Przebudzenie Esfiry Litwinowej w domu na Małej Nikickiej było rzeczywiście koszmarne. Posłyszała cichy szmer. Najpierw ujrzała w półmroku tylko sypialnię, do której przez zasłony przesączało się nieśmiałe poranne światło. Obok siebie zobaczyła niesłychanie pięknego bruneta, z cierpiętniczo uniesionymi we śnie brwiami, i w pierwszej chwili uśmiechnęła się. Ale wtedy kątem oka dostrzegła jakiś ruch, odwróciła głowę i... zapiszczała przerażona. Do łóżka, stąpając na palcach, podkradała się paskudna, niewiarygodna istota, z okrągłą jak blin twarzą, złośliwymi wąskimi oczkami, odziana w biały całun.
Istota zamarła, usłyszawszy pisk, i zgięła się wpół w ukłonie.
Prostując się, rzekła:
- Cień topry.
- Aaa... - odpowiedziała drżącym ze strachu głosem Esfira i odwróciwszy się do Fandorina, chwyciła go za ramię, żeby jak najszybciej się obudził i przegonił to przywidzenie.
Ale Erast Pietrowicz, okazało się, już nie spał.
- Dzień dobry, Masa, dzień dobry. Jestem gotów... To mój kamerdyner Masa - wyjaśnił. - Japończyk. Wczoraj z grzeczności się schował, dlatego go pani nie widziała. P-przyszedł, ponieważ zawsze rano razem zajmujemy się g-gimnastyką, a już jest bardzo późno, jedenasta.
Gimnastyka zajmie nam czterdzieści pięć minut. I uprzedził: - Teraz wstanę - widocznie spodziewając się, że Esfira z delikatności się odwróci.
Nie doczekał się. Dziewczyna, przeciwnie, uniosła się trochę i oparła policzek na zgiętej w łokciu ręce, żeby wygodniej było popatrzeć.
Radca stanu odczekał chwilę, po czym wyszedł spod kołdry i bardzo szybko włożył taki sam biały kitel, jaki miał japoński kamerdyner.
Okazało się, że to nie żaden całun, tylko szeroka biała kurtka i takie same kalesony. Podobne do spodniej bielizny, tylko tkanina była bardziej gęsta i brakowało tasiemek u spodni.
Gospodarz i sługa wyszli i chwilę później z sąsiedniego pokoju (zapewne bawialni) dobiegł przerażający łoskot. Esfira wyskoczyła z łóżka, rozejrzała się, co by tu szybko na siebie narzucić, ale nic nie znalazła. Odzież Fandorina, porządnie złożona, leżała na krześle, lecz sukienka i pozostałe części garderoby Esfiry walały się w nieładzie po podłodze. Jako dziewczyna postępowa nie uznawała gorsetu, ale inne części uprzęży - stanik, pantalony, pończochy - należałoby wkładać zbyt długo, cierpliwości jej nie starczało, a pilnie chciała zobaczyć, czym oni się tam zajmują.
Otworzyła masywną garderobę, przeszukała ją szybko - znalazła męski szlafrok z aksamitną lamówką i frędzlami. Szlafrok prawie na nią pasował, tylko trochę ciągnął się po podłodze.
Przelotnie spojrzała w zwierciadło, przygładziła ręką czarne przystrzyżone włosy. Wyglądała całkiem nieźle - nawet zaskakująco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę, że spać jej przyszło całkiem krótko. To wspaniała rzecz - krótkie włosy. Nie tylko postępowe, ale jeszcze jak ułatwiają życie!
Oto co się działo w bawialni (Esfira otworzyła drzwi, weszła cichutko i stanęła pod ścianą): Fandorin i Japończyk kopali się, krzycząc rozdzierająco, i ze świstem cięli kończynami powietrze. Raz gospodarz ze znawstwem tak przyłożył kurduplowi w pierś, że biedak poleciał aż na ścianę, ale nie stracił przytomności, tylko zatrajkotał poirytowany i na nowo podjął walkę, rzucając się na przeciwnika.
Fandorin krzyknął coś niezrozumiałego i bójka została przerwana.
Kamerdyner legł na podłodze, a radca stanu wziął go jedną ręką za pas, drugą za kołnierz i bez widocznego wysiłku zaczął podnosić do piersi i opuszczać z powrotem. Japończyk wisiał spokojnie, wyprostowany jak kij.
- Mało tego, że oprycznik, to jeszcze na wpół wariat. - Esfira głośno wypowiedziała swój pogląd na to, co zobaczyła, i poszła zająć się toaletą.
Przy śniadaniu doszło do koniecznych wyjaśnień, na które nocą nie starczyło czasu.
- To, co się zdarzyło, nie zmienia sedna sprawy - wygłosiła surowo dziewczyna. - Nie jestem przecież z drewna, a ty, jak widać, na swój sposób jesteś pociągający. Ale i tak stoimy po przeciwnych stronach barykady. Jeśli chcesz wiedzieć, wiążąc się z tobą, ryzykuję swoją reputację. Kiedy moi znajomi się dowiedzą...
- A może nie jest k-konieczne, aby się o tym dowiedzieli? -
wtrącił ostrożnie Erast Pietrowicz, nie donosząc do ust kawałka omletu. -
Przecież to pani sprawa osobista.
