Rozdział 3

Jechał powoli pod górę ku zagrodzie Halldis. Od ostatniej wizyty minęło sporo czasu, może nawet rok. W jego piersi jakby wirował szaleńczo wyszczerbiony kamień. Teraz, gdy był sam w samochodzie, poczuł, że cały dygocze. Co właściwie widział ten chłopiec?

Kannick upierał się, że pójdzie do Guttebakken na piechotę. posterunku do zakładu było około dwóch kilometrów. Margunn obiecała, że wyjdzie po niego. Na tyle, na ile Gurvin znał kierowniczkę, wiedział, że będzie czekała na chłopca z sokiem, słodkimi bułeczkami i opieprzem, a potem czule pogładzi go po włosach. Mniejsza o to, co powiedzą inni. Margunn dobrze wiedziała, czego chłopcu potrzeba. Kannick uspokoił się trochę i gdy wychodził, wyraz jego twarzy zdradzał większą pewność siebie.

Subaru pokonywało lesisty stok z zajadłością teriera. Wszyscy w okolicy mieli samochody z napędem na cztery kola. Przydawały się w zimie z powodu śniegu i wiosną z powodu błota. Stoki były strome i jechało się dość trudno nawet suchą, wybrukowaną drogą. Myślał o Errkim Johrmie. W szpitalu potwierdzili, że bez problemu uciekł przez otwarte okno, a potem skierował się tam, gdzie każdy go znał. Dokąd miał iść? Przecież czuł się tu jak w domu. Wyglądało na to, że Kannick nie kłamie. Jak większość ludzi, Gurvin miał się na baczności z powodu wszystkich plotek, tak samo nieprzyjemnych, jak sam Errki. Nieszczęście podążało za nim krok w krok. Był jak zły omen, który zostawiał za sobą lęk i przerażenie. Dopiero po przymusowym skierowaniu na leczenie do zakładu zamkniętego ludzie zaczęli okazywać mu trochę współczucia. Przecież biedak jest chory, mówili, lepiej, że mu tam pomogą. Chodziły pogłoski, że próbował zagłodzić się na śmierć, że znaleziono go na oddziale wycieńczonego jak jeniec wojenny. Leżał na łóżku, gapił się w sufit i monotonnie recytował: „groch, wołowina, wieprzowina, groch, wołowina, wieprzowina". I tak setki razy.

Gurvin przypomniał sobie coś, co zdarzyło się dawno temu. Wyglądał przez boczne szyby. Miał nadzieję, że Errki się nie pojawi. Był tak niesamowicie dziwny. Ponury, odpychający i zaniedbany. Zamiast oczu miał dwie wąskie szparki i nigdy nie otwierał ich szeroko, dlatego czasami zastanawiano się, czy przypadkiem nie kryje się za nimi tylko bezdenna otchłań, przez którą można zajrzeć w sam środek jego pokręconego umysłu.

Gurvinowi trudno było uwierzyć, że Halldis nie żyje. Znał ją i Thorvalda od dziecka, z tym że to ona zawsze wydawała się nieśmiertelna. Nie potrafił sobie wyobrazić tego małego gospodarstwa w górach bez nich. Ono było tam od zawsze. Kannick na pewno widział coś innego, czego nie zrozumiał, i to go przestraszyło. Może Errkiego Johrmę groźnie spoglądającego zza drzewa? Samo to wystarczyłoby, żeby przestraszyć człowieka i zrobić mu mętlik w głowie. Zwłaszcza znerwicowanego chłopca, który i bez tego miał kłopoty. Opuścił obie przednie szyby auta, lecz mimo to pocił się obficie. Już dojeżdżał na miejsce i widział szopę w gospodarstwie Halldis. Nie mieściło mu się w głowie, że kobieta w jej wieku potrafi wszędzie utrzymać porządek. Chyba nigdy nie przestawała pieścić podwórka grabiami i kosą. Potem pojawił się ogród – bujny i zielony mimo panującej suszy. We wszystkich innych miejscach trawniki dawno pożółkły. Tylko Halldis potrafiła stawić czoła siłom natury. Chyba że wbrew zakazowi podlewała trawę. Skręcił od razu, by przyjrzeć się domowi. Niski biały budynek z czerwonymi wykończeniami. Drzwi frontowe otwarte. Tu przyszedł pierwszy wstrząs: na schodach przed domem zauważył głowę i rękę. Przerażony, zahamował i zgasił silnik. Chociaż z tego miejsca widział niewiele więcej, od razu wiedział, że kobieta nie żyje. Cholera, a jednak chłopak mówił prawdę! Niechętnie otworzył drzwi samochodu. To prawda, że wszyscy zmierzali do tego samego celu drogą życia, że Halldis była starą kobietą, lecz nagle stanął sam na sam ze śmiercią.

