Rozdział piętnasty,

w którym Fandorin uczy się giętkości

Erast Pietrowicz inaczej wyobrażał sobie Grina. Nie wypatrzył

niczego złego ani szczególnie krwiożerczego w mężczyźnie siedzącym na sąsiedniej ławeczce. Poważna, jakby wykuta twarz, którą trudno sobie wyobrazić z uśmiechem. I zupełnie jeszcze młoda, biorąc pod uwagę nieudolną maskaradę: siwe wąsy i bakenbardy.

Wydaje się, że oprócz samego Fandorina i terrorystów nikogo więcej nie było na Briusowskim skwerze. Pożarski doskonale wybrał miejsce operacji. Przy kracie przechadzał się stójkowy, niechybnie przebrany.

Dwóch młodziutkich dozorców z nienaturalnie długimi brodami i inteligentnymi twarzami niezgrabnie zgarniało śnieg łopatami ze sklejki.

Jeszcze dwóch chłopaków nieopodal grało w gwoździa, ale wyraźnie niezbyt byli tym pochłonięci -zbyt często rozglądali się na boki.

Dziewiąta już minęła, ale Pożarski się spóźniał. Widocznie czekał, aż wróci najmłodszy z bojowców, udający gimnazjalistę.

A oto i on. Pogwizdując, przeszedł aleję, zajął miejsce na odległość wyciągniętej ręki od Erasta Pietrowicza, akurat obok dziurawej zaspy, i chciwie zagarnął do ust garstkę śniegu. Też coś - pomyślał radca stanu - przecież to zupełny dzieciak, i już przyuczony do zabójstw. W

odróżnieniu od fałszywego generała „gimnazjalista” wyglądał zupełnie przekonywająco. Najpewniej to ten Sniegir.

Zjawił się Pożarski i gracze w gwoździa przemieścili się ku centrum skweru. Erast Pietrowicz skoncentrował się i kiedy Książę wykrzyknął, że proponuje nihilistom, by się poddali - sprężyście podniósł

się z miejsca, szybko chwycił „gimnazjalistę” za kołnierzyk mundurka i pociągnął za sobą w zbawczą zaspę. Za wcześnie ginąć dla takiego smyka.

Śnieg miękko przyjął radcę stanu, choć usunął się nie więcej niż na arszyn. Sniegir upadł na Fandorina i zaczął się wyrywać, ale z mocnych rąk Erasta Pietrowicza niełatwo było się uwolnić.

Ze wszystkich stron zagrzmiały wystrzały. Fandorin wiedział, że strzelcy lotnej brygady, zasileni przez filerów Mylnikowa, strzelają z murów monasteru, z okolicznych dachów i nie wstrzymają ognia, póki na skwerze będzie się poruszać cokolwiek żywego.

Gdzie jest ten obiecany wykop?

Erast Pietrowicz lekko nacisnął młodemu terroryście na splot nerwowy, żeby przestał brykać, i raz po raz uderzał pięścią w ziemię.

Gdyby tam, pod śniegiem, była płyta pilśniowa, toby sprężynowała, ale nie, opoka okazała się twarda.

„Gimnazjalista” już nie próbował się oswobodzić, tylko od czasu do czasu podrygiwał jak rażony prądem, choć podrygiwać właściwie nie miał

powodu - Fandorin nacisnął niezbyt mocno, najwyżej na dziesięć minut świętego spokoju.

Kilka kul z okropnym sykiem wbiło się w śnieg - całkiem blisko.

Erast Pietrowicz walił w niepoddającą się płytę coraz wścieklej i już nawet próbował podskoczyć, o ile to było możliwe w pozycji leżącej, i to jeszcze z obciążeniem. Nie, jama nie chciała się otworzyć. Czy ta przeklęta płyta przez noc skamieniała?

Tymczasem strzały były coraz rzadsze i wkrótce całkiem ucichły.

W alei rozległy się głosy.

- Ten jest gotowy. Prawdziwe sito.

- Ten też. Ech, jak mu gębę rozwaliło, nie da się rozpoznać.

Wyłazić z zaspy nie było zbyt mądrym posunięciem - od razu wsadzą z dziesiątek kul - toteż Erast Pietrowicz, nie wstając, krzyknął:

- Panowie, to ja, Fandorin, nie strzelajcie!

I dopiero potem, ściągając z siebie spokojnie leżącego Sniegira, podniósł się, całkiem podobny do śnieżnego bałwana.

Skwer zapełnił się ludźmi w cywilu. Było ich chyba nie mniej niż pół setki, a za ogrodzeniem - jeszcze więcej.

- Wszystko idealnie, panie radco - powiedział jeden z dowódców lotnej brygady, o siwych wąsach, choć młody. - Nie ma kogo aresztować.

- Jeden jest żywy - odpowiedział Erast Pietrowicz, otrząsając się. - W-weźcie go i p-przenieście na ławkę.

Agenci wzięli „gimnazjalistę” na ręce, ale od razu położyli z powrotem.

- Jaki tam żywy - wymamrotał wąsal. - Ma z dziesięć dziurek.

I rzeczywiście: twarz chłopca, choć jeszcze niepozbawiona rumieńca, była martwa. Śnieg na szynelu w kilku miejscach poczerwieniał

od krwi, a na czole, trochę poniżej linii włosów, widniała dziura. Teraz stało się jasne, dlaczego tak dygotał.

Erast Pietrowicz z roztargnieniem zapatrzył się w pozbawione życia ciało, które osłoniło go od kul, i nie zauważył, jak z tyłu nadbiegł Pożarski.

- Żywy? Dzięki Bogu! - zakrzyczał, z tyłu obejmując wpół

Fandorina. - O mało oszalałem! Niech pan powie, na Boga, dlaczego pan skoczył w lewą zaspę! Przecież sto razy powtarzałem: w prawą trzeba skakać, w prawą! To po prostu cud, że pana nie zraniono!

- Przecież to ona, prawa! - wykrzyknął z oburzeniem radca stanu, od razu przypomniawszy sobie swoje bezcelowe podrygi. - I ja w nią s-skoczyłem!

Książę zatrzepotał powiekami, spojrzał na Fandorina, na ławeczkę, na zaspę, potem znowu na Fandorina i niepewnie zachichotał.

- No tak, rzeczywiście. Ja przecież nie siadałem na ławeczce, patrzyłem na nią stąd. Tu ja, tam zaspa, na prawo od ławki. A kiedy się siedzi, to ona, jasne, jest po lewej... Oj, nie mogę! Dwóch mędrców...

Dwóch strategów...

I policyjny wicedyrektor zgiął się wpół w paroksyzmie duszącego, niepowstrzymanego śmiechu, częściowo usprawiedliwionego spadkiem wielkiego napięcia nerwów.

Erast Pietrowicz uśmiechnął się, ponieważ wesołość Gleba Gieorgijewicza była zaraźliwa, ale spojrzawszy znów na chuderlawą figurkę w szynelu gimnazjalisty, spoważniał.

- Gdzie G-Grin? - spytał. - Siedział tam, przebrany za generała w stanie spoczynku.

- Takiego, panie radco, wśród nich nie ma. - Siwowąsy się nachmurzył, obracając się ku rozłożonym na alei ciałom. - Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, gimnazjalista jest szósty. Więcej nie ma nikogo. Hej, do diabła, gdzie siódmy?! Ich było siedmiu!

Książę przestał się śmiać. Pozbawionym nadziei wzrokiem powiódł

po parku, i zaciskając zęby, jęknął.

- Zbiegł! Przez wykop! No i nam zwycięstwo! A ja już w myśli relację układałem: strat nie ma, Grupa Bojowa całkowicie zlikwidowana...

Chwycił Fandorina za rękę i mocno uścisnął.

- Nieszczęście, Eraście Pietrowiczu, nieszczęście. Został nam w rękach ogon, a jaszczurka zbiegła. Ogon odrośnie jej nowy, dla niej to nie nowina.

