Rozdział szesnasty,

Wybuch

Od razu po zabiciu Pożarskiego trzeba będzie uciekać. Grin już zaplanował jak - fiakrem do Bogorodskiego, tam trzeba kupić narty i przez Las Łosinoostrowski, obchodząc blokady na rogatkach, do Traktu Jarosławskiego. Byle wyjść z Moskwy, dalej już wszystko proste. Szkoda tylko pracy. Bomby znowu trzeba będzie zostawić: słój z żelatyną wybuchową był jeszcze w połowie pełny, puszki zaopatrzone w zapalniki, ze szrapnelami w środku, tyle że niezamknięte. Niestety, to zbędny ciężar. W

sakwojażu leżało tylko to, co było konieczne: fałszywe dokumenty, bielizna, zapasowy rewolwer.

Igła patrzyła przez okno na zabity deskami pałac. Za kilka minut przyjdzie jej porzucić dom, w którym wyrosła. Najprawdopodobniej porzucić na zawsze.

Przed powtórnym telefonem do siedziby oberpolicmajstra Julia, patrząc Grinowi w oczy, spytała:

- Grin, obiecujesz, że mnie nie zabijesz?

- Jeśli przyjedzie.

Przeżegnała się i wezwała telefonistkę.

- Halo, centrala? Czterdzieści cztery dwadzieścia dwa.

Tym razem Pożarski był na miejscu.

- Gleb - powiedziała Julia przerywanym ze wzburzenia głosem. -

Kochaniutki, szybciej tutaj, szybciej! Mam tylko sekundę, nie mam czasu wyjaśniać! Prieczystienka, siedziba rodu Dobrzyńskich, oficyna z facjatką, znajdziesz. Tylko sam przyjeżdżaj, bezwarunkowo sam. Ja otworzę. Tutaj dzieje się coś takiego, że nawet sobie nie wyobrażasz!

Będziesz mi ręce całować. Koniec, koniec, więcej nie mogę!... -

Przyjedzie - obwieściła z pewnością siebie, przerywając połączenie. -

Przypędzi natychmiast. Znam go. - Wzięła Grina za rękę. - Grinczyk, dałeś słowo - powiedziała błagalnym głosem. - Co wy ze mną zrobicie?

- Słowo to słowo. - Oswobodził się ze wstrętem. - Zobaczysz, jak umrze. Potem cię puszczę. Niech partia decyduje. Wyrok wiadomy. Postawią poza prawem. W odpowiednich okolicznościach każdy będzie miał obowiązek zniszczyć cię jak gada. Uciekaj na kraj świata, skryj się w pieczarze.

- To nic - Julia lekkomyślnie wzruszyła ramionami. - Mężczyźni są wszędzie. Nie przepadnę. Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Nowy Świat.

Uspokoiła się całkowicie. Przenosząc wzrok z Grina na Igłę, ze współczuciem westchnęła:

- Ach, biedni wy jesteście! Rzućcie do diabła te głupoty.

Przecież ona cię kocha, ja to widzę. I ty ją. Żylibyście sobie, radowali się z takiego szczęścia. Wystarczy zabijania. Nic dobrego i tak z tego nie wyniknie.

Grin milczał, ponieważ myślał o zbliżającej się akcji i chciał

uniknąć dyskusji o niczym. Ale Igła popatrzyła na podwójną zdrajczynię z obrzydzeniem i nie wytrzymała.

- Tylko o miłości nic więcej nie mówcie. Bo przecież ja wam słowa honoru nie dawałam. Mogę zastrzelić.

Julia wcale się nie wystraszyła, tym bardziej że ręce Igły były puste.

- Brzydzi się pani mną, bo dla Glebczyka umrzeć nie chciałam?

Niepotrzebnie. Ja swojej miłości nie zdradziłam - wysłuchałam głosu serca. Gdyby mi powiedziało: umrzyj, umarłabym. Ale serce rzekło: przeżyjesz i bez Gleba. Przed innymi umiem udawać, przed sobą nie.