Gurvin nie po raz pierwszy znajdował martwe ciało, ale zdążył zapomnieć, jak dziwne jest to niezgłębione uczucie samotności – samotności, która wtedy najbardziej dawała się we znaki. Być tym jedynym. Wysiadł z samochodu i zbliżał się powoli, jakby chciał odłożyć tę chwilę na później, tak długo, jak to możliwe. Spojrzał przez ramię, nie mogąc się powstrzymać. Niewiele mógł zrobić. Tylko podejść i schylić się, przyłożyć palec do gardła i potwierdzić, że rzeczywiście nie żyje. Nie miał żadnych wątpliwości. Nie pozwalał na nie kąt ułożenia głowy w odniesieniu do pobladłej ręki i rozczapierzone palce. Ale wszystko trzeba sprawdzić. Wtedy będzie mógł usiąść w samochodzie, wezwać karetkę, zwinąć sobie skręta i czekać, słuchając jakiejś muzyki w radiu. Nie było sensu sprawdzać niczego w środku. Zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, dlatego nie widział żadnego powodu, by robić cokolwiek innego. Znalazł się przy martwym ciele i nagle się zatrzymał. Coś szarego, przypominającego konsystencją mleko, płynęło po schodach. Może coś niosła i upuściła, kiedy upadła? Ostatnie metry pokonał z bijącym sercem.

To, co zobaczył, podziałało na niego jak cios obuchem w głowę. Stał i gapił się bez tchu przez kilka sekund, zanim zdołał zrozumieć, na co patrzy. Leżała na plecach z rozłożonymi nogami. W jej pulchnej twarzy tkwiła motyka, wbita głęboko w lewy oczodół. Widać było niewielką część błyszczącego ostrza. Usta miała otwarte, a proteza górnej szczęki wysunęła się, nadając nieprzyjemny grymas twarzy, którą tak dobrze znał. Zatoczył się do tyłu i z trudem chwytał powietrze. Chciał natychmiast wyciągnąć ostrze z jej twarzy, ale nie mógł. Odwrócił się na pięcie i udało mu się dojść do trawnika, zanim zawartość jego żołądka znalazła się na zewnątrz. Wymiotując, myślał o Errkim. Halldis nie żyje, a Errki krąży w pobliżu. Może był jeszcze wyżej, w lesie, ukrywał się za drzewem i obserwował go? W tej chwili Gurvinowi zabrzmiały w uszach własne słowa: „O takiej śmierci wszyscy marzymy. Przynajmniej ci z nas, którzy nie urodzili się wczoraj".

W niecałą godzinę później w zagrodzie Halldis zaroiło się od ludzi.

Główny inspektor Konrad Sejer wpatrywał się w drugie, nietknięte oko martwej kobiety. Twarz ofiary miała przebarwienia z powodu wewnętrznego krwotoku. Policjant nie zdradzał żadnych emocji. Wszedł do domu, zdziwiony panującym wszędzie porządkiem i spokojem. Zajrzał do maleńkiej kuchni, w której nic nie zwróciło jego uwagi. Przejrzał korespondencję kobiety, wybrał jeden z listów i coś zanotował. Długo stał i patrzył. Wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu.

