Rozdział drugi

Odpoczynek człowieka ze stali

Siedemset osiemdziesiąt dwa, siedemset osiemdziesiąt trzy, siedemset osiemdziesiąt cztery...

Muskularny, chudy mężczyzna o kamiennej twarzy, spokojnych szarych oczach i zdecydowanej zmarszczce w poprzek czoła leżał na parkiecie podłogi i liczył uderzenia własnego serca. Czynił to nieświadomie, bez udziału myśli, i nie przeszkadzał sobie tym w rozważaniach. Kiedy leżał, uderzenia serca następowały z częstotliwością odpowiadającą dokładnie jednej sekundzie - wielokrotnie to testował.

Dawny, jeszcze z katorgi, nawyk - przysłuchiwać się podczas odpoczynku pracy swojego wewnętrznego silnika - tak głęboko wniknął w naturę mężczyzny, że czasami budził się on pośród nocy, słysząc w myślach czterocyfrową liczbę i rozumiał, że nie przerywał liczenia nawet we śnie.

Taka arytmetyka nie była pozbawiona sensu, ponieważ przyuczała serce do dyscypliny, hartowała wytrzymałość i wolę, a najważniejsze -

pozwalała w ciągu około piętnastu minut (to jest dziewięciuset uderzeń) rozluźnić mięśnie i odzyskać siły nie mniej skutecznie niż podczas trzygodzinnego głębokiego snu. Kiedyś się zdarzyło, że musiał czuwać przez wiele nocy. W katorżniczym akatujskim ostrogu chcieli go zamordować kryminaliści. W dzień bali się napaść, czekali na ciemność - czatowali długo, noc po nocy. Natomiast nawyk leżenia na twardej powierzchni pochodził jeszcze z wczesnego dzieciństwa, kiedy Grin (tak nazywali go towarzysze, jego prawdziwego nazwiska teraz nikt już sobie nie przypominał) ćwiczył się w samodyscyplinie. Odzwyczajał się od wszystkiego, co uznał za luksus, zaliczywszy do tej kategorii szkodliwe lub tylko niekonieczne dla przeżycia przyzwyczajenia.

Zza drzwi dochodził przytłumiony gwar głosów - członkowie Grupy Bojowej ze wzburzeniem omawiali szczegóły zakończonej sukcesem akcji.

Czasami Sniegir zapominał się, podnosząc głos, i wtedy pozostali dwaj na niego burczeli. Myśleli, że Grin śpi. Ale nie spał. Oddychał, liczył

uderzenia serca i myślał o staruszku, który przed śmiercią wczepił się w jego nadgarstek. Skóra wciąż pamiętała dotknięcie suchych, gorących palców. Przeszkadzało mu to odczuwać radość z bezbłędnie wykonanego zadania, a przecież szarooki człowiek nie znał innych uciech oprócz poczucia dobrze spełnionego obowiązku.

Grin wiedział, że jego pseudonim po angielsku znaczy „zielony”, ale swoją barwę postrzegał inaczej. Wszystko na świecie ma jakiś kolor, wszystkie przedmioty, pojęcia, wszyscy ludzie - instynktownie wyczuwał to od wczesnego dzieciństwa, miał taką osobliwość. Na przykład, słowo

„ziemia” było gliniastobrązowe, termin „jabłko” - bladoróżowy, nawet jeśli była to antonówka. Pojęcie „cesarstwo” było bordowe, „ojciec” -

ciemnofiołkowe, „matka” - malinowe. Nawet litery alfabetu miały swoje kolory: „A” -purpurowy, „B” - cytrynowy, „W” - bladożółty. Grin nie próbował dojść, dlaczego dźwięki i sens pojęć, zjawisk lub sam konkretny człowiek mają dla niego takie, a nie inne ubarwienie - po prostu trafiało ono do jego jaźni, a świadomość rzadko się myliła. W każdym razie w ocenie ludzi. Według skali, która od zawsze była częścią jego duszy, każdy kolor miał jeszcze swoje dodatkowe, sekretne znaczenie. Niebieski oznaczał wątpliwość i niepewność, biały - radość, czerwony - żal. Dlatego rosyjska flaga narodowa wydawała się mu ekstrawagancka: znajdują się tam równocześnie żal i radość, przy czym obie jakieś takie niepewne. Jeśli nowy znajomy miał niebieskawą aurę, Grin nie okazywał mu z miejsca braku zaufania, ale przyglądał się, obserwował takiego człowieka ze specjalną uwagą. I jeszcze jedno: ze wszystkiego, co istnieje, jedynie ludzie posiadają właściwość metamorfozy barwy - wraz z upływem czasu mogą zmieniać swój kolor - zależy to od ich postępków, wpływu otoczenia czy wieku.

Grin kiedyś był lazurowy - subtelny, ciepły, nieokreślony. Potem, kiedy zdecydował się zmienić, lazur zaczął znikać, z wolna wypierany przez surową, jasnopopielatą szarość. Z czasem niebieskie tony odeszły gdzieś w głąb, stały się ledwie odcieniami, a Grin był już jasnoszary.

Jak damasceńska stal - tak samo twardy, giętki, zimny i odporny na rdzę.


Transformacja rozpoczęła się, kiedy miał szesnaście lat.

Wcześniej był najzwyklejszym gimnazjalistą - rysował akwarelami pejzaże, deklamował wiersze Niekrasowa i Lermontowa, zakochiwał się. Oczywiście już wtedy wyróżniał się wśród rówieśników - choćby tylko tym, że wszyscy pozostali byli Rosjanami, a on nie. W klasie go nie prześladowano, nie przezywano Żydem, ponieważ wyczuwano w przyszłym człowieku ze stali koncentrację i cichą, nierzucającą się w oczy siłę. Przyjaciół jednakowoż nie miał, i nie mógł mieć. Inni uczniowie gimnazjum chodzili na wagary, w ramach protestów opuszczali niektóre lekcje i spisywali ze ściągawek, a Grin musiał uczyć się na same piątki i zachowywać jak najprzykładniej, ponieważ w przeciwnym razie zostałby skreślony z listy uczniów, a tego ojciec by nie przeżył.

Lazurowy młodzian najprawdopodobniej ukończyłby wzorowo gimnazjum i stał się najpierw studentem uniwersytetu, a potem lekarzem lub - kto wie - artystą, gdyby nagle generał-gubernator Czirkow nie doszedł do wniosku, że w mieście rozpleniło się zbyt wielu żydów, i nie kazał

odesłać z powrotem nieposiadających zezwolenia na kwaterunek aptekarzy, dentystów i handlarzy. Ojciec Grina był aptekarzem i w rezultacie rozporządzenia Czirkowa znalazł się razem z rodziną w malutkim miasteczku na południu, skąd wyjechał przed wielu laty, żeby zdobyć nobilitujący zawód.

Charakter Grin miał taki, że na każdą złośliwą, tępą niesprawiedliwość reagował szczerym niezrozumieniem, które przechodząc przez stadium ostrego fizycznego cierpienia i palącego gniewu, przeistaczało się w nieokiełznane pragnienie odwetu. Dokuczliwych, niepojętych krzywd było wokół tak wiele... Już wcześniej chęć zemsty nieraz męczyła podrostka, lecz potrafił udawać przed sobą, że są rzeczy ważniejsze; starał się więc nie zawieść nadziei ojca, opanować pożyteczne rzemiosło, zrozumieć i odkryć w sobie to, co człowiek może dać światu.

