Rozdział siódmy,

w którym Pożarski zostaje na lodzie


We wtorek Erast Pietrowicz planował z samego rana przystąpić do poszukiwań, ale nic z tego nie wyszło, ponieważ w oficynie na Małej Nikickiej znowu miał nocnego gościa.

Esfira zjawiła się bez uprzedzenia już około północy, kiedy radca stanu szwendał się po gabinecie i przebierał paciorki różańca, próbując ustalić wariant priorytetowy. Sprawiała wrażenie zdecydowanej i nie traciła czasu na rozmowę - zaraz w przedpokoju, jeszcze nie zdjąwszy sobolowej rotundy, mocno objęła Erasta Pietrowicza za szyję, na dłuższy czas przerywając jego koncentrację. Prawdę mówiąc, do rozmyślań mógł

powrócić dopiero rankiem, kiedy Esfira jeszcze spała. Po cichu więc wymknął się z pościeli, rozsiadł w fotelu i spróbował odtworzyć przerwany wątek. Niespecjalnie mu się to udało. Ulubiony nefrytowy różaniec, którego surowe i suche szczękanie dyscyplinowało pracę umysłu, został w gabinecie. Przechadzać się tam i z powrotem, żeby ruch mięśni stymulował

działalność mózgu, też było ryzykownie. Najmniejszy szum, i Esfira się obudzi. A zza drzwi dochodziło sapanie Masy - sługa czekał cierpliwie, kiedy będzie mógł z panem zająć się gimnastyką.

Dla człowieka o wielkiej duszy trudne warunki nie są przeszkodą w rozmyślaniach o wielkich sprawach - przypomniał sobie radca stanu aforyzm mędrca Wschodu. Jakby podsłuchawszy myśl o „trudnych warunkach”, Esfira wysunęła spod kołdry gołą rękę, przejechała nią po sąsiedniej poduszce i nikogo tam nie znajdując, żałośnie zamruczała, ale zrobiła to nieświadomie, przez sen. Jednak tym bardziej należało szybko coś przedsięwziąć.

Diana - zdecydował Fandorin. Od niej należy zacząć. Zresztą i tak wszystkie inne tropy zostały już rozdzielone.

Tajemnicza współpracownica, powiązana i z Dyrekcją Żandarmerii, i z ochraną, i z rewolucjonistami. Bardzo możliwe, że zdradza wszystkich.

Zupełnie amoralna jejmość, w dodatku, sądząc po zachowaniu Swierczyńskiego i Burlajewa, nie tylko w sensie politycznym. Zresztą wygląda na to, że rewolucjoniści odnoszą się do spraw damsko-męskich bardziej tolerancyjnie, niż to powszechnie przyjęto.

Erast Pietrowicz z pewnym powątpiewaniem popatrzył na śpiącą królewnę. Purpurowe usteczka poruszyły się, wymawiając coś bezdźwięcznie, długie czarne rzęsy zadrgały, między nimi błysnęły niespodziewanie dwa wilgotne ogniki. Esfira szeroko otworzyła oczy, zobaczyła Fandorina i uśmiechnęła się.

- Co tak siedzisz? - odezwała się ochrypniętym od snu głosem. -

Chodź tutaj.

- Chciałbym cię s-spytać... - zaczął, lecz zawahał się i zamilkł.

Czy aby wypada wykorzystywać prywatne stosunki dla zdobycia potrzebnych w śledztwie informacji?

- Pytaj. - Rozkosznie ziewnęła, usiadła na łóżku i przeciągnęła się słodko. Kołdra zjechała w dół i Erast Pietrowicz niemal zapomniał o przedmiocie swoich rozważań. Znalazł jednak pewne rozwiązanie problemu etycznego, który go gnębił.

Wypytywać się o Dianę, rzecz jasna, nie wypada. Tym bardziej o innych rewolucyjnych znajomych - zresztą i tak wątpliwe, by Esfira uczestniczyła w jakichś poważnych działaniach antyrządowych. Za to z pewnością jest dopuszczalne uzyskanie informacji ogólnych - jeśli można to tak określić - o wymowie socjologicznej.

- Powiedz, Esfiro, czy to p-prawda, że kobiety z kręgów rewolucyjnych są zwolenniczkami... całkiem nieskrępowanych poglądów na temat związków miłosnych?

Rozchichotała się, podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękoma.

- Wiedziałam! Jaki ty jesteś przewidywalny, jaki

drobnomieszczański! Jeśli kobieta nie odegrała przed tobą całego przepisanego rytuału niedostępności, jesteś gotowy podejrzewać ją o rozpustę. „Ach, panie, ja nie jestem taka! Fe, jakie to wstrętne! Nie, nie, nie, dopiero po ślubie!” - przedrzeźniała sepleniącym głosikiem. -

Oto jakich zachowań od nas oczekujecie! A jakżeż może być inaczej, to prawa handlu! Jeśli chcesz dobrze sprzedać towar, musisz najpierw uczynić go pożądanym, żeby klientowi ślinka pociekła. Ale ja nie jestem towarem, panie radco. A pan nie jest klientem. - Oczy Esfiry zapłonęły sprawiedliwym oburzeniem, szczupła rączka groźnie przecięła powietrze. -

My, kobiety nowej epoki, nie wstydzimy się samych siebie i same wybieramy, kogo mamy kochać. W naszym kółku jest pewna dziewczyna.

Mężczyźni od niej stronią, ponieważ bidulka jest wyjątkowo nieładna.

-Właśnie tak, wyjątkowo. Za to wszyscy ją szanują, gdyż umysłem przewyższa każdą pięknisię. Otóż ona twierdzi, że wolna miłość to nie grzech pożądania, tylko przymierze dwóch równych sobie istot. Rozumie się, że tylko czasowe, ponieważ uczucia to materia niestała; ich nie ześlesz na dożywocie. A ty się nie bój, do ołtarza ciebie nie zaciągnę.

Zresztą szybko cię rzucę. Zupełnie nie jesteś w moim guście i właściwie to wydajesz się wyjątkowo okropny! Chcę jak najszybciej się tobą przesycić i ostatecznie rozczarować. No, co się tak gapisz? Natychmiast chodź tutaj!

Masa na pewno podsłuchiwał, ponieważ dokładnie w tej chwili przez uchylone drzwi wsunęła się okrągła, skośnooka głowa.

- Dzen topry. - Głowa rozjaśniła się radosnym uśmiechem.

- Idź do diabła ze swoją gimnastyką! - zdecydowanie wykrzyknęła Esfira i celnie rzuciła w jego głowę poduszką, ale Masa nawet nie drgnął.

- List od wielkiego bana - ogłosił i pokazał długą białą kopertę.

„Wielkim banem” Japończyk nazywał generała-gubernatora, tak więc przyczynę wtargnięcia trzeba było uznać za usprawiedliwioną. Erast Pietrowicz otworzył kopertę, wyjął arkusz papieru ze złotym herbem.

Większa część tekstu była drukowana, tylko nazwisko i dopisek u dołu były skreślone równym, staromodnym pismem jego jaśniewielmożności.


Wasza miłość,

z okazji końca karnawału i zbliżających się ostatków proszę przyjąć zaproszenie na bliny. Nieoficjalna kolacja w wąskim kręgu rozpocznie się o północy. Panów uprasza się o niesprawianie sobie ambarasu ubiorem wizytowym. Damy mogą wybrać toalety wedle swojego zachcenia.

Władimir Dołgoruki


Eraście Pietrowiczu, przyjdź Pan koniecznie. Opowie, mi Pan przebieg sprawy, proszę przyprowadzić swoją, nową pasję - kolacja jest nieoficjalna, a mnie, staruszkowi, ciekawie, będzie popatrzeć.