Większość z obecnych miała jasno określone zadania. Starali się najlepiej, jak mogli, skoncentrować na swoich obowiązkach. Ale wszyscy wiedzieli, że kiedyś, trochę później, w złe dni przypomną sobie te wydarzenia. Kilku z nich nie było w stanie zabrać się od razu do roboty, odwrócili się plecami do schodów i zapalili papierosy. Później starannie pochowali zgaszone niedopałki do pudełek. Uważaj, gdzie stawiasz kroki i czego dotykasz. Zachowaj spokój, zrób miejsce dla fotografa, to jest tylko kolejna sprawa, będą inne, przecież jej nie znałeś. Inni będą się martwić. Miejmy taką nadzieję.

Gurvin stał przy studni i zaciągał się dymem papierosa. Odkąd przybyły radiowozy, palił jednego za drugim. Teraz rozglądał się dookoła i obserwował ludzi. Słyszał ich głosy: przyciszone, energiczne, poważne, niepozbawione szacunku dla niej, dla Halldis. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek myślała o sobie, jak, jego zdaniem, czyniły starsze osoby, gdy dobiegały osiemdziesiątki i kresu życia. Czy przypuszczała, że kiedyś będzie leżeć w otwartej trumnie, w ślicznej sukience, ze złożonymi dłońmi? Z dyskretnym różem na policzkach, nałożonym przez uczynną osobę, której zadaniem jest sprawić, by wyglądała możliwie najpiękniej, zanim uda się na spotkanie ze Stwórcą. Stało się jednak inaczej. Nie była piękna. Pół głowy zmiażdżył cios motyką i żaden człowiek tego nie ukryje. Zapalił kolejnego papierosa i przyłapał się na tym, że spogląda w górę, na lasy, jakby miał wrażenie, że Errki nadal obserwuje ich płonącymi oczyma. „Dlaczego?", pomyślał Gurvin. Taka stara kobieta. Czy w jakiś sposób mu zagrażała, czy też każdy, kogo spotkał, był jego wrogiem? Co takiego powiedziała mu albo zrobiła, że przeraził się i musiał ją zabić? Gurvin potrafił zrozumieć powody, dla których popełniano większość przestępstw, przynajmniej kiedy się dobrze postarał. Rozumiał szesnastoletnich chłopców, którzy snuli się wieczorami po ulicach w poszukiwaniu emocji. Spinali kable i pruli przez miasto bryką, pociągając alkohol z butelki. Szybkość. Pęd. Świadomość, że ktoś ich ściga, że ktoś wreszcie zwraca na nich uwagę. Rozumiał, że można dokonać gwałtu. Wściekłość, impotencja w obliczu płci przeciwnej, kobieta jako niepojęta tajemnica, którą mężczyzna musi odkryć. W mrocznych chwilach rozumiał nawet mężczyzn bijących kobiety. Ale tego nie mógł pojąć. Jak coś tak strasznego mogło zakiełkować i urosnąć w czyjejś głowie, rozprzestrzeniając się powoli jak trucizna? Wymazać wszelkie naturalne zahamowania i zmienić człowieka w dzikie zwierzę? Tacy ludzie później często niczego nie pamiętali. Morderstwo było jak zły sen, nigdy zupełnie realne. Nawet wtedy, gdy wbrew wszelkim oczekiwaniom odzyskiwali zdrowie. Gdy osiągali pewien poziom jasności umysłu, mówiono im: zrobiliście coś strasznego, ale wtedy byliście chorzy. Gurvin patrzył na inspektora, który nie ujawniał swych uczuć – chociaż co jakiś czas przygładzał dłonią włosy, jakby chcąc wszystko utrzymać w ryzach. W równych odstępach czasu wydawał rozkazy albo formułował pytania – wszystko z naturalnym autorytetem, który jakby emanował z jego wnętrza. Imponująco głęboki głos wydobywał się z wysokości prawie dwóch metrów. Gurvin podniósł głowę właśnie w chwili, gdy ciało Halldis zniknęło w foliowym worku na zwłoki. Został po niej tylko dom z szeroko otwartymi oknami i drzwiami. Pewnie zostanie sprzedany jakiemuś głupkowi z miasta, który marzy o posiadaniu małego gospodarstwa w lesie. Może po raz pierwszy pojawią się tu dzieci, a rodzice zainstalują huśtawkę i piaskownicę? Kolorowe plastikowe zabawki rozsypią się po trawniku. Młodzi ludzie noszący oburzająco skąpe ubrania – dobrze, że Halldis ich nie zobaczy. Wszystko będzie w porządku. Ale coś gryzło go od środka, coś, czego nie mógł zignorować.

