15


Fjällbacka 1944

— Czy ten Norweg wiedział coś o Axelu?

Erik nie ukrywał podniecenia. Zebrali się w czwórkę tam gdzie zwykle, na Rabekullen, wznoszącym się za cmentarzem. Wszyscy byli ciekawi, co powie Elsy, bo wiadomość, że Elof przywiózł ze sobą członka norweskiego ruchu oporu, który uciekł przed Niemcami, rozeszła się lotem błyskawicy. Elsy potrząsnęła głową.

— Nie, ojciec pytał, czy coś słyszał o Axelu, ale powiedział, że nie.

Erik, zawiedziony, patrzył w ziemię. Rozgrzebywał butem kępkę porostów.

— Może nie znał nazwiska, ale gdyby mu opisać Axela, może by coś wiedział — odezwał się nagle i w jego oczach błysnęła nadzieja.

Gdyby chociaż było wiadomo, czy Axel żyje. Wczoraj matka po raz pierwszy powiedziała głośno coś, czego wszyscy się obawiali. Po raz pierwszy od dawna rozpłakała się rozdzierająco i powiedziała, że w niedzielę trzeba w kościele zapalić świeczkę za Axela, bo on już na pewno nie żyje. Ojciec się rozgniewał i ją zganił, ale widać było, że on też nie wierzy, że Axel żyje.

— Masz rację, chodźmy z nim porozmawiać — powiedziała z zapałem Britta.

Wstała i otrzepała spódnicę. Przesunęła dłonią po włosach, poprawiając warkocze, co natychmiast wywołało złośliwy komentarz:

— Domyślam się, że stroszysz piórka z troski o Erika. Nie wiedziałem, że uganiasz się za Norwegami. Mało ci Szwedów?

Frans się zaśmiał, a Britta zaczerwieniła się ze złości.

— Cicho, nie bądź śmieszny, Frans. Chodzi mi o Erika. I chciałabym się czegoś dowiedzieć o Axelu. Poza tym nie zaszkodzi wyglądać przyzwoicie.

— W takim razie musisz się jeszcze mocno postarać. Jeśli chcesz wyglądać przyzwoicie — odparł grubiańsko Frans i pociągnął ją za spódnicę.

Britta zaczerwieniła się jeszcze mocniej, jakby miała się zaraz rozpłakać. Elsy powiedziała ostro:

— Siedź cicho, Frans. Za dużo sobie pozwalasz!

Frans spojrzał na nią ponuro i zbladł jak ściana. Zerwał się i pobiegł przed siebie.

Erik siedział na ziemi, grzebiąc palcami między kamieniami. Nie patrząc na Elsy, powiedział cicho:

— Uważaj, co do niego mówisz. Jemu coś jest… Aż się gotuje w środku. Czuję to.

Elsy nie wiedziała, o co mu chodzi, ale uzmysłowiła sobie, że ma rację. Znała Fransa od dzieciństwa i rzeczywiście ostatnio działo się z nim coś niepokojącego.

— No wiesz, śmieszny jesteś — parsknęła Britta. — Z Fransem wszystko w porządku. Trochę się… droczyliśmy, i tyle.

— Jesteś zaślepiona, bo się w nim kochasz — stwierdził Erik.

Britta uderzyła go w ramię.

— Au! O co ci chodzi? — Erik złapał się za ramię.

— O to, że głupstwa gadasz. To jak? Chcesz iść pogadać z tym Norwegiem o swoim bracie czy nie?

Britta ruszyła przed siebie, a Erik spojrzał na Elsy.

— Był u siebie, gdy wychodziłam z domu. Chyba nic się nie stanie, jeśli zamienimy z nim kilka słów.

Chwilę później delikatnie zapukała do drzwi sutereny. Hans otworzył i zmieszał się, widząc stojącą pod drzwiami grupkę.

— Hej? — odezwał się pytająco.

Elsy spojrzała na kolegów. Kątem oka zobaczyła zbliżającego się Fransa. Był już spokojniejszy, ręce wsunął w kieszenie spodni.