- Wasze serce nic innego powiedzieć nic mogło - z nienawiścią odrzekła Igła.

Dalej Grin już nie słuchał.

Wyszedł na korytarz i stanął przy kuchennym oknie, żeby obserwować ulicę.

Pożarski powinien się zjawić lada moment. Sprawiedliwości stanie się zadość, towarzysze zostaną pomszczeni. Sniegir, Jemiela, Bóbr, Marat, Nobel, Szwarc. I jeszcze Gwóźdź.

Nagle jego ostre spojrzenie dostrzegło coś zaskakującego - ślad podeszwy na parapecie, tuż pod otwartym lufcikiem. Ten znak miał jakieś przerażające znaczenie, ale Grin nie zdążył o nim pomyśleć - zabrzęczał

dzwoneczek.

Julia poszła otworzyć, Grin stał za drzwiami z gotowym coltem.

- Tylko niech pani nie próbuje - szepnął.

- Ach, przestań... - Zbyła go machnięciem ręki, odsunęła zasuwę i powiedziała do kogoś niewidocznego: - Glebczyk, wchodź, jestem sama.

Do przedpokoju wszedł człowiek w ciemnoszarym płaszczu i czapce z kuny. Nie zauważył Grina i odwrócił się do niego plecami. Julia szybko pocałowała Pożarskiego w ucho i policzek, ponad jego ramieniem mrugnęła do Grina.

- Chodźmy, zobaczysz.

Wzięła oberpolicmajstra za rękę i pociągnęła za sobą do pokoju.

Grin bezszelestnie szedł za nimi.

- Kto to? - spytał Pożarski, kiedy zobaczył Igłę. - Chwileczkę, proszę się nie przedstawiać, ja sam... A, domyśliłem się! Jaka przyjemna siurpryza! Co to znaczy, Julio? Potrafiłaś nakłonić mademoiselle Igłę do przejścia na stronę praworządności? Spryciara. Ale gdzież jest mój idol, szlachetny rycerz rewolucji, pan Grin?

Wtedy Grin wetknął mu lufę między łopatki.

- Tu jestem. Ręce do góry. Pod ścianę i powoli twarzą do mnie.

Pożarski rozsunął ręce na boki, trzymając je na wysokości barków, zrobił dziesięć kroków naprzód i odwrócił się. Twarz miał napiętą, brwi zsunięte.

- Pułapka - powiedział. - Sam jestem winny. Myślałem, Julio, że mnie kochasz. Pomyliłem się. Koń ma cztery nogi, a też się potknie.

- Co oznacza „TG”? - spytał Grin, trzymając palec na spuście.

Oberpolicmajster cicho się roześmiał.

- Ach, o to chodzi. A ja się zastanawiałem, dlaczego pan, panie Grin, od razu nie strzelił mi w potylicę. Mimo wszystko jednak jest w panu coś człowieczego. Ciekawość. Dobrze, po starej znajomości odpowiem na wszystkie pana pytania. Przy okazji jeszcze trochę sobie pooddycham.

Cieszę się, że poznałem pana osobiście - mojego dawnego adresata. Jest pan dokładnie taki, jak sobie pana wyobrażałem. Niech pan pyta, o co chce, proszę się nie krępować.

- „TG” - powtórzył Grin.

- Bzdurka, żarcik. Inicjały od „trzeci uradowany”, po łacinie tertius gaudens. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Policja niszczy was, wy niszczycie tych, którzy mi przeszkadzają, a ja patrzę na waszą zabawę i się raduję. Moim zdaniem udatne.

- Jak to „przeszkadzają”? Dlaczego? Gubernator Bogdanów, generał

Sieliwanow, zdrajca Stasow...

- Niech się pan nie męczy, wszystkich doskonale pamiętam -

przerwał mu w pół zdania Pożarski. - Bogdanów? To był nie tyle biznes, ile sprawa prywatna. Trzeba było odwdzięczyć się wicedyrektorowi departamentu, mojemu poprzednikowi na tym stanowisku. Od dawna pozostawał

w stosunkach z żoną gubernatora Jekaterynogrodu i marzył, żeby owdowiała.

Te marzenia miały charakter czysto platoniczny, ale kiedyś wpadło mi w ręce pisemko, w którym jego ekscelencja nieopatrznie napisał o swojej pasji: „Oby jak najszybciej do Twego małżonka dobrali się terroryści. Z

przyjemnością bym im pomógł”. Grzech było tego nie wykorzystać. Zaraz po tym, jak pan bohatersko zastrzelił Bogdanowa, przeprowadziłem prywatną rozmowę z zakochanym marzycielem i miejsce wicedyrektora się zwolniło.

Generał-lejtnant Sieliwanow? O, to zupełnie co innego. To był człowiek błyskotliwy. Walczył o to samo co ja, ale wyprzedzał mnie o kilka szczebli. Zasłaniał mi słońce, a to jest ryzykowne. Za Sieliwanowa należy się panu moja ogromna wdzięczność. Kiedy pan go wyprawił do królestwa Plutona, najbardziej obiecującym obrońcą tronu stał się wasz pokorny sługa. Potem był, zdaje się, zamach na Wyspie Aptekarskiej - na mnie i konfidenta Stasowa? To zadanie miało podwójny cel. Po pierwsze, podnieść mój prestiż służbowy. Jeśli sama GB organizuje na mnie polowanie, to znaczy, że oddaje należny szacunek moim fachowym, policyjnym osiągnięciom. A po drugie, Stasow się wyczerpał, był już zupełnie bezużyteczny i prosił, aby wypuścić go na wolność. Wypuścić, oczywiście, można było, ale zdecydowałem, że będzie większa korzyść, jeśli umrze.

Znowu renoma naszej - pana i mojej - Grupy Bojowej wzrośnie.

Twarz Grina skrzywiła się jakby od powstrzymywanego bólu i Pożarski błogo się roześmiał.

- Teraz wasze główne osiągnięcie, zabójstwo Chrapowa. No, niech pan przyzna, że podsunąłem wam przepiękny pomysł, chociaż wcale go nie nazwałem. Ja zaś ze swej strony przyznaję, że pan doskonale sprawę przeprowadził. Bezlitośnie wykonaliście wyrok na okrutnym satrapie, którego największą zbrodnią było to, że mnie organicznie nie znosił i ze wszystkich sił przeciwstawiał się mojej karierze... Tu, w Moskwie, sprawił mi pan wiele kłopotów, ale w końcowym rezultacie wszystko wyszło jak najlepiej. Nawet wasz psikus z ekspropriacją okazał się przydatny.

Dzięki naszej wspólnej wietrznej przyjaciółce Julii dowiedziałem się, kto został nowym skarbnikiem partii, i - w najbliższym możliwym czasie -

planowałem odebrać wam państwowe pieniądze z powrotem. Byłoby to szczególnie efektowne, kiedy już piastowałem stanowisko moskiewskiego oberpolicmajstra. Niech wiedzą, że chociaż nie jestem w stolicy, to wysoko siedzę i daleko widzę. Szkoda. Widać taki los - westchnął

fatalistycznie Pożarski. - Moglibyście chociaż docenić błyskotliwość zamiaru... Co tam było jeszcze? Pułkownik Swierczyński? Łajdak, podły efekciarz. Pomogliście mi się z nim rozliczyć za jego pewną obleśną sztuczkę. Burlajew? W tym też wam pomogłem, jak i w sprawie Rachmeta.

Tego by jeszcze brakowało, żeby GB, moje ukochane dziecię, została obezwładniona przez naczelnika moskiewskiej ochrany. To nieuczciwe. Kto ziarenko zasadził, ten powinien urodzaj zbierać. Chwat z pana, że wykończył pan Burlajewa. Dzięki temu jego resort został mi całkowicie podporządkowany. Tylko z Fandorinem obaj daliśmy plamę i ten natręt wciąż kręcił mi się pod nogami. Ale za Fandorina nie obarczam pana winą, to specjalny przypadek... No i tak, a potem nadszedł czas zakończyć naszą wspólną epopeję. Niestety, wszystko, co dobre, wcześniej czy później się kończy. Przemyślałem operację do najmniejszego detalu, ale wmieszał się nieprzewidywalny ślepy traf. Wstyd. Dopiero zaczynałem nabierać rozpędu, jeszcze trochę, a już nic by mnie nie zatrzymało... Przeznaczenie.