5 lipca. Upał.

Głównego inspektora Konrada Sejera tknęło dziwne przeczucie. Odwrócił się i niespiesznym krokiem wszedł do baru w Park Hotelu. Nigdy nie chodził do barów. Zorientował się, że ostatni raz wpadł do niego przed śmiercią Elise. W środku oświetlenie było nastrojowo przyćmione, a temperatura dużo niższa niż na ulicy. Grube dywany tłumiły odgłos jego kroków, a panujący w pomieszczeniu półmrok umożliwiał szerokie otwarcie oczu.

Wewnątrz było prawie pusto, lecz przy barze siedziała samotna kobieta. Wyróżniała się po części dlatego, że była sama, a po części dlatego, że miała na sobie rzucającą się w oczy czerwoną sukienkę. Bardzo piękną, cienką, z miękkiego materiału w maki. Miała blond włosy, opadające za uszami na szyję. Widział jej profil. Szukała czegoś w torebce. Kiedy podniosła głowę i uśmiechnęła się, nie był na to przygotowany i odkłonił się sztywno. Wyglądała znajomo. Przypominała młodą policjantkę z komisariatu, której imienia nigdy nie mógł zapamiętać. Nie miała przed sobą drinka. Widocznie jeszcze nie zdążyła zamówić. A może szukała pieniędzy?

– Dzień dobry – zagadnął, kierując się ku barowi. – Ale dzisiaj gorąco. Czy mogę pani postawić drinka?

Słowa po prostu wyrwały mu się z ust. Oparł się śmiało na barze, trochę zaskoczony swoją zuchwałością. Może to z powodu ciepła? Albo wieku, który czasami mu dokuczał. Miał pięćdziesiąt lat, a stąd było już z górki ku tajemniczej ciemności.

Jednak ona skinęła głową i uśmiechnęła się. Teraz ujrzał ją z przodu. Co za piersi! Podobnie jak obojczyk – prosty i smukły, wyraźnie zarysowany pod skórą. Poczuł zakłopotanie. Przecież to nie policjantka, tylko Astrid Brenningen, recepcjonistka z Ministerstwa Sprawiedliwości. Jak mógł być takim idiotą?! Była dwadzieścia lat starsza od policjantki i z wyglądu zupełnie jej nie przypominała. Wszystko przez to przyćmione oświetlenie.

– Poproszę campari. Dziękuję. – Posłała mu przekorny uśmiech, a on zaczął gmerać w tylnej kieszeni w poszukiwaniu portfela, starając się sprawiać wrażenie, że jest opanowany. Nie spodziewał się zastać jej tu samej, bez towarzystwa. Ale, na litość boską, dlaczego Astrid nie miałaby wyjść na miasto i napić się drinka, i dlaczego on nie miałby go jej postawić? Przecież można uznać, że są kolegami. Nie rozmawiali dotąd zbyt wiele, a to dlatego, że nigdy nie miał czasu zatrzymać się i pogawędzić. Zawsze dokądś pędził, żeby zrobić coś ważnego, i nie miał czasu na plotki w holu. Poza tym nigdy nie flirtował. Nie miał pojęcia, co go napadło.

Z wdziękiem popijała campari i uśmiechała się w dziwnie znajomy sposób. Poczuł ukłucie w karku i musiał przytrzymać się baru, żeby nie upaść. Nogi się pod nim ugięły, a serce załomotało gwałtownie. To nie była Astrid Brenningen. To była jego Elise!

Zaczął się pocić. Nie miał pojęcia, jak to możliwe, że siedzi tutaj, tuż obok, po tylu latach, uśmiechając się, jakby nic się nie wydarzyło.