- Co r-robimy? - spytał radca stanu. Jego strwożone niebieskie oczy patrzyły w tak samo strwożone czarne oczy księcia.

- Pan... nic - odpowiedział apatycznie Glob Gieorgijewicz. Z jego zmęczonej i zgaszonej twarzy zniknął wyraz triumfu. - Niech pan postawi świeczkę w cerkwi, ponieważ dzisiaj Bóg sprawił dla pana cud, i niech pan odpocznie. Teraz i ze mnie nie będzie wiele korzyści, a z pana tym bardziej. Cała nadzieja, że agenci gdzieś go wypatrzą. Do mieszkania, rzecz jasna nie wróci, nie jest durniem. Wszyscy znani nam czerwoni, różowi i nawet choć odrobinkę malinowi będą pod obserwacją. Hotele też.

Ja idę spać. Jeśli coś, to mnie obudzą, a ja dam panu znać. Tylko że szansa jest niewielka... - Machnął ręką. - Jutro rano znowu zaczniemy snuć intrygi. A na dziś koniec, je passe* [Pasuję (franc).].


Erast Pietrowicz nie pojechał do cerkwi, bo stawianie świeczek uważał za przesąd, a poza tym nie sądził, by już zasłużył sobie na odpoczynek. Obowiązek nakazywał mu odwiedzić generała-gubernatora, któremu na skutek rozmaitych okoliczności od czterech dni nie składał

raportu. Należało przedstawić szczegółowe sprawozdanie o stanie pościgu i dochodzenia.

W rezydencji jego jaśniewielmożności nie mógł się pojawić w płaszczu uwalanym śniegiem, z naderwanym kołnierzem i w pomiętym cylindrze, dlatego musiał zajechać do domu, ale nie na dłużej niż pół

godziny.

Kwadrans po dwunastej Fandorin, w świeżym surducie i nienagannej koszuli z krawatem derby, już wchodził do sekretariatu jego ekscelencji.

W wielkim pomieszczeniu oprócz sekretarza księcia nie było nikogo i radca stanu według starego zwyczaju miał zamiar wejść bez zameldowania, ale Innokientij Andriejewicz delikatnie chrząknął i uprzedził:

- Eraście Pietrowiczu, u jego jaśniewielmożności jest gość, dama.

Fandorin pochylił się nad stołem i napisał na karteczce: Władimirze Andriejewiczu, jestem gotowy złożyć meldunek o dzisiejszej operacji i wszystkich poprzedzających ją zdarzeniach.

E.F.


- Proszę p-pilnie przekazać - powiedział do urzędnika w okularach, który z ukłonem przyjął notatkę i zniknął w drzwiach gabinetu.

Fandorin stanął tuż pod drzwiami, pewny, że natychmiast zostanie wpuszczony, jednak sekretarz, wyłoniwszy się z powrotem, niczego mu nie powiedział, tylko zajął swoje miejsce.

- Władimir Andriejewicz przeczytał? - spytał z niezadowoleniem radca stanu.

- Tego to nie wiem, ale szepnąłem jego jaśniewielmożności, że notatka jest od pana.

Erast Pietrowicz skinął głową, niecierpliwie przespacerował się po miękkim chodniku - raz, drugi. Drzwi pozostawały zamknięte.

- Kto tam jest u niego? - nie wytrzymał Fandorin.

- Jakaś dama. Młoda i bardzo piękna. - Innokientij Andriejewicz, który, jak się zdawało, był sam zaintrygowany, skwapliwie odłożył pióro -

Nazwiska nie znam, weszła bez meldowania. Froł Grigorjewicz ją przyprowadził.

- A więc Wiediszczew też tam jest?

Sekretarz nie musiał odpowiadać, ponieważ drzwi cicho skrzypnęły i do sekretariatu wszedł sam Wiediszczew.

- Frole Grigorjewiczu, mam pilną sprawę do jego jaśnie wielmożności, n-nadzwyczajnej wagi! - z rozdrażnieniem rzekł Fandorin, ale książęcy kamerdyner zachował się w sposób zagadkowy: przyłożył palec do ust, a potem tym samym palcem nakazał Erastowi Pietrowiczowi, by poszedł za nim, i żwawo przestawiając na wpół zgięte nogi w wojłokowych półwalonkach, przemierzył korytarz.

Radca stanu wzruszył ramionami i podążył za staruszkiem, myśląc: Możliwe, że już nie tak bezsensowne są lamenty petersburżan, utrzymujących, że moskiewski władca zaczyna w piętkę gonić ze starości.

Wiediszczew otworzył kolejno pięcioro odrzwi, kilkakrotnie skręcił to w prawo, to w lewo, aby w końcu wprowadzić gościa w wąski korytarzyk, który, jak było Fandorinowi wiadomo, łączył gabinet generała-gubernatora z prywatnymi apartamentami.

Tutaj Froł Grigorjewicz zatrzymał się, znowu przyłożył palec do ust i lekko pchnął malutkie drzwiczki. Te uchyliły się bezgłośnie i okazało się, że przez szczelinę doskonale widać wszystko, co się dzieje w gabinecie.

Erast Pietrowicz zobaczył Dołgorukiego, siedzącego do niego plecami, a przed nim, w zadziwiająco bliskiej odległości, jakąś damę czy panienkę. Prawdę mówiąc, trudno tu było mówić o jakimkolwiek dystansie -

twarz gościa spoczywała bowiem na piersi jego jaśniewielmożności, zza ramienia ze złotym epoletem widać było ledwie czubek główki. Ciszę naruszał tylko płacz, któremu towarzyszyło żałosne siąkanie nosem.

Fandorin ze zdumieniem obejrzał się na kamerdynera, a ten nagle pozwolił sobie na dziwaczny żarcik - mrugnął do radcy stanu pomarszczoną powieką. Doszczętnie zbity z tropu Erast Pietrowicz znowu zajrzał przez szparę. Zobaczył, jak książę podnosi rękę i delikatnie gładzi płaczącą po czarnych włosach.

- No, no, gołąbeczko, wystarczy - przemówił łaskawie jego ekscelencja. - Dobrze, że przyszłaś do staruszka, że ulżyłaś swoim strapieniom. I że sobie popłakałaś, też dobrze. A o nim tak ci powiem.

Wyrzuć go ze swego serca. To nie para dla ciebie. I dla nikogo. Ty jesteś dziewczęciem bezpośrednim, z temperamentem, nie zechcesz żyć połowicznie.

A on, choć go kocham, jest jakiś martwy, jakby szronem pokryty. Czy też popiołem obsypany. Nie odgrzejesz ty go, nie ożywisz. Już niejedna próbowała. Posłuchaj mojej rady, nie trać na niego swej duszy. Znajdź

sobie kogoś innego, młodego, prostolinijnego, pogodnego. Z takim zaznasz więcej szczęścia, uwierz staremu człowiekowi.

Erast Pietrowicz słuchał przemowy księcia i jego równe brwi coraz bardziej marszczyły się z niedowierzaniem.

- Nie chcę żadnego pogodnego - zduszonym od łez, ale w pełni rozpoznawalnym głosem zajęczał czarnowłosy gość. - Nic pan nie rozumie, on jest żywszy od wszystkich, których znam. Tylko boję się, że on nie umie kochać. I jeszcze cały czas boję się też, że go zabiją...

Dłużej Fandorin nie chciał podsłuchiwać.

- Po co pan mnie tutaj przyprowadził? - wysyczał wściekle do Froła Grigorjewicza i szybko wyszedł z korytarza.

Wróciwszy do sekretariatu, radca stanu, naciskając na pióro z taką siłą, że aż bryzgał atrament, napisał do generała-gubernatora nową notatkę, całkowicie różniącą się od poprzedniej i tonem, i treścią. Ale przekazać jej sekretarzowi nie zdążył - białe drzwi się rozwarły i rozległ się głos Władimira Andriejewicza.

- No, idź, idź z Bogiem. I nie zapomnij mojej rady.