- Co takiego? - spytała z niezadowoleniem Esfira. - Groźny car wzywa? Przywiąże pan psi łeb do siodła i na służbę, odrąbywać głowy?

- Wcale nie - odpowiedział Fandorin. - To zaproszenie do rezydencji generała-gubernatora na bliny. O, proszę, posłuchaj.

I przeczytał, rzecz jasna, opuszczając dopisek. Rozeznanie księcia w sprawach życia osobistego najbliższych pomocników wcale nie zdziwiło radcy. Zdążył do tego przywyknąć przez lata wspólnej służby.

- Zresztą jeśli chcesz, możemy p-pójść oboje - dodał, całkowicie przekonany, że na bliny do generała-gubernatora inaczej niż w kajdanach i pod konwojem jej nie zaciągnie.

- A co oznacza „w wąskim kręgu”? - spytała, z pogardą marszcząc nos. - Sułtana i wezyrów ze szczególnie zaufanymi eunuchami?

- Bliny na ostatki u księcia to tradycja - zaczął wyjaśniać Fandorin. - Ma już ponad dwadzieścia lat. „Wąski krąg” to siedemdziesięciu-osiemdziesięciu bliskich urzędników i poważanych obywateli grodu wraz z małżonkami. Siedzą przez całą noc, jedzą, piją, tańczą. Nic ciekawego. Zawsze wycofuję się najszybciej, jak tylko mogę.

- I co, to prawda, że można przyjść w dowolnej sukience? -

zapytała w zamyśleniu Esfira, patrząc nie na Erasta Pietrowicza, lecz gdzieś w przestrzeń.


Pożegnawszy się z Esfira do wieczora, Fandorin kilkakrotnie zadzwonił na numer, który onegdaj podawał telefonistce podpułkownik Burlajew, jednak abonent nie odpowiadał. Pewności, że kapryśna współpracownica zgodzi się przyjąć nieuprzejmego radcę stanu, i tak nie było, więc Erast Pietrowicz zaczął myśleć, czy nie wykorzystać nieobecność agentki i nie przeprowadzić w willi na Arbacie tajnej rewizji.

Kiedy już spakował konieczny sprzęt, na wszelki wypadek zadzwonił

jeszcze raz i nagle słuchawka odezwała się na amerykańską modę przeciągłym, leniwym szeptem:

- Halo?

Wbrew oczekiwaniu Diana nie wspomniała, że radca stanu został

ogłoszony persona non grata, i na spotkanie zgodziła się od razu. Tym razem nie musiał wyczekiwać pod zamkniętymi drzwiami. Pociągnął za dzwoneczek i nacisnął miedzianą klamkę, a zamek nieoczekiwanie się poddał.

Znaną już sobie drogą Erast Pietrowicz wszedł na antresolę, zastukał w drzwi gabinetu i nie czekając na odpowiedź, wkroczył do pokoju. Tak jak poprzednio, cienkie story były szczelnie zasunięte, a siedząca na kanapie kobieta miała toczek z woalką.

Ukłoniwszy się, radca chciał usiąść w fotelu, ale gospodyni go powstrzymała:

- Tutaj. Trudno mówić szeptem przez cały pokój.

- Czy te wszystkie środki ostrożności nie wydają się pani przesadne? - nie wytrzymał Fandorin, chociaż wiedział, że nie należy złościć informatorki. - Wystarczy, że nie widzę pani twarzy.

- Nieee - odparła przeciągle Diana. - Moje dźwięki to szmer, szept, syk. Mój żywioł - cień, ciemność, cisza. Zechce pan usiąść.

Będziemy rozmawiać cicho, a w przerwach słuchać milczenia.

- Jak pani sobie życzy.

Erast Pietrowicz przycupnął, na wpół odwrócony, w pewnej odległości od damy i spróbował wypatrzyć przez woalkę choćby drobny szczegół jej twarzy. Niestety, w pokoju było na to zbyt ciemno.

- Czy wie pan, że w kręgach postępowej młodzieży jest pan teraz uważany za interesującą postać? - żartobliwie spytała współpracownica. -

Pańska interwencja podczas akcji najmilszego Piotra Iwanowicza podzieliła moich rewolucyjnych przyjaciół na dwa obozy. Jedni uważają pana za urzędnika państwowego nowego typu, prekursora nadchodzących liberalnych zmian. A drudzy...

- Co d-drudzy...?

- Drudzy twierdzą, że pana należy zlikwidować, ponieważ jest pan chytrzejszy i niebezpieczniejszy od tępych wyżłów ochrany. Ale niech się pan nie niepokoi. - Diana lekko dotknęła jego ramienia. - Broni pana Firoczka Litwinowa, która po tym szokującym wieczorze ma reputację prawdziwej heroiny. Ach, piękni mężczyźni zawsze znajdują sobie stronniczki.

I rozległ się przyduszony, prawie bezdźwięczny śmiech, który na radcy stanu wywarł dość nieprzyjemne wrażenie.

- Czy to prawda, co u nas mówią, że Łarionowa zabiła GB? - Diana badawczo skłoniła głowę. - Krążą plotki, że był prowokatorem. W każdym razie nasi jego nazwiska już nie wspominają. Jak u dzikusów - tabu. Czy rzeczywiście był współpracownikiem?

Erast Pietrowicz nie odpowiedział, ponieważ pomyślał o czymś innym: teraz stało się jasne, dlaczego Esfira ani razu nie wspomniała o nieboszczyku inżynierze.

- Niech mi pani powie, czy zna pani osobę o przezwisku „Igła”?

- „Igła”? Pierwszy raz słyszę. Jak wygląda?

Fandorin powtórzył to, co mu powiedział Rachmet-Gwidon.

- Na oko koło trzydziestki. Chuda. Wysoka. Przeciętna... chyba tyle.

- No, takich wśród nas znajdziesz pan, ile zechcesz. Jeśli pseudonimu używa tylko w kręgach konspiracyjnych, mogę znać ją z nazwiska. Moje kontakty są liczne, monsieur Fandorin, ale niezbyt głębokie, do samego podziemia nie sięgają. Kto panu mówił o tej Igle?

Znowu nie odpowiedział. Czas już przejść do najważniejszego.

- Pani jest ekstraordynaryjną kobietą, Diano - zaczął z udawanym uniesieniem Erast Pietrowicz. - P-poprzednim razem wywarła pani na mnie istotnie niezatarte wrażenie, cały ten czas o pani myślałem. Mam wrażenie, że po raz pierwszy spotykam taką femme fatale, z której powodu s-solidni mężczyźni tracą głowę i zapominają o powinnościach służbowych.

- Proszę mówić, proszę - wyszeptała kobieta bez twarzy. - Takich słów słucha się z przyjemnością.

- Widzę, że doprowadziła pani do zupełnego szaleństwa i Burlajewa, i Swierczyńskiego, choć to bardzo dzielni i poważni panowie.

Płoną z wzajemnej zazdrości. Jestem pewny, że ich podejrzenia nie są pozbawione podstaw. Jak pani dowcipnie wodzi za nos tych d-dwóch ludzi, których boi się cała Moskwa! Pani jest odważną kobietą. Inne tylko mówią o wolnej miłości, a pani ją wciela w życie całym swoim jestestwem.

Zaśmiała się z zadowoleniem, odchylając do tyłu głowę.

- Nie ma w tym żadnej miłości. Jest jedynie ludzka istota, żyjąca w samotności i w samotności umierająca. Nic i nikt tej samotności nie może ze mną dzielić. I w cudze życie włączyć się także nikomu nie dano.

Ale można odegrać cudze życie, poczuć jego smak na języku. Pan jest rozumnym człowiekiem, panie Fandorin. Z panem mogę być zupełnie szczera.

Widzi pan, z powołania jestem aktorką. Powinnam błyszczeć na scenach najlepszych teatrów, pobudzając publiczność do śmiechu i łez, ale...

życiowe okoliczności pozbawiły mnie możliwości wykorzystania talentu w jego bezpośredniej formie.

- Jakież to okoliczności? - spytał ostrożnie Erast Pietrowicz. -

Ma pani na myśli wysokie pochodzenie? Słyszałem, że należy pani do śmietanki towarzyskiej?

- Tak, coś w tym rodzaju - odrzekła Diana po chwilowym milczeniu.

- Ale nie żałuję. Grać w prawdziwym życiu jest o wiele ciekawiej niż na scenie. Przed głupimi młodzieńcami, którzy naczytali się szkodliwych książek, odgrywam jedną rolę, przed Burlajewem drugą, przed Swierczyńskim trzecią, całkowicie odmienną... Jestem szczęśliwsza od wielu ludzi, panie Fandorin. Mnie nigdy nie bywa nudno.

- Rozumiem różnicę między rolą nihilistki a współpracownicy, ale czy to konieczne, aby inaczej zachowywać się przed pułkownikiem Swierczyńskim, a inaczej przed podpułkownikiem żandarmerii Burlajewem?

- Ooo! Od razu widać, że nic pan nie pojmuje w teatrze. - Z

zaangażowaniem klasnęła w ręce. - To dwie zupełnie różne role. Chce pan, to opowiem, jak osiągnąć sukces z mężczyznami. Myśli pan, że konieczna jest uroda? Wcale nie! Jaką rolę może odegrać moja uroda, jeśli nawet nie widzicie mojej twarzy? Wszystko okazuje się bardzo proste. Trzeba pojąć, kim w swojej istocie jest mężczyzna, i grać na kontrastach. Jak w elektryczności: przeciwne ładunki się przyciągają. Weźmy Piotra Iwanowicza. To człowiek silny, brutalny, skłonny do bezpośrednich działań i przemocy. Przy nim jestem słaba, kobieca - bezbronna istota. Jeśli dodać do tego zainteresowania służbowe, klimat tajemnicy, na który mężczyźni są tak łasi - biedniutki Burlajew staje się bardziej podatny niż wosk.

Erast Pietrowicz wyczuł, że cel jest tuż-tuż, zupełnie blisko -

byle tylko nie przedobrzyć.

- A Swierczyński?

- No, ten jest z zupełnie innej gliny. Chytry, ostrożny, podejrzliwy. Dla niego jestem prostoduszna, łobuzerska, szorstka. O

zainteresowaniach służbowych i sekretach już wspominałam - to niezmienne komponenty. Czy uwierzy pan, że Stanisław Filipowicz w zeszłym tygodniu klęczał przede mną, błagając, bym powiedziała, czy pozostaję w stosunkach z Burlajewem. Wygnałam go i rozkazałam bez wezwania się tu nie zjawiać.

Co za współpracownica, prawda? Zwierzchnik żandarmów guberni, u mnie jak pudel reaguje na aport!

Oto pierwszy rezultat: Swierczyński nie był tutaj od tygodnia, a to oznacza, że informacji o przyjeździe Chrapowa Diana nie mogła wyciągnąć od niego.

- Wspaniałe! - przyznał radca stanu. - To znaczy, że nieszczęsny Stanisław Filipowicz już cały tydzień przebywa na zesłaniu? Bidulek! T-to dlatego tak się złości. Musiał ustąpić pola bitwy ochranie.

- Ach, nie! - Kobieta fatalna zaniosła się cichym śmiechem. - W

tym rzecz, że nie! Burlajewowi też dałam tygodniowy urlop! Chciałam, by pomyślał, że wyżej cenię Swierczyńskiego!

Erast Pietrowicz zafrasował się.

- A w rzeczywistości?

- A w rzeczywistości... - Współpracownica pochyliła się i w zaufaniu szepnęła: - A w rzeczywistości miałam zwykłe kobiece dolegliwości, zresztą i tak powinnam odpocząć od swoich dwóch zakochanych!

Radca stanu mimowolnie się odsunął, a Diana całkowicie poddała się atakowi sycząco-świszczącego śmiechu, bardzo zadowolona z uzyskanego efektu.

- Pan to kawaler subtelny, powściągliwy i trzymający się surowych reguł, dlatego intryguję pana cynizmem i naruszaniem konwenansów -

przyznała się beztrosko niedoszła aktorka. - Jedynie czynię to nie w konkretnym celu, tylko wyłącznie z uwielbienia dla sztuki. Kobieca słabość już mi przeminęła, ale pan, monsieur Fandorin, nie ma na co żywić nadziei. Niepotrzebnie się pan tutaj popisuje i obsypuje mnie komplementami. Pan zupełnie nie jest w moim guście.

Erast Pietrowicz zerwał się z kanapy, ogarnięty przerażeniem, odrazą i rozczarowaniem.

Przerażenie przeważało nad pozostałymi uczuciami: jak ta koszmarna osoba mogła sobie wyobrazić, że on ją adoruje! Obraza przyszła jednocześnie ze wspomnieniem: już druga kobieta tego dnia powiedziała mu, że nie jest w jej guście. Ale najsilniejsze było rozczarowanie: to nie Diana przekazała tajną informację.

- Zapewniam panią, że jeśli o mnie chodzi, to głęboko się pani myli - rzekł chłodno radca stanu i skierował się do drzwi, odprowadzany szeleszczącym, przytłumionym śmiechem.


O piątej, ponury i zgnębiony, pojechał na Wielki Gniezdnikowski.

Wariant, na który tak liczył, zawiódł go donikąd i teraz pozostawało mu jedynie pójść na łaskawy chleb. Fandorin nie przywykł

żywić się okruszkami z cudzego stołu i przewidując poniżenie, czuł się podle, jednak musiał znać na bieżąco postępy śledztwa, nocą bowiem miał

złożyć raport generałowi-gubernatorowi.

Budynek ochrany jakby opustoszał. W dyżurce na parterze nie było ani jednego filera, tylko policjant - nadzorca i kancelista.

Wyżej, w sekretariacie, męczył się Zubcow. Na widok Erasta Pietrowicza uradował się, jakby ujrzał krewnego.

- Pan radca stanu! Coś może jest?

Fandorin ponuro pokręcił głową.

- I u nas nic nie ma - westchnął młodzieniec i markotnie zerknął

na aparat telefoniczny. - Może pan nie wierzyć, ale już cały dzień siedzimy tutaj jak przykuci. Czekamy na wiadomość od Gwidona. Ja i pan Pożarski.

- Jest tutaj? - zdziwił się Erast Pietrowicz.

- Tak, i to bardzo spokojny. Powiedziałbym nawet, beztroski.

Siedzi w gabinecie Piotra Iwanowicza, przegląda sobie żurnale. Sam pan podpułkownik pojechał do akademika na Dmitrowkę przesłuchiwać podejrzanych. Jewstratij Pawłowicz ze swoimi abrekami, jak to sam określił, „wyprawił się na grzyby i jagody”. Swierczyński umyślił sobie od rana objeżdżać wszystkie moskiewskie rogatki i z każdej uznał za konieczne zadzwonić. Ja już księciu przestałem nawet o tym meldować.

Wieczorem niestrudzony Stanisław Filipowicz osobiście sprawdzi, jak pracują jego ludzie na dworcach, a nocować planuje na Nikołajewskim. Tak wygląda wzorzec służbowej nadgorliwości. - Zubcow uśmiechnął się ironicznie. - Odgrywa rzetelnego przed nowym pryncypałem. Książę nie dureń, jego pokazową żarliwością nie oszuka.