— Moglibyśmy na chwilę wejść? Porozmawiać?

— Oczywiście — odparł, odsuwając się od drzwi.

Wchodząc, Britta mrugnęła do niego kokieteryjnie. Chłopcy podali sobie ręce.

W pokoju było niewiele mebli. Britta i Elsy usiadły na jedynych krzesłach, Hans na zasłanym łóżku, a Frans i Erik na podłodze.

— Chodzi o mojego brata — powiedział Erik, spoglądając na Hansa niepewnie. W jego spojrzeniu czaiła się maleńka iskierka nadziei. — Od początku wojny pomagał twoim rodakom. Pływał kutrem ojca Elsy, tym samym, którym przypłynąłeś, i woził dla was różne rzeczy. Rok temu Niemcy złapali go w porcie w Kristiansand i… — Erik zamrugał oczami. — Od tamtej pory nie mamy o nim żadnych wiadomości.

— Pytał mnie o niego ojciec Elsy — Hans mówił, patrząc Erikowi w oczy. — Niestety nie słyszałem o żadnym Szwedzie, który by się tak nazywał i został złapany w Kristiansand. Ale jest nas wielu i niemało Szwedów nam pomaga.

— A może byś go rozpoznał, gdybyś go zobaczył? — nalegał Erik.

— Mało prawdopodobne, ale powiedz, jak wygląda.

Erik opisał brata, jak umiał. Nie miał z tym problemu, bo chociaż Axela nie było już rok, wciąż miał go przed oczami. Jednocześnie nie umiał wymienić żadnej cechy odróżniającej brata od innych chłopców w tym wieku.

Hans słuchał uważnie i zdecydowanie potrząsnął głową.

— Niestety, nie zetknąłem się z nim. Bardzo mi przykro.

Erik się zgarbił, koledzy milczeli. Odezwał się Frans:

— Opowiedz o swoich przygodach na wojnie. Na pewno przeżyłeś wiele ciekawych rzeczy! — Oczy mu zalśniły.

— Nie ma o czym mówić — odparł niechętnie Hans, ale włączyła się Britta.

Nie odrywała od niego wzroku. Zaczęła prosić, żeby coś opowiedział. Hans się wzbraniał, ale w końcu uległ i zaczął opowiadać o życiu w okupowanej Norwegii. O panoszących się Niemcach, cierpieniach ludności i oporze wobec okupantów. Słuchali z otwartymi ustami. To było fascynujące. Widzieli wprawdzie smutek w jego oczach i domyślali się, że musiał być świadkiem wielu strasznych rzeczy, ale nie dało się zaprzeczyć, że było to bardzo podniecające.

— Jesteś bardzo odważny — powiedziała Britta, czerwieniąc się. — Większość chłopców nigdy by się nie odważyła na coś takiego. Tylko tacy jak Axel i ty mają odwagę bić się o swoje ideały.

— Chcesz powiedzieć, że my nie mamy odwagi? — warknął Frans. Był wściekły, zwłaszcza że Britta patrzyła na Norwega z podziwem, którym zazwyczaj jego darzyła. — My też jesteśmy odważni, a jak będziemy mieli tyle lat co Axel i… właśnie, ile masz lat? — spytał Hansa.

— Niedawno skończyłem siedemnaście — odparł Hans.

Zrobiło mu się nieswojo od tego zainteresowania. Poszukał wzroku Elsy. Słuchała w milczeniu. Od razu odczytała sygnał.

— Myślę, że powinniśmy dać Hansowi odpocząć, ma dość — powiedziała miękko, patrząc na przyjaciół.

Podnieśli się niechętnie i pożegnali. Elsy wychodziła ostatnia. W drzwiach odwróciła się.

— Dziękuję — powiedział Hans z bladym uśmiechem. — Chociaż było bardzo miło i możecie do mnie wpadać. Tylko że akurat teraz jestem trochę…

Uśmiechnęła się.