- No, co to, to nie! Spotykać się z oprycznikiem w tajemnicy nie będę. Tego by jeszcze brakowało, żeby uznali mnie za donosicielkę! I nie śmiej się do mnie zwracać per pani.
- Dobrze - zgodził się krótko Fandorin. - Barykady zrozumiałem.
Ale więcej nie będziesz do mnie strzelać?
Esfira posmarowała bułeczkę dżemem (doskonałym, malinowym, od Sandersa). Miała dziś po prostu zwierzęcy apetyt.
- Zobaczymy...
I z pełnymi ustami kontynuowała:
- Będę do ciebie przyjeżdżać. Ale ty do mnie nie. Wystraszysz wszystkich moich przyjaciół. I w dodatku jeszcze Papchen i Mamchen wyobrażą sobie, że zrobiłam konkietę i poderwałam atrakcyjnego narzeczonego.
Nie udało się definitywnie wyjaśnić stanowiska stron, ponieważ właśnie w tej chwili zadzwonił telefon. Słuchając niewidocznego rozmówcy, Fandorin się zasępił.
- Dobrze, Stanisławie Filipowiczu. Zajedźcie po mnie za pięć minut. Będę g-gotowy.
Przeprosił, mówiąc, że ma pilne sprawy, i poszedł włożyć surdut.
Po pięciu minutach (Esfira zobaczyła przez okno) przed bramą zatrzymały się sanie z dwoma pasażerami w błękitnych szynelach. Jeden w nich pozostał na miejscu. Drugi, przystojny i dziarski, przytrzymując szpory, pokłusował do przybudówki.
Kiedy Esfira wyjrzała do przedpokoju, obok nakładającego paltot Fandorina stał siarczysty żandarm. Gładki oficerek, z zaróżowioną od mrozu fizjonomią i głupawo podkręconymi wąsikami, ukłonił się, paląc ją ciekawskim spojrzeniem. Dziewczyna zimno skinęła radcy na pożegnanie i odwróciła się.
- ...niesłychane postępy - ze wzburzeniem dopowiadał po drodze Swierczyński. - O wczorajszym z-zatrzymaniu przy pańskim udziale słyszałem. Gratuluję. Ale żeby już pociągiem o dwunastej sam Pożarski z Petersburga przybył! Wicedyrektor departamentu, w jego rękach są wszystkie sprawy polityczne. Wielka figura, szparko idzie w górę!
Zaszczycono go nominacją na fligeladiutanta. Wychodzi na to, że wyjechał
od razu, jak tylko otrzymał depeszę z ochrany. Widzi pan, jakie na górze nadają znaczenie temu śledztwu. - Skąd pan wie o jego p-przyjeździe?
- Jak to skąd? - obraził się Stanisław Filipowicz. - Mam po dwudziestu ludzi na dyżurze, na każdym dworcu. Czy oni nie znają Pożarskiego? Wyśledzili go, kiedy brał dorożkę i kazał jechać na Gniezdnikowski. Zadzwonili do mnie, a ja od razu do pana. Chce panu laury podkraść, nie ma najmniejszej wątpliwości. Widzicie go, jak szybko przyleciał!
Erast Pietrowicz sceptycznie pokiwał głową. Po pierwsze, już zdarzało mu się widzieć i nie takie stołeczne gwiazdy, a po drugie, sądząc po wczorajszym zachowaniu aresztowanego, pan fligeladiutant laurów raczej łatwo nie podbierze.
Do zaułka Wielkiego Gniezdnikowskiego z Małej Nikickiej było znacznie bliżej niż z Dworca Nikołajewskiego, dlatego przybyli do siedziby ochrany wcześniej niż wysoki gość. Nawet utarli nosa Burlajewowi, który o przyjeździe zwierzchności jeszcze nie wiedział.
Ledwo usiedli w pięciu - Erast Pietrowicz, Burlajew, Swierczyński, Zubcow, Smoljaninow - aby ustalić wspólne stanowisko, kiedy pojawił się sam policyjny wicedyrektor.
Wszedł postawny, smukły mężczyzna, jeszcze w całkiem młodym wieku. Czapka ze smuszki, z daszkiem, palto angielskiego kroju, w ręce żółta teczka. Wzrok z miejsca przykuwała jego głowa, wąska w skroniach, podłużna, z jastrzębim nosem, cofniętym podbródkiem, jasnymi włosami, czarnymi, ruchliwymi oczami. Brzydka, a nawet wręcz okropna twarz miała pewną szczególną cechę - z początku budziła niechęć, ale im dłużej się na nią patrzyło, tym korzystniejsze wywierała wrażenie.
Lustrowali nowo przybyłego długo. Swierczyński, Burlajew, Smoljaninow i Zubcow podnieśli się, a dwaj ostatni nawet stanęli na baczność. Erast Pietrowicz, jako najwyższy rangą z lokalnych szarż, nadal siedział.