- Dzień dobry, Esfiro Awiessałomowno - ukłonił się radca stanu wychodzącej z gabinetu piękności.

Ta zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem. Nawet nie można było sobie wyobrazić, że ta wyniosła osoba dopiero co szlochała i pociągała nosem jak pensjonarka, której odmówiono lodów. Co najwyżej jej oczy, jeszcze wilgotne od łez, błyszczały jaskrawiej niż zazwyczaj. Nic zaszczyciwszy Erasta Pietrowicza odpowiedzią, królowa Saby oddaliła się.

- Ech - westchnął Władimir Andriejewicz, patrząc za nią. - Gdyby nie moje sześćdziesiąt pięć... Niech pan wchodzi, łaskawco. Proszę wybaczyć, że musiał pan czekać.

Zgodnie z niepisaną umową nie rozmawiali o niedawnym gościu, tylko od razu przeszli do spraw służbowych.

- Okoliczności były takie, że nie mogłem zjawić się u waszej jaśniewielmożności z r-raportem wcześniej - zaczął Fandorin oficjalnym tonem.

Ale generał-gubernator wziął go za łokieć, usadził w fotelu naprzeciw siebie i miło, dobrodusznie powiedział:

- Wszystko wiem. Froł ma wielu życzliwych znajomych i w ochranie, i w innych miejscach. Raporty o pańskich przygodach otrzymywałem regularnie. I o dzisiejszej batalii zostałem szczegółowo poinformowany przez asesora kolegialnego Mylnikowa. To dobry człowiek, ten Jewstratij Pawłowicz. Bardzo chce zająć miejsce zwolnione przez Burlajewa. No cóż, można w ministerstwie szepnąć słówko. Ja już depeszę o dzisiejszych bohaterskich wyczynach wysłałem do jego cesarskiej mości - wcześniej niż wasze książątko. Przecież tutaj najważniejsze, kto pierwszy zamelduje.

Pańskie bohaterstwo opisałem w najżywszych barwach.

- Najpokorniej za to dz-dziękuję - trochę nieprzytomnie odparł

Erast Pietrowicz - jednak chwalić się za bardzo nie ma czym. Główny p-przestępca zbiegł.

- Jeden zbiegł, a sześciu zostało unieszkodliwionych. To wielki sukces, gołąbeczku. Policja dawno takiego nie odniosła. I do zwycięstwa doszło w Moskwie, choć nie bez pomocy ze stolicy. Z mojej depeszy najjaśniejszy pan wywnioskuje, że sześciu terrorystów, którzy zostali zastrzeleni - to nasza, moskiewska zasługa; a to, że siódmy uciekł - to błąd Pożarskiego. Ja depesze umiem pisać. W końcu już pół wieku żegluję po morzach atramentu. Ale to nic, pan Bóg jest miłosierny. Może i zrozumieją tam - pomarszczony palec księcia wskazał na sufit, adresując ostatnią uwagę ni to do cesarza, ni to bezpośrednio do Boga - że jeszcze za wcześnie wyrzucać Dołgorukiego na śmietnik. Przecenili się! I w sprawie pisma o pański awans na oberpolicmajstra, które tam ugrzęzło, też wspomniałem w depeszy. Zobaczymy, czyja karta weźmie...


Z pałacu generała-gubernatora Erast Pietrowicz wyszedł zamyślony.

Wkładając rękawiczki, zatrzymał się przy słupie ogłoszeniowym i nie wiadomo czemu przeleciał wzrokiem wydrukowane ogromnymi literami ogłoszenie:


Cud amerykańskiej techniki!

W Muzeum Techniki zostanie zademonstrowany najnowszy fonograf Edisona. Pan Riepman, kierujący wydziałem fizyki stosowanej, osobiście przeprowadzi doświadczenie zapisywania dźwięku. W tym celu wykona arię z opery Życie za cara. Opłata za wstęp - 15 kop. Liczba biletów ograniczona.


W plecy radcy stanu uderzyła śnieżka. Erast Pietrowicz ze zdumieniem odwrócił się i zobaczył przy trotuarze lekkie dwuosobowe sanki. Na aksamitnym siedzeniu siedziała czarnooka panienka w sobolowej szubce.

- Siadaj - powiedziała. - Jedziemy.

- Chodziła pani na skargę do zwierzchności, m-mademoiselle Litwinowa? - z całą dostępną mu złośliwością odezwał się Fandorin.

- Eraście, jesteś głupcem - zrewanżowała się szybko i zdecydowanie. - Milcz, bo znów się pokłócimy.

- A jaką to radę otrzymałaś?

Esfira westchnęła.

- Mądrą radę. Skorzystam z niej obowiązkowo. Ale jeszcze nie teraz. Później.


Przed wejściem do znanego każdemu mieszkańcowi Moskwy wielkiego domu na Twerskim bulwarze Fandorin zatrzymał się, ogarnięty przeciwstawnymi uczuciami. A więc jednak nominacja, o której tak długo mówiono i w realność której Erast Pietrowicz już przestał wierzyć, w końcu się zmaterializowała.

Pół godziny wcześniej do oficyny na Małej Nikickiej przybył

feldjeger i z ukłonem oznajmił radcy stanu, który wyszedł do niego w szlafroku, że natychmiast oczekuje się go w siedzibie oberpolicmajstra.

Takie zaproszenie mogło oznaczać tylko jedno: wczorajsza depesza generała-gubernatora adresowana do najjaśniejszego pana odniosła skutek, i to szybciej, niż przypuszczano.

Starając się jak najmniej hałasować, Fandorin dokonał

przyspieszonej porannej toalety, włożył mundur i ordery, przyczepił

szpadę - wydarzenie wymagało przestrzegania form - i obejrzawszy się na półotwarte drzwi sypialni, na palcach wyszedł do przedpokoju.

Z punktu widzenia dalszej kariery awans na stanowisko drugiej pod względem znaczenia osoby w starej stolicy cesarstwa oznaczał wzlot na podniebne wyżyny. Wśród przywilejów były: nieunikniony stopień generalski, ogromna władza, godne zazdrości wynagrodzenie i, najważniejsze, pewna droga ku jeszcze bardziej zawrotnym wysokościom.

Jednak droga ta była usłana nie tylko różami, nie brakło i cierni, z których najgorsze dla Fandorina było pełne pożegnanie z prywatnością.

Oberpolicmajster powinien mieszkać w rezydencji skarbowej - wystawnej, niewygodnej i w dodatku połączonej z kancelarią; musiał uczestniczyć w bardzo wielu oficjalnych wydarzeniach, i to w dodatku w charakterze czołowej postaci (na przykład w Wielkim Tygodniu planowano uroczystą inaugurację Towarzystwa Popierania Trzeźwości pod patronatem głównego miejscowego obrońcy i stróża prawa): i wreszcie służyć obywatelom Moskwy za autorytet moralny życia, co, biorąc pod uwagę prywatne nawyki Erasta Pietrowicza, wydawało się warunkiem trudnym do spełnienia.

Oto dlaczego Fandorin musiał wziąć się w garść, zanim przestąpił

próg swojego nowego domu i nowego życia. Jak zazwyczaj, pociechę znalazł

w słowach Najmędrszego: „Wielkoduszny mąż wie, na czym polega jego obowiązek, i nie próbuje się od niego uchylić”.

Uchylić się już nie można było, a spóźniać - nie wypadało, i Erast Pietrowicz, wzdychając, przekroczył fatalną linię, od której zacznie się odliczanie ery nowych obowiązków. Skinął salutującemu żandarmowi, obrzucił długim spojrzeniem znany mu ozdobny westybul i złożył szubę na ręce szwajcara. Za minutę lub dwie powinna podjechać karoca generała-gubernatora. Władimir Andriejewicz wprowadzi protegowanego do służbowego gabinetu i uroczyście wręczy mu pieczęć, medal na łańcuchu i symboliczny klucz do miasta - atrybuty władzy oberpolicmajstra.