— Rozumiem. Przyjdziemy innym razem i oprowadzimy cię po naszej miejscowości. Odpoczywaj sobie.

Zamknęła drzwi, mając Hansa przed oczami.



Erika jednak nie poszła do biblioteki, jak sądził Patrik. Miała wprawdzie taki zamiar, ale gdy parkowała przed biblioteką, przyszła jej do głowy pewna myśl. Przecież jest osoba, która bardzo długo przyjaźniła się z jej matką, nie tylko sześćdziesiąt lat temu. Właściwie jedyna przyjaciółka matki, jaką Erika pamiętała z okresu dzieciństwa. Dlaczego nie pomyślała o niej wcześniej? Ale do tego stopnia utożsamiała Kristinę z rolą teściowej, że zapomniała, że kiedyś była również przyjaciółką jej matki.

Włączyła silnik i ruszyła do Tanumshede, do Kristiny, z pierwszą niezapowiedzianą wizytą. Zerknęła na komórkę. Może jednak lepiej ją uprzedzić? Potem pomyślała: jeszcze czego! Jeśli Kristina może do nich wpadać niezapowiedziana, kiedy jej się podoba, jej też wolno.

Kiedy dotarła na miejsce, wciąż była zdenerwowana, więc żeby zrobić teściowej na złość, szybko nacisnęła dzwonek, po czym natychmiast weszła.

— Halo! — zawołała.

— Kto tam? — odezwała się z kuchni Kristina i zaniepokojona wyszła do przedpokoju. — Erika? — zdziwiła się. — Przyszłaś mnie odwiedzić? Nie zabrałaś Mai? — Rozejrzała się za wnuczką.

— Nie, została w domu z Patrikiem — odparła Erika.

Zdjęła buty i porządnie odstawiła je na półkę.

— Proszę, wejdź — powiedziała Kristina, nie przestając się dziwić. — Nastawię kawę.

Erika poszła za nią do kuchni. Przyglądała się teściowej ze zdziwieniem. Nie poznawała jej. Zawsze widywała ją nienagannie ubraną i umalowaną. Zawsze tryskała energią, bez przerwy coś mówiła albo robiła. Teraz była zupełnie inna. Dochodziło południe, a ona była zupełnie nieumalowana i miała na sobie starą, spraną koszulę nocną. Widać było zmarszczki, przez co wyglądała znacznie starzej. Nie uczesała się, włosy miała wygniecione od poduszki.

— Ale ja wyglądam! — powiedziała Kristina, jakby słyszała myśli Eriki, i poprawiła włosy. — Człowiekowi nie chce się szykować, jeśli nie musi nigdzie iść ani nie ma nic do roboty.

— Zawsze sprawiasz wrażenie, jakbyś miała mnóstwo obowiązków — powiedziała Erika, siadając przy stole.

Kristina bez słowa postawiła na stole dwie filiżanki i położyła paczkę herbatników.

— Przejście na emeryturę, jeśli się pracowało całe życie, nie jest łatwe — powiedziała w końcu i nalała kawy. — Wszyscy mają swoje sprawy. W zasadzie mogłabym robić mnóstwo różnych rzeczy, ale jakoś nie mogę się zabrać…

Unikając wzroku Eriki, sięgnęła po herbatnika.

— To dlaczego zawsze nam mówiłaś, że masz tyle obowiązków?

— Wiesz co, wy, młodzi, macie swoje życie. Nie chciałam, żebyście się poczuli zmuszeni mną zajmować. Nie chcę być dla was ciężarem. Przecież czuję, że nie zawsze jestem u was mile widziana. Więc pomyślałam, że najlepiej będzie… — Urwała. Erika patrzyła na nią z coraz większym zdumieniem. Kristina podniosła wzrok i mówiła dalej: — Szczerze mówiąc, żyję tylko dla tych chwil spędzanych u was, chwil z Mają. Lotta ma swoje sprawy w Göteborgu, trudno jej się wyrwać do mnie. A ja nie jeżdżę do nich, bo u nich tak ciasno. Poza tym, jak już mówiłam, czuję, że nie zawsze jestem mile widzianym gościem…

Znów odwróciła wzrok. Erika się zawstydziła.