– Co u ciebie? – wyjąkał, ścierając pot z brwi grzbietem dłoni. W tej chwili zauważył własną rękę. Znowu o mało nie zemdlał. Nie miał koszuli! Stał przy barze w Park Hotelu z nagim torsem! Rozpaczliwie przewrócił się na bok i podciągnął kołdrę. Otworzył oczy i przez chwilę zdezorientowany mrugał oczami, broniąc się przed światłem. Jego pies, Kollberg, siedział obok łóżka i gapił się na niego. Była szósta rano.

Duże oczy Kollberga błyszczały jak wypolerowane kasztany. Teraz zwierzę pochyliło głowę ku niemu w ujmujący sposób. Ciężki ogon poruszył się dwukrotnie z optymizmem. Sejer spróbował wziąć się w garść po tym, co mu się przyśniło.

– Zaczynasz siwieć – powiedział szorstko, patrząc na psi pysk, gdzie sierść nabrała tego samego odcienia, co jego włosy.

– Zostań dzisiaj w domu. Pilnuj.

Słowa zabrzmiały bardziej surowo, niż chciał, jakby ukrywając zakłopotanie wywołane snem. Wygramolił się z łóżka. Obrażony Kollberg zaskomlał i osunął się ciężko na podłogę. Rzucił panu urażone spojrzenie. Sejera zawsze zdumiewało to rozdzierające serce spojrzenie i to, jak zwierzę ważące sześćdziesiąt kilogramów, z mózgiem wielkości klopsika może wywołać w nim takie uczucia.

Przygnębiony, stał pod prysznicem dłużej niż zwykle. Odwrócił się plecami do drzwi, by podkreślić, kto tu rządzi.

Nie znosił upałów. O wiele bardziej wolał pochmurną i bezwietrzną pogodę, czternaście, piętnaście stopni w sierpniu albo we wrześniu, z przyjemnymi ciemnymi wieczorami i nocami.

Tego rana nie spieszył się. Uważnie przeczytał gazetę, od początku do końca. Morderstwo w Finnemarce znalazło się na pierwszej stronie. Informację o nim podano też w radiu na samym początku wiadomości. Tą tragedią będzie żył przez kilka następnych tygodni. Jedząc śniadanie, słuchał wywiadu z posterunkowym Gurvinem. Potem wyprowadził psa na spacer. Następnie uchylił okno w kuchni, spuścił okiennice i sprawdził, czy zapasowy klucz jest na swoim miejscu w dzbanie za drzwiami. Poprosi sąsiada, żeby wyszedł z psem, na wypadek gdyby coś zatrzymało go na dłużej poza domem.

Zanim ruszył w drogę do pracy, była ósma. Nie zdążył się uspokoić po śnie. Jakaś dłoń chwyciła go za serce i ściskała je. Nadal bolało. Elise odeszła. Nie – więcej niż odeszła, już w ogóle nie istniała. A on tu był, już dziewiąty rok wlókł się samotnie przez życie. Nogi niosły go przed siebie, miarowo i spokojnie. Mył się i ubierał, jadł i pracował, nawet mu to służyło. Przeważnie czuł się dobrze. Czy takie stwierdzenie to przesada? Uczucie bezsilności pojawiało się tylko co jakiś czas, tak jak tego ranka. Albo kiedy siadywał samotnie wieczorami i słuchał muzyki. Muzyki, którą lubiła, której słuchali razem. Eartha Kitt. Billie Holiday.

Ulicą płynął nieprzerwany potok ludzi w letnich ubraniach. Był piątek. Przed nimi długi weekend i marzenia o tym, co z sobą przyniesie, to biło ze wszystkich twarzy. Sejer nie miał żadnych planów. Na urlop wybierał się dopiero w połowie sierpnia, a w letnie miesiące bywało zwykle spokojnie, chyba że zrobi się tak gorąco, że ludzie zaczną szaleć. Na razie upał trwał trzy tygodnie, a o godzinie 8.13 rano termometr na dachu domu towarowego wskazywał już dwadzieścia sześć stopni.

