, kiedy został sam, dłużej pracował i mniej jadł. Mode nie zmienił się ani trochę. Zdaniem Einara, który obserwował go ukradkiem, był wręcz nienaturalnie opanowany. Zamknął stację benzynową na noc. Przez okno widzieli żółty neon Shella rozświetlający ciemność.

– Dlaczego z tobą nie rozmawiali? – zapytał Einar.

– Rozmawiali.

Einar pociągnął nosem.

– Ale nie sprawdzali twojego alibi ani nic w tym rodzaju…

– Nie mieli powodu.

– Innych sprawdzali bardzo dokładnie. Mnie, Franka, nie wspominając o Gøranie.

– Miałeś jej walizkę – przypomniał mu Mode. – Nic dziwnego, że wzięli cię pod lupę.

– Ale ty mniej więcej w porze morderstwa wracałeś z kręgli w Randskog…

– Skąd wiesz? – zapytał cicho Mode.

– Rozmawiałem z ludźmi. Trzeba rozmawiać, jeśli chce się wiedzieć, co w trawie piszczy. Tommy powiedział, że wyjechałeś wpół do dziewiątej.

– Więc teraz ty zająłeś się sprawdzaniem alibi? – zapytał Mode z szyderczym uśmiechem. – Szkoda twojej fatygi, przecież Gøran przyznał się do winy.

– Lecz potem to odwołał. A jeśli go nie skażą? To morderstwo będzie już zawsze nad nami wisiało, już zawsze będziemy się wzajemnie podejrzewać.

– Doprawdy?

Mode pociągnął łyk piwa. Był bardzo spokojny.

– Powiedz mi szczerze: uważasz, że Gøran jest winny?

– Nie mam pojęcia.

– A czy ludzie mówią coś o mnie? – dopytywał się Einar. – Słyszałeś jakieś plotki?

– Nie powiem, że nie słyszałem, ale chrzań to. Gøran siedzi w pudle, a my musimy żyć dalej.

Einar zdusił papierosa w popielniczce.

– Zbyt wiele rzeczy nie pasuje do siebie. W gazecie napisali, że wrzucił do jeziora zakrwawione ubranie i ciężarek, jednak nie udało się ich odnaleźć.

– Dno jest tak muliste, że nawet nie ma sensu szukać.

– A jeśli chodzi o to przyznanie, to policja zmusiła go do tego. Takie ma metody.

– Podejrzewam, że trudno przypomnieć sobie każdy szczegół, kiedy widzisz wszystko przez krwawą mgłę.

– Skąd wiesz? I dlaczego przez krwawą mgłę?

Mode nawet nie mrugnął.

– Pomyśl tylko: żeby wozić w samochodzie ciężarki do ćwiczeń! Już to świadczy odpowiednio o człowieku.

– Ludzie wożą w samochodach różne rzeczy – odparł Einar, nie spuszczając z niego wzroku. – Ty na przykład zawsze masz ze sobą swoją kulę do kręgli. Ile ona waży?

– Dziesięć kilogramów – odparł Mode z uśmiechem.

– I lubisz kobiety o egzotycznej urodzie.

Mode nie przestał się uśmiechać.

– Naprawdę?

– Przecież spotykałeś się z najstarszą córką Thuana…

– Trochę razem poszaleliśmy. Nic nadzwyczajnego. One są zupełnie inne.

Umilkli, spoglądając w okno, ale zobaczyli w nim swoje odbicia, więc pospiesznie odwrócili wzrok.


Gunder jak zwykle zjawił się w szpitalu. Z trudem zebrał siły, by powiedzieć kilka słów.

– Cześć, Marie. Sprawa trafiła do sądu. Jeśli uznają go za winnego, pójdzie na wiele lat do więzienia. Oczywiście, Gøran i jego obrońca będą się odwoływać od wyroku. Będą mówić, że jest zbyt surowy, bo Gøran jest jeszcze młody. Z mojego punktu widzenia będzie młody jeszcze wtedy, kiedy wyjdzie na wolność. Trzydziestoparoletni mężczyzna ma przed sobą całe życie. Poona już go nie ma. Bardzo się zmieniłaś, ale rozpoznaję twój nos. Wydaje się większy niż zwykle, ponieważ zeszczuplałaś. Trudno uwierzyć, że już tak długo tutaj leżysz. Czy Karsten był dzisiaj? Obiecał, że przyjedzie. Jest dla mnie jak ktoś obcy, dla ciebie zresztą pewnie też. Nie pokazywał się zbyt często, prawda?

Cisza. Wsłuchiwał się w lekki oddech siostry. W jaskrawym blasku sufitowej lampy wyglądała staro.

– Tyle już mówiłem, że nie mam ci nic więcej do powiedzenia – wyznał ze smutkiem, pochylając głowę. Jego wzrok padł na pedał regulujący pochylenie posłania. Trącił go stopą. – Jutro przyniosę książkę, żeby ci poczytać. Dobrze będzie opowiedzieć ci o kimś innym, a nie znowu o sobie. Jaką książkę przynieść? Przejrzę, co mam na półkach. Może Narody świata? Moglibyśmy wtedy razem podróżować po świecie. Po Indiach i Afryce.

Otarł łzy, które napłynęły mu do oczu. Podniósł głowę, spojrzał na siostrę… i znieruchomiał, ponieważ napotkał jej zdziwione, całkiem przytomne spojrzenie. Patrzyła na niego z jakiegoś bardzo odległego miejsca.


Później, kiedy podekscytowanie opadło i lekarz zbadał Marie, kobieta ponownie straciła przytomność. Gunder nie miał pojęcia, czy go poznała. Należało oczekiwać, że jeszcze wiele razy będzie odzyskiwała świadomość, a następnie ją traciła, zanim odzyska ją na dobre. Zadzwonił do Karstena, w którego głosie wyraźnie usłyszał nutę paniki, a potem pojechał na grób Poony, żeby posadzić wrzosiec. To była dobra roślina, odporna zarówno na mróz, jak i na suszę. Grzebał w ziemi gołymi rękami, pieścił ten kawałeczek gruntu należący do Poony, gładził drewniany krzyż i litery układające się w jej piękne imię. Kiedy skończył, nie mógł wstać. Jego ciało znieruchomiało. Nie był w stanie poruszyć ręką ani nogą, ani podnieść głowy. Robiło mu się coraz zimniej, bolały go grzbiet i kolana. W sercu miał całkowitą pustkę. Nie czuł ani żalu, ani strachu, zupełnie nic. Mógłby tak trwać do wiosny. Nie miał żadnego powodu, żeby wstać. Wszystko niebawem zniknie pod śniegiem i lodem. Trwał niczym zamarznięta rzeźba z białymi rękami zagrzebanymi w ziemi. Nagle kątem oka dostrzegł jakiś cień i tuż obok stanął pastor.

– Nie jest panu zimno tak na klęczkach? – zapytał łagodnie.

Pewnie wszyscy pastorzy mówią w ten sposób, pomyślał Gunder. Nie mógł się jednak poruszyć.

– Zapraszam do środka, do ciepła – powiedział Berg.

Gunder spróbował się podnieść, lecz ciało nie chciało go słuchać.

Berg nie był dużym mężczyzną, ale chwycił go pod ramiona i pomógł mu dźwignąć się z ziemi. Następnie niezręcznie poklepał go po ramieniu, zaprowadził na plebanię i posadził w fotelu. W kominku płonął ogień. Gunder powoli tajał.

– Co ja najlepszego zrobiłem? – zapytał ze łzami w oczach.

Pastor patrzył na niego w milczeniu. Gunder z trudem oddychał.

– Namówiłem Poonę, żeby tu przyjechała po swoją śmierć! – rozpaczał. – A potem pochowałem ją w zimnej ziemi, chociaż była hinduistką i powinna znaleźć się zupełnie gdzie indziej, ze swoimi bogami!

– Przecież chciała być tutaj z panem – zwrócił mu uwagę Berg.

Gunder ukrył twarz w dłoniach.

– Chciałem dać jej wszystko, co najlepsze!

– I dał pan. Ma dla siebie kawałeczek bardzo pięknego miejsca. Na pewno żałowałby pan, gdyby odesłał ją z jej bratem. Musiał pan wybierać między dwoma rozwiązaniami, z których żadne nie było stuprocentowo słuszne. Tak się czasem zdarza. Nikt nie może mieć do pana pretensji.

Gunder przez jakiś czas myślał nad tym, co usłyszał, po czym uniósł głowę i spojrzał na pastora.

– Zastanawiam się, jaki cel miał Bóg, dopuszczając do tego wszystkiego – powiedział, z trudem tłumiąc gniew.

Gospodarz spojrzał przez okno na wierzchołki drzew, z których spadały liście.

– Ja też – szepnął.

Gunder szybko się opanował.

– W Indiach dzieci grają w piłkę między grobami. Wygląda to całkiem naturalnie.

Berg uśmiechnął się.

– Pewnie tak, choć nie mnie to oceniać.