— Wiem, że mam w tym swój udział, przyznaję — powiedziała cicho. — Ale zapewniam cię, że zawsze jesteś mile widziana. Tak pięknie się bawisz z Mają. Nam chodzi tylko o poszanowanie naszej prywatności. To nasz dom, w którym ty zawsze jesteś mile widzianym gościem. Będziemy wdzięczni, a właściwie ja będę wdzięczna, jeśli zawsze najpierw zadzwonisz i upewnisz się, że nam to odpowiada, jeśli nie będziesz wchodzić, nie czekając, aż otworzymy i, na miłość boską, nie będziesz nas pouczać, jak dbać o dom i dziecko. Jeśli możesz uszanować te zasady, zawsze będziesz upragnionym gościem. A Patrik na pewno będzie zachwycony, jeśli teraz, kiedy jest na urlopie ojcowskim, od czasu do czasu go odciążysz.

— Domyślam się. — Kristina zaśmiała się całą twarzą. — Jak mu idzie?

— Na początku nie za bardzo — odparła Erika i opowiedziała, jak zabrał ze sobą Maję na miejsce zbrodni i do komisariatu. — Ale wydaje mi się, że już się dogadaliśmy.

— Ach, ci mężczyźni — powiedziała Kristina. — Pamiętam, jak Lars po raz pierwszy został sam w domu z Lottą. Miała coś koło roku, a ja po raz pierwszy wyszłam sama po zakupy. Minęło może dwadzieścia minut, jak podszedł do mnie kierownik sklepu i powiedział, że muszę wracać do domu, bo dzwonił Lars, że sytuacja jest podbramkowa. Zostawiłam zakupy i pognałam do domu. Sytuacja rzeczywiście była podbramkowa.

— Co się stało? — Erika zrobiła wielkie oczy.

— Tylko posłuchaj. Moje podpaski wziął za jej pieluszki. I chciał jej założyć, ale w żaden sposób nie potrafił. Wchodzę do domu, patrzę, a on stoi i owija dziecko taśmą izolacyjną.

— Niemożliwe!

Erika zaczęła się śmiać razem z Kristiną.

— Z czasem się nauczył. Lars był dobrym ojcem, gdy dzieci były małe, nie da się zaprzeczyć. Ale wtedy były inne czasy.

— Skoro już mowa o innych czasach… — Erika skorzystała z okazji i zmieniła temat. Chciała porozmawiać o tym, z czym przyszła. — Próbuję dowiedzieć się czegoś o swojej mamie, czasach, kiedy dorastała, i tak dalej. Znalazłam na strychu kilka rzeczy, między innymi jej pamiętnik i… cóż, zaczęłam się nad tym zastanawiać.

— Pamiętnik? — Kristina zapatrzyła się na Erikę. — Co w nim jest? — spytała ostro.

Erika ze zdziwieniem spojrzała na teściową.

— Nic szczególnego. Takie tam rozważania nastolatki. Sporo natomiast o jej przyjaciołach z tamtych lat, o Eriku Franklu, Britcie Johansson i Fransie Ringholmie. Dwoje z nich zostało zamordowanych w odstępie dwóch miesięcy. Może to przypadek, ale to trochę dziwne.

— Britta nie żyje? — spytała Kristina z niedowierzaniem.

— Nie wiedziałaś? Poczta pantoflowa nie przyniosła tej wiadomości? Dwa dni temu znalazła ją córka i wszystko wskazuje na to, że została uduszona. Jej mąż przyznał się do zabójstwa.

— Więc i Erik, i Britta nie żyją? — powtórzyła Kristina. W głowie jej się kotłowało.

— Znałaś ich? — zainteresowała się Erika.

— Nie. — Kristina zdecydowanie potrząsnęła głową. — Tylko ze słyszenia, z opowiadań Elsy.