- Jakie to wzruszające, że pan przyszedł w mundurze, w pełnej gali! - rozległ się z tyłu wesoły głos - A więc już pan wie? A chciałem pana zaskoczyć.

Na szerokich i krótkich, liczących tylko cztery marmurowe stopnie schodach stał Pożarski, ubrany zupełnie nieuroczyście - w wizytową marynarkę i spodnie w kratę, ale za to z szerokim uśmiechem na ustach.

- Przyjmuję gratulacje z najszczerszą wdzięcznością. - Skłonił

się żartobliwie. - Chociaż, prawdę mówiąc, taki uroczysty strój jest zbędny. Proszę do gabinetu. Pokażę coś panu.

Erast Pietrowicz nie zdradził się ani jednym gestem, ale zobaczywszy przypadkiem w lustrze, jak oślepiająco lśnią jego ordery i złote hafty na mundurze, pokraśniał boleśnie z powodu swojej haniebnej pomyłki. „Kiedy świat wygląda całkiem czarno, wielkoduszny mąż szuka w nim białej plamki” - przyszedł z pomocą Najmądrzejszy. Radca stanu podjął

wysiłek i natychmiast odnalazł białą plamkę: przynajmniej nie będzie musiał przewodniczyć towarzystwu abstynentów.

Nie mówiąc ani słowa, postąpił za Pożarskim do gabinetu oberpolicmajstra i zatrzymał się przy drzwiach, nie wiedząc, gdzie usiąść

- kanapa i fotele były nakryte pokrowcami.

- Nie zdążyłem się jeszcze rozgościć. O, proszę tutaj. - Pożarski ściągnął z kanapy białe płótno. - Telegram przyszedł o świcie. Ale to dla nas nie najważniejsze. Najważniejszy jest tekst przygotowany dla gazet, przysłany z Petersburga. Publikację zaplanowano na dwudziestego siódmego.

Dołgorukiemu oddzielnie wysłano imienny rozkaz. Proszę czytać.

Erast Pietrowicz wziął blankiet telegramu z nadrukiem „ściśle tajne” i prześlizgnął się wzrokiem po długiej kolumnie z gęsto naklejonych tasiemek.


Dziś, w najdostojniejszym i uroczystym dniu urodzin Jego Wysokości Najjaśniejszego Pana, złotogłowa Moskwa została uszczęśliwiona wielką, niebywałą Cesarską łaską: Wszechwładny Samodzierżawca, Władca Rosji, powierzył moskiewski gród stołeczny Swojego Cesarstwa bezpośredniej opiece Swojego Najjaśniejszego Brata, Wielkiego Księcia Symeona Aleksandrowicza, mianując Jego Wysokość moskiewskim generałem-gubernatorem. Nominacja ta ma swoje głębokie, historyczne znaczenie.

Moskwa znowu wstępuje w bezpośrednie stosunki z Najjaśniejszym Rosyjskim Domem Panującym. Odwieczne duchowe więzy, łączące Najwyższego Zwierzchnika rosyjskiego narodu z dawną rosyjską stolicą, umacniają się dzięki tej podniosłej, namacalnej reprezentacji, która tak wiele stanowi i ma tak głębokie znaczenie dla jasnego zrozumienia tych szlachetnych stosunków przez cały naród. Niniejszym Najjaśniejszy Pan uznał za ważne jeszcze bardziej podnieść znaczenie Moskwy jako narodowego Palladium, mianując w niej Swoim przedstawicielem nie kogo innego, tylko Najjaśniejszego Brata Swojego. Moskwianie nigdy nie zapomną tej łatwej dostępności, która wyróżniała księcia Władimira Andriejewicza, tej serdecznej, uprzedzającej grzeczności, z jaką odnosił się do wszystkich zwracających się z prośbą o pomoc, tej energii, z którą...


- Przeczytał już Pan to o „łatwej dostępności”? - spytał

Pożarski, któremu najwidoczniej nie chciało się czekać i wolał jak najszybciej przejść do sedna rzeczy. - Dalej może pan się nie męczyć, jest jeszcze wiele linijek, ale bez treści. A więc, Eraście Pietrowiczu, pański patron się skończył. I nadszedł czas, abyśmy - pan i ja - do końca wyjaśnili stosunki. Moskwa od dziś się zmienia i taka jak przy Wołodii Wielkie Gniazdo już nigdy nie będzie. Władza w mieście powstanie prawdziwa, silna, bez tej „łatwej dostępności”. Pana szef nie rozumiał

prawdziwej natury władzy, nie oddzielał jej uświęconej funkcji od praktycznej i dlatego wasze miasto ugrzęzło w patriarchalności, wcale nie wychodząc na spotkanie nowemu wiekowi.

Książę mówił poważnie, z przekonaniem, energicznie. Chyba taki właśnie był w istocie, kiedy nie intrygował i nie kombinował.

- Przedstawicielem namaszczonej władzy w Moskwie będzie jego wysokość, mój opiekun, którego interesy, prawdę mówiąc, reprezentowałem tu od samego początku. Teraz mogę mówić o tym jawnie. Wielki książę to człowiek o marzycielskiej naturze i o specyficznych gustach, o których najpewniej już pan słyszał.

Erast Pietrowicz przypomniał sobie, że o Symeonie Aleksandrowiczu mówiono, jakoby lubił się otaczać piękniutkimi adiutantami, jednak nie było dlań jasne, czy właśnie to miał na myśli Pożarski.

- To zresztą nie takie ważne. Istotne jest to, że jego wysokość w żadne sprawy, oprócz reprezentacyjnych, mieszać się nie ma zamiaru. To znaczy: swojej mistycznej aureoli władzy nie będzie plamić „dostępnością”

i „serdecznością”. A praktyczna, prawdziwa władza nad milionowym miastem dostanie się moskiewskiemu oberpolicmajstrowi, którym od dziś jestem ja.

Wiem, że nie będzie pan pisał donosów ani rozsiewał plotek, dlatego uważam za stosowne być z panem w pełni szczerym.

Gleb Gieorgijewicz spojrzał na ordery rozmówcy i trochę się zmarszczył.

- Czasami pozwalam się porwać jakiejś sprawie, zapamiętuję się i niechcący pana obraziłem. Powinien mi pan wybaczyć. Między nami zrodziła się głupia, chłopięca rywalizacja, nie mogłem sobie odmówić przyjemności zażartowania z pana. Żart był bardzo kiepski. Jeszcze raz proszę o wybaczenie. Wiedziałem o wczorajszej depeszy, w której pański patron prosił cesarza o zatwierdzenie pana awansu na oberpolicmajstra. Sekretarz Dołgorukiego, cichutki Innokientij Andriejewicz, już dawno wyczuł, z której strony wieje, i oddał naszej partii rzeczywiście nieocenione usługi. Mój telegram leżał na stole cesarza pół godziny wcześniej. Czy naprawdę pan pomyślał, że ja z Briusowskiego skweru pojechałem spać?

- W ogóle o tym nie myślałem - odrzekł oschle Erast Pietrowicz, po raz pierwszy naruszając milczenie.

- A jednak jest pan nadal obrażony - skonstatował Pożarski. - No, zawiniłem, zawiniłem. Niech pan zapomni o tym figlu. Teraz rzecz tyczy się całej pana przyszłości. Miałem możliwość ocenić pańskie wyjątkowe zalety. Posiada pan ostry umysł, zdecydowanie, odwagę, ale najbardziej cenię w panu talent wychodzenia z ognia, nawet bez osmalenia skrzydełek.

Sam jestem człowiekiem, któremu się szczęści, i umiem rozpoznać wybrańców losu. Spróbujmy sprawdzić, czyje szczęście jest silniejsze, pana czy moje?

Wyjął z kieszeni maleńką talię kart i pokazał ją radcy stanu.

- Proszę zgadnąć, jaka karta jest na górze, czarna czy czerwona.

- Dobrze, tylko niech pan położy t-talię na stół. - Erast Pietrowicz wzruszył ramionami. - Ufność w tej grze raz o mało kosztowała mnie życie.