Erast Pietrowicz przypomniał sobie wczorajsze niewyraźne groźby Swierczyńskiego pod adresem stołecznego gościa i pokiwał głową: zupełnie możliwe, że sprawa wcale nie polega na nadgorliwości, tylko przebiegły naczelnik żandarmerii ma jakiś inny cel na myśli.

- Od Gwidona więc nic nie ma?

- Nic - westchnął Zubcow. - Dziesięć minut temu dzwonił jakiś mężczyzna, a ja, jak na złość, byłem w gabinecie u księcia. Przy aparacie zostawiłem kancelistę. Zanim mnie wezwano, łączność się przerwała. Ten telefon nie daje mi spokoju.

- Najlepiej posłać po informację na c-centralę telefoniczną -

doradził Erast Pietrowicz. - Niech ustalą, z jakiego numeru dzwoniono.

Technicznie to zupełnie możliwe, sprawdzałem. Można wejść? - Z lekka pokraśniał, wskazując na drzwi gabinetu.

- Ach, po cóż pan pyta? - zdziwił się Zubcow. - Niech pan wchodzi. Chyba rzeczywiście poślę kogoś na centralę. Po numerze poznamy adres i ostrożniutko sprawdzimy, co to za abonent.

Fandorin zastukał, wszedł do gabinetu naczelnika Oddziału Ochrany.

Pożarski usadowił się jak najwygodniej przy lampie, z podwiniętymi nogami, w szerokim skórzanym fotelu. Wicedyrektor, fligeladiutant i wschodząca gwiazda na policyjnym firmamencie trzymał w rękach otwarty „Wiestnik Inostrannoj Litieratury”.

- Erast Pietrowicz! - wykrzyknął z entuzjazmem. - Świetnie, że pan zajrzał. Proszę usiąść.

Odłożył modne pismo i uśmiechnął się promiennie.

- Zły jest pan na mnie, że odsunąłem pana od sprawy? Rozumiem, sam na pańskim miejscu byłbym niezadowolony. Ale to najwyższy rozkaz, nie jestem w stanie czegokolwiek zmienić. Żałuję jedynie, że zostałem pozbawiony możliwości skorzystania z pańskiej żyłki detektywistycznej, o której wiele słyszałem. Nie śmiałem przydzielać panu zadań, ponieważ nie jestem pańskim zwierzchnikiem, jednakże, przyznaję, mam wielką nadzieję, że odniesie pan sukces i na drodze samodzielnych poszukiwań. A zatem, czy są jakieś rezultaty?

- Jaki może być rezultat, jeśli wszystkie możliwe wątki są w pana ręku? - Fandorin z udaną obojętnością wzruszył ramionami. - Jednakowoż wydaje się, że i tutaj nic nie ma.

- Sprawdzają Gwidona - z wiarą odparł książę. - To bardzo dobrze.

On już zaczyna nienawidzić byłych towarzyszy - za to, że zdradził. A teraz, z nerwów, nabierze wstrętu do ich towarzystwa. Znam ludzką naturę.

A szczególnie dobrze zjawisko zdrady, które jestem zobowiązany studiować dogłębnie, chociażby tylko z racji mojej profesji.

- I co, z-zdrada ma zawsze taki sam schemat? - spytał radca stanu, mimo woli zainteresowany tematem.

- No nie, jest jej nieskończenie wiele rodzajów. Bywa zdrada ze strachu, z powodu obrazy, zdrada z miłości, z urażonej dumy i jeszcze z mnogich, zupełnie innych przyczyn, aż do zdrady z wdzięczności.

- Z w-wdzięczności?

- Dokładnie tak. Jeśli pan pozwoli, opowiem panu przypadek z mojej praktyki. - Pożarski wyjął z cygarnicy cieniutkiego papierosa i zaciągnął się ze smakiem. - Jednym z najlepszych moich agentów była miła, porządna, bezinteresowna staruszka. Uosobienie dobroci. Wszystkie swoje nadzieje pokładała w jedynym synu, a chłopak z młodości i głupoty wpakował się w historię, za którą grozi katorga. Przychodziła do mnie, błagała, płakała rozdzierająco, wyłożyła całą historię swojego życia.

Byłem młodszy i duszę miałem bardziej miękką niż teraz, no i zlitowałem się. Między nami mówiąc, musiałem nawet popełnić przestępstwo służbowe: usunąć z akt jakieś dokumenty. Jednym słowem, chłopak wyszedł na wolność, wykpiwając się zaledwie ojcowskim pouczeniem, które zresztą nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia. Znowu związał się z rewolucjonistami, pogrążył po uszy. I co pan myśli? Matula, darząca mnie najgłębszą wdzięcznością, dostarczała nam odtąd najcenniejsze informacje. Towarzysze syna znali ją od dawna jako gościnną gospodynię, nie krępowali się nieszkodliwej staruszki i prowadzili przy niej najbardziej otwarte rozmowy. Ta zaś dla pamięci zapisywała je na papierze i przynosiła do mnie. Raz skreśliła donos na odwrocie przepisu kulinarnego. To już naprawdę jak w Piśmie: czyńcie dobro, a będzie wam ono wynagrodzone.

Erast Pietrowicz wysłuchał tej pouczającej historii z narastającym rozdrażnieniem i nie wytrzymując, spytał:

- Glebie Gieorgijewiczu, a panu nie wydawało się to w-wstrętne?

Namawiać matkę do donosów na własnego syna?

Pożarski nie od razu odpowiedział, a kiedy przemówił, jego głos utracił żartobliwy ton i stał się poważny, ciut znużony.

- Pan, panie Fandorin, sprawia wrażenie inteligentnego, dojrzałego człowieka. Czyżby pan, podobnie jak wczoraj ten różowolicy oficerek, nie rozumiał, że nie mamy teraz czasu na wielkoduszność? Czy pan rzeczywiście nie widzi tego, że trwa najprawdziwsza wojna?

- Widzę. Oczywiście, że widzę - zapewnił gorąco radca stanu. -

Ale i na wojnie są prawa. A za wiarołomne szpiegostwo przyjęto na wojnie wieszać.

- To nie taka wojna, w której stosuje się prawa - sprzeciwił się książę z nie mniejszym przekonaniem. - Tu nie wojują dwa państwa europejskie. Nie, Eraście Pietrowiczu. Nadchodzi dzika, odwieczna wojna porządku z chaosem, Zachodu ze Wschodem, chrześcijańskiego rycerstwa z ordą Mamajewa. Na tej wojnie nie wysyła się parlamentariuszy, nie podpisuje konwencji, nie uwalnia pod słowem honoru. Tutaj walczy się zgodnie z okrutną azjatycką wiedzą, lejąc roztopiony ołów w gardła, zdzierając skórę i wyrzynając niemowlęta. A o tym, że agenta Szwierubowicza oblali kwasem siarkowym, pan słyszał? A o zabójstwie generała von Heinkla? Wysadzili cały dom, a z nim, oprócz generała -

nawiasem mówiąc, wyjątkowego podleca - żonę, troje dziatek i sługi.

Przeżyła tylko najmłodsza córka, siedmioletnia, fala uderzeniowa zrzuciła ją z balkonu. Miała uszkodzony kręgosłup i zmiażdżoną nóżkę, którą musiano amputować. Jaka to pana zdaniem wojna?

- I pan, obrońca społeczeństwa, gotów jest walczyć takimi samymi metodami? - spytał wstrząśnięty Fandorin.

- A co, każe pan kapitulować? Żeby oszalałe tłumy paliły domy i brały na widły najlepszych ludzi Rosji? Żeby domorośli Robespierre’owie zalali miasta krwią? Żeby nasze państwo stało się postrachem dla ludzkości i cofnęło o trzysta lat? Ja, Eraście Pietrowiczu, nie lubię pompy i patosu, ale powiem panu tak. Jesteśmy cieniutką przegrodą, zatrzymującą bezmyślny i nikczemny żywioł. Jeśli przerwie tę przegrodę, nic już go nie zatrzyma. Za nami nie ma już nikogo. Tylko damy w kapeluszach, staruchy w czepcach, turgieniewowskie panny i dzieci w marynarskich ubrankach - malutki, porządny świat, który wyrósł na ziemiach państwa Scytów niecałe sto lat temu dzięki naukom Aleksandra Błogosławionego.