— A co mówiła? — Erika była bardzo ciekawa. — Właśnie dlatego przyszłam. Tyle lat się z mamą przyjaźniłyście, więc pomyślałam, że jesteś jedyną osobą, która jeszcze cokolwiek o niej wie. Co ci mówiła o tamtych latach? Dlaczego w 1944 roku nagle przestała pisać pamiętnik? Może jest więcej zeszytów? Nie mówiła ci? W ostatnim zeszycie zanotowała, że zamieszkał u nich członek norweskiego ruchu oporu, niejaki Hans Olavsen. Znalazłam wycinek z gazety, z którego wynika, że wszyscy czworo się z nim spotykali. Co się z nim stało? — Strzelała pytaniami tak szybko, że sama za nimi nie nadążała.

Kristina słuchała w milczeniu, z nieprzeniknioną twarzą.

— Eriko, nie mogę ci powiedzieć — odezwała się cicho. — Nie mogę. Mogę ci tylko powiedzieć, co się stało z Hansem Olavsenem. Elsy mi mówiła, że jak tylko wojna się skończyła, zniknął, wrócił do Norwegii. Nigdy więcej go nie widziała.

— Czy oni byli… — Erika zawahała się, nie wiedziała, jak to powiedzieć. — Czy ona go kochała?

Kristina długo milczała. Przebierała palcami po ceracie, ważąc słowa. W końcu spojrzała Erice w oczy.

— Tak — powiedziała. — Kochała go.


Jaki ładny dzień. Dawno nie myślał o tym, że bywają dni ładniejsze od innych. Takie właśnie jak dziś: ni to lato, ni jesień. Ciepły, lekki wiatr i słońce, które straciło już letnią ostrość i zaczęło nabierać żaru jesieni. Bardzo ładny dzień.

Stanął w wykuszu, splótł ręce na plecach i wyjrzał przez okno. Nie widział jednak ani drzew na końcu posesji, ani wybujałej trawy więdnącej z nastaniem jesieni. Widział przed sobą Brittę. Jasną i piękną. Wtedy, podczas wojny, uważał ją za dziewczynkę. Koleżankę Erika, ładną, dość próżną dziewczynę. Nie interesowała go. Była za młoda, a on był zbyt zajęty swoimi sprawami. Istniała gdzieś na obrzeżach jego świata.

Teraz myślał o niej. Takiej, z jaką się spotkał przed kilkoma dniami. Sześćdziesiąt lat później. Nadal piękna i trochę próżna. Ale czas zmienił ją w kogoś innego. Axel był ciekaw, czy on też się tak zmienił. Może tak, może nie. Może lata spędzone w niemieckich obozach zmieniły go na zawsze. Był świadkiem strasznych nieszczęść, takich, których nie da się ani zapomnieć, ani wynagrodzić.

Miał przed oczami inne twarze: twarze poszukiwanych, których pomógł schwytać. Nie w wyniku szaleńczych pościgów, lecz dzięki metodycznej pracy, dyscyplinie i dobrej organizacji. Dzięki temu, że siedząc we własnym biurze, niezmordowanie podążał śladami, na które trafiał w dokumentach sprzed pięćdziesięciu lat. Kwestionował dowody tożsamości, analizował transakcje na kontach bankowych, śledził trasy podróży i ewentualne miejsca schronienia. Wyłapywali ich jednego po drugim. Pilnowali, żeby zostali ukarani za zbrodnie popełnione w coraz bardziej odległej przeszłości. Wiedział, że nie udało im się złapać wszystkich. Zostało jeszcze wielu, ale jest ich coraz mniej. Umierają. Nie w więzieniu, potępieni, lecz spokojnie, ze starości. Nie muszą się tłumaczyć ze swoich czynów. I to popychało go do działania, sprawiało, że ciągle szukał, ścigał, jeździł ze spotkania na spotkanie, z archiwum do archiwum. Nie spocznie, dopóki będzie choć jeden, którego mógłby pomóc schwytać.

Axel patrzył przez okno niewidzącym wzrokiem. Zdