Rozdział 16

Errki powoli budził się z twardego snu. Ostrożnie przewrócił się na bok i leżał wpatrzony w ścianę. Stopniowo zbierał myśli i przypominał sobie, gdzie jest. Miał rewolwer. Nigdy wcześniej nie strzelał, ale wiedział, że wymaga to dużej siły. Z bronią w dłoni wyszedł z sypialni, minął kuchnię i zajrzał do pokoju dziennego.

Morgan spał. Miał mokre włosy, a jego czoło lśniło od potu. Może naprawdę rozwijała się u niego jakaś infekcja. Errki nie przejmował się tym. Tylko zanotował fakt, bez żadnego poczucia winy. Odgryzł mu nos w odruchu obronnym. Na dodatek wcale nie prosił się o jego towarzystwo. Poszedł do miasta, bo miał makabryczny sen, który wstrząsnął nim do głębi. Próbował od niego uciec. Gdy poczuł się bezpieczny, zasnął i spał długo w pustej stodole, z workiem pod głową, więc kiedy się obudził, piekła go twarz i szyja. Potem poszedł do miasta. Musiał się przekonać, czy istnieje jeszcze świat pełen ludzi i samochodów. Na asfaltowych ulicach zrobiło się jeszcze goręcej, wszedł więc do banku, bo tam było chłodno, poza tym w oknie zauważył fotele sprawiające wrażenie wygodnych. Nie było żadnego innego powodu.

Zatrzymał się przy tapczanie, na którym leżał Morgan, i ukrył broń za plecami. Przez chwilę wyobrażał sobie, że celuje i pociąga za spust, a blond głowa na zielonej kanapie eksploduje jak melon, rozpryskując swoją zawartość we wszystkich kierunkach. I będzie po nim. Za sekundę przestanie istnieć. Tak samo jak ten stary przy kościele.

Morgan przewrócił się i jęknął cicho, a potem otworzył oczy.

– Jesteś chory – powiedział Errki.

Mężczyzna mruknął, że tak, że naprawdę jest bardzo chory. Czuł słabość rozlewającą się po całym ciele. Miał wrażenie, że tonie. Gdyby tylko mógł oddać się pod opiekę komuś, kto zająłby się nim i wziął za niego odpowiedzialność.

– Trzeba ci czegoś? – spytał Errki przyjaznym tonem.

Morgan jęknął.

– Tylko kulę w łeb, to wszystko.

Errki wyjął broń zza pleców, pochylił się i przyłożył mu lufę do głowy dokładnie między oczami.

– Szach-mat – powiedział, uśmiechając się. – I po królu.

– Co tak studiujesz? – zapytał Skarre. Wyjął z kieszeni notatnik i rzucił go na fotel stojący obok miejsca, na którym siedział Sejer.

– Ślady butów – mruknął inspektor. – Siedzę tutaj, przyglądam im się i mam dziwne wrażenie, że coś tu nie gra.

Podał fotografie Skarremu, który taktownie postanowił, że później opowie szefowi o własnych odkryciach.

– Powiedz mi, co widzisz – poprosił Sejer.

Skarre przyjrzał się zdjęciom.

– Siedem śladów podeszew, z których trzy, nie, cztery faktycznie do niczego nam się nie przydadzą. Ale pozostałe trzy są całkiem wyraźne. Widać dobrze wzór bieżnika. Rowki – stwierdził. – Albo fale. Rozmiar średniej wielkości, chyba dziewiątka, prawda?

Sejer skinął głową.

– Mów dalej.

– Jest jeszcze coś, co powinienem zauważyć?

– Tak mi się wydaje.

Skarre znów przyjrzał się fotografiom. Odłożył na bok jedną z nich, zostawiając sobie dwie pozostałe. Te same, które wybrał Sejer i w które wpatrywał się przez całą wieczność.

– Oba to ślady prawych butów – Skarre powiedział cicho. – Najprawdopodobniej butów sportowych. Zgadzam się.

– Jeden z nich jest wyraźniejszy od drugiego.

– Zgadza się.

– A tutaj – wskazał palcem – jedna z fal bieżnika ma przerwę. Wydaje mi się, że podeszwa jest pęknięta.

– Tylko, że na drugim zdjęciu niczego takiego nie ma – Sejer wpatrywał się w niego uważnie.