Ale teraz, kiedy dosięgła go głupia złośliwość i jak groźnie dysząca lokomotywa zmiotła z nasypu, dalsze sprzeciwianie się głosowi natury, żądającemu działania, stało się już niemożliwe.

Przez cały ten rok Grina pozostawiono samemu sobie. Sądzono, że przygotowuje się eksternistycznie do końcowych egzaminów gimnazjalnych.

Rzeczywiście podówczas dużo czytał - Gibbona, Locke’a, Milla, Guizota.

Chciał zrozumieć, dlaczego ludzie dręczą siebie nawzajem, skąd bierze się niesprawiedliwość i jak jej uniknąć. Nie znalazł w książkach bezpośredniej odpowiedzi, ale, jeśli dobrze się zastanowić, można ją było wyczytać między wierszami.

Żeby społeczeństwo nie zgniło, nie porosło pleśnią, co jakiś czas potrzebuje wstrząsu, któremu na imię - rewolucja. Przodujące narody to te, które już przeszły tę bolesną, ale konieczną operację. Im wcześniej, tym lepiej. Klasa, zbyt długo znajdująca się na szczycie hierarchii, martwieje jak zrogowaciała skóra. Zatykają się pory kraju, w społeczeństwie narasta marazm, prowadzący do bezmyślności i upadku.

Państwo murszeje jak dawno nieremontowany dom. Jeśli proces rozpadu zaszedł zbyt daleko, nie ma sensu podpierać i łatać walącego się budynku.

Trzeba go spalić, a na pogorzelisku wznieść nowe siedlisko, mocne i jasne. Ponieważ pożary same z siebie nie wybuchają, potrzebni są ludzie, którzy zechcą odegrać rolę zapałki i wzniecić wielki ogień. Na samą myśl o tym zatykało mu dech w piersi. Grin zgadzał się na rolę takiej zapałki, gotów był spłonąć, ale rozumiał też, że same chęci to jeszcze za mało.

Potrzebna była stalowa wola, siła herosa, nieskalana czystość.

Żelazną wolę miał od urodzenia, musiał ją tylko wzmocnić. Opracował zatem dla siebie kurs zwalczania własnych słabości - swoich głównych wrogów.

Lęk wysokości: nocą godzinami spacerował - w przód i w tył - po balustradzie mostu kolejowego, zmuszając się do nieodwracania wzroku od czarnej, oleistej wody.

Obrzydzenie: łowił w lesie żmije i uparcie się wpatrywał we wstrętną, syczącą paszczę, aż sprężysty, plamisty bicz wściekle owijał

się wokół jego gołej ręki.

Nieśmiałość: jeździł do powiatowego miasteczka na jarmarki i śpiewał tam przy muzyce z katarynki, a słuchacze pokładali się ze śmiechu, bo ponury Żydek nie miał ani głosu, ani słuchu.

Trudniej przyszło mu nabyć wielkiej siły fizycznej. Od dziecka miał dobre zdrowie, ale był niezgrabny i drobnej budowy. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu zmuszał się do wysiłku po dziesięć, dwanaście, czternaście godzin dziennie. Ćwiczył według własnej metody, dzieląc mięśnie na potrzebne i zbędne. Na niepotrzebne nie tracił czasu.

Rozpoczął od treningu palców i kontynuował go, aż nauczył się bez problemu zginać między kciukiem i palcem wskazującym nie tylko piątaki, ale nawet trzykopiejkówki. Potem zajął się pięściami - uderzał nimi w calową deskę, rozbijając stawy do krwi, mazał rany jodyną i znowu walił w deskę, dopóki pięści nie obrosły w odciski, a deska nie zaczęła pękać już od pierwszego uderzenia. Kiedy przyszła pora na barki, najął się do młyna, gdzie nosił czteropudowe worki. Brzuch i plecy rozwijał za pomocą gimnastyki francuskiej. Nogi - wykorzystując rower, przy czym zawsze jechał tylko pod górę, a z góry schodził, niosąc rower na plecach.

Najtrudniej było utrzymać czystość moralną.

Grin szybko się oduczył wygód i dogadzania podniebieniu, chociaż matka płakała, kiedy morzył się głodem lub gdy w październikową deszczową noc szedł spać na kryty blachą dach. Jednak odmówić sobie uciech fizycznych w żaden sposób nie potrafił. Nie pomagały ani głodówki, ani stukrotne podciąganie się na patentowanym angielskim drążku. Wreszcie kiedyś zdecydował się wybić klin klinem - wzbudzić w sobie obrzydzenie do życia płciowego. Pojechał do miasteczka i wynajął na dworcu najbardziej nikczemną z wszystkich dziwek. Nie podziałało, odczuł jeszcze większe pożądanie.

Wyszło na to, że pozostaje mu tylko liczyć na siłę woli.

Przez rok i cztery miesiące Grin wystrugiwał z siebie zapałkę.

Jeszcze nie zdecydował, gdzie jest pudełko, o które będzie sądzone mu się otrzeć, ale już wiedział, że bez krwi się nie obejdzie, i przygotował się do tego gruntownie. Nauczył się strzelać do celu bez pudła. Z dwunastu kroków trafiał w maleńki melon nożem, który błyskawicznie wyciągał zza pasa. Przestudiował podręczniki do chemii i przygotował mieszaninę wybuchową podług własnej receptury.

Z drżeniem serca śledził niesłychane polowanie, które zdecydowani aktywiści Narodnej Woli urządzili na samego cara. Samodzierżawca unikał

ich zasadzek, chroniła go jakaś tajemnicza siła, raz po raz zsyłając mu cudowny ratunek.

Grin czekał. Zaczynał się domyślać, cóż to za cudowna siła, lecz na razie bał się jeszcze uwierzyć w takie niewiarygodne szczęście. Czyżby historia wybrała sobie właśnie jego, Grigorija Grynberga? W końcu był

tylko chłopaczkiem, jednym z setek albo nawet i tysięcy dokładnie takich samych junaków, marzących o krótkim życiu płonącej zapałki. Oczekiwanie zakończyło się pewnego marcowego dnia, kiedy zastygła rzeka zatrzeszczała i pokryła się garbami, zwiastującymi rychłe zejście kry.

Pomylił się. Historia wybrała nie jego, lecz innego chłopaczka, o kilka lat starszego. Rzucił bombę, posiekał imperatorowi nogi, a sobie pierś.

Przed śmiercią na chwilę odzyskał zmysły, na pytanie o nazwisko odpowiedział: „Nie znam” - i odszedł, obsypywany przekleństwami przez współczesnych, lecz zasłużywszy na wieczną wdzięczność potomnych.

Los oszukał Grina: okręcił go sobie wokół palca, ale nie porzucił, nie wypuścił z żelaznych objęć, tylko pochwycił

zdezorientowanego, oniemiałego z rozczarowania, i powlókł krętą drogą ku wyznaczonemu celowi.


Pogrom rozpoczął się, kiedy w miasteczku nie było syna aptekarza.

Ogarnięty chciwą, zazdrosną ciekawością, Grin wyjechał na dwa dni do Kijowa, żeby poznać szczegóły śmierci cara - gazety informowały o nich mętnie, kładąc większy nacisk na wiernopoddańcze apele.

W niedzielny poranek na przedmieściu za rzeką, gdzie mieszkali goje, uderzono na alarm. Szynkarz Mitrij Kuźmicz wrócił z Biełocerkowska i potwierdził, że plotka była prawdziwa: imperatora zabili Żydzi. A to znaczy, że można bić mośków i nic za to nie grozi.