Książę przerwał namiętną przemowę, widocznie zawstydził się swojej zapalczywości, i nagle zmienił temat:

- A przy okazji, co do metod... Drogi Eraście Pietrowiczu, po co mi pan podłożył do łóżka hermafrodytę?

Fandorin pomyślał, że nie dosłyszał.

- Przepraszam, co?

- Nic specjalnego, mały żarcik. Wczoraj wieczorem, posiliwszy się w restauracji, wróciłem do siebie do numeru. Wchodzę do sypialni - a tu, Boże, jaka siurpryza! W łóżku leży czarująca dama w całkowitym negliżu, spod kołdry widać pociągający obnażony biust. Próbuję ją wyprowadzić -

ona nie chce wstać. A minutkę później formalny najazd: prystaw, stójkowi, portier fałszywie krzyczy: „To porządny lokal!”, z korytarza, patrzę, już reporter biegnie, nawet z fotografem. Później było jeszcze ciekawiej. Mój gość wyskakuje z pościeli... Ludzie moi, w życiu czegoś takiego nie widziałem! Pełniutki asortyment wszystkich organów płciowych. Okazało się, że to znana w Moskwie osobistość, pan - albo pani - o przezwisku Koko. Cieszy się popularnością w kręgach smakoszy, którzy preferują nieprzeciętne przyjemności. Doskonale wymyślone, Eraście Pietrowiczu, brawo! Zupełnie się po panu nie spodziewałem. Przedstawić mnie w nieprzyzwoitym i śmiesznym świetle - najlepszy środek, żeby przywrócić sobie nadzór nad dochodzeniem. Najjaśniejszy pan nie toleruje nieobyczajności u sług tronu. Żegnaj, fligeladiutancki monogramie, i kariero - także żegnaj! -Gleb Gieorgijewicz udał zachwyt. - Pomysł

doskonały, jednak, drogi Eraście, przecież ze mnie stary wróbel. Jeśli trzeba, sam podobnymi kunststuckami wyśmienicie władam, o czym mógł się pan przekonać na przykładzie naszego Rachmeta-Gwidona. Życie, najmilszy Eraście Pietrowiczu, nauczyło mnie ostrożności. Kiedy opuszczam pokój hotelowy, zawsze zostawiam na drzwiach niewidoczny znak, a służbie surowo zakazuję wchodzić do środka podczas mojej nieobecności. Popatrzyłem na drzwi - włosek oderwano! Moi ludzie mieszkają w obu sąsiednich pokojach, przywiozłem ich ze sobą z Petersburga. Do numeru nie wszedłem więc sam, tylko w eskorcie. Kiedy wasz prystaw zobaczył poważnych jegomościów z rewolwerami w rękach, zawstydził się. Złapał to dziwaczne stworzenie za włosy i w milczeniu wytaszczył za drzwi, a przy okazji usunął gazeciarzy.

No nic, został portier, niejaki Tielpugow - ten był ze mną zupełnie szczery. Wyjaśnił, kto to „ta” Koko. I o tym, jak panowie policjanci rozkazali mu być w pogotowiu, także opowiedział. Widzi pan, na jaką przemyślność potrafi się pan zdobyć, a jeszcze moje metody potępia!

- O niczym takim nie wiedziałem! - wykrzyknął ze wzburzeniem Erast Pietrowicz. W tym samym momencie poczerwieniał. Przypomniał sobie, że Swierczyński wczoraj mruczał coś o Koko. A więc to miał na myśli Stanisław Filipowicz, kiedy planował wystawić przyjezdnego rewizora na powszechne pośmiewisko...

- Widzę, że pan nie wiedział. - Pożarski kiwnął głową. - Rozumie się, że to nie pański sposób postępowania. Chciałem się jedynie upewnić.

Tak naprawdę autorem tej awantury z Koko jest, rzecz jasna, wielce doświadczony pułkownik Swierczyński. Już rano doszedłem do tego wniosku, kiedy zaczął do mnie co godzinę wydzwaniać. Sprawdza, czy się nie domyśliłem. To on, nikt inny. Burlajew na takie sztuczki ma za mało fantazji.

W tej samej chwili za drzwiami rozległ się tupot i do gabinetu wpadł sam Burlajew. O wilku mowa....

- Nieszczęście, panowie! - wykrztusił z trudem. - Przed chwilą powiadomiono mnie, że dokonano napadu na karocę ekspedycji składnicy papierów skarbowych. Są zabici i ranni. Skradziono sześćset tysięcy!

Pozostawiono znak - GB.


Na nadzwyczajnym konsylium szarż Dyrekcji Żandarmerii i Oddziału Ochrany panował nastrój przygnębienia i beznadziei. Narada przeciągnęła się do późnej nocy.

Przewodniczył tej stypie wicedyrektor Departamentu Policji, książę Pożarski, nastroszony, blady i zły.

- Niezłe porządki macie tu w Moskwie - już nie pierwszy raz oskarżycielsko powtórzyła władza zwierzchnia ze stolicy. - Każdego bożego dnia ekspediujecie państwowe fundusze w odległe rejony cesarstwa, a nawet nie opracowaliście procedury przewozu takich ogromnych kwot! Gdzie to widziano, żeby eskorta rzucała się w pościg za zamachowcem, zostawiając pieniądze praktycznie bez dozoru. Dobrze, panowie, nie ma co gadać po próżnicy... - Pożarski machnął ręką. - Byliśmy na miejscu przestępstwa, wszystko widzieliśmy. Spróbujmy podsumować te niepocieszające wnioski.

Sześćset tysięcy rubli przeniosło się do kasy rewolucjonistów, którą dopiero co z niemałą mitręgą opustoszyłem. Aż strach pomyśleć, ile za te pieniądze nihiliści popełnią nowych przestępstw... Po naszej stronie trzech zabitych, dwóch rannych, a podczas strzelaniny w ślepej uliczce Somowskiej został ranny tylko jeden bandyta, a i ten lekko. Jak można było się nie domyślić, że ta strzelba potrzebna była tylko dla odwrócenia uwagi, a to, co najważniejsze, działo się przy karetce! - znowu rozgorączkował się książę. - I jeszcze to impertynenckie wyzwanie: pozostawiono wizytówkę GB! Jaki to cios w autorytet władzy! Źle ocenialiśmy skład liczebny i impertynencję Grupy Bojowej. To w żadnym wypadku nie czterech, tylko co najmniej dziesięciu ludzi. Zażądam posiłków z Petersburga i szczególnych pełnomocnictw. I jaka organizacja napadu! Mieli najdokładniejsze informacje o trasie karety i jej ochronie!

Działali błyskawicznie, na pewniaka, bezwzględnie. Nie pozostawili świadków. To a propos naszej dysputy o metodach. - Gleb Gieorgijewicz spojrzał na Fandorina, siedzącego w oddalonym rogu gabinetu Burlajewa. -

Co prawda, jednemu, furmanowi Kulikowowi, udało się ujść z życiem. Od niego wiemy, że w głównej grupie było dwóch bandytów. Jeden z nich, sądząc z opisu, to nasz ukochany pan Grin. Drugiego nazywano Atutem. Niby ślad, ale w sumie - zero! W zajeździe „Indie” odkryto trupa mężczyzny z rozbitą czaszką. Ubrany był tak jak Atut i został rozpoznany przez Kulikowa. „Atut” to pseudonim dostatecznie popularny w środowisku kryminalistów, oznacza bandytę, któremu sprzyja szczęście. W tym konkretnym przypadku był to najprawdopodobniej legendarny zbir z Petersburga, Tichon Bogojawleński, wedle plotek powiązany z nihilistami.

Jak wam wiadomo, ciało odesłano do stolicy w celu identyfikacji. Ale jaka z tego będzie korzyść? Pan Grin tę niteczkę już i tak odciął. Dla niego to bardzo wygodne, i pieniążkami dzielić się nie trzeba... - Książę splótł palce i strzelił stawami. - Ale to nie rabunek powinien nas głównie martwić. Stało się coś jeszcze gorszego.

W pokoju zapanowała cisza, trudno bowiem było wyobrazić sobie nieszczęście straszniejsze niż grabież, do której doszło.

- Wiecie już, że radca tytularny Zubcow ustalił, skąd dzwoniono przed napadem na karetę. To mieszkanie znanego adwokata Zimina na Miasnickiej. Ponieważ Zimin przebywa teraz w Warszawie - piszą o tym wszystkie gazety - posłałem swoich agentów, aby ostrożnie wybadali, co to za wstydliwy mężczyzna nie zechciał porozmawiać z Siergiejem Witaljewiczem. Wywiadowcy zauważyli, że w mieszkaniu nie pali się światło, więc otworzyli drzwi i znaleźli tam trupa...

Efektowną pauzę zepsuł Erast Pietrowicz cichym pytaniem:

- Czyżby Gwidona?

- Skąd pan wie? - Pożarski szybko odwrócił się ku niemu. - Nie mógł pan tego wiedzieć!

- To bardzo proste. - Fandorin wzruszył ramionami. - Powiedział

pan, że zdarzyło się coś jeszcze g-gorszego niż kradzież sześciuset tysięcy. Wszyscy wiemy, że w dochodzeniu postawił pan najwyższą stawkę na agenta Gwidona. Czyja więc śmierć mogła zdenerwować pana do takiego stopnia?

Rozdrażniony wicedyrektor wykrzyknął:

- Brawo, brawo, panie radco stanu! Tylko gdzie pan był wcześniej ze swoją dedukcją? Tak, to Gwidon. Są wszystkie cechy oczywistego samobójstwa: w rękach zaciśnięty kindżał z literami „GB”, kłuta rana serca, naniesiona tymże ostrzem. Wynika z tego, że się pomyliłem, błędnie oceniłem konstrukcję psychiczną obiektu.

Widać było, że samobiczowanie przychodzi Glebowi Gieorgijewiczowi z trudem, i Fandorin z szacunkiem docenił ten gest.

- Nie tak bardzo się pan pomylił - powiedział. - Widocznie Gwidon chciał wydać swoich towarzyszy i nawet połączył się z oddziałem, ale w ostatnim momencie obudziło się w nim sumienie. To się z-zdarza u zdrajców.

Pożarski zrozumiał, że radca nawiązuje do wcześniejszej rozmowy, i na chwilkę się uśmiechnął, ale zaraz nachmurzył się i ostro zwrócił do podpułkownika Burlajewa.

- No, a gdzie wasz Mylnikow? W nim nasza ostatnia nadzieja. Atut jest martwy, Gwidon też. Nieznany jegomość, znaleziony za płotem cerkwi na uliczce Somowskiej, także jest martwy, ale jeśli go zidentyfikujemy, może pojawi się nowy ślad.

- Jewstratij Pawłowicz postawił na nogi wszystkich cyrkułowych -

odrzekł basem Burlajew - a jego wywiadowcy porównują fotografię nieboszczyka ze wszystkimi zdjęciami z naszych kartotek. Jeśli jest z Moskwy, na pewno go zidentyfikujemy.

- I znowu zwracam pańską uwagę, Eraście Pietrowiczu, jakby w kontynuacji naszego dyskursu. - Pożarski spojrzał na radcę stanu. -

Nieznany został jedynie ranny w szyję, to nie była rana śmiertelna.

Jednak wspólnicy go ze sobą nie zabrali, dobili strzałem w skroń. Oto jakie mają obyczaje!

- A może ranny z-zastrzelił się sam, żeby nie być ciężarem dla towarzyszy? - z powątpiewaniem rzucił Fandorin.

Na wzmiankę o takiej szlachetności Gleb Gieorgijewicz tylko przewrócił oczyma, a pułkownik Swierczyński wstał i z gotowością zaproponował:

- Rozkaże pan, panie wicedyrektorze, powierzyć mnie osobiście identyfikację? Zbiorę wszystkich moskiewskich dozorców, na baczność w szereg ustawię. W takiej sprawie sam Mylnikow i jego szpicle to za mało.

Już kolejny raz tego wieczoru Stanisław Filipowicz próbował się wykazać pożyteczną inicjatywą, choć książę uparcie nie zwracał na niego uwagi. Teraz jednak, niespodziewanie, Pożarski jakby nie wytrzymał.

- Pan by lepiej milczał! - krzyknął gromko. - To pański resort odpowiada za porządek w mieście! Ładny mi porządek! Czym pan się zamierza zająć? Dworcami? No, to niech pan jedzie, kontroluje! Bandyci z pewnością spróbują wywieźć łup, i to najprawdopodobniej do Petersburga, żeby ponownie napełnić kasę partyjną. I niech pan uważa, Swierczyński, jeśli i to pan spartoli, to wypomnę panu wszystko za jednym zamachem! Idźcie!

Śmiertelnie pobladły pułkownik zmierzył Pożarskiego przeciągłym spojrzeniem i w milczeniu skierował się do wyjścia. Za nim w pośpiechu pobiegł oficer przyboczny, porucznik Smoljaninow.

Wtem drzwi sekretariatu się otworzyły i do gabinetu wpadł

szczęśliwy Mylnikow.

- Jest! - krzyknął od progu. - Rozpoznany! W zeszłym roku był

zamieszany w jedną sprawę! Jest w kartotece! Arsen Nikołajewicz Zimin, syn adwokata! Mieszka na Miasnickiej, we własnym domu!

Nastąpiła taka cisza, że słychać było przerywany oddech nic nierozumiejącego Jewstratija Pawłowicza.

Fandorin odwrócił się od księcia w obawie, że ten wyczyta w jego wzroku sarkastyczną satysfakcję. Może nie było to złośliwe rozradowanie, tylko niewielka, nieżyczliwa przyjemność, ale radca stanu ją odczuł i od razu się zawstydził.

- No cóż - miarowym, bezbarwnym głosem rzekł Pożarski. - Wygląda na to, że i ten trop zaprowadził nas w ślepą uliczkę. Możemy sobie pogratulować, panowie. Zostaliśmy na lodzie.


Po powrocie do domu Erast Pietrowicz ledwie zdążył zmienić surdut na frak i biały krawat, gdy nadszedł czas jechać po Esfirę na Triochswiacką, do powszechnie znanego w Moskwie domu Litwinowa.

To pompatyczne marmurowe palazzo, zbudowane przed kilku laty, jakby przeniosło się na cichą, stateczną uliczkę wprost z Wenecji, od razu odsuwając na dalszy plan wiekowe szlacheckie wille z obłupanymi kolumnami i jednakowymi trójkątnymi dachami. Także i teraz, o tej przedpółnocnej porze, sąsiednie budynki tonęły w ciemności, a dom piękniś cały błyszczał i migotał, podobny do bajkowego lodowego pałacu: arcyszykowny fronton podświetlono - na najnowszą amerykańską modłę -

lampami elektrycznymi.

Radca stanu wiele słyszał o bogactwie bankiera Litwinowa, jednego z najbardziej szczodrych filantropów, mecenasa rosyjskich artystów i żarliwego darczyńcy na rzecz Cerkwi, który swój niedawny judaizm z naddatkiem odkupywał gorliwą pobożnością. Mimo to w moskiewskich wyższych sferach do milionera odnoszono się z lekceważącą ironią. Opowiadano anegdotę, że kiedy bogacz otrzymał - za pomoc sierotom - gwiazdę nadającą mu godność czwartej klasy, zaczął jakoby mówić do znajomych: „Zmiłujcie się, jak wy teraz będziecie sobie język łamać, zwracając się do mnie per Awiessałomie Efraimowiczu! Mówcie po prostu wasza ekscelencjo”.

Litwinowa przyjmowano w najlepszych moskiewskich domach, ale przy tym zdarzało się, że szeptano do innych gości, jakby się usprawiedliwiając: „Żyd ochrzczony to jak złodziej uwolniony”.

Kiedy Erast Pietrowicz wszedł do obszernego holu, wyłożonego marmurem z Carrary, ozdobionego kryształowymi żyrandolami, niewiarygodnie wielkimi zwierciadłami i monumentalnymi płótnami ze scenami z historii Rosji, pomyślał: Jeśli finanse Awiessałoma Efraimowicza będą nadal tak szybko rosły, to nie minie go tytuł barona, a wtedy ucichną ironiczne szepty, bo ludzie nadzwyczaj bogaci i utytułowani nie mają narodowości.

Majestatycznemu majordomusowi, który mimo późnej pory odziany był

w haftowaną złotem kamizelę i nawet perukę miał przypudrowaną, Fandorin podał tylko swoje nazwisko, nie musiał objaśniać celu wizyty.

- Natychmiast. - Fagas, sądząc z wyglądu, wcześniej służący co najmniej w pałacu wielkiego księcia, ukłonił się ceremonialnie. -

Panienka zaraz zejdzie. Nie zechciałby pan radca poczekać na kanapie?

Erast Pietrowicz nie zechciał i majordomus pospiesznie, lecz nie tracąc przy tym godności, wszedł po śnieżnobiałych, lśniących schodach na pierwsze piętro. Po minutce, w przeciwnym kierunku, stoczył się z nich jak gumowa piłeczka niewysoki, żywy jegomość z nadzwyczaj ruchliwą twarzą i idealnie przyczesanym kosmykiem na łysawej głowie.

- Boże mój, strasznie, strasznie się cieszę! - zaczął szybko mówić jeszcze w połowie schodów. - Wiele słyszałem o panu, przy czym same najpochlebniejsze rzeczy. Nadzwyczaj się cieszę, że Firoczka ma tak godnego znajomego, bo to, nie wie pan pewnie, do tej pory sami jacyś tacy zarośnięci, w brudnych butach, o ordynarnych głosach się pojawiali. Tu, rzecz jasna, winien jest jej wiek. Wiedziałem, że to minie. Ja oczywiście jestem Litwinow we własnej osobie, a pan, panie Fandorin, może się nie przedstawiać, jest pan znaną osobą.

Erasta Pietrowicza ciut zdziwiło, że bankier u siebie w domu chodzi we fraku i przy gwieździe - pewnie też dokądś się wybiera. Ale na pewno, w żadnym wypadku, nie na bliny do Dołgorukiego. Najpierw Awiessałom Efraimowicz musiałby się doczekać baronii.

- Taki honor, taki honor dla Firoczki dostać się na kameralną kolację do jego jaśniewielmożności! Bardzo, bardzo się cieszę. - Bankier stanął wreszcie przed gościem i wyciągnął do niego pulchną białą dłoń. -

Serdecznie się cieszę, że pana poznałem. U nas w czwartki mamy żurfiksy, będziemy wyjątkowo radzi pana gościć. A zresztą, co tam żurfiksy! Proszę przyjeżdżać po prostu, kiedy panu się tylko zachce. Nam z żoną bardzo są po myśli tacy znajomi wśród przyjaciół Firoczki.

Ostatnie zdanie swoją prostodusznością wprawiło radcę stanu w niejakie zmieszanie. Jeszcze bardziej poczuł się skonfundowany, kiedy zauważył, że drzwi wiodące do prywatnych pokoi parteru są na wpół otwarte i ktoś mu się zza nich uważnie przypatruje.

Ale po okazałych schodach zstępowała już Esfira.

Ubrana była tak, że Fandorin od razu zapomniał o swej dwuznacznej roli i zagadkowym podpatrywaczu.

- Papa, dlaczego znowu zawiesiłeś sobie tę błyskotkę?! -

wykrzyknęła groźnie. - Zdejmij natychmiast, bo on jeszcze gotów pomyśleć, że nawet spać z nią chodzisz! Na żurfiks pewnie też już zaprosiłeś? Nie próbuj się zjawić, Eraście. Pewnie jesteś do tego zdolny.

Esfira zauważyła uchylone drzwi.

- A, mamusia podpatruje. Nie trać, mamo, czasu, nie wyjdę za niego za mąż!

Od razu było widać, kto rządzi w tych marmurowych komnatach.

Drzwi momentalnie się zamknęły, strwożony papa zasłonił gwiazdę i wstydliwie zadał pytanie, które nurtowało także samego Erasta Pietrowicza.

- Firoczka, czy jesteś pewna, że do jego jaśniewielmożności można jechać w takim stroju?

Mademoiselle Litwinowa przykryła krótkie czarne włosy złotą siateczką, co sprawiło, że głowa wyglądała, jakby tkwiła w błyszczącym hełmie. Purpurowa tunika swobodnego greckiego kroju zwężała się w talii, przewiązanej szerokim pasem ze złotogłowia, a niżej spływała szerokimi fałdami. Ale największe wrażenie robił dekolt, sięgający prawie samej talii, i to nie tyle z powodu swojej głębokości, ile jednoznacznego podkreślenia braku gorsetu i biustonosza.

- W zaproszeniu napisano: „Damy mogą wybrać toalety wedle swojego zachcenia”. A co? - Esfira spojrzała niespokojnie na Fandorina. - Czyżby mi było nie do twarzy? Niekorzystnie leży?

- Bardzo korzystnie - odpowiedział z udręką, przewidując efekt.


Efekt przeszedł najgorsze oczekiwania.

Do generała-gubernatora na bliny mężczyźni przybyli - chociaż bez orderów - w czarnych frakach i białych krawatach; damy - w sukniach w półoficjalnej gamie odcieni od bieli do szarości. Na tym tle z grawiur strój Esfiry rozkwitał płomieniem jak purpurowa róża na nieświeżym marcowym śniegu. Fandorinowi przyszło do głowy jeszcze jedno porównanie: flaming, który przez pomyłkę zaleciał do kurnika.

Ponieważ kolacja miała niezobowiązujący charakter, jego jaśniewielmożność jeszcze się nie pojawił, pozwalając gościom pobiesiadować we własnym gronie, ale strój ostrzyżonej towarzyszki radcy stanu Fandorina wywołał tak wielki wstrząs, że zwyczajna w podobnych sytuacjach lekka rozmowa zupełnie się nie kleiła. Pachniało jeśli nie skandalem, to w każdym razie pikantnością, o której nazajutrz będzie rozprawiać cała Moskwa.

Toalecie, skrojonej zgodnie z najnowszym, bezwstydnym trendem, który wywoływał jeszcze zażenowanie nawet w Paryżu, kobiety przyglądały się z pogardliwym skrzywieniem ust i blaskiem pożądania w oczach.

Mężczyźni zaś, niewprowadzeni w tajemnice nadchodzącej rewolucji w świecie damskiej mody, z osłupieniem śledzili swobodne kołysanie się dwóch półkul, ledwie przesłoniętych najcieńszą tkaniną. To wywierało znacznie większe wrażenie niż widok obnażonych ramion i pleców.