Ponieważ komenda główna była położona poza centrum miasta, poczuł się trochę jak ryba płynąca pod prąd, unikając pieszych na zatłoczonej ulicy. Miał wrażenie, że wszyscy poza nim zdążają w przeciwną stronę, kierując się do biur i sklepów położonych wokół rynku. Spojrzał na bezchmurne niebo. Jaskrawa, pastelowa barwa sprawiła, że zmrużył oczy. Za cienką warstwą światła ziała monstrualna, zimna ciemność. Dlaczego akurat teraz musiał o tym pomyśleć?

Szybkim spojrzeniem obrzucał twarze w tłumie. Przez ułamek sekundy krzyżował z nimi wzrok. Wszyscy robili to samo: patrzyli na niego przez chwilę, a potem spuszczali wzrok. Widzieli wysokiego, żylastego, siwego mężczyznę z długimi nogami. Zapytani, pewnie odpowiedzieliby, że piastuje wysokie stanowisko. Przystojny, nie wyróżniał się strojem. Spodnie w kolorze khaki, niebieskawo-popielata koszula i wąski granatowy krawat z drobnymi czerwonymi kropkami.

W jednej dłoni niósł ciemną skórzaną aktówkę z mosiężnym zamkiem i z inicjałami K. S. Pasowała do czarnych butów wyglansowanych na wysoki połysk. Spod srebrzących się włosów spoglądały dociekliwe i niebywale ciemne oczy. Jednak niczego więcej nie dało się zauważyć z zewnątrz. Przyszedł na świat w pięknej Danii, a jego narodziny były trudnym przeżyciem, zarówno dla niego, jak i dla jego matki. Nawet dzisiaj, po pięćdziesięciu latach, miał małe wgłębienie przy linii włosów – ślad po porodzie kleszczowym. Często drapał się w to miejsce, jakby sprowokowany mglistym wspomnieniem. Osoby mijające go na ulicy nie wiedziały, że ma egzemę i że pod świeżo wyprasowaną koszulą kryje się kilka płatów łuskowatej skóry. Albo że jego ciałem co jakiś czas wstrząsa niepokój, który przychodzi i odchodzi. W głębi jego prywatnego wszechświata istniał słaby punkt. Nigdy nie otrząsnął się z żalu z powodu utraty Elise. Uczucie to stawało się coraz silniejsze, aż nagle implodowało, tworząc czarną dziurę, która co jakiś czas wsysała go.

Ponownie skoncentrował się na tłumie ludzi idących w przeciwną stronę. Wśród wszystkich jasnych, przewiewnych, letnich ubrań, wyróżniała się jedna sylwetka. Mężczyzna, musiał mieć chyba niewiele ponad dwadzieścia lat, przemieszczał się szybkim krokiem w pobliżu ścian budynków. Mimo upału miał na sobie ciężkie ubranie – ciemne spodnie i czarny sweter. Na nogach nosił brązowe, skórzane sznurowane buty, a także – co najdziwniejsze w lipcowym upale – długi, prążkowany szalik, kilka razy owinięty luźno wokół szyi. Lecz to nie strój najbardziej wyróżniał go spośród ludzi na zatłoczonej ulicy. Mężczyzna ani razu nie podniósł głowy. Szybki, zdecydowany krok i oczy wbite w chodnik zmuszały wszystkich innych do odsuwania się na bok. Sejer spostrzegł go, kiedy dzieliło ich zaledwie piętnaście albo dwadzieścia metrów. Nerwowość i dziwny wyraz twarzy wzbudziły podejrzenia inspektora. Mijając Fokus Bank, usłyszał delikatne elektroniczne kliknięcie, po którym poznał, że placówka właśnie została otwarta. Szal mógł pełnić funkcję kaptura, który mężczyzna jednym ruchem zarzuci sobie na głowę, pozostawiając tylko szczelinę na oczy. Miał też torbę na ramię, co więcej, torba była otwarta, a mężczyzna chował w niej prawą rękę. Lewą trzymał w kieszeni. Nie było widać, czy ma rękawiczki.