Julia zapłakała.

- To nic - uśmiechnął się do niej oberpolicmajster. - Nie złoszczę się na ciebie, tylko na los. Z tobą było mi dobrze i wesoło, a że zdradziłaś, widać nie miałaś wyboru.

Zadziwiające, ale po twarzy Julii płynęły łzy. Nigdy dotąd Grin nie widział tej pełnej radości życia, lekkomyślnej kobiety płaczącej.

Jednak dalsza rozmowa była zbędna. Wszystko już się wyjaśniło. Nawet podczas pogromu Żydów Grin nie czuł się tak nieszczęśliwy jak w tych chwilach, które przekreśliły cały sens jego trudnej, pełnej ofiar walki.

Jak zdoła żyć z tym dalej - nad tym musi się dopiero zastanowić.

Wiedział, że niełatwo będzie znaleźć na to odpowiedź. Ale jednego był

pewny: ten skory do śmiechu policjant musi umrzeć.

Grin wycelował w czoło manipulatora.

- Ej, kochanieńki! - Pożarski podniósł rękę. - Na co ten pośpiech! Tak się dobrze rozmawiało. Nie chce pan posłuchać o Julii i naszej miłości? Zapewniam pana, to bardziej wciągające niż jakakolwiek powieść.

Grin odmówił, kręcąc głową. Odwiódł kurek.

- Nieważne.

- Gleb! Nieeee!

Julia z przenikliwym krzykiem rzuciła się na Grina i zawisła na jego ręce. Ostre zęby wpiły się w kiść ściskającą colta.

Grin chwycił rewolwer drugą, wolną ręką, ale było już za późno -

Pożarski wsunął rękę do kieszeni i wystrzelił poprzez połę płaszcza.

Jestem ranny - pomyślał Grin, uderzając plecami o ścianę i osuwając się na podłogę. Chciał podnieść rękę z rewolwerem, ale go nie posłuchała.

Julia czubkiem pantofelka odepchnęła colta na bok.

- Brawo, dziewczyno - rzekł Pożarski. - Jesteś cudowna.

Przeciągałem i przeciągałem, a czas wlókł się niemiłosiernie. Poleciłem swoim chwatom czekać na ulicy dokładnie dziesięć minut i potem się włamać. Zdążyłby mnie wykończyć.

Grinowi szumiało i huczało w uszach, pokój kołysał się to w lewo, to w prawo. Nie sposób było zrozumieć, jak utrzymują się na nogach dwaj mężczyźni, którzy wbiegli z korytarza.

- Usłyszeliście wystrzał? - spytał oberpolicmajster. - Zuchy. To ja go położyłem, umiera. Kobieta - dla was, to Igła, ta sama. Żywej zostawiać nie wolno, za dużo słyszała.

Świat pogrążał się w mroku. Grin za nic nie chciał umierać, patrząc na twarz Pożarskiego. Nie to pragnął oglądać w ostatniej chwili życia.

Gasnącym wzrokiem powiódł po pokoju, odnalazł Igłę. Stała z zaciśniętymi rękami i milcząc, patrzyła na niego, ale wyrazu jej oczu nie mógł już odczytać.

Coś pobłyskiwało między palcami kobiety, coś wąskiego i przejrzystego...

Zapalnik, to zapalnik - domyślił się Grin.

Igła odwróciła się i nad pojemnikiem z wybuchową galaretą przełamała wąziutką szklaną rurkę.

Życie zakończyło się tak, jak powinno - natychmiastowym ognistym wybuchem.


Загрузка...