– Jesteś pewien, że to ten sam but? Oba to ślady prawych butów, nie?

– Ale czy na pewno są takie same?

– Nie bardzo wiem, do czego zmierzasz. Może to kamyk? Kamyk, który zaklinował się w rowku i zakłóca wzór jednej z fal.

– Kamień w podeszwie, który później wypadł? O tym myślisz? – Sejer wciąż wpatrywał się w niego.

– No właśnie. To całkiem możliwe.

– Albo podeszwa jest uszkodzona – mówił dalej Sejer. – Jeszcze coś: jeden ślad jest słabszy od drugiego. Jakby ta druga była bardziej wytarta.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał Skarre.

– Kto wie, czy nie było ich dwóch.

– Zabójców?

– Tak.

– I obaj nosili takie same sportowe buty z falistym bieżnikiem?

– Właśnie takie buty teraz się nosi. Zwłaszcza wśród młodych ludzi.

– W takim razie to raczej nie był Errki – wyrzekł powoli. – On zawsze chodzi sam.

– Skok ze spadochronem jest coraz bliżej – oznajmił wesoło Sejer. – Myślę, że powinniśmy spróbować z pięciu tysięcy stóp. Wtedy na pewno będziesz zadowolony.

Skarre czuł, jak ogarnia go fala niepokoju. Odetchnął głęboko, żeby uporządkować myśli.

– Najgorsza chwila przychodzi wtedy, kiedy otwierają drzwi – dodał Sejer. – Ryk wiatru i lodowate powietrze. Zdziwisz się, jak zimno może być na takiej wysokości.

– Coś ci pokażę – zagadał Skarre, szybko zmieniając temat.

Otworzył notatnik i wskazał palcem. Sejer czytał ze zmarszczonymi brwiami, a potem powoli skinął głową.

– Znalazłeś go?

– Zdaniem Kristoffera, Tommy wyjechał, ale mówi, że nie wie dokąd. Poszedłem pod wskazany adres, ale ojca nie zastałem. Sąsiad powiedział, że wybrał się gdzieś na weekend.

– W takim razie spróbujemy jeszcze raz w niedzielę wieczorem. Może kogoś zastaniemy. A skoro już o tym mówimy, może powinieneś wykupić jakieś ubezpieczenie na życie? Polecam Duo Insurance. Znajdę ci numer telefonu.

– Niepokoi mnie trochę, że syn wyjechał, a kiedy chcę znaleźć ojca, on też znika.

– Pewnie ma chatę w górach. Masz narty albo coś w tym rodzaju? Nie ma po co kupować kombinezonu do skoków ze spadochronem tylko na jeden raz. Ale buty są ważne. Na wszelki wypadek dokup w aptece ochraniacze na kolana.

Sejer, siedząc w fotelu, przechylił się do tylu i uśmiechnął wesoło do podwładnego.

– Wiedziałeś, że w „King's Arms" jest pięćdziesiąt różnych gatunków piwa? – odgryzł się Skarre. – Mają otwarte do drugiej w nocy, więc jak zaczniemy o ósmej wieczorem, może nam się udać posmakować większości z nich. Na wszelki wypadek zarezerwuję stolik blisko toalety.

– Ciśnienie wiatru jest tak olbrzymie, że gdybyś otworzył usta podczas spadania, nie dasz rady ich zamknąć. Wywracają się na lewą stronę i masz wtedy uśmiech jak ropucha.

– W barze powiedzieli mi, że mają Famous Grouse, twoją ulubioną whisky.

– Lepiej skup się na skoku. Ale wracając do tematu, może w całej tej sprawie nie chodzi wcale o to, co nam się wydaje. Ktoś musiał bardzo potrzebować tych pieniędzy. Jeżeli Tommy Rein się ukrywa, prawdopodobnie ma swoje powody. Może wszedł z kimś w zmowę?

– W takim razie napadliby ją wieczorem, a nie wcześnie rano. Poza tym przyjechaliby samochodem, żeby szybciej uciec – Skarre wstał. – Nie zapomnij załadować lodówki piwem. Nie znam nic lepszego na kaca.

Sejer nie usłyszał pukania. Nagle w drzwiach pojawiła się Sara z torebką w ręku. Zdążyła wpaść do domu i się przebrać. Do domu i do Gerharda, pomyślał.

Zrobiła kilka kroków naprzód i zatrzymała się przed biurkiem głównego inspektora, a on próbował ukryć zaskoczenie i emocje, które nim zawładnęły.

Sara Struel wpatrywała się w niego. Sejer wyglądał na zaskoczonego, jednak robił wszystko, żeby się opanować.

– Czym mogę pani służyć? – wyjąkał.

– Jeszcze nie wiem – powiedziała wesoło.

Zaległa kompletna cisza. Oczy jej się śmiały. Sejer odpowiedział speszonym uśmiechem, czując, że zastyga mu on na twarzy.

– Nie zapyta mnie pan, dlaczego jestem tutaj? – mówiła, nadal się uśmiechając.

Wybierasz się z Gerhardem w podróż do Izraela i potrzebujesz nowych dokumentów, a biuro paszportowe jest na pierwszym piętrze, więc pomyślałaś, że załatwisz obie sprawy naraz.

– Nie jest pan ciekawy?

Raczej przestraszony.

– W tej chwili jest pan tak samo bezradny, jak tamta ropucha – zauważyła bez cienia złośliwości. – Przyszłam tutaj, bo chciałam znów pana zobaczyć.

Za chwilę nie będę w stanie odróżnić snu od jawy.

– Zaschło mi w gardle. – Rozejrzała się po gabinecie. – Czy ma pan coś do picia?

Wstał, jak we śnie, i podał szklankę wody.

Może Gerhard ją bije, więc Sara chce od niego odejść?

– Przepraszam – powiedziała miękko. – Postawiłam pana w kłopotliwej sytuacji, ale uważam, że dobrze być szczerym.

– Tak, oczywiście – odpowiedział z powagą, jakby była świadkiem, który poinformował go o czymś tak ważnym, że natychmiast musiał zająć się sprawą.

– Wiem, że uczucia innych ludzi mogą być zupełnie odmienne. Ale przecież jesteśmy dorośli.

– Nie ma w tym nic złego.

Jednym haustem opróżnił całą szklankę wody i wlepił wzrok w podkładkę leżącą na biurku, w targany wojnami kontynent afrykański. Jakieś uczucia wzbierały także w jego wnętrzu. Czuł się łatwopalny jak beczka z benzyną. Gdyby jej dłoń – drobna iskra – zbliżyła się do niego, wznieciłaby pożar. Leżała na biurku, miękka i smukła, niedaleko jego ręki.

– Nie groziłam panu śmiercią – powiedziała, uśmiechając się łagodnie i poklepując go po dłoni.

– Śmiercią? – zapytał.

– Powiedziałam tylko, że chciałam pana znów zobaczyć. Nic więcej.

– Jesteśmy wdzięczni za każdą pomoc – wyjąkał nieskładnie. Na pewno przypomniała sobie o jakimś ważnym dla sprawy szczególe.

– W takim razie pomogę panu trochę – powiedziała, spoglądając mu głęboko w oczy. – Proszę tylko odpowiedzieć na jedno pytanie.

Skinął głową ulegle i uprzejmie, ściskając w dłoni szklankę.

– Cieszy się pan, że mnie widzi?

Główny inspektor Konrad Sejer, waga – osiemdziesiąt trzy kilogramy, wzrost – metr dziewięćdziesiąt sześć centymetrów, wstał i podszedł do okna. Przez chwilę przyglądał się rzece i łodziom. Nie sądził, że coś takiego będzie możliwe.

Mój system obronny załamuje się, pomyślał. Odsłaniam się aż po zakamarki mojej duszy. I nie mam się gdzie ukryć.

– Mam dużo czasu – mówiła łagodnie. – Zaczekam na odpowiedź.

Czy coś zacznę, jeżeli odpowiem? Weź się w garść, człowieku, pomyślał. Przecież nie przyznajesz się do zabójstwa. Wystarczy, że powiesz tak.

Powoli odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

Zgłoszenia od osób utrzymujących, że widziały Errkiego, zasypywały centralę telefoniczną komisariatu policji. Miał przebywać w czterech miejscach odległych od siebie tak bardzo, że fizyczną niemożliwością było pokonanie dzielących je dystansów w tak krótkim czasie. Młoda kobieta z wózkiem spacerowym spotkała go na drodze numer 285 i zapamiętała napis na jego koszulce. W tym samym czasie kasjerka na stacji benzynowej Shella pod Oslo stwierdziła, że coś u niej kupował. Przyszedł pieszo i tak samo odszedł. Kierowca ciężarówki przewiózł go przez szwedzką granicę w Orje.

Niestety, tylko ta ostatnia informacja dotarła do Kannicka Snellingena. Powtórzył ją Palte.

– Przed chwilą mówili w radiu, że jedzie teraz do Szwecji. Pomyśl o tym biednym kierowcy, Kannick. Gość nie ma pojęcia, kogo wiezie w kabinie!

Przerażony? Nie on. Kannick zgubił w lesie dwie strzały. Dwie strzały z włókna węglowego marki Green Eagle, z prawdziwymi piórami, po sto dwadzieścia koron sztuka. Perspektywa czekania choć chwilę dłużej była nieznośna. Musiał je odnaleźć. W lesie są zwierzęta i mogą je stratować. Albo zacznie padać, i powoli, ale systematycznie będą się zapadać w ziemię, aż wreszcie znikną. Dokładnie pamiętał miejsce, w którym stał, gdy je wystrzelił, i w myślach potrafił odtworzyć tor ich lotu poprzez korony drzew, do miejsca, w którym powinny były spaść. Kiedy tylko usłyszał o Errkim, postanowił wyruszyć na poszukiwania, ale robiło się późno, a na jego wyprawę nie wyraził zgody żaden z wychowawców. Teraz siedział w swoim pokoju i wyglądał na podwórze. Udało mu się wywołać długie i satysfakcjonujące beknięcie. W ustach poczuł smak pora i brukwi z potrawki, którą jedli na obiad. Dzisiaj nie wybierali się na pływalnię, a Margunn jak zwykle była pochłonięta papierkową robotą i podobnymi rzeczami. Łuk schowała w swoim gabinecie, w dużej metalowej szafce, gdzie trzymała tych kilka wartościowych przedmiotów, które posiadali. Karsten miał aparat fotograficzny, a Philip – scyzoryk, którego wolno mu było używać tylko w obecności kogoś dorosłego. Szafka była zamykana na klucz, który Margunn przechowywała w szufladzie swojego biurka w małym plastikowym pudelku, razem z innymi ważnymi kluczami. Wszyscy o tym wiedzieli.

Spojrzał tęsknie w stronę lasu i spostrzegł kilka wron szybujących po niebie. Zauważył też parę mew. Nie więcej niż kilometr od nich znajdowało się wysypisko śmieci, gdzie miały dość pożywienia, dlatego rosły duże i tłuste jak albatrosy. Widział też Karstena. Stał przy piecu do spalania śmieci, pochylony nad rowerem. Próbował przymocowywać koszyk bidonu do ramy. Uchwyt musiał być za luźny, bo właśnie wpychał pod niego ucięty wcześniej kawałek gumowego węża jako podkładkę. Bez przerwy ocierał pot z czoła, więc zdążył już pomazać sobie całą twarz. Inga stała obok i przyglądała się. Była najwyższa w Guttebakken, wyższa nawet niż Richard, chuda jak lalka Barbie i piękna jak madonna.

Karsten próbował się skupić, ale to nie było łatwe. A Inga, co było wyraźnie widać, miała niezły ubaw.

Plusem życia w Guttebakken jest to, że gorzej już być nie może, pomyślał Kannick. Przynajmniej nie dużo gorzej. Gdyby uciekł albo złamał jakieś zasady, wysłano by go z powrotem do domu. Czyli do Guttebakken. Nie można go było zamknąć w żadnym okropnym miejscu, bo był jeszcze za młody. Miejsc takich jak Ullersmo albo więzienie w Ila nie musiał się jeszcze obawiać. Należały do przyszłości, którą tak naprawdę się nie przejmował. Ale właśnie o niej zawsze mówili dorośli. „Kannick, co z ciebie wyrośnie?" „Na pewno nic podobnego do tego, co tu i teraz widzicie" – brzmiała odpowiedź. Ten okropny budynek i ten regulamin. Wspólny pokój z Philipem i słuchanie noc w noc jego charczenia. Mycie naczyń i odkurzanie pokoju telewizyjnego. Do tego zrzędzenie Margunn.

Podjął decyzję. Odszedł od okna i otworzył drzwi na korytarz. W oddali słyszał głos wychowawczyni i szum wody. To oznaczało, że pierze i że jest z nią Simon, który, jak zawsze, coś plecie. Musiała być na dole w pralni, czyli na pierwszym piętrze obok pryszniców. Gabinet, w którym zamknęła jego łuk, znajdował się w przeciwległej części budynku. Kannick był gruby, ale wcale nie ociężały. Wymknął się i ukradkiem zszedł zewnętrzną klatką schodową, która pełniła funkcję wyjścia ewakuacyjnego i, zgodnie z przepisami, zawsze była otwarta. Przeżyli już dwa pożary, bo Jafa uwielbiał strażackie mundury. Stopnie skrzypiały. Z największą ostrożnością Kannick rozkładał ogromną masę swojego ciała na wąskich stopniach schodów. Podszedł do drzwi gabinetu, obawiając się przez chwilę, że zamknęła je na klucz. Margunn uważała jednak, że chłopcy nie powinni nigdy całować klamki. Kannick wśliznął się do środka, obrzucił szafkę przelotnym spojrzeniem i palcem odsunął szufladę, w której znalazł pudełko z kluczami. Starał się działać szybko, nie robiąc zbyt wiele hałasu. Zdjął małą kłódkę. W środku szafki, schowana w futerale, spoczywała jego duma i radość – jego własna ciemnoczerwona centra z czarnymi ramionami. Serce waliło mu w piersi, gdy wyjmował futerał, zamykał szafkę, odkładał klucz na miejsce i wychodził z gabinetu. Zszedł do sutereny i opuścił budynek tylnymi drzwiami. Od strony dziedzińca nikt nie mógł go zauważyć. Z oddali słyszał śmiech Ingi.

Kannick znał w lesie każde drzewo. Wkrótce odnalazł ścieżkę, którą chodził już wcześniej setki razy. Jego kroki – teraz cięższe, bo nikt go nie słyszał – sprawiały, że ptaki przestawały śpiewać, jakby wyczuwając obecność uzbrojonego człowieka. Kannick wybrał drogę prowadzącą na zachód od zagrody Halldis. Nie chciał podchodzić zbyt blisko. Niepokoiła go myśl o martwej kobiecie i wiedział, że gdyby znów zobaczył jej dom, drzwi i schody, cała groza tamtych wydarzeń znów stanęłaby mu przed oczami. Poza tym strzały wylądowały gdzie indziej. A przecież chodziło mu o to, żeby je odzyskać. Gdy mu się to uda, spróbuje ustrzelić wronę lub dwie, a potem wróci do domu. Może nawet wystarczy mu czasu, żeby odłożyć łuk z powrotem na miejsce, a Margunn nie zorientuje się, że go zabrał? Nie pierwszy raz tak robił. Kannicka śmieszyli ludzie tacy, jak ona, którzy zawsze mieli jak najlepsze mniemanie o innych. Uważała, że to jej moralny obowiązek, swego rodzaju wyznanie wiary. Jak wtedy, gdy zamienił w kasetce z pieniędzmi banknot tysiąckoronowy na pięćsetkoronowy, a ona nie mogła uwierzyć, że jeden z jej podopiecznych zrobił coś takiego. Złożyła to na karb własnej omylnej pamięci, twierdząc, że w dzisiejszych czasach wszystkie banknoty wyglądają podobnie.

Mozolnie posuwał się naprzód. Mimo swej tuszy miał dobrą kondycję, ale i tak oddychał szybciej i zaczął się pocić. Zagłębiając się w las, stopniowo wchodził w świat własnej fantazji. Znajdował się w sekretnym miejscu, o którym nie wiedział nikt inny, gdzie prawie zapominał o czasie i przestrzeni, a otaczające go drzewa zmieniały kształty, stając się egzotycznym lasem z rwącą rzeką w oddali. Był Geronimo w górach Arizony. Jego zadaniem było schwytać szesnaście koni, by zdobyć rękę pięknej Alope. Zamknął oczy, otwierając je tylko na krótkie chwile, żeby się nie potknąć.

Wiatr szeptał mu na ucho: Nimo, Nimo. W łóżku ukrywał pięćset skalpów bladych twarzy. Pieścił futerał dłonią i myślał tak samo, jak wielki wódz: We wszystkim ukryta jest moc. Dotknij jej, a wtedy ona przejdzie na ciebie.

W oddali usłyszał szczekanie psa. Poza tym w lesie panowała cisza.

Загрузка...