Książę wcale się nie obraził, przeciwnie, zaśmiał się z uznaniem.

- Ma pan rację. Fortuna fortuną, ale nie należy jej przypierać do ściany. A więc?

- Czarna - nie zastanawiając się, oznajmił Fandorin.

Pożarski pomyślał i powiedział:

- Też tak sądzę.

Wierzchnia karta okazała się siódemką pik.

- Następna t-także jest czarna.

- Zgoda. Wyszedł walet trefl.

- Znowu czarna - cierpliwie, jakby grał z dzieckiem w nudną grę, rzekł Erast Pietrowicz.

- Mało prawdopodobne, aby trzy razy z rzędu... Nie, sądzę, że czerwona - zdecydował książę i odsłonił damę trefl.

- Tak i podejrzewałem - westchnął Gleb Gieorgijewicz. - Pan jest istnym ulubieńcem fortuny. Byłoby żal stracić takiego sojusznika. Wie pan, ja z początku uznałem pana za obiekt niebezpieczny, chociaż przydatny. Ale teraz już nie uważam pana za niebezpiecznego. Przy wszystkich swoich znakomitych zaletach ma pan jeden wielki mankament.

Jest pan zupełnie pozbawiony elastyczności, nie umie pan zmieniać barwy i formy stosownie do okoliczności, nie potrafi zejść z wytyczonej trasy na okrężną dróżkę. Ale dzięki temu nie będzie pan próbował wysadzić mnie ze stanowiska i nie wbije noża w plecy. Tej sztuki nie osiągnie pan nigdy, co mnie zresztą w pełni zadowala. A co do gibkości, to mogę jeszcze wiele pana nauczyć. Proponuję sojusz. Wespół możemy przenosić góry. W tej chwili jeszcze panu nie proponuję żadnej określonej funkcji, co do tego zdążymy się umówić. Na razie jest mi potrzebna pańska ogólna zgoda.

Radca stanu milczał i Pożarski uśmiechnął się rozbrajająco.

- Dobrze, nie będziemy się spieszyć. W takim razie spróbujmy wzajemnie poznać się bliżej. Ja nauczę pana gibkości, a pan mnie - sztuki odgadywania. Pasuje?

Fandorin pomyślał chwilą i przytaknął.

- Świetnie. Proponuję przejść na ty, a wieczorem przypieczętujemy to bruderszaftem. - Książę się rozjaśnił. - No więc jak? „Ty” i „Erast”?

- „Ty” i „Gleb” - zgodził się Erast Pietrowicz.

- Przyjaciele nazywają mnie Glebik. - Świeżo upieczony oberpolicmajster uśmiechnął się i wyciągnął rękę. - Cóż, Eraście, do wieczora. Muszę niedługo wyjechać w pilnej sprawie.

Fandorin wstał i podał rękę, ale nie spieszył się z odejściem.

- Co z poszukiwaniami Grina? Czyżbyśmy n-niczego nie zamierzali zorganizować? Wydaje się, że ty, Gleb - radcy stanu z trudem przeszło to przez gardło - mówiłeś, że będziemy „snuć intrygi”?

- O to się nie martw - odpowiedział Pożarski z uśmiechem Wasylisy Przemądrej, tłumaczącej Iwanowi Carewiczowi, że ranek jest mądrzejszy od wieczora. - Spotkanie, na które się spieszę, pomoże ostatecznie położyć kres sprawie GB.

Porażony tym ostatnim ciosem, Fandorin nic więcej nie powiedział, jedynie skinął smętnie głową na pożegnanie.

Zszedł po schodach ciężkim krokiem, powoli przeciął westybul, narzucił szubę i wyszedł na bulwar, melancholijnie machając cylindrem.

Jednak wystarczyło, że trochę się oddalił od żółtego budynku z białymi kolumnami, a w jego zachowaniu zaszła diametralna zmiana. Nagle wybiegł na jezdnię i machnął ręką, zatrzymując pierwszego fiakra.

- Dokąd pan poleci, ekscelencjo? - wykrzyknął junacko siwobrody włodzimierzanin, dojrzawszy pod rozpiętą szubą błyszczący krzyż orderu. -

Dowiozę w jak najlepszym stanie!

Ważna persona nie siadała, a z jakiegoś powodu lustrowała konika

- mocnego, ładnego, kudłatego, uderzyła czubkiem buta w wieniec sań.

- A po ile teraz taki zaprzęg?

Fiakier nie zdziwił się, ponieważ powoził w Moskwie nie pierwszy rok i napatrzył się różnych oryginałów. Zresztą tacy zazwyczaj dawali bardziej szczodre napiwki.

- Liczę, że z pięć setek rubelków, wasza wysokość - przesadził, rzecz jasna, dorzuciwszy sporo dla powagi.

I wtedy jaśnie pan rzeczywiście się wygłupił. Wyjął z kieszeni złoty zegarek na złotym łańcuszku.

- To diamentowy breguet, jego najniższa cena - t-tysiąc rubli.

Zabieraj, a sanie z koniem zostaw mnie.

Woźnica wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta, jak zaczarowany patrząc na jaskrawe iskierki, które w słońcu zatańczyły po złocie.

- Szybciej myśl! - krzyknął zwariowany generał. - Bo d-drugiego zatrzymam.

Dryndziarz złapał bregueta i wsunął go w usta, za policzek, choć łańcuch się nie mieścił, zwisając na brodzie. Wylazł z sań, rzucił bat, ryżego konia klepnął na pożegnanie po zadzie i rzucił się do ucieczki.

- Stój! - krzyknął za nim dziwaczny pan. Widać rozmyślił się. -

Wróć!

Woźnica z miną skazańca przydreptał z powrotem ku saniom, ale łupu zza policzka na razie nie wyjmował, miał jeszcze nadzieję.

- M-m-m, mymym, mamy mymy mummum mummy mumy, mo mamomu mumy -

wymuczał z wyrzutem, co oznaczało: „Grzech, panie, takie żarty sobie z ludzi stroić, choć na wódkę dajcie”.

- Cz-czekaj, jeszcze się zamienimy - zaproponował słaby na umyśle. - Twoją burkę i rękawice na moją szubę. I czapkę też zdejmuj.

Włożył niechlujny barani kożuch, uszankę z owczej skóry, a dryndziarzowi rzucił bobrowe futro z sukiennym wierzchem, a na głowę nasadził krzywo zamszowy cylinder. Potem warknął:

- Koniec. Żeby tu więcej n-noga twoja nie postała!

Dryndziarz podwinął poły za długiej na niego szuby i pognał przez bulwar na drugą stronę, tupiąc łatanymi walonkami, aż łańcuch złotą nitką kołysał się mu przy uchu.

Fandorin usadowił się w saniach, pocmokał na konia, żeby się nie denerwował, i zaczął czekać.

Pięć minut później z podwórza domu oberpolicmajstra zajechał na podjazd kryty ekwipaż. Pojawił się Pożarski z bukietem herbacianych róż i wskoczył do karety, która natychmiast ruszyła. Jej śladem pojechały sanie, w których siedzieli dwaj mężczyźni, od dawna już znani Erastowi Pietrowiczowi.

Radca stanu chwilę odczekał, po czym zawadiacko gwizdnął.

- Nno, leniwa! Wio! - huknął.

I ruda kobyła wstrząsnęła wyczesaną grzywą, zadzwoniła dzwoneczkami i zastukała kopytami po bruku.


Pojechali, jak się później okazało, na Dworzec Nikołajewski.

Tam Pożarski wyskoczył z karety, poprawił bukiet i lekko przeskakując stopnie, wbiegł na dworcowe schody. Ochrona poszła jego śladem, utrzymując zwykły dystans.

Wtedy domniemany dryndziarz wylazł z sań. Niby spacerując, zbliżył się do powozu i pochylił się, by podnieść upuszczoną rękawicę.

Nie od razu się wyprostował - spode łba rozejrzał się dokoła i nagle bardzo silnym, lecz prawie niewidocznym z powodu wielkiej prędkości ciosem pięści przełamał wzmocniony resor. Kareta zadrżała, trochę się przekrzywiła. Woźnica, zaniepokojony, spojrzał z kozła, ale niczego podejrzanego nie zauważył, jako że Fandorin już się wyprostował i patrzył

w inną stronę.

Później, kiedy znów siedział w swoich saniach, kilkakrotnie odmawiał pasażerom z petersburskiego pociągu, chociaż jedna z propozycji była wyjątkowo korzystna: na Sokolniki za rubel z ćwiartką.

Pożarski wrócił nie sam, lecz z całkiem ładną młodą damą. Ukryła twarz w różach i zanosiła się szczęśliwym śmiechem. I książę był nie taki jak zazwyczaj - jego oblicze rozjaśniały beztroska i życzliwość.

Pięknotka objęła go wolną ręką za szyję i pocałowała w usta, i to tak namiętnie, że Glebowi Gieorgijewiczowi zjechała na bok czapka z kuny.

Fandorin mimo woli pokiwał głową, zadziwiony tymi nieoczekiwanymi przejawami ludzkiej natury. Kto by pomyślał, że petersburski pożeracz drapieżników, zarozumialec, zdolny jest do tak romantycznego zachowania?

Ale co z tym ma wspólnego GB?

Wystarczyło, że książę wsadził swoją towarzyszkę do powozu, by ten zupełnie osiadł na prawym boku i stało się jasne, że jechać nim nijak się nie da.

Wtedy Erast Pietrowicz naciągnął czapkę niżej, nad same oczy, podniósł kołnierz i gromko strzelając z bata, podjechał wprost do miejsca zdarzenia.

- A tu saneczki lekkie, włodzimierskie! - zaryczał radca stanu falsetem, niemającym nic wspólnego z jego zwykłym głosem. - Siadajcież, wasza wielmożność, odwiozę pana z mamzelą, dokąd pan rozkażesz, i wezmę niedrogo: rubelka i jeszcze pół, no i ćwiartkę na herbatkę z cukrem!

Pożarski spojrzał zezem na zuchwalca, potem na wykrzywiony faeton.

- Odwieziesz panienkę na plac Łubianki - polecił. - A ja -

zwrócił się do przyjezdnej - siądę ze swoimi abrekami i udam się na Twerską. Czekam na wiadomości.

Moszcząc się w saniach i nakrywając kolana niedźwiedzią skórą, piękność rzekła po francusku:

- Tylko błagam, kochany, żadnych policyjnych sztuczek, żadnego śledzenia. On z pewnością wyczuje.

- Obrażasz mnie, Julio - odpowiedział Pożarski w tym samym języku. - Czy kiedykolwiek cię zawiodłem?

Erast Pietrowicz szarpnął wodze i pogonił kobyłę po Kałanczowce w stronę Sadowo-Spasskiej.

Panna najwyraźniej była w świetnym humorze: najpierw pomrukiwała jakąś piosenkę bez słów, potem cichutko zaśpiewała o czerwonym sarafanie.

Głosik miała słaby, ale melodyjny.

- Łubianka, panienko - oznajmił Fandorin. - Dalej dokąd?

Pokręciła główką na wszystkie strony, z westchnieniem szepnęła do siebie: „Jaki on nieznośny z tą swoją konspiracją!”, i rozkazała:

- Ty, wiesz co, powoź mnie tutaj dookoła.

Radca stanu chrząknął i pojechał po obwodzie placu, wokół

pokrytej lodem fontanny i postoju fiakrów.

Kiedy wykonywał czwartą rundę, z trotuaru wybiegł jakiś mężczyzna w czarnym palcie i lekko wskoczył do sań.

- Ja ci tu skoczę, bandyto! - wrzasnął dryndziarz i zamachnął się na żebraka batem.

Pasażerem okazał się nie kto inny, tylko sam pan Grin we własnej osobie. Tylko dokleił sobie jasne wąsy i włożył okulary.

- To mój przyjaciel - wyjaśniła piękna panienka. - Właśnie na niego czekałam. Dokąd jedziemy, Grinczyk?

Nowy pasażer rzucił:

- Jedź przez plac Teatralny. Potem powiem.

- Co się stało? - spytała „śpiewaczka”. - Co to znaczy „pilna sprawa”? Wszystko rzuciłam, aby stanąć przed tobą, uczennica przed swoim maestro. A może po prostu się stęskniłeś? - W jej glosie zabrzmiała figlarność.

- Dojedziemy, to ci powiem - powiedział specjalny pasażer, jawnie nie w nastroju do konwersacji.

Toteż dalej pojechali w milczeniu.

Pasażerowie wysiedli na Prieczystience, obok siedziby hrabiów Dobrzyńskich, ale zamiast skierować się do bramy, weszli na ganek dobudowanej do pałacu oficynki.

Erast Pietrowicz wyszedł podciągnąć popręg i widział, że drzwi otworzyła młoda kobieta o bladej, surowej twarzy i gładko uczesanych, spiętych w kok włosach.

Każdą następną czynność radca stanu wykonywał błyskawicznie i bez najmniejszego wahania, jakby działał nie w natchnieniu, tylko realizował

zupełnie nieskomplikowany, kapitalnie przygotowany plan.

Odjechał na pięćdziesiąt kroków, przywiązał sanie do słupa, zrzucił kożuch i czapkę do sań, wsunął szpadkę pod kozioł, a sam szybko wrócił do ogrodzenia. Odczekał, aż ulica, i tak niezbyt ludna, zupełnie opustoszeje, zwinnie wdrapał się po kracie i zeskoczył na ziemię po drugiej stronie.

Szybko przebiegł przez podwórze do przybudówki i znalazł się dokładnie pod oknem z otwartym lufcikiem. Postał chwilę bez ruchu, podsłuchując.

Potem bez widocznego wysiłku wdrapał się na parapet i przecisnął

przez mały prostokątny otwór, co bez wątpienia wymagało wirtuozowskiej giętkości człowieka-gumy.

Najtrudniej było zejść na podłogę, nie czyniąc żadnego hałasu, jednak radcy i to się udało. Zobaczył, że znajduje się w kuchni, ciasnej, ale czyściutkiej i dobrze ogrzanej. Znowu przydało mu się czujne ucho, ponieważ gdzieś z głębi oficyny niosły się głosy. Określiwszy kierunek pochodzenia dźwięku, Erast Pietrowicz wyjął z kabury na pasie swojego gerstala-bayarda i na palcach ruszył korytarzem.


*

Drugi raz tego samego dnia Erast Pietrowicz podglądał i podsłuchiwał. Też przez na pół otwarte drzwi, tyle że teraz nie odczuwał

ani konfuzji, ani zażenowania, jedynie myśliwski zapał i przedsmak nadchodzącej, radosnej chwili. Nie wszystko serdecznemu przyjacielowi Glebowi pójdzie jak po maśle. Za to uda się Fandorinowi - być może nie tylko karty umie odgadywać!

W pokoju znajdowała się cała trójka. Kobieta o gładko ulizanych włosach siedziała przy stole, częściowo zwrócona w stronę drzwi, i wykonywała dziwaczne manipulacje: maleńką łyżeczką czerpała ze słoja szarą galaretowatą substancję i bardzo ostrożnie, po kilka kropel, przelewała do wąskiej puszki, podobnej do tych, w których sprzedaje się oliwę albo koncentrat pomidorowy. Obok stały też inne puszki, zarówno wąskie, jak i zwykłe, półfuntowe. Przygotowuje ręczne ładunki wybuchowe -

domyślił się radca stanu i jego radość ciut przygasła. Gerstala trzeba było schować. Nie ma szansy na aresztowania. Wystarczy, żeby kobieta zadrżała, przestraszona albo zaskoczona, i cała oficyna obróci się w ruinę.

Skupiona na pracy bojownika milczała. Rozmawiała tylko pozostała dwójka.