Sejer nie zatrzymywał się. W przeciągu paru sekund mężczyzna zbliżył się do niego na kilka kroków. Wiedziony nagłym impulsem inspektor podszedł bliżej ściany i ze wzrokiem utkwionym w chodniku zaczął naśladować sposób poruszania się mężczyzny. Chciał się przekonać, czy odsunie się na bok, czy też się zderzą. Był trochę rozbawiony tym kaprysem i przyszło mu do głowy, że być może za długo pracuje w policji. Jednocześnie w zachowaniu mężczyzny zauważył coś, co go zaniepokoiło. Przyspieszył i bardziej wyczuł, niż zobaczył, majaczącą przed nim ciemną postać. Tak jak przeczuwał, nie zderzyli się. W ostatniej chwili mężczyzna zmienił kierunek, zszedł na bok i ominął go. Nie był więc zupełnie pogrążony we myślach. Uważał. Być może szedł w ten sposób, by nikt nie zapamiętał jego twarzy. Ale Sejer ją zapamiętał. Szeroka, pełna, z okrągłym podbródkiem, okolona kędzierzawymi blond włosami. Proste brwi. Krótki, szeroki nos.

Mężczyzna minął Sejera, wrócił na swoją ścieżkę przy ścianie i przyspieszył kroku. Inspektor zmrużył oczy, by lepiej widzieć, i poczuł na grzbiecie ciarki, gdy tamten zniknął w bramie wiodącej do Fokus Banku. Nie minęło więcej niż trzydzieści sekund, odkąd usłyszał kliknięcie zamka. W myślach analizował rozkład wnętrza banku, który prowadził jego rachunek oszczędnościowy. Pamiętał, że klienci przez szklane drzwi wchodzili do wąskiego korytarza, który skręcał w lewo. To oznaczało, że wnętrza nie było widać z ulicy. Okienka kasjerów znajdowały się po lewej stronie, lada z formularzami wpłat i różnymi innymi – tuż obok wyjścia, a po prawej stało kilka krzeseł dla klientów. Za kontuarem były miejsca dla kasjerów – maksymalnie pięciu, jeżeli w banku panował ruch. Ale teraz najprawdopodobniej był tylko jeden. Po zakończeniu transakcji klient mógł wyjść drzwiami wprost na rynek. Rabuś mógłby, na przykład, zaparkować tam samochód, zostawić klucz w stacyjce i obejść budynek, dostać się do środka przez szklane drzwi, a potem obrabować bank i zniknąć w kilka sekund. Nie można było zaparkować samochodu na ulicy, nie zwracając na siebie uwagi. Lecz od strony rynku bank miał dla swych klientów cztery miejsca parkingowe z parkometrami.

Sejer stał i patrzył. Nie mógł opanować zaniepokojenia. Z rezygnacją wzruszył ramionami i zdecydowanym krokiem zawrócił. Przecież nie musi nikomu o tym mówić. Otworzył drzwi, z trudem przecisnął się przez wąski korytarz i wyszedł obok kas. Stali tam dwaj klienci. Mężczyzna z torbą i młoda dziewczyna. Pracownica banku właśnie włożyła okulary i pochyliła się nad klawiaturą komputera. Mężczyzna stał odwrócony plecami do wejścia, wypełniając jakiś druczek. Nie podniósł głowy, gdy wszedł Sejer. Sprawiał wrażenie, że się spieszy.

Zdezorientowany Sejer rozejrzał się dookoła. Dla zachowania pozorów, wziął z gabloty na ścianie broszurę o funduszach emerytalnych, a potem wyszedł. „Kiedyś trzeba sobie powiedzieć – dosyć" – upomniał się surowo. Poza tym był już o kilka minut spóźniony, a nie miał w zwyczaju przychodzić do pracy, jako ostatni. Wrócił na zatłoczoną ulicę i szybkim krokiem ruszył ku komendzie głównej. Minął sklep jubilerski z reklamą informującą o wyprzedaży, kwiaciarnię Brunnera i Pino Pino, gdzie Elise zwykle kupowała swoje ubrania. Również tamtą czerwoną sukienkę. Kilka minut później dostrzegł najwyższe piętra budynku komisariatu i w tej samej chwili usłyszał strzał. Padł w pewnej odległości od niego, ale mimo to był całkiem wyraźny. Potem ktoś zaczął krzyczeć.

Загрузка...