Przeszli tłumnie przez most kolejowy, dzielący miasteczko na dwie części, prawosławną i żydowską. Szli statecznie, spokojnie, z chorągwiami i śpiewem. Rabinowi, dyrektorowi żydowskiej szkoły i targowemu staroście, którzy wyszli im na spotkanie, nic nie zrobili, ale słuchać ich nie chcieli. Po prostu odsunęli na bok i rozbiegli się po cichych uliczkach, ślepo wytrzeszczających zamknięte okiennice. Długo się przymierzali -

brakowało bodźca, żeby otwarły się dusze.

Hasło dał tenże karczmarz - wybił drzwi do szynku, który został

otwarty w zeszłym roku i popsuł mu cały interes. Słysząc trzask i łomot, ludzie się ocknęli, nabrali wigoru.

Wszystko poszło jak należy: podpalili synagogę, przetrząsnęli chałupy, komuś obili boki, kogoś ciągali za pejsy, a pod wieczór, kiedy w lochu szynczku znaleźli ukryte beczki z winem, niektórzy z chłopaków dobrali się do żydowskich dziewczyn.

Wracali jeszcze przed zmrokiem, unosząc pijanych i toboły z dobrem. Zanim się rozeszli, podjęli wspólnie decyzję: nazajutrz nie wolno pracować, ponieważ to grzech zarabiać, kiedy naród tak cierpi. Trzeba znowu pójść za rzekę.

Wieczorem Grin wrócił i nie poznał miasteczka. Wyłamane drzwi, unoszące się wszędzie pierze, zapach spalenizny. Z okien dobiegał kobiecy lament i płacz dzieci. Rodzice ocaleli, przesiedzieli w kamiennej piwnicy, ale w domu panował rozgardiasz: wandale zniszczyli więcej, niż wzięli, a najgorzej obeszli się z księgami - starczyło im energii nawet na to, by wyrywać pojedyncze stronice z wszystkich pięciuset tomów.

Nie mógł patrzeć na ojca bladego, z trzęsącymi się ustami. Aptekę zniszczono z samego rana, żeby dobrać się do spirytusu. Ale nie to było najstraszniejsze. Stary cadyk Biełkin zmarł od ciosu w głowę, a szewcowej Gessie, gdy nie chciała oddać córki, odrąbali siekierą pół twarzy. Jutro tłuszcza przyjdzie znowu. Ludzie zebrali dziewięćset pięćdziesiąt rubli i zanieśli do isprawnika. Ten pieniądze wziął, powiedział, że pojedzie po oddział wojska, i naprawdę wyjechał, lecz do jutrzejszego rana nie zdąży wrócić, więc trzeba będzie przecierpieć.

Grin słuchał, blednąc z dojmującego rozczarowania. Do tego wiodło go przeznaczenie? Nie do ogłuszającego wybuchu, który rozbłyśnie pod kołami pozłacanej karocy i zagrzmi na cały świat, tylko do bezmyślnej śmierci pod kijami pijanej hałastry, w zapadłym miasteczku, wśród tych małych, szarych ludzi, z którymi nic go nie łączy. Nawet nie rozumie ich cudacznej gwary, ponieważ w domu zawsze rozmawiano po rosyjsku. Ich obyczaje wydają mu się dzikie i śmieszne, a oni uważają go za obcego: postrzelonego Żydka, który nie zechciał żyć według starych obyczajów (i co, pytam was, co z tego wyszło?).

Ale głupota i złośliwość świata żądały zemsty; Grin wiedział, że nie ma dla niego wyboru.


Rano na przedmieściu znowu uderzył dzwon i z majdanu ku mostowi ruszył gęsty tłum, znacznie liczniejszy niż dzień wcześniej. Dzisiaj nie śpiewano. Po winie z szynku i aptecznym spirytusie twarze mieli zmięte, lecz zdecydowane. Wielu ciągnęło wózki i taczki. Na przedzie, z ikoną, szedł najważniejszy - Mitrij Kuźmicz, w czerwonej koszuli i nowej czamarce z dobrego sukna.

Wstępując na most, tłum wyciągnął się w szarą wstęgę. Po rzece, taką samą szarą, niepowstrzymaną masą, płynęły dziurawe jak rzeszoto kry.

W odległym końcu mostu, między szynami, stał tyczkowaty Żydek w palcie z podniesionym kołnierzem. Ręce trzymał w kieszeniach, posępny wiatr rozwiewał czarne włosy na jego gołej głowie.

Kiedy przednie szeregi podeszły bliżej, stojący nie wypowiedział

żadnego słowa, tylko wyciągnął prawą rękę. Czerniał w niej ciężki rewolwer.

Ci z przednich szeregów chcieli się zatrzymać, ale ci z tyłu, pozostający w ogonie, nie widzieli rewolweru, napierali i pochód czerni nie zwolnił.

Wtedy brunet wystrzelił ponad głowami. W porannym powietrzu donośnie rozległo się klaśnięcie, echo nad rzeką podchwyciło trzask i wielokrotnie powtórzyło: Krrach! Krrach! Krrach!

Ludzie się zatrzymali.

Brunet nadal nic nie mówił. Jego twarz była poważna i nieruchoma, otwór lufy przesunął się w dół i zajrzał prosto w oczy stojącym na czele.

Z zapałem, roztrącając ludzi łokciami, przez tłum przepchnął się cieśla Jegorsza - łobuz i rozpustnik. Wczoraj cały dzień przeleżał

pijany, nie poszedł bić Żydów i teraz aż dygotał z niecierpliwości.

- Ano, ano - powiedział, podśmiewając się i podkasując rękawy podartego kupieckiego kaftana. - Dyć nie strzeli, zestracha się.

Rewolwer natychmiast odpowiedział na słowa Jegorszy łoskotem i dymem.

Cieśla jęknął i przykucnął, chwytając się za przestrzelone ramię, a czarna lufa kaszlnęła jeszcze czterokrotnie.

Więcej pocisków w bębenku nie było i Grin wyciągnął z lewej kieszeni bombę własnej roboty. Ale nie musiał jej rzucać, ponieważ stał

się cud. Raniony w kolano Mitrij Kuźmicz tak straszliwie zaryczał: „Oj, zabili, prawosławni, zabili!”, że tłum drgnął, zafalował do tyłu, a potem, depcząc się wzajemnie, pobiegł po moście z powrotem ku przedmieściu.

Patrząc na plecy uciekających, Grin po raz pierwszy odczuł, że niewiele pozostało w nim lazuru; jego tonację zdominował stalowoszary.

O zmierzchu przybył isprawnik z plutonem konnej policji i zauważył panujący w miasteczku spokój. Zadziwił się, porozmawiał z Żydami i odwiózł syna aptekarza do więzienia.

Po kolejnej ucieczce, mając dwadzieścia lat, Grigorij Grynberg stał się Grinem. Przeszedł półtora tysiąca wiorst i już pod samym Tobolskiem wpadł podczas banalnej obławy na włóczęgów. Trzeba było się jakoś nazwać i przyszedł mu do głowy właśnie „Grin”. Nie dla uczczenia swojego poprzedniego nazwiska, lecz w hołdzie Ignacemu Hryniewieckiemu, zabójcy cara.

Przy tysiąc osiemsetnym uderzeniu serca poczuł, że siły całkowicie mu się odnowiły, i lekko, nie podpierając się rękami, wstał z podłogi. Czasu miał dużo. Teraz wieczór, a przed nim jeszcze cała noc.