Esfira wydawała się całkiem nieskrępowana ogólnym

zainteresowaniem i przypatrywała się otoczeniu z niemaskowaną ciekawością.

- Kto to? - pytała radcę stanu donośnym szeptem. - A ta o pełnych piersiach to kto?

Raz nawet głośno wykrzyknęła:

- Boże, ale tu menażeria!

Erast Pietrowicz z początku trzymał się mężnie. Grzecznie wymieniał ukłony ze znajomymi, udając, że nie dostrzega wycelowanych w partnerkę spojrzeń, także tych uzbrojonych w lornetki. Kiedy jednak podszedł do niego Froł Grigorjewicz Wiediszczew i szepnął: „Wzywają”, Fandorin usprawiedliwił się przed Esfira obowiązkami służbowymi i z żenującym pośpiechem umknął do prywatnych apartamentów gubernatorskiej rezydencji, porzuciwszy towarzyszkę na pastwę losu. Przy samych drzwiach zawstydził się i odwrócił.

Esfira wcale nie wyglądała na porzuconą i nie odprowadzała dezertera wzrokiem. Stała naprzeciw stadka dam, lustrując je ze spokojnym zaciekawieniem, a damy ze wszystkich sił starały się udawać, że są zajęte niewymuszoną rozmową. Wydaje się, że mademoiselle Litwinowa nie wymagała troski.

Dołgoruki wysłuchał raportu urzędnika do specjalnych poruczeń z nieskrywaną przyjemnością, chociaż dla pozoru jęczał z powodu utraconych skarbowych pieniędzy, które zresztą i tak były przeznaczone na wysyłkę do Turkiestanu.

- Nie wszystko idzie im gładko - wycedził Władimir Andriejewicz.

- Znaleźli sobie własnych mądralów i wysyłają ich tu po to, żeby mogli się popisywać przed Dołgorukim. Teraz sami skosztowaliście gorzkiego owocu. A więc stołeczny frant walnął łbem o mur? Dobrze mu tak.

Wiediszczew zakończył mocować księciu grubo nakrochmalony kołnierzyk, a żeby nie obcierał, delikatnie przypudrował pomarszczoną szyję jaśniewielmożności talkiem.

- Frołuszka, o, tutaj popraw. - Generał-gubernator stanął przed zwierciadłem, pokręcił głową i wskazał na nierówno leżącą kasztanową peruczkę. - Mnie, Eraście Pietrowiczu, i tak nie wybaczą Chrapowa.

Otrzymałem od jego cesarskiej mości bardzo chłodne pismo, tak więc jutro czy pojutrze zostanę stąd wyproszony. Ale na pożegnanie bardzo by się chciało utrzeć kamaryli nosa. Rzucić im pod nogi rozwiązaną sprawę: macie, ryjcie i pamiętajcie o Dołgorukim. Co, Eraście Pietrowiczu?

Radca stanu westchnął.

- Nie mogę obiecać, Władimirze Andriejewiczu. Ręce mam związane.

Ale będę p-próbował.

- Tak, rozumiem...

Książę skierował się ku drzwiom, które prowadziły do sali.

- Jak tam goście? Zebrali się?

Drzwi otworzyły się jakby same z siebie. Dołgoruki zatrzymał się na progu, żeby obecni mieli czas zauważyć wejście gospodarza i stosownie się przygotować. Obrzuciwszy wzrokiem zebranych, książę potrząsnął głową.

- A kto to ta, w purpurze? Ta, która jedyna stoi odwrócona plecami?

- To moja znajoma, Esfira Awiessałomowna Litwinowa - żałośnie odrzekł radca. - Pan przecież sam zapraszał...

Dołgoruki zmrużył oczy dalekowidza, poruszył wargami.

- Froł, gołąbeczku, pobiegnij do sali bankietowej i zamień karteczki na stole. Przesadź gubernatora z żoną dalej, a Erasta Pietrowicza i jego damę przenieś tak, żeby siedzieli po mojej prawicy.


- Jak, jak? Po mordzie? - z niedowierzaniem, jakby się przesłyszał, zapytał generał-gubernator i nagle bardzo szybko zamrugał

oczyma. - Dopiero teraz zauważył, jak u sąsiadki rozchodzą się skraje wycięcia w sukni.

U szczytu stołu, gdzie siedzieli najznamienitsi z zaproszonych gości, po tym nieparlamentarnym słowie od razu zapanowała cisza.

- No tak, po mordzie - głośno powtórzyła Esfira przygłuchemu staruszkowi. - Dyrektor gimnazjum powiedział: „Wobec takiego zachowania, Litwinowa, nie zatrzymam tu pani za żadne żydowskie srebrniki”. I wtedy dałam mu po mordzie. A pan jak by postąpił na moim miejscu?

- Tak, istotnie, wyjścia nie było - przyznał Dołgoruki i z zaciekawieniem zapytał: - No, a co on na to?

- A nic. Wygnał mnie z wilczym biletem, dalej musiałam uczyć się w domu.

Esfira siedziała obok księcia, dzieląc uwagę między wyśmienite kruche bliny a ożywioną rozmowę z najwyższą władzą w Moskwie.

Właściwie w biesiadzie uczestniczyło tylko tych dwoje - jego jaśniewielmożność i ekstrawagancki gość. Wszyscy pozostali przysłuchiwali się ich rozmowie, nie otwierając ust, a nieszczęsny radca stanu zupełnie skamieniał.

Pożądanie fizyczne u kobiet, kwestia robotnicza, szkodliwość bielizny, problem zezwoleń kwaterunkowych - to tylko niektóre z tematów, poruszonych przez mademoiselle Litwinową w trakcie trzech pierwszych dań.

Kiedy odchodziła, nie zapominając precyzyjnie wszystkim wyjaśnić, dokąd się właśnie udaje, Władimir Andriejewicz z nieudawanym zachwytem szepnął

Fandorinowi do ucha:

- Elle est ravissante, votre elue*. [Pańska wybranka jest czarująca (franc.).]

Ale i Esfira odwróciła się ku Erastowi Pietrowiczowi, wypowiadając się przychylnie o księciu.

- Miły staruszek. Dlaczego nasi tak mu złorzeczą?

Przy szóstej zmianie, kiedy po siewrudze, pasztecie ze sterleta i kawiorach wniesiono owoce, miody i cukry, w odległym końcu sali bankietowej pojawił się dyżurny adiutant. Podzwaniając akselbantami, podbiegł na palcach przez całe długie pomieszczenie. Nie pozostał

niezauważony. Ze zrozpaczonej twarzy oficera można było wyczytać, że przydarzyło się coś nadzwyczajnego. Goście odwracali się, odprowadzając gońca pytającymi spojrzeniami, i jedynie generał-gubernator tkwił w nieświadomości, szepcząc coś do ucha Esfirze Awiessałomownie.

- Łaskocze - powiedziała, odsuwając się od jego puszystych, ufarbowanych wąsów i z ciekawością popatrzyła na adiutanta.

- Wasza ekscelencjo, nadzwyczajne wydarzenie! - Zameldował, ciężko dysząc kapitan. Starał się nie mówić głośno, ale w ciszy, która zapadła, jego słowa rozeszły się daleko.

- Tak? Co takiego? - spytał wciąż jeszcze uśmiechnięty Dołgoruki.

- Co za wydarzenie?

- Najświeższa wiadomość. Na Dworcu Nikołajewskim dokonano napaści na pełniącego obowiązki naczelnika gubernialnej Dyrekcji Żandarmerii, Swierczyńskiego. Pułkownik nie żyje. Jego adiutant jest ranny. Są i inne ofiary. Napastnicy uciekli. Ruch pociągów do Petersburga wstrzymano.


Загрузка...