- Chyba zwariowałeś - prychnęła niedbale przyjezdna. - Ta robota w podziemiu doprowadziła cię do najprawdziwszej manii prześladowczej.

Dawniej taki nie byłeś. Jeśli nawet mnie podejrzewasz...

Powiedziała to tak przekonywającym, szczerym tonem, że gdyby Erast Pietrowicz na własne oczy nie widział panny w towarzystwie Pożarskiego, to z pewnością by jej uwierzył. Brunet o kamiennej, jakby wyciosanej toporem twarzy nie był obecny przy spotkaniu na dworcu, mimo to w jego głosie brzmiało niezłomne przekonanie.

- Nie podejrzewam. Wiem. Notatki pani podrzucała. Nie wiedziałem tylko, czy jako sympatyk, czy też jako prowokator. Teraz widzę, że to prowokacja. Mam dwa pytania. Pierwsze: kto? Drugie... - Przywódca terrorystów zawahał się. - Dlaczego, Julio? Dlaczego?... Dobrze. Na drugie może pani nie odpowiadać. Ale na pierwsze - musi. Inaczej panią zabiję. Natychmiast. Jeśli pani powie, wtedy daruję pani życie. Oddam pod sąd partyjny.

Było jasne, że to nie pusta groźba. Erast Pietrowicz otworzył

drzwi trochę szerzej i zobaczył, że współpracownica Pożarskiego z przerażeniem patrzy na sztylet, zaciśnięty w ręce bojowca.

- Ty możesz mnie zabić? - Głos agentki zadrżał żałośnie. - Po tym, co między nami było? Czyżbyś zapomniał?

Kobieta przygotowująca ładunki zabrzęczała czymś szklanym i Erast Pietrowicz, szukając wzrokiem źródła dźwięku, zobaczył, że zagryzła wargi i pobladła.

Grin zaś, na odwrót, pokraśniał, ale jego metaliczny głos nie uległ zmianie.

- Kto? - powtórzył. - Tylko mów prawdę... Nie? W takim...

Mocno złapał piękność lewą ręką za szyję, prawą zaś odchylił dla rozmachu.

- Pożarski - odpowiedziała szybko. - Pożarski, wicedyrektor Departamentu Policji, a teraz oberpolicmajster Moskwy. Nie zabijaj mnie, Grin. Obiecałeś!

Bezwzględny człowiek wydawał się wstrząśnięty jej wyznaniem, ale kindżał schował.

- Dlaczego on? - spytał. - Nie rozumiem. Wczoraj, rozumiem, ale wcześniej?

- Nie mnie o to pytać. - Julia wzruszyła ramionami.

Zrozumiała, że śmierć jej natychmiast nie grozi; uspokoiła się jakoś zbyt szybko i nawet zaczęła poprawiać uczesanie.

- Mnie wasze zabawy w policjantów i złodziei nie interesują. Wy, chłopaczki, potrzebujecie tylko się gonić, ze straszaków strzelać i rzucać bombami. To nie nasze, kobiece, problemy.

- A jakie są wasze problemy? - Grin patrzył na nią ciężkim, nierozumiejącym wzrokiem. - Co w waszym życiu jest najważniejsze?

Wtedy ona się zdziwiła.

- Jak to co? Miłość oczywiście. Nie ma nic ważniejszego. Wy, mężczyźni, jesteście kalekami, skoro tego nie rozumiecie.

- To z miłości? - powiedział powoli najbardziej niebezpieczny rosyjski terrorysta. - Sniegir, Jemiela, pozostali? Z miłości?

Julia zmarszczyła nosek.

- A z jakiego jeszcze powodu? Mój Gleb też jest kaleką, takim jak ty, chociaż nie gra złodzieja, tylko policjanta. O co poprosił, to robiłam. My, kobiety, jeśli kochamy, to całym sercem, i wtedy już na nic się nie oglądamy. Choćby świat miał się rozpaść.

- Zaraz sprawdzę - powiedział nagle Grin i znowu wyjął puginał.

- Ty co?! - zapiszczała współpracownica, odskakując. - Przecież się przyznałam! Co chcesz jeszcze sprawdzać?

- Kogo pani bardziej kocha, jego czy siebie?

Terrorysta postąpił ku niej, a ona przylgnęła do ściany i rozcapierzyła ręce.

- Natychmiast zadzwoni pani do swojego opiekuna i wezwie go tutaj. Samego.

- Nie! - krzyknęła Julia, przesuwając się wzdłuż ściany. - Za nic!

Ścisnęła się plecami w kąt. Grin przybliżył się w milczeniu, trzymając przygotowany nóż.

- Tak - powiedziała słabiutkim głosem. - Tak, tak. Zgadzam się...

Tylko zabierz to.

Grin odwrócił się do siedzącej kobiety, która cały czas równomiernie wykonywała swoją niebezpieczną pracę.

- Igła, sprawdź, jaki jest numer do kancelarii oberpolicmajstra.

Nosząca to dziwne przezwisko - ta sama łączniczka, o której opowiedział Rachmet-Gwidon - odstawiła niedokończoną bombę i wstała.

Erast Pietrowicz naprężył się i przygotował do działania. Niech tylko Igła odejdzie od śmiercionośnego stołu chociaż na dziesięć kroków.

Wtedy on popchnie drzwi i trzema, nie, czterema skokami pokona dzielącą go od Grina odległość; ogłuszy go kopniakiem w potylicę, a jeśli Grin zdąży się jeszcze odwrócić, to w podbródek; potem obrót w stronę Igły i musi jej odciąć drogę do stołu. Niezbyt proste, ale da się zrobić.

- Czterdzieści cztery dwadzieścia dwa - chlipnęła Julia. - Łatwy numer, zapamiętałam.

Niestety, Igła pozostała przy swoich bombach.

Fandorin nie widział aparatu telefonicznego, ale widocznie znajdował się gdzieś tutaj, w pokoju, ponieważ Grin znowu schował ostrze i pokazał ręką w bok.

- Niech pani go wezwie. Powie, że to bardzo pilne. Wyda nas pani

- zabiję.

- „Zabiję, zabiję”. - Julia się uśmiechnęła. - Jakiś ty, Grinczyk, nudny! Żebyś się choć podenerwował, pokrzyczał, potupał nogami!

Jak szybko przechodzi od strachu i rozpaczy do impertynencji -

pomyślał radca stanu. Rzadki ptaszek. Okazało się, że jeszcze nie docenił

jej arogancji.

- A więc do mnie mówisz „pani”, a do niej „ty”? - wskazała na Igłę. - Tak, tak. Znakomita z was parka. Chciałoby się zobaczyć, jak się kochacie. To z pewnością jakby żelastwo tarło o żelastwo. Miłość dwóch pancerników.

Świadomy swobody obyczajów, charakterystycznej dla środowiska nihilistów, radca stanu zupełnie się nie zdziwił temu oświadczeniu, ale Igła nagle strasznie się zdenerwowała - dobrze, że choć stała, a nie siedziała nad bombami.

- Co pani wie o miłości! - krzyknęła dźwięcznym głosem. - Jedna sekunda naszej miłości jest więcej warta niż wszystkie pani erotyczne przygody razem wzięte!

Pięknotka, jak się zdaje, miała na to odpowiedź, ale Grin zdecydowanie wziął ją za ramię i popchnął do niewidocznego aparatu.

- No!

Julia zniknęła z pola widzenia Fandorina, jednak jej głos słychać było doskonale.

- Centrala? Panienko, czterdzieści cztery dwadzieścia dwa -

powiedziała bez żadnej szczególnej intonacji, a sekundę później odezwała się inaczej: natarczywie, władczo. - Kto przy aparacie? Adiutant dyżurny Keller? Słuchajcie, Keller, natychmiast potrzebny mi Gleb Gieorgijewicz.

Bardzo pilne... Julia, to wystarczy. Zrozumie... Ach, tak?... Tak, z pewnością.