Nie wiadomo, jak długo trzeba będzie ukrywać się w Moskwie. Dwa tygodnie, pewnie krócej się nie da. Dopóki nie wycofają szpiclów z rogatek i dworców. O siebie Grin się nie martwił, wystarczy mu cierpliwości. Osiem miesięcy pojedynczej celi - to dobra szkoła wytrwałości. Ale chłopaki z grupy są jeszcze młode i zapalczywe, im będzie ciężko.

Opuścił sypialnię i wszedł do bawialni, gdzie siedzieli trzej towarzysze.

- Dlaczego nie śpisz? - spłoszył się Sniegir, najmłodszy. - To moja wina, tak? Za głośno gadałem?

W grupie wszyscy mówili sobie per ty, niezależnie od wieku i zasług rewolucyjnych. Nie można przecież być ze sobą na pan, jeśli nazajutrz albo za tydzień czy miesiąc wspólnie pójdzie się na śmierć.

Grin „tykał się” tylko z trzema osobami na świecie: Sniegirem, Jemielą i Rachmetem. Wcześniej byli inni, ale wszyscy już nie żyją.

Sniegir wyglądał świeżo, co było zrozumiałe - na akcję chłopaka nie wzięto, choć błagał i nawet płakał ze złości. Dwaj pozostali sprawiali wrażenie rześkich, ale odczuwali zmęczenie, co także było zrozumiałe.

Operacja przebiegła łatwiej, niż oczekiwali. Pomogła zamieć, ale najwięcej - śnieżna zaspa przed Klinem, prawdziwy podarek od losu.

Rachmet i Jemiela czekali z saniami o trzy wiorsty od stacji.

Przypuszczali, że Grin - według założeń planu - wyskoczy oknem z pędzącego pociągu i zapewne się porani. Wtedy by go przenieśli do sań i odjechali. Albo ochrona zauważy i ostrzela wyskakującego. W takiej sytuacji sanie też by się przydały.

Poszło lepiej. Grin po prostu przybiegł po torach, cały i nieposzkodowany. Nawet nie zmarzł - rozgrzał się, kiedy pokonywał trzy wiorsty biegiem.

Objechali łęg rzeczki Siestry, gdzie robotnicy oczyszczali drogę.

Na sąsiedniej stacji ukradli porzuconą starą drezynę i dojechali nią do samej Moskwy Przetokowej. Oczywiście „pompować” przerdzewiałą dźwignią przez ponad pięćdziesiąt wiorst, i to jeszcze pod zacinający śniegiem wiatr, okazało się niełatwo. Nic dziwnego, że chłopcy się zmęczyli, nie byli ze stali. Pierwszy osłabł Rachmet, a potem i krzepki Jemiela. Przez drugą połowę drogi musiał napędzać drezynę w pojedynkę.

- Ty, Grinycz, jesteś jak smok Gorynycz. - Jemiela z podziwem pokiwał lnianowłosą głową. - Wpełzłeś do pieczary na pół godzinki, zrzuciłeś stare łuski, odrąbane głowy ci odrosły i wracasz niczym nowy.

Ze mnie w końcu buhaj nie lada, a ciągle jeszcze nie mogę złapać tchu, język mi po pas sięga.

Jemiela był dobrym bojowcem. Mocarny, zrównoważony, bez inteligenckich fanaberii. Szlachetnej, uspokajającej ciemnobrązowej barwy. Pseudo przyjął na cześć Pugaczowa, wcześniej nazywał się Nikifor Tiunin. Prawdziwy proletariusz, pochodził z rodziny rusznikarzy.

Pleczysty, o szerokiej twarzy, z maleńkim, dziecinnym noskiem i okrągłymi, dobrodusznymi oczami. Rzadko się zdarza, żeby z uciemiężonej klasy pochodzili niezłomni, świadomi bojowcy, ale jeżeli już się taki znajdzie, to można na nim polegać jak na sobie samym. Grin osobiście wybrał go z pięciu kandydatów przysłanych przez partię. Uczynił to, gdy Sobol spudłował, rzucając bombą w Chrapowa, i w Grupie Bojowej zwolniło się miejsce. Sprawdziany na wytrzymałość nerwową i domyślność, jakim Grin poddał nowicjusza, wypadły zadowalająco. W jekaterynogrodzkiej akcji Jemiela wykazał się zimną krwią. Kiedy gubernatorska kolaska podjechała o wskazanym w liście czasie (i rzeczywiście pozbawiona eskorty) pod niczym się niewyróżniającą willę na Michelsonowskiej, Grin podszedł do wyłażącego z trudem grubasa i dwukrotnie wystrzelił z bliska. Potem wybiegł podcieniem na sąsiednią ulicę, gdzie czekał na niego Jemiela przebrany za dorożkarza. I wtedy zdarzyło się nieszczęście: akurat obok fałszywego dryndziarza przechodził cyrkułowy z dwoma posterunkowymi.

Policjanci usłyszeli wystrzały i w tej samej chwili z podwórza wyskoczył

człowiek - prosto w ich ręce. Grin, niestety, zdążył już wyrzucić rewolwer. Przewrócił jednego z przeciwników ciosem w podbródek, ale dwaj pozostali osaczyli go jak psy i złapali za ręce, a ten, który upadł, zaczął dmuchać w gwizdek. Sytuacja była paskudna, jednak nowicjusz nie stracił głowy. Niespiesznie zlazł z kozła, uderzył posterunkowego ciężką pięścią w potylicę, że ten aż sflaczał, a z drugim Grin poradził sobie sam. Pognali z szybkością wiatru przy akompaniamencie przenikliwych policyjnych gwizdków.

Kiedy patrzył na Jemielę, ciepło robiło się na sercu. Myślał: nie można ciągle leżeć na zapiecku. Ci, którym nie zbywa na dowcipie, którzy mają wrażliwsze sumienia, już zaczęli się budzić. Oznacza to, że ofiary nie są daremne, że nie na próżno leje się krew - własna i cudza.

- Oto, do czego prowadzi sen na podłodze, odżywianie się sokami ziemi. - Rachmet uśmiechnął się, odrzucając z czoła malowniczy kosmyk. -

Ja tutaj, Grin, o tobie zacząłem tworzyć wiersz.

I zadeklamował:


Żył na świecie Grin jak diament,

Miał nietuzinkowy talent:

Spał na deskach sławny Grin,

Bez piernatów słodko śnił.


- Mam i drugi wariant. - Rachmet powstrzymał gestem przysypiającego Sniegira i kontynuował:


Żył na świecie smętny rycerz,

Chrobrym Grinem świat go zwał.

Talent krył za chmurnym licem:

Bez piernatów słodko spał*.


Przy wtórze przyjacielskiego chichotu towarzyszy Grin pomyślał: przerobił Puszkina. Pewnie to jest śmieszne. Sam nie miał poczucia humoru, ale to przecież nic ważnego, drobiazg. I w myśli poprawił

wierszydło: nie jestem jak diament, tylko jak stal.

Nic na to nie mógł poradzić - ten amator mocnych wrażeń wcale mu się nie podobał, chociaż trzeba było przyznać, że Rachmet dobrze służył

sprawie.

Grin wziął go do grupy zeszłej jesieni, kiedy potrzebował

partnera do akcji zagranicznej - przecież z Jemielą nie można było jechać do Paryża.