Po powrocie do domu Gunder stał dłuższą chwilę u podnóża schodów. Wreszcie podjął decyzję: wszedł na górę i powoli, starannie zaczął wyjmować z pudła rzeczy Poony i wieszać je w szafie w sypialni. Po jakimś czasie szafa, wypełniona do tej pory głównie szarymi i czarnymi ubraniami, nabrała całkowicie odmiennego wyglądu. Na jej dnie ustawił pantofle, kosmetyczkę zaniósł do łazienki, położył szczotkę do włosów na półeczce pod lustrem. Flakonik z perfumami znalazł miejsce obok jego wody po goleniu. Następnie usiadł przy kuchennym stole i patrzył na ogród. Niebo się zachmurzyło, wszystko zrobiło się szare. Za oknem powiesił karmnik; musi pamiętać, żeby z samego rana nasypać ziaren. Szumiało mu w głowie. Jak wyglądałoby życie z Pooną? Czy czekała na nie tak bardzo jak on? A może, jak powiedziała jego siostra, był dla niej tylko bogatym mężem, kluczem do lepszego, wygodniejszego życia? Teraz już się nigdy nie dowie, czy coś dla niej znaczył, czy byłaby kochającą żoną i lojalną towarzyszką życia, czy wystarczyłaby jej świadomość, iż wyrwała się ze slumsów Mombaju. Nie dowie się tego. Jego przyszłość, której na razie nie potrafił sobie wyobrazić, wypełnią domysły i fantazje, niespełnione nadzieje. Nie zdążył jej nawet powiedzieć, że ją kocha. Nie odważył się. Jak bardzo teraz tego żałował! Chętnie wykrzyczałby to na cały głos z najwyższej góry świata: moja ukochana Poona!

Czym jest miłość, pomyślał z rozpaczą. Tylko gorącym pragnieniem.

Oparł głowę na rękach i jęknął trawiony straszliwym bólem. Co pomyślała Poona, kiedy nie zobaczyła go na lotnisku? A zaraz potem: Gdzie jest teraz Marie? Czego potrzebuje?


Nazajutrz rano, robiąc kawę, dostrzegł zieloną furgonetkę listonosza. Zatrzymała się przy jego skrzynce na listy. Poczekał, aż samochód odjedzie, po czym wyszedł na podwórze. Jeden list. Wrócił do kuchni, usiadł przy stole, otworzył go. Był to list, który Poona napisała do brata. Oryginał w marathi oraz tłumaczenie. Sejer dołączył parę zdań od siebie. Starając się zapanować nad drżeniem rąk, Gunder założył okulary. Na dworze zrobiło się jaśniej, chmury się rozstąpiły, odsłaniając jasne październikowe słońce. Trawa lśniła, w poidełku dla ptaków pojawiła się cieniutka warstewka lodu. Do karmnika przyleciał dzięcioł, chwycił się mocno pazurkami i zaczął zajadać ziarna i tłuszcz, które Gunder wyłożył nie dalej jak dziesięć minut wcześniej. Samiec, przemknęło Gunderowi przez głowę. Czerwona czapeczka na jego łebku jarzyła się w promieniach słońca jak plama krwi. Czytał powoli, czując, jak wszystko w nim zamiera.


Shiraz, drogi Bracie.

Dawno już się nie widzieliśmy. Piszę do Ciebie w ważnej sprawie. Wybacz mi, proszę, że nie uprzedziłam Cię wcześniej.

Jestem już mężatką. To się stało wczoraj. Jest dobrym człowiekiem, kochającym i przyzwoitym. Traktuje mnie jak dziecko, którym trzeba się opiekować i które trzeba chronić. Nazywa się Gunder Jomann.

Pan Jomann jest duży, silny i przystojny. To prawda, że nie ma wielu włosów i nie myśli ani nie działa bardzo szybko, ale każdy jego krok jest przemyślany, a każda myśl szczera. W swoim kraju ma pracę i dom z ogrodem, drzewami owocowymi i mnóstwem różnych rzeczy. Mówi co prawda, że tam jest zimno, ale ja się nie boję. Otacza go aura ciepła i jasności. Chcę zostać tam z nim na zawsze. Nie obawiam się tego, co powiesz, drogi Bracie, ponieważ chcę tego nad wszystko na świecie. Pojadę do jego kraju i do końca życia zamieszkam w jego domu. Gunder Jomann jest najlepszym człowiekiem na świecie. Jego dłonie są silne i szczere. Oczy ma błękitne jak niebo. Z jego ciała emanuje spokojna siła. Życie z nim będzie dobre. Ciesz się moim szczęściem! Ciesz się tak jak ja ze wszystkiego, co się wydarzyło.

Twoja siostra Poona


Karin Fossum


***

Загрузка...