Dźwięk odkładanej słuchawki.

- Jeszcze nie dotarł. Adiutant powiedział, że oczekują go nie później niż za kwadrans. Co robić?

- Za kwadrans zadzwoni pani jeszcze raz - powiedział Grin.

Erast Pietrowicz cicho odsunął się od drzwi, potem obrócił się i szybko opuścił dom - tą samą drogą, jaką się do niego dostał.

Ryża klacz stała na swoim miejscu, tylko kożuch i uszankę ktoś już zdążył zabrać - widać za bardzo rzucały się w oczy.

Niedzielne towarzystwo, spacerujące po Prieczystieńskim bulwarze, mogło obserwować ciekawy obrazek: w mknących saniach dorożkarskich stał

dostojnie wyglądający jegomość, w mundurze i z orderami, gwizdał jak rozbójnik i strzelał z bata, poganiając niereprezentacyjną, kudłatą klacz.


*

Ledwie zdążył. Zderzył się z Pożarskim w drzwiach budynku oberpolicmajstra.

Książę był wzburzony i wyraźnie się spieszył, toteż nie uradował

się niespodziewanym spotkaniem.

- Później, Eraście, później - rzucił w biegu. - Nadchodzi kluczowy moment!

Jednak radca stanu chwycił wysokiego rangą naczelnika żelaznymi palcami za rękaw i pociągnął do siebie.

- Dla pana, panie Pożarski, kluczowy moment już nadszedł. Chodźmy do gabinetu.

Jego zachowanie i ton wywarły pożądane wrażenie. Gleb Gieorgijewicz spojrzał na Fandorina z zainteresowaniem.

- Jak to, znowu jesteśmy na pan? Eraście, sądząc po blasku w twoich oczach, dowiedziałeś się czegoś bardzo interesującego. Dobrze, chodźmy. Ale nie na dłużej niż pięć minut. Mam bardzo pilną sprawę.

Książę całym sobą dawał do zrozumienia, że nie ma czasu na długie objaśnienia. Sam nie usiadł i Fandorinowi też nie zaproponował, chociaż z mebli w gabinecie zdjęto już pokrowce. Erast Pietrowicz zresztą nie zamierzał siadać, albowiem był nastrojony wojowniczo.

- Pan jest prowokatorem, podwójnym agentem, przestępcą przeciw państwu - powiedział z zimną wściekłością, pokonując „p”, „a” i „j” bez jednego zacięcia. - To nie Diana, tylko pan przekazywał terrorystom z Grupy Bojowej informacje za pomocą notatek. Pan zgubił Chrapowa, pan ich zawiadomił o spotkaniu w łaźniach Pietrosowa, a i o zaspie z premedytacją powiedział pan niewłaściwie, żeby się mnie pozbyć. Pan jest zdrajcą!

Okazać dowody?

Gleb Gieorgijewicz patrzył na radcę stanu wciąż z takim samym zaciekawieniem na twarzy i nie spieszył się z odpowiedzią.

- Nie, nie trzeba - odrzekł wreszcie. - Wierzę, że dysponujesz dowodami, a ja nie mam czasu na to, żeby się zapierać. Rzecz jasna, bardzo mnie interesuje, jak się do tego dokopałeś, ale opowiesz mi o tym

- innym razem. Niech będzie, przedłużę czas naszej rozmowy z pięciu do dziesięciu minut, ale więcej nie mogę. Przejdźmy od razu do sedna. Tak, jestem prowokatorem, podwójnym agentem i zdrajcą. To ja przygotowałem zabójstwo Chrapowa i cały szereg innych świetnych kawałów, aż do paru prób zamachów na moją skromną osobę włącznie. I co dalej? Czego ty chcesz?

Erast Pietrowicz oniemiał, ponieważ nastawił się na długie i uparte zaprzeczenia. I dlatego pytanie, które zamierzał zadać na samym końcu, zabrzmiało żałośnie. W dodatku się zająknął.

- Ale d-dlaczego? Po co była panu potrzebna cała ta intryga?

Pożarski odpowiedział twardo, pewnym głosem:

- To właśnie ja mogę uratować Rosję. Ponieważ jestem rozumny, śmiały i pozbawiony sentymentów. Moi wrogowie są liczni i silni: z jednej strony to fanatycy buntu, z drugiej - tępe i stetryczałe wieprze w generalskich mundurach. Przez długi czas nie miałem ani kontaktów, ani protekcji. I tak bym się wybił, ale zbyt późno, a czas ucieka, Rosji zostało go niewiele. Oto dlaczego muszę się spieszyć. GB - moje adoptowane dziecko. Wypieściłem tę organizację, zapewniłem jej imię i reputację. Dała mi już wszystko, co mogła, teraz przyszedł czas postawić nad nią kropkę. Dzisiaj zniszczę Grina. Sława, którą zapewniłem temu niezłomnemu jegomościowi, pomoże mi pokonać jeszcze kilka stopni, zbliży mnie do ostatecznego celu. Oto sedno sprawy, szybko i bez ozdóbek.

Wystarczy?

- I wszystko to popełnił pan dla ratowania Rosji? - spytał

Fandorin, ale jego sarkazm nie podziałał na rozmówcę.

- Tak. I, rozumie się, także dla własnego dobra. Ja siebie od Rosji nie oddzielam. W końcu Rosja została stworzona tysiąc lat temu przez jednego z moich antenatów, a drugi trzysta lat temu pomógł jej się odrodzić. - Pożarski wsunął ręce w kieszenie płaszcza. - I nie myśl, Eraście, że boję się twoich dowodów. Co ty możesz z nimi zrobić? W

Petersburgu nie masz nikogo. Twój moskiewski protektor został

zdymisjonowany. Nikt ci nie uwierzy, nikt ciebie nie usłyszy. Oprócz dowodów pośrednich i domysłów niczym dysponować nie możesz. Zwrócisz się do gazet? Nie wydrukują. U nas, dzięki Bogu, nie Europa. Wiesz - Gleb Gieorgijewicz przekonywająco ściszył głos - mam w kieszeni rewolwer, wycelowany w twój brzuch. Mógłbym cię zastrzelić. Teraz, w tym gabinecie.

Ogłosiłbym, że to ty byłeś agentem terrorystów, że byłeś z nimi powiązany poprzez swoją Żydóweczkę i próbowałeś mnie zabić. W obecnej sytuacji łatwo mogę ukręcić łeb sprawie, jeszcze nagrodę otrzymam. Ale jestem przeciwnikiem przesady. Nie warto cię zabijać, ponieważ dla mnie rzeczywiście jesteś niegroźny. Wybieraj, Eraście: albo grasz po mojej stronie według moich reguł, albo robisz z siebie durnia. Zresztą jest i trzecia droga, która, kto wie, czy najbardziej będzie ci odpowiadała.

Zamilknij i w ciszy odejdź w stan spoczynku. Zachowasz choć szacunek, który jest ci tak drogi. Zatem, co wybierasz? Grasz, wygłupiasz się, czy milczysz?

Radca stanu pobladł, brwi chodziły mu w górę i w dół, drżał

cienki wąsik.

Książę nie bez uśmiechu obserwował tę wewnętrzną walkę, spokojnie oczekując rezultatu.

- No?

- Dobrze - przemówił cicho Erast Pietrowicz. - Jeśli już tego chcesz, ja p-pomilczę...

- No i doskonale. - Triumfator uśmiechnął się cynicznie, popatrzył na zegarek. - Nie potrzeba było nawet dziesięciu minut, wystarczyło pięć. A o grze jeszcze pomyśl. Nie zakopuj talentu w ziemi, nie upodabniaj się do złego i gnuśnego sługi, o którym pisał święty Mateusz.

To powiedziawszy, oberpolicmajster skierował się do drzwi.

Fandorin poruszył się, otworzył usta, aby go zatrzymać, ale zamiast okrzyku z jego ust popłynęły ciche, ledwie słyszalne słowa:

- „Złem zło wypleniając...”.

Загрузка...