Zorganizował Rachmetowi ucieczkę z karetki więziennej, kiedy przewożono go z sądu po ogłoszeniu wyroku.

Wszystkie gazety pisały wtedy o kornecie ułanów Sielezniowie, który na przeglądzie stanął w obronie swojego żołnierza, a w odpowiedzi na karczemne przekleństwa wyzwał dowódcę na pojedynek. Kiedy impertynent wyzwania nie przyjął, kornet zastrzelił go na oczach pułku.

Grinowi spodobała się ta malownicza historia. Szczególnie to, że oficerek nie bał się przekreślić całej swojej przyszłości w obronie prostego człowieka. Grin dostrzegł w tym nie tylko wielce obiecującą zaciekłość, lecz także rodzaj powinowactwa dusz - furia jako replika na głupią podłość nie była mu obca.

Motywacja Nikołaja Sielezniowa okazała się diametralnie różna.

Jego barwa przy bliższej znajomości wydała się niepokojąca, chabrowa.

„Jestem strasznie ciekaw nowych wrażeń” - często powtarzał Rachmet.

Zbiegłego korneta przez życie wiodła ciekawość. Uczucie puste i nieprzydatne zmuszało go do skosztowania i tego, i tamtego dania - im bardziej ostre i pikantne, tym lepsze. Grin zrozumiał: w dowódcę Sieleziniow wystrzelił nie z powodu krzyczącej niesprawiedliwości, lecz dlatego, że cały pułk patrzył na niego z zapartym tchem i czekał, co się stanie. Do rewolucjonistów również przyłączył się dla zaspokojenia żądzy nowych awantur. Ucieczka wśród strzelaniny przypadła mu do gustu, konspiracyjny wyjazd do Paryża jeszcze bardziej.

Grin nie miał już żadnych iluzji na temat prawdziwych motywów postępowania Rachmeta. Przezwisko były oficer przybrał na cześć bohatera Czernyszewskiego, ale sam był ulepiony z zupełnie innej gliny. Dopóki nie znudzą mu się akty terroru, będziemy razem. Zaspokoi swoją ciekawość -

urwie się, szukaj wtedy wiatru w polu.

Z myślą o Rachmecie Grin przygotował tajny plan. Jak maksymalnie wykorzystać dla sprawy niepotrzebnego człowieka? Plan był taki: wysłać go na ważną akcję, taką, z której się nie wraca. Niech rzuci się jako żywa bomba pod kopyta ministerialnego albo gubernatorskiego zaprzęgu. Rachmet nie będzie się bał pewnej śmierci - takiej potrawy jeszcze mu życie nie ofiarowało do degustacji. Na wypadek, gdyby akcja w Klinie się nie udała, Rachmet miał już rezerwowe zadanie: tego samego wieczoru wysadzić Chrapowa w powietrze na Dworcu Jarosławskim, zanim ów odjedzie na Syberię. Ale chociaż Chrapowa już nie ma, przecież będą inni, samodzierżawca ma wiele psów gończych. Najważniejsze to nie przegapić momentu, kiedy w oczach Rachmeta pojawi się znudzenie.

Tylko z powodu tego potajemnego zamiaru Grin pozostawił go w grupie po grudniowej historii ze Szwierubowiczem.

Otrzymali rozkaz partyjny: wykonać wyrok na zdrajcy, który wydał

i wysłał na szubienicę towarzyszy z Rygi. Grin nie lubił takich zadań, dlatego nie sprzeciwiał się, kiedy eks-kornet sam się zgłosił.

Zamiast jednak po prostu zastrzelić Szwierubowicza, Rachmet chlusnął mu w twarz witriolem. Powiedział, że to dla odstraszenia innych prowokatorów, a tak naprawdę pewnie po prostu chciał zobaczyć, jak żywemu człowiekowi wypływają oczy, odpadają wargi i nos.

Od tej pory Grin nie mógł bez wstrętu patrzeć na Rachmeta, ale znosił go - dla sprawy.

- Trzeba się położyć - powiedział cicho. - Wiem, jest dopiero dziesiąta. Ale i tak musimy się wyspać. Jutro rano będziemy zmieniać lokum.

Obejrzał się na białe drzwi gabinetu. Za nimi siedział gospodarz, Privat-dozent Wyższej Szkoły Technicznej, Siemion Lwowicz Aronzon.

Planowali ulokować się w Moskwie pod innym adresem, ale zdarzył się niespodziewany wypadek. Łączniczka, przyjmująca bojowców w umówionym miejscu, uprzedziła, że konspiracyjna kwatera, w której mieli się rozgościć, jest spalona. Jej właściciel, inżynier Łarionow, okazał się agentem ochrany.

Grin, jeszcze zmęczony po ucieczce drezyną, powiedział łączniczce (miała dziwaczny pseudonim - Igła):

- Kiepsko pracujecie, moskwianie. Agent z mieszkaniem konspiracyjnym! Przez to mogłaby wpaść cała Grupa Bojowa.

Rzekł to bez złości, po prostu konstatując fakt, ale Igła się obraziła.

Grin mało o niej wiedział. Zdaje się, że pochodziła z zamożnej rodziny. Sucha, tyczkowata podstarzała panna, bezkrwiste, zaciśnięte usta, matowe włosy związane z tyłu w ciasny węzeł. Wśród rewolucjonistek było takich wiele.

- Gdybyśmy źle pracowali, to nie udałoby się nam zdekonspirować Łarionowa - odgryzła się. - Powiedzcie, Grin, koniecznie musicie mieć mieszkanie z telefonem? To nie takie proste.

- Wiem, ale telefon jest niezbędny. Można pilnie się połączyć, przekazać sygnał alarmu, uprzedzić - wyjaśnił, składając w duszy przysięgę, że odtąd w ważnych sprawach polegać będzie tylko na sobie, bez pomocy partii.

- W takim razie musimy was umieścić pod jednym z naszych rezerwowych adresów, u kogoś z sympatyków. Moskwa to nie Petersburg, niewielu ma własny telefon.

W ten sposób grupa trafiła na kwaterę do docenta Aronzona. Igła powiedziała, że jest on raczej liberałem niż rewolucjonistą, nie popiera metod terrorystycznych, ale to nic, człowiek uczciwy, o postępowych poglądach, i pomocy nie odmówi, a w szczegóły nie ma powodu go wtajemniczać.

Odprowadziwszy Grina i jego ludzi do pięknej czynszowej kamienicy na Ostożence (obszerne mieszkanie na najwyższym piętrze, co było szczególnie cenne, ponieważ umożliwiało awaryjne wyjście na dach), łączniczka, zanim wyszła, krótko i rzeczowo wyjaśniła zdenerwowanemu gospodarzowi elementarne zasady konspiracji:

- Pański dom jest najwyższy w tej części miasta, to wygodne. Z

mansardy mogę obserwować pańskie okna przez lornetkę. Jeśli wszystko będzie w porządku, zasłon w bawialni proszę nie zaciągać. Dwie zaciągnięte zasłony - wpadka. Jedna - sygnał alarmu. Wtedy do pana zadzwonię, prosząc profesora Brandta. Jeśli pan odpowie: „Pomyłka, to nie ten numer” - wtedy od razu przyjdę, a jeśli: „Pomyłka, to mieszkanie docenta Aronzona” -przyślę na ratunek oddział bojowców. Zapamięta pan?

Pobladły Aronzon skinął głową, a kiedy Igła wyszła, wybąkał, że

„towarzysze” mogą dysponować mieszkaniem wedle swojego uznania, że służbie dał wolne, a sam, w razie potrzeby, będzie u siebie w gabinecie.

Przez pół dnia ani na chwilę stamtąd nie wyjrzał. Jednym słowem -

„sympatyk”. Nie, tutaj nie spędzą dwóch tygodni - od razu zdecydował

Grin. Muszą nazajutrz zmienić miejsce noclegu.

- A po co spać? - Rachmet wzruszył ramionami. - Wy, czcigodni panowie, róbcie, jak chcecie, ale ja bym najchętniej zaszedł w gości do judasza Łarionowa. Dopóki się nie zorientował, że został rozszyfrowany.

Jeśli dobrze pamiętam, Powarska dwadzieścia osiem? Niezbyt daleko.

- Prawda! - gorąco poparł go Sniegir. - I ja bym tam poszedł. A najlepiej sam, ponieważ wy już dzisiaj zrobiliście swoje. Poradzę sobie, słowo honoru! On otworzy drzwi, zapytam: „Pan inżynier Łarionow?”, aby przez pomyłkę nie zabić niewinnego. Potem powiem: „Masz, zdrajco”.

Strzelę mu w serce - trzy razy, żeby być pewnym, i ucieknę. Głupstwo.

Rachmet odchylił głowę i hałaśliwie się roześmiał.

- Głupstwo, a jakże! To wystrzel, spróbuj. Kiedy ja na placu do von Bocka z bliska rąbnąłem, jego gały z oczodołów wyskoczyły, jak Boga kocham! Dwie czerwone kule. Długo potem po nocach mi się śniły. Budziłem się zlany zimnym potem. Głupstewko...

Grin pomyślał: a nie śni się tobie Szwierubowicz z rozpływającą się twarzą?

- To nic, jeśli dla sprawy, to można - zdecydowanie rzekł

Sniegir, pobladł i nagle oblał się pąsem. Pseudonim dano mu właśnie z powodu wiecznego rumieńca i jasnego puszku na policzkach. - Przecież on, bydlę, zdradzał swoich.

Sniegira Grin znał od dawna, o wiele dłużej niż pozostałych.

Rzadki typ, chłopak z najcenniejszej rasy. Syn powieszonego zabójcy cara i dziewczyny z Narodnej Woli, zmarłej w kazamatach podczas głodówki protestacyjnej, zrodzony bez ślubu, niechrzczony w cerkwi, został

wychowany przez towarzyszy ojca i matki. Pierwszy wolny człowiek przyszłej wolnej Rosji. Bez śmietnika w głowie, bez zamętu w duszy.

Kiedyś, podobni chłopcy staną się zwykłym zjawiskiem, ale dziś on był

jedynym, najcenniejszym produktem bolesnej ewolucji. Dlatego Grin długo się sprzeciwiał zaliczeniu Sniegira do grupy.

Ale jak mógł go nie wziąć? Trzy lata temu, kiedy Grin po ucieczce z katorgi długą, okrężną drogą przemierzał świat, aby dotrzeć do domu -

przez Chiny, Japonię, Amerykę - musiał zatrzymać się w Szwajcarii.

Siedział tam bezczynnie, oczekując przerzutu przez granicę. Wtedy właśnie poznał Sniegira, dopiero co przerzuconego z Rosji, gdzie osadzono w areszcie jego kolejnych opiekunów. W Zurychu nikt nie miał czasu zajmować się chłopcem. Poprosili Grina, ten zgodził się, ponieważ nie mógł wtedy przynieść partii żadnej innej korzyści. Przerzut się opóźniał, potem kanał uznano za spalony. Zanim przygotowano nowy, upłynął rok.

Z jakiejś przyczyny opieka nad chłopakiem nie ciążyła Grinowi, wręcz przeciwnie. Może dlatego, że po długim okresie troski o całą ludzkość mógł się zająć jednym człowiekiem. No, może jeszcze nie człowiekiem - podrostkiem.

Pewnego razu, po poważnej, wyczerpującej rozmowie, Grin obiecał

podopiecznemu, że - gdy ten podrośnie - wprowadzi go w swoją robotę bez względu na to, czym wtedy będzie się zajmował. O Grupie Bojowej nikt jeszcze nawet nie myślał, bo inaczej Grin nigdy by takiej obietnicy nie złożył.

Potem wrócił do ojczyzny, zajął się sprawami partyjnymi, chłopaczka wspominał nawet często, ale o obietnicy, rzecz jasna, zupełnie zapomniał. Tymczasem dwa miesiące temu przyprowadzili mu na konspiracyjną kwaterę w Pitrze Sniegira - poznajcie się, towarzyszu Grin, młode pokolenie z emigracji. Pupil patrzył na niego palącym wzrokiem, o przyrzeczeniu przypomniał mu niemal w pierwszej minucie rozmowy. Co można było zrobić? Grin nie potrafił się sprzeniewierzyć danemu słowu.

Na razie chronił chłopaka, nie dopuszczał do akcji, ale wiecznie tak trwać nie mogło. W końcu Sniegir jest już dorosły, ma osiemnaście lat. Grin, gdy doszło do konfrontacji na moście kolejowym, miał tyle samo. Jeszcze nie teraz - powiedział sobie w noc poprzedzającą akcję.

Następnym razem. I rozkazał Sniegirowi jechać do Moskwy - jakoby sprawdzić łączność.

Sniegir miał aurę o subtelnej, brzoskwiniowej barwie. Jaki tam z niego bojowiec! Chociaż zdarza się, że z takich wyrastają prawdziwi bohaterowie. Trzeba przygotować chłopakowi chrzest bojowy, nie powinien jednak rozpoczynać działalności kaźnią zdrajcy.

- Nikt nigdzie nie pójdzie - rzekł twardo Grin. - Wszyscy spać.

Ja pierwszy obejmę straż. Za dwie godziny obudzę Rachmeta.

- Eech... - Były kornet się uśmiechnął. - Grin, jesteś wspaniały w każdym calu, tyle że nudny. Powinieneś zajmować się nie terrorem, ale w banku pracować, księgowym zostać.

Ale nie wszczynał dyskusji. Wiedział, że nie miałaby najmniejszego sensu.

Rzucili kości. Wypadło, że Rachmet będzie spał w łóżku, Jemiela na tapczanie, a Sniegir na zwiniętej pościeli.

Jeszcze przez piętnaście minut zza drzwi sypialni dochodziły głosy i śmieszki, potem zapadła cisza. Wtedy z gabinetu wyjrzał

gospodarz, błysnął w półmroku złotym pince-nez i niepewnie wymamrotał:

- Dobry wieczór.

Grin skinął na powitanie głową, lecz nieetatowy Privat-dozent nie odchodził.

Wtedy Grin uznał za konieczne okazać kurtuazję. Przecież to dla człowieka nie tylko niewygoda, ale i ryzyko. Za ukrywanie terrorystów grozi zesłanie.

- Wiem, Siemionie Lwowiczu, krępujemy pana - powiedział

grzecznie. - Niech pan wytrzyma. Jutro odejdziemy.

Aronzon ociągał się, jakby pragnął o coś spytać, i Grin się domyślił: chce porozmawiać. Jasna sprawa - inteligent. Takiemu tylko pozwól zacząć, a do rana nie skończy. Nic z tego! Po pierwsze, podejmowanie abstrakcyjnych dyskursów z niesprawdzonym człowiekiem nie przynosi żadnej korzyści, a po drugie, musi przemyśleć poważny problem.

- Przeszkadzam panu. - Podniósł się zdecydowanie. - Posiedzę w kuchni.

Usiadł na twardym krześle, przy zawieszonym kotarą wejściu (już sprawdzał - do służbówki). Zaczął rozmyślać o TG. Pewnie już tysiączny raz w ciągu minionych miesięcy.


Wszystko zaczęło się we wrześniu, kilka dni po tym, jak wysadził

się Sobol - rzucił bombę w Chrapowa, kiedy ten wychodził z cerkwi, lecz pocisk trafił pod krawędź trotuaru i wszystkie odłamki poszybowały w kierunku zamachowca, a nie wyznaczonej ofiary.

Wtedy właśnie przyszedł pierwszy list.

Nie, nie przyszedł, pojawił się. Na stole jadalnym, w mieszkaniu, gdzie wówczas kwaterowała Grupa Bojowa i gdzie wstęp mieli tylko nieliczni. Właściwie nie była to grupa - pozostała wyłącznie nazwa, ponieważ z bojowców po śmierci Sobola pozostał tylko Grin. Pomocnicy i łącznicy się nie liczyli.

Historia powstania Grupy Bojowej była następująca.

Kiedy Grin wrócił nielegalnie do Rosji, długo rozważał, w jaki sposób może przynieść partii najwięcej korzyści - gdzie przyłożyć zapałkę, by powstał jak największy pożar. Woził ulotki, pomagał

zorganizować podziemną typografię, ochraniał zjazd partyjny. Wszystko to było potrzebne, ale nie po to wykuł z siebie stalowego człowieka - nie dla zajęć, z którymi poradzi sobie każdy.

Stopniowo cel się określił. Ciągle ten sam - terror. Po pogromie Narodnej Woli rewolucjoniści praktycznie nie prowadzili działań bojowych.

Policja też już była inna niż w latach siedemdziesiątych. Wszędzie kryli się szpiedzy i donosiciele. W ciągu minionego dziesięciolecia dokonano tylko paru udanych aktów terrorystycznych i z dziesięć takich, które poniosły fiasko. Czy to jest cokolwiek warte? Bez walki z tyranią nie ma rewolucji - to aksjomat. Ulotkami i kółkami oświatowymi caratu się nie obali. Terror był potrzebny jak powietrze, jak łyk wody na pustyni.

Kiedy Grin już wszystko dobrze rozważył, przystąpił do działania.

Przeprowadził dyskretną rozmowę z członkiem KC, Mielnikiem, któremu całkowicie ufał. Zapewnił sobie ostrożne poparcie. Pierwszą akcję podejmie na własną rękę i własne ryzyko. Jeśli się uda, partia ogłosi powstanie Grupy Bojowej, udzielając jej finansowego i organizacyjnego wsparcia. Jeśli będzie wpadka - sam poniesie odpowiedzialność.

To było rozsądne. W pojedynkę zawsze bezpieczniej - sam siebie ochranie nie wydasz. Grin także postawił warunek: w KC wiedzieć o nim będzie tylko Mielnik, to on stanie się pośrednikiem we wszystkich kontaktach. Jeśli zajdzie taka potrzeba, Grin sam znajdzie sobie pomocników.

Na początek otrzymał następujące zadanie: doprowadzić do wykonania dawno wydanego wyroku na tajnego radcę Jakimowicza. Jakimowicz był mordercą i łotrem. Przed trzema laty wysłał na szafot pięcioro studentów za przygotowanie zamachu na cara. Sprawa była śmierdząca, od początku sprowokowana przez policję i tegoż Jakimowicza, wtedy jeszcze nie tajnego radcę, jedynie skromnego zastępcę prokuratora.

Grin zabił go podczas niedzielnej przechadzki po parku. Prosto, bez żadnych udziwnień: podszedł, wbił w serce sztylet z wyciętymi inicjałami „GB”. Zanim spacerowicze zorientowali się, o co chodzi, szybko, ale nie biegiem, wyszedł za bramę i odjechał zwykłym fiakrem.

Akcja, pierwsza po długim okresie zastoju, wstrząsnęła społeczeństwem. Wszyscy zaczęli mówić o tajemniczej organizacji, ukrytej pod bluźnierczą nazwą, a kiedy partia wyjaśniła znaczenie inicjałów i ogłosiła wznowienie rewolucyjnej walki, przez kraj przebiegł na pół

zapomniany nerwowy dreszcz - ten sam, bez którego nie można myśleć o jakichkolwiek wstrząsach społecznych.

Teraz Grinowi zapewniono sprzęt i pieniądze, konieczne dla realizacji następnych poważnych zadań. Ludzi wyszukiwał sobie sam albo wybierał z zaproponowanych przez partię kandydatur. Przyjął regułę, że grupa nie może liczyć więcej niż trzech - czterech członków. Do akcji terrorystycznych tylu zupełnie wystarczy.

Planowano duże akcje, ale kolejny zamach - na kata Chrapowa -

zakończył się fiaskiem. Nie całkowitym, ponieważ przy martwym zamachowcu znaleziono rewolwer z napisem „GB”, co wywarło należycie silne wrażenie.

Mimo wszystko reputacja grupy ucierpiała. Na więcej niewypałów nie mogli sobie pozwolić.

Tak właśnie wyglądały sprawy, kiedy Grin znalazł na stole złożony we dwoje papier z równymi wierszami pisma maszynowego. List spalił, jednak tekst zapamiętał co do słowa.


Lepiej na razie nie ruszać Chrapowa, zbyt dobrze go teraz strzegą. Kiedy zaistnieją sprzyjające okoliczności, powiadomię. Na razie informuję, że gubernator Jekaterynogrodu, Bogdanow, w czwartki o ósmej wieczorem skrycie odwiedza dom numer dziesięć przy ulicy Michelsonowskiej. Sam, bez żadnej ochrony. Na pewno będzie tam w najbliższy czwartek. Ten i następne listy po przeczytaniu natychmiast spalić.

TG


Najpierw nasunęło mu się na myśl, że partia przesadza z konspiracją. Cóż za melodramatyczne posunięcie - podrzucanie listów! I co oznacza „TG”?

Sprawdził u Mielnika - nie, KC notatki nie przysłał.

Pułapka żandarmów? Niepodobna. Po co mieliby wypisywać takie głupstwa? I zwabiać ich do Jekaterynogrodu? Skoro meta jest znana policji, aresztować mogli i tutaj.

Wychodziło na to, że jest trzecie rozwiązanie. Ktoś chce pomóc Grupie Bojowej, pozostając w cieniu.

Po niejakich rozterkach Grin zdecydował się zaryzykować.

Gubernator Bogdanów nie był wprawdzie ważną personą, lecz w zeszłym roku partia wydała na niego wyrok śmierci za okrutne zdławienie chłopskich rozruchów w gminie strieleckiej. Zadanie może nie pierwszoplanowe, ale czemu nie spróbować? Sukces by się przydał.

I odnieśli sukces. Akcja poszła świetnie, jeśli pominąć bitkę z rewirowymi. Na miejscu egzekucji Grin zostawił ulotkę z wyrokiem i podpisem „GB”. Potem, na samym początku zimy, znalazł drugi list, tym razem w kieszeni własnego palta. Był na weselu - oczywiście nie prawdziwym, fikcyjnym. Dwoje członków partii dla dobra sprawy zawarło związek małżeński, co stało się okazją do legalnego spotkania w większej grupie i przedyskutowania niektórych palących problemów. Kiedy się rozbierał, żadnej notatki nie było. Kiedy wychodził, wsunął rękę do kieszeni i - liścik!


Znany wam generał-lejtnant żandarmerii Sieliwanow odbędzie incognito inspekcję zagranicznej delegatury ochrany. 13 grudnia po południu o wpół do trzeciej przyjedzie sam do konspiracyjnego mieszkania w Paryżu pod adresem rue Annamite 24.

TG


I znowu wszystko odbyło się z zegarmistrzowską precyzją, tak jak obiecał nieznany TG: Sieliwanowa, chytrego jak lis, udało się wziąć, można powiedzieć, gołymi rękoma, o czym w Petersburgu nawet nie można było pomarzyć. Czatowali na niego w bramie. Grin chwycił żandarma z tyłu za łokcie, a Rachmet wbił kindżał. Teraz o Grupie Bojowej było głośno także w Europie.

Trzeci list Grin znalazł na podłodze w przedpokoju. Zdarzyło się to, kiedy już we czwórkę mieszkali na Wasiljewskiej. Tym razem nadawca naprowadził ich na pułkownika Pożarskiego, szczwaną bestię z nowego żandarmskiego przychówku. Pożarski jesienią rozgromił warszawski oddział

partii i dopiero co aresztował w Kronsztadzie anarchistyczną organizację marynarzy floty, planującą wysadzić carski jacht. W nagrodę otrzymał

wysokie stanowisko w Departamencie Policji, a - jako premię nadzwyczajną

- fligeladiutancki monogram za uratowanie najjaśniejszej Rodziny.

Notatka głosiła:


Poszukiwania GB powierzono nowemu wicedyrektorowi Departamentu Policji do spraw politycznych, księciu Pożarskiemu. To niebezpieczny wróg, który sprawi wam mnóstwo kłopotów. W środę wieczorem, między dziewiątą a dziesiątą, będzie miał spotkanie z pewnym ważnym agentem na Wyspie Aptekarskiej, niedaleko willi towarzystwa Kerbel. Nie straćcie dogodnej okazji.

TG


Stracili, chociaż okazja była wyjątkowo dogodna. Pożarski wykazał

się ponadludzkim sprytem - ostrzeliwując się, zniknął w ciemności. Jego towarzysz był mniej zręczny i Rachmet trafił uciekającego w plecy. Ale i tak operacja okazała się korzystna dla sprawy i narobiła sporo szumu, ponieważ w zabitym Grin rozpoznał Stasowa, członka KC i starego więźnia Szlisselburga, niedawno nielegalnie przybyłego ze Szwajcarii. Któż by mógł pomyśleć, że policja ma wśród swoich informatorów takich ludzi?!

A ostatni, czwarty list od TG, najbardziej ważki, pojawił się wczorajszego ranka. W mieszkaniu za mocno napalono, było gorąco, pozostawiono więc na noc otwarte lufciki. Rankiem Jemiela znalazł na podłodze przy oknie kamień owinięty w papier. Szybko rozprostował

arkusik, przebiegł go oczami i natychmiast poszedł obudzić Grina.


Teraz kolej na Chrapowa. Dziś wyjeżdża na Syberię, pociągiem kurierskim o jedenastej, w wagonie ministerialnym.Udało się ustalić poniższe: w Moskwie Chrapow zrobi przerwę w podróży. Za jego bezpieczeństwo podczas wizyty w starej stolicy odpowiada radca stanu Fandorin, urzędnik do specjalnych poruczeń przy księciu Dołgorukim.

Rysopis: 35 lat, szczupłej budowy ciała, wzrost wysoki, brunet, cienkie wąsiki, siwe skronie, jąka się. W Petersburgu i w Moskwie będą podjęte nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Zbliżyć się do Chrapowa można tylko między tymi punktami. Wymyślcie coś. W wagonie będą czterej agenci oraz na obu platformach zmieniana warta żandarmów (przednia platforma jest ślepa, nie łączy się z salonką). Naczelnikiem ochrony Chrapowa jest sztabsrotmistrz von Seidlitz: 32 lata, włosy bardzo jasne, słusznego wzrostu, krzepkiej budowy ciała. Adiutant Chrapowa - podpułkownik Modzelewski: 39 lat, korpulentny, średniego wzrostu, włosy ciemnorude, niewielkie bakenbardy.

TG


Grin opracował zuchwały, ale w pełni realny plan, dokonał

koniecznych przygotowań, i grupa wyjechała do Klina pociągiem pasażerskim o trzeciej. Informacje TG znów okazały się wzorcowe. Wszystko poszło jak po maśle. Takiego wspaniałego zwycięstwa Grupa Bojowa jeszcze nie miała.

Wydawało się, że można sobie pofolgować - napawać się poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Zapałka jeszcze nie zgasła, jeszcze się pali, a rozpalony nią ogień płonie coraz silniej. Jednak Grin nie potrafił

napawać się sukcesem - przeszkadzała mu w tym niewiadoma. Nie znosił

rzeczy niepojętych. Tam, gdzie czegoś nie rozumiemy, zawsze może się zdarzyć coś nieprzewidywalnego, a to oznacza nieustanną groźbę niebezpieczeństwa.

Trzeba rozszyfrować tego TG. Zrozumieć, co to za człowiek i co chce osiągnąć.

Miał tylko jedną wersję.

Ktoś z pomocników, albo nawet samych członków Grupy Bojowej, ma swojego człowieka w tajnej policji, otrzymuje od niego poufne informacje i anonimowo przekazuje je Grinowi. Dlaczego się nie ujawnia, można zrozumieć. Z powodu konspiracji, nie chcąc poszerzać kręgu wtajemniczonych (Grin zawsze tak samo się zachowywał). Albo osłania swojego informatora, związany słowem honoru, takie przypadki już się zdarzały.

A jeśli to jednak jest prowokacja?

Nie, wykluczone. Ciosy, zadane przez Grupę władzy państwowej przy udziale TG, są zbyt poważne. Nie da się uzasadnić tej rangi zamachów żadnym celem taktycznym. Ale najważniejsze - w ciągu ostatnich miesięcy ani razu nie było ogona. Grin miał do tego szczególnego nosa.

Dwa skróty: GB i TG. Za pierwszą ukrywa się organizacja. A co za drugą - imię?

Po co w ogóle potrzebny był podpis?

Trzeba się tym poważnie zająć po powrocie do Pitra. Zrobić spis osób, które miały dostęp do miejsc, gdzie podrzucano zapiski. Jeśli wykluczy się tych, którzy nie mogli trafić do wszystkich czterech miejsc po kolei, wykaz bardzo się skróci. Oprócz członków grupy pozostanie tylko kilka osób. Przyjrzeć się każdemu, określić kto - i wezwać na szczerą rozmowę. Oko w oko, udzielając gwarancji pełnego zachowania tajemnicy.

Już kwadrans po dwunastej. Chyżo upłynęły dwie godziny. Czas budzić Rachmeta. Grin przeszedł przez bawialnię do ciemnej sypialni.

Usłyszał miarowe posapywanie Sniegira, cichutko zachrapał Jemiela.

- Rachmet, wstawaj - szepnął Grin, nachylając się nad łóżkiem, i wyciągnął rękę. Pusto. Przykucnął, przesunął ręką po podłodze - butów nie ma. Rachmet, chabrowy człowiek, uciekł. Albo wyprawił się na poszukiwanie przygód, albo zbiegł definitywnie.

.

Загрузка...