Człowiek o intrygującej twarzy postał w drzwiach, przyjrzał się moskwianom i po pauzie nagle głośno, uroczyście powiedział:
- Wasz uniżony sługa, urzędnik, który na własną prośbę przyjechał
z Petersburga, prosi was do siebie. - I roześmiawszy się, poprawił: - Co ja plotę! Przyjechałem do was i proszę tylko o jedno: filiżankę mocnej kawy. Wiecie, panowie, zupełnie nie mogę spać w pociągu. Od wstrząsów wagonu mam galimatias myśli, nie potrafię się wyłączyć i odpocząć. Pan, rozumie się, to pan Fandorin. - Gość lekko się ukłonił radcy stanu. -
Wiele słyszałem. Cieszę się, że będziemy pracować razem. Pan -
Swierczyński. Pan - Burlajew. A panowie? - Spojrzał pytająco na Smoljaninowa i Zubcowa.
Ci przedstawili się, przy czym na ostatniego przyjezdny spojrzał
ze specjalną uwagą.
- Ależ tak, Siergieju Witaljewiczu, znam pana. Czytałem pańskie raporty. Zajmująca lektura, świetne.
Zubcow zarumienił się jak pensjonarka.
- Sadząc po uwadze, którą okazali mojej osobie wasi dworcowi detektywi, zostałem rozpoznany. Ale mimo to się przedstawię: Pożarski, Gleb Gieorgijewicz, do usług. W mojej rodzinie już od trzystu lat najstarsi synowie otrzymują imię albo Gleb, albo Gieorgij - w hołdzie dla świętego Gleba Muromskiego i Gieorgija Zwycięzcy, naszych protektorów.
Jak to się mówi, tradycja uświęcona wiekami. Tak więc, panowie, minister powierzył mi osobisty nadzór nad dochodzeniem w sprawie zabójstwa generała-adiutanta Chrapowa. Od nas, panowie, oczekuje się szybkich rezultatów. Konieczne będą wyjątkowe wysiłki, szczególnie z panów strony.
- Pożarski z naciskiem podkreślił ostatnie słowa i zrobił pauzę, żeby moskwianie w należnym stopniu uświadomili sobie swoje położenie. - Czas ucieka, panowie, droga jest każda chwila. Wczoraj w nocy, kiedy przyszedł
wasz telegram, na szczęście byłem akurat w swoim gabinecie. Spakowałem tę oto teczkę, złapałem walizkę - zawsze jest przygotowana na wypadek niespodziewanego wyjazdu - i ruszyłem na dworzec. Teraz przez dziesięć minut będę pił kawę i równocześnie wysłucham zdania panów. Potem pogadamy z aresztantem.
Takiego przesłuchania Erast Pietrowicz jeszcze nie widział.
- Dlaczego jest taki przykuty, jakby siedział na krześle elektrycznym? - zdziwił się książę, kiedy weszli do pokoju, gdzie czekał
aresztant. - Słyszeliście już o tym najnowszym amerykańskim wynalazku?
Właśnie tu i tu (dotknął nadgarstków i potylicy siedzącego) podłączają elektrody i przepuszczają prąd. Proste i efektywne.
- Raczycie straszyć? - Skuty uśmiechnął się arogancko, otwierając szczerbate usta. Niepotrzebnie. Nie boję się tortur.
- Zlitujcie się - jęknął Pożarski. - Jakich tortur? Przecież jesteśmy w Rosji, a nie w Chinach. Każcie go rozkuć, Piotrze Iwanowiczu.
Nie będziemy udawać Azjatów, nieprawdaż?
- Zuchwały osobnik - uprzedził Burlajew. - Może się rzucić.
Książę wzruszył ramionami.
- Jest nas tu sześciu, wszyscy wyjątkowo dobrze zbudowani. Niech się rzuca.
Podczas gdy zdejmowano więzy, petersburżanin z ciekawością przygląda się pojmanemu terroryście. I nagle z czułością powiedział:
- Boże mój, Nikołaju Józefowiczu, pan nawet sobie nie zdaje sprawy, jak bardzo się cieszę, że pana widzę. Poznajcie się, panowie.
Przed wami Nikołaj Sielezniow we własnej osobie, nieustraszony bohater rewolucji. Ten sam, który zeszłego lata zastrzelił pułkownika von Bocka, a potem wśród palb i detonacji zbiegł z więziennej karetki. Poznałem go od razu z waszego opisu. Zabrałem ze sobą jego dossier - i w drogę. Jeśli chce się powitać starego przyjaciela, sześćset wiorst nie przeszkoda.
Trudno powiedzieć, na kogo to oświadczenie podziałało silniej -
na oszołomionych moskwian, czy na aresztanta, zastygłego z głupawą miną: usta jeszcze miał rozsunięte w uśmiechu, ale brwi już się zmarszczyły.
- Jestem pułkownik Pożarski, wicedyrektor Departamentu Policji.
Odkąd znalazł się pan, Nikołaju Józefowiczu, w Grupie Bojowej, już mieliśmy okazję się spotkać - na Wyspie Aptekarskiej. To było niezapomniane spotkanie.
I nie zwalniając tempa, energicznie ciągnął dalej:
- Pana, łaskawco, sam Bóg mi zesłał. Już podać się do dymisji myślałem, kiedy pan sam tutaj raczył się pojawić. Aż chciałbym pana ucałować.
Nawet zrobił niewielki krok w stronę aresztowanego, jakby rzeczywiście zamierzał go wycałować, i nieustraszony terrorysta nieświadomie wcisnął się w oparcie fotela.
- Kiedy jechałem pociągiem, napisałem artykuł - powiedział do niego jakby w zaufaniu bystry fligeladiutant i wyjął z teczki zapisaną kartkę. - Nosi tytuł: Bliski koniec GB. Podtytuł: Triumf Departamentu Policji. Posłuchajcie: „Nikczemne zabójstwo Iwana Fiodorowicza Chrapowa, którego nigdy nie zapomnimy, niedługo pozostawało bez pomsty. Ciała ofiary jeszcze nie powierzono ziemi, a moskiewskie organy ścigania już aresztowały bardzo niebezpiecznego terrorystę, N.S., który złożył
szczegółowe zeznania o działalności Grupy Bojowej, której był członkiem”.
Trochę styl mi się nie udał, no i dwa razy „który”, ale to nic, redaktor poprawi. Dalej czytać nie będę - sens sami rozumiecie.
Zatrzymany, który, jak się okazało, nazywał się Nikołaj Józefowicz Sielezniow, uśmiechnął się, nabierając czelności.
- Czego tu nie rozumieć? Grozicie mi kompromitacją przed towarzyszami?
- I to dla pana będzie straszniejsze niż szubienica - zapewnił go książę. - Ani w więzieniu, ani na katordze nikt z politycznych nawet ręki wam nie poda. Po co państwo ma wykonać na was wyrok, brać na swą duszę zbędny grzech? Sam pan sobie pętlę zawiążesz.
- Nie, nie zawiążę. Mam więcej wiary w towarzyszy niż pan.
Podstępy ochrany są im znane.
Pożarski nie protestował:
- Oczywiście, któż by uwierzył, że nieposzlakowany bohater terroru załamał się i sypnął? Niewiarygodne psychologicznie, rozumiem.
Tylko, wiecie... Boże, gdzie ja je mam... - Przeszukał żółtą teczkę i wyciągnął stamtąd kilka prostokątnych karteczek. - A... są. A już się przestraszyłem, myślałem, że w pośpiechu na stole zostawiłem. Tylko czy... jak wspomniałem, jest pan nieposzlakowany? Wiem, u was w partii obyczaje są surowe. Pan lepiej pasuje do anarchistów, Nikołaju Józefowiczu, szczególnie z pańskim dociekliwym charakterem. U nich morale jest ciut bardziej postępowe. Popatrzcie, panowie, na te fotografie.
Zrobione zostały przez skryty otwór w jednym z lokali rozpusty na Ligowce. To nasz Nikołaj Józefowicz, widać go tutaj z tyłu. A z nim -
Luboczka, dziecina jedenastoletnia. Dziecina, oczywiście, w sensie wzrostu i budowy ciała, a według doświadczenia i nawyków już całkiem nie dziecko. Jeśli się nie zna jej biografii, wygląda to potwornie. O, Piotrze Iwanowiczu, popatrzcie na tę. Tutaj i Nikołaja Józefowiecza dobrze widać.
Policjanci zebrali się gromadką wokół Pożarskiego, z zaciekawieniem oglądając zdjęcia.
- Spójrzcie, Eraście Pietrowiczu, jakie bezeceństwa! - wykrzyknął
oburzony i zgorszony Smoljaninow, wyciągając ku Erastowi Pietrowiczowi jedną z fotografii.
Fandorin spojrzał mimochodem, nic nie rzekł.
Aresztant siedział blady, nerwowo zagryzając wargę.
- Niech i pan się napatrzy. - Książę skinął nań palcem. -
Przecież pana też to ciekawi. Siergieju Witaljewiczu, gołąbeczku, podajcie mu. Porwie - niewielka strata, jeszcze zrobimy odbitki. W
związku z tymi fotografiami portret psychologiczny pana Sielezniowa będzie miał zupełnie inny odcień. Przecież ja rozumiem, Nikołaju Józefowiczu - znowu zwrócił się do terrorysty, z osłupieniem wpatrującego się w odbitkę. - Pan nie jest skończonym rozpustnikiem, pana to po prostu zaciekawiło. Niebezpieczna cecha charakteru - nadmierna ciekawość.
Pożarski podszedł nagle do nihilisty, chwycił go mocno za barki i powoli, równomiernie, jakby wbijał gwoździe, zaczął mówić:
- Pan, Sielezniow, nie będzie miał procesu bohatera, w którym zakochują się damulki na sali. Pierwsi naplują na pana zgorszeni towarzysze, widząc w panu zdrajcę i łajdaka, który splamił światły ideał
rewolucji.
Aresztant jak urzeczony patrzył z dołu na mówiącego.
- Teraz przedstawię panu inną możliwość. - Książę zdjął ręce z ramion Sielezniowa, podsunął krzesło i usiadł, zgrabnie zakładając nogę na nogę. - Pan jest człowiekiem odważnym, wesołym, niepohamowanym. Na co panu wiązać się z tymi smętnymi męczennikami, nudnymi towarzyszami rewolucyjnej walki? Oni są jak pszczoły, które muszą się zbierać w rój i żyć według zasad, a pan jest samotnikiem, panem samego siebie, i prawa też ma własne. Niech pan się przyzna, przecież w głębi duszy pan nimi gardzi. Oni są panu obcy. Podoba się panu zabawa w Robin Hooda i szeryfa, narażanie życia, wodzenie policji za nos. I ja zaproponuję panu grę ciekawszą i bardziej ryzykowną niż rewolucyjna. Teraz jest pan marionetką w rękach partyjnych teoretyków, którzy piją kawę ze śmietanką w Genewie i Zurychu, gdy tymczasem durnie - pańskiego pokroju - przelewają krew na moskiewskich jezdniach. Proponuję, aby pan sam manipulował kukiełkami i pociągał za niteczki całej tej wilczej zgrai. Zapewniam, będzie pan miał
prawdziwą frajdę.
- Ja będę ciągnął za ich niteczki, a pan za moje? - spytał
ochryple Sielezniow.
- Myślałby kto, że pana można utrzymać na niteczkach! - zaśmiał
się Pożarski. - Przeciwnie, będę całkowicie zależny od pana. Stawiam na pana wysoką stawkę, gram va banque. Jeśli pan się urwie, moja kariera będzie skończona. Widzi pan, Sielezniow, jestem z panem absolutnie szczery. A przy okazji, jaki ma pan rewolucyjny pseudonim?
- Rachmet.
- No, a dla mnie pań będzie... załóżmy, Gwidonem.
- Dlaczego Gwidonem? - Sielezniow zmarszczył się zakłopotany, jakby już wcale nie pojmował sensu zachodzących wydarzeń.
- A dlatego, że będzie pan leciał z wyspy Bujana do mnie, do carstwa sławnego Sałtana, to jako komar, to jako mucha, to jako trzmiel.
Nagle Erast Pietrowicz zrozumiał, że już po werbunku. Niewidoczna granica została przekroczona, zanim padło słowo „tak”.
Dalej rzeczywiście wszystko poszło błyskawicznie, w ciągu niespełna kilku minut.
Z początku Rachmet jakby od niechcenia odpowiadał na szybko padające pytania przesłuchującego wirtuoza. Pozornie lekceważącym tonem podał skład zespołu Grupy Bojowej (okazało się, że ich jest tylko czterech: dowódca o pseudonimie „Grin”, Jemiela, Sniegir i sam Rachmet).
Potem wystawił każdemu jaskrawą i soczystą charakterystykę. O przywódcy na przykład powiedział tak: „On jest jak Frankenstein z angielskiej powieści, pół człowiek, pół maszyna. Kiedy mówi albo się porusza, niemalże słychać, jak pobrzękują w nim kółka zębate. Dla Grina wszystko jest tylko czarne albo białe. Nie ma nigdy żadnych wątpliwości”.
Tak samo chętnie, potulnie Rachmet podał adres mieszkania konspiracyjnego i nawet zgodę na dobrowolną współpracę napisał łatwo, od ręki, jak liścik miłosny. Nie wyglądał przy tym na przestraszonego czy skonfundowanego, tylko raczej na zamyślonego, jak człowiek, który odkrywa dla siebie nowe, nieoczekiwane horyzonty, jeszcze nie w pełni oswojony z krajobrazem, który dopiero co dostrzegł.
- Niech pan idzie, Gwidon - powiedział Pożarski, mocno ściskając mu rękę. - Pańskie zadanie: odnaleźć Grina i oddać go w nasze ręce.
Problem trudny, ale na pańskie siły. I niech się pan nie boi, że pana oszukamy. Jest pan teraz dla nas najważniejszym człowiekiem, będziemy się za pana modlić. Łączność - tak jak się umówiliśmy. Z Bogiem. A jeśli nie wierzy pan w Boga, to pomyślnych wiatrów.
Ledwo za byłym terrorystą Rachmetem, świeżo upieczonym współpracownikiem Gwidonem, zamknęły się drzwi, Burlajew rzekł z przekonaniem:
- Ucieknie. Nie rozkaże pan posłać za nim paru dobrych szpicli?
- W żadnym razie. - Książę pokiwał głową i ziewnął. - Po pierwsze, szpicli mogą zauważyć i przez nas wpadnie. A po drugie, nie będziemy obrażać naszego komarzątka brakiem zaufania. Znam tę rasę.
Współpracować będzie nie ze strachu, tylko dla honoru, z fantazją i natchnieniem. Dopóki nie osłabnie świeżość wrażeń. Najważniejsze, panowie, to nie przegapić momentu, kiedy nasz Gwidon nagle zauważy - a zauważy na pewno - że jeszcze pikantniej będzie dopuścić się podwójnej zdrady, to jest, gdy zechce pociągać za nitki obu marionetek, policjanta i rewolucjonisty, stać się głównym manipulatorem. I wtedy zakończy się nasz walc z Nikołajem Józefowiczem. Trzeba tylko dosłyszeć, kiedy muzyka przestanie grać.
- Jakie to prawdziwe! - wykrzyknął Zubcow, patrząc z niekłamanym zachwytem na stołecznego psychologa. - Często to rozważałem, tylko używałem w myślach innych słów. Prowadzić współpracownika, panowie, to tak samo jak utrzymywać potajemny związek z zamężną damą. Trzeba ją chronić, szczerze kochać i stale troszczyć się o to, żeby jej nie skompromitować, nie zburzyć rodzinnego szczęścia. A kiedy uczucie wyschnie, należy rozstać się w zgodzie i podarować miłej na pożegnanie coś przyjemnego, by nie pozostawić po sobie goryczy i wzajemnej urazy.
Pożarski z uwagą wysłuchał egzaltowanej mowy młodego człowieka.
- Romantyczne, ale trafione w sedno - skomentował.
- Czy mogę też coś powiedzieć? - Onieśmielony Smoljaninow spąsowiał, zabierając głos. - Pan, panie pułkowniku, rzecz jasna, bardzo chytrze zwerbował tego Rachmeta, ale mnie się wydaje, że obrońcom państwowości nie przystoi działać nieuczciwymi metodami. - Potem zaczął
tłumaczyć bardzo szybko, widocznie bojąc się, że mu przerwą. - Ja, prawdę mówiąc, dawno już chciałem szczerze... Niewłaściwie działamy, panowie.
Przecież ten Rachmet zastrzelił dowódcę pułku, uciekł z aresztu, zabił
naszego człowieka i Bóg jeden wie, jakie jeszcze ma rzeczy na sumieniu, a my go wypuściliśmy. Jego trzeba wsadzić do więzienia, a my tu, wykorzystując jego podłość, chcemy osiągnąć sukces. Pan mu nawet rękę uścisnął. Nie, ja rozumiem, że tak szybciej zamkniemy sprawę, tylko czy pośpiech wart jest takiej ceny? Powinniśmy stać na straży sprawiedliwości i porządku, a my demoralizujemy społeczeństwo jeszcze bardziej niż nihiliści. To źle. Czy nie tak, panowie?
Szukając wsparcia, porucznik obejrzał się na obu swoich zwierzchników, ale Swierczyński z wyrzutem pokiwał głową, a Fandorin, chociaż patrzył z sympatią, nic nie powiedział.
- Skąd pan to wziął, młodzieńcze, że państwo to ostoja sprawiedliwości i porządku? - Pożarski uśmiechnął się dobrodusznie. -
Ładna mi sprawiedliwość! Nasi, pana i moi przodkowie byli rozbójnikami, zagrabili bogactwa, odbierając je współplemieńcom, i przekazali nam w spadku, żebyśmy mogli pięknie się odziewać i słuchać Schuberta. Ja, co prawda, żadnego spadku nie dostałem, ale to wyjątek. Czytał pan Proudhona? Własność to kradzież. I my z panem jesteśmy strażnikami, którzy mają chronić tego, co nakradziono. Lepiej niech pan nie zawraca sobie głowy iluzjami. Niech pan postara się to zrozumieć, jeśli już nie może pan działać bez podstawy etycznej. Nasze państwo jest niesprawiedliwe i niemoralne. Ale lepsze takie niż bunt, krew i chaos.
Powoli, niechętnie, maleńkimi kroczkami społeczeństwo staje się czystsze, porządniejsze. Rewolucja zaś je cofnie w czasy Iwana Groźnego. Zniszczony zostanie dorobek stuleci, a sprawiedliwości i tak nie będzie, tylko pojawią się nowi rozbójnicy. I znów im przypadnie wszystko, pozostałym -
nic. Mówiąc o strażnikach, pewnie się wyraziłem zbyt górnolotnie. My z panem, poruczniku, jesteśmy jak asenizatorzy. Czyścimy na czas wychodki, żeby łajno nie chlusnęło na ulicę. A jeśli pan nie chce się upaćkać, to niech pan zdejmie niebieski mundur i lepiej poszuka sobie innego zawodu.
To nie groźba, tylko dobra rada.
I na potwierdzenie szczerości ostatnich słów wicedyrektor policji lekko się uśmiechnął.
Podpułkownik Burlajew doczekał końca przeciągającej się dyskusji i spytał rzeczowo:
- Wasza wielmożność, czy mam zlecić obserwację mieszkania docenta Aronzona?
- Nie. Po nich tam już dawno nie ma śladu. Aronzona nie ruszać.
Ryzykujemy dekonspirację Gwidona. Co nam zresztą po panu docencie? To pionek, sympatyk. Poda nam rysopisy bojowców? Przecież i tak je znamy.
Bardziej mnie interesuje ta Igła, partyjna łączniczka. Oto kogo trzeba by namierzyć, a wtedy...
Przerywając w pół słowa, książę zerwał się gwałtownie, dwoma krokami dopadł drzwi i gwałtownie je otworzył. Za nimi zastygł oficer żandarmerii o białych włosach i świńskiej twarzy, która w jednej chwili stała się jeszcze bardziej różowa. Erast Pietrowicz rozpoznał w oficerze sztabsrotmistrza von Seidlitza, pretorianina generała Chrapowa, który teraz znajdował się w kostnicy i już nie potrzebował niczyjej ochrony.
- Ja... Ja do pana Burlajewa. Spytać, czy udało się trafić na ślad zabójców... Szepnięto mi, że wczorajszej nocy aresztowano... Pan przecież to książę Pożarski? A ja...
- Wiem, kim pan jest - przerwał mu ostro fligeladiutant. - Pan, von Seidlitz, jest człowiekiem, który zawalił zadanie ogromnej wagi. I jako przestępca zostanie pan oddany pod sąd. Zakazuję panu wyjeżdżać z Moskwy do odwołania. Co pan właściwie tutaj robił? Podsłuchiwał pod drzwiami?
Już trzeci raz w tak krótkim czasie gość z Petersburga przeszedł
kompletną metamorfozę. Dobroduszny dla kolegów i nieustępliwy dla Rachmeta, wobec żandarma winowajcy był surowy aż do grubiaństwa.
- Wypraszam sobie! - wybuchnął von Seidlitz, nieomal płacząc. -
Jestem oficerem! Mogę iść pod sąd, ale pan nie ma prawa tak się do mnie odnosić! Wiem, że nie mogę liczyć na przebaczenie. Ale, przysięgam, odkupię swoją winę!
- Odkupi pan, w sztrafbatalionie - bezceremonialnie przerwał mu książę i zatrzasnął drzwi przed nosem nieszczęsnego sztabsrotmistrza.
Kiedy się odwrócił, na jego twarzy nie było śladu gniewu -
jedynie koncentracja i zdecydowanie.
- To wszystko, panowie, do roboty - powiedział, zacierając ręce.
- Rozdzielamy role. Pan, Piotrze Iwanowiczu, zajmie się pracą z agenturą.
Spenetrujcie wszystkie kółka rewolucyjne, sprawdźcie wszystkie kontakty.
Znajdźcie mi jeśli nie Grina, to chociażby mademoiselle Igłę. I jeszcze jedno zadanie dla waszych filerów: siąść na ogon von Seidlitzowi i jego ludziom. Bura, którą dostał ode mnie ten szarak znad Bałtyku, z pewnością tak podziała, że nosem ziemię ryć będzie. Musi teraz ratować własną skórę, dlatego ani chybi zwielokrotni wysiłki. I w metodach nie będzie specjalnie przebierał. Niech wyciąga kasztany z ognia, a my je zjemy.
Teraz pan, Stanisławie Filipowiczu. Należy rozdać listy gończe z rysopisami przestępców pańskim ludziom na dworcach i rogatkach. Odpowiada pan za to, żeby Grin nie przekroczył granic Moskwy. A ja - uśmiechnął się promiennie książę - popracuję nad Gwidonem. W końcu to ja go zwerbowałem.
Pojadę do „Łoskutnej”, wezmę sobie wygodny pokój i wyśpię się porządnie.
Siergieju Witaljewiczu, pana poproszę, aby pan przez cały czas dyżurował
przy aparacie telefonicznym, na wypadek gdyby dotarł jakiś sygnał od Gwidona. Natychmiast dacie mi znać. Wszystko pójdzie znakomicie, panowie, sami zobaczycie. Jak mówią Galowie, nie będziemy spuszczać nosa na kwintę.
Wracali saniami w zupełnym milczeniu. Smoljaninow miał ochotę zabrać głos, ale jakoś się nie zdecydował. Swierczyński trwożliwie skręcał zadbany wąs. Fandorin zaś wydawał się oklapnięty i zgaszony.
Jakby nie był sobą.
Prawdę mówiąc, miał powody.
W blasku stołecznej znakomitości aureola sławy, otaczająca radcę stanu, mocno przygasła. Z najważniejszej persony, której każdemu słowu -
a nawet milczeniu -współpracownicy przysłuchiwali się z pełną szacunku uwagą, Erast Pietrowicz przekształcił się w osobę zbędną i nawet trochę komiczną. Właściwie kim on teraz jest?
Śledztwem kieruje doświadczony, olśniewający specjalista, który na pewno poradzi sobie z zadaniem lepiej niż moskiewski urzędnik do specjalnych poruczeń. W dodatku szanse na sukces rosną dzięki temu, że ów wyznaczony specjalista nie ogranicza się zbytnią drażliwością. Fandorin czym prędzej odrzucił tę myśl, jako niedostojną i podszepniętą przez urażoną miłość własną, i uczciwie przyznał się sam sobie, że główna przyczyna jego rozstroju tkwi w czymś innym. Otóż pierwszy raz los zetknął go z człowiekiem o większych umiejętnościach śledczych. No, może nie pierwszy... Dawno temu, jeszcze na samym początku wartkiej kariery, Erast Pietrowicz poznał inny wielki talent, lecz bardzo nie lubił
wspominać tego przysypanego pyłem historii epizodu! A przecież nie wolno mu odsunąć się od dochodzenia. To by oznaczało, że powodowany pychą i przesadną samooceną haniebnie zdradzi dobrego Władimira Andriejewicza, oczekującego odeń pomocy, jeśli nie wręcz ratunku.
Dojechali do Dyrekcji Żandarmerii i nadal milcząc, poszli do gabinetu Swierczyńskiego. Tutaj wyjaśniło się, że pułkownik po drodze także rozmyślał o generale-gubernatorze.
- Nieszczęście, Eraście Pietrowiczu - ponuro, prosto z mostu zaczął Stanisław Filipowicz, kiedy usiedli w fotelach i zapalili cygara.
- Zauważył pan, że nawet nie pojechał przedstawić się Władimirowi Andriejewiczowi? Jasne, staruszek jest skończony. W wyższych sferach klamka zapadła. To oczywiste.
Smoljaninow westchnął żałośnie, a Fandorin z goryczą potaknął
głową.
- Dla księcia to będzie straszny cios. Chociaż jest już w podeszłym wieku, ale i f-fizycznie, i umysłowo jest zupełnie sprawny. I miasto miało dobrze pod jego opieką.
- Cholera z nim, z tym waszym miastem - rzekł twardo pułkownik. -
Najważniejsze było to, że nam z panem u Dołgorukiego było dobrze. A bez niego będzie źle. Mnie, rozumie się, na stanowisku naczelnika dyrekcji nie zatwierdzą. A i pańskie swobodne życie się zakończy. Nowy generał-
gubernator będzie miał swoich zaufanych.
- Z-z pewnością. Ale co tu można zrobić?
Ostrożny Stanisław Filipowicz zmienił się nie do poznania.
- A to! Trzeba mu zadać bobu.
- Proponuje pan znaleźć terrorystów wcześniej, niż zrobi to p-pułkownik Pożarski? - nie tyle spytał, ile skonstatował urzędnik.
- Właśnie. Ale to za mało. To książątko jest zbyt sprytne, trzeba je zneutralizować.
Erast Pietrowicz prawie zadławił się dymem cygara.
- Stanisławie Filipowiczu, broń Panie B-boże!
- No, przecie nie zabijać, rzecz jasna. Tego by jeszcze brakowało! Są lepsze sposoby. - Swierczyński się rozmarzył. - Można, na przykład, wystawić tego karierowicza na powszechne pośmiewisko.
Skompromitować. Eraście Pietrowiczu, mój drogi, musimy pokazać, że my,
„dołgorukowcy”, jesteśmy więcej warci niż przyjezdny stołeczny spryciarz.
- Ja, prawdę mówiąc, nie odsunąłem się od dochodzenia - zauważył
radca stanu. - Przy podziale ról pan Pożarski zostawił mnie bez z-zajęcia. A siedzieć z założonymi rękoma nie przywykłem.
- I doskonale. - Pułkownik podniósł się i energicznie przespacerował po pokoju, nad czymś rozmyślając. - Zatem pan wniesie swój talent analityczny, który już nieraz nas wszystkich ratował z opresji. A ja zatroszczę się o to, żeby książątko stało się ogólnym pośmiewiskiem. -
I dalej Stanisław Filipowicz mruczał sobie coś pod nosem, coś niezrozumiałego. - „Łoskutna”, „Łoskutna”... Tam jest mój... jak jego...
No, ten, który kieruje korytarzowymi... Tierpugow? Syczugow? Do diabła, zresztą to nieistotne... I Koko, tak, koniecznie Koko... Tego właśnie potrzeba...
- Eraście Pietrowiczu, a czy ja mogę z panem? - spytał szeptem porucznik.
- Obawiam się, że teraz przekształciłem się w osobę prywatną -
tak samo cicho odpowiedział Fandorin i widząc, jak młode oblicze porucznika wydłużyło się w rozczarowaniu, dodał na pociechę: - Szczerze żałuję. Bardzo by mi się pan p-przydał. Ale to nic, przecież i tak zajmujemy się jedną sprawą.
Z dyrekcji do domu było nie więcej niż pięć minut niespiesznej wędrówki, jednak radcy stanu czas ten w zupełności wystarczył, żeby znaleźć w śledztwie swoją niszę - niestety, wąską i niedającą za wiele nadziei.
Fandorin rozumował tak:
Pożarski wybrał dla siebie najkrótszą drogę do GB - przez Rachmeta-Gwidona.
Ochrana zacznie podkradać się do bojowców bocznymi ścieżkami, rozpracowując łańcuchy powiązań.
Żandarmi gotują się schwytać terrorystów podczas próby opuszczenia Moskwy.
Pozostał jeszcze von Seidlitz, który pójdzie na przełaj jak niedźwiedź przez brzeźniak i działać będzie metodami, o których lepiej nawet nie myśleć. Przy tym będą szli jego tropem kapusie Mylnikowa.
W ten sposób Grupa Bojowa kierowana przez Grina została obstawiona ze wszystkich stron. Nie ma jak się ruszyć. Gdzież jeszcze miałby się wcisnąć prywatny detektyw, z mglistymi pełnomocnictwami?
Dookoła tylu śledczych, że łatwo mogą go zadeptać.
Ale były trzy motywy, uparcie pobudzające Erasta Pietrowicza do natychmiastowego i zdecydowanego działania.
Żal starego księcia - to raz.
Nie wolno darować obrazy Grinowi, który przystępując do swojej zuchwałej akcji, ośmielił się ucharakteryzować na radcę stanu Fandorina -
to dwa.
I trzy. Tak, tak, trzy: urażona miłość własna.
Jeszcze zobaczymy, wasza wielmożność, ile kto jest wart i do czego jest zdolny.
Po jasnym sformułowaniu motywacji umysł zaczął pracować sprawniej i dokładniej.
Niech towarzysze broni całą zgrają szukają Grupy Bojowej.
Zobaczymy, czy uda im się szybko do niej dotrzeć. A ja zacznę szukać zdrajcy w szeregach obrońców prawa. To wydaje się ważniejsze niż schwytanie terrorystów, choćby nawet najbardziej niebezpiecznych.
I nie wiadomo, czy ta droga nie okaże się najkrótszym szlakiem do osławionej GB.
Ostatnia myśl miała nieco gorzki smak. Sam siebie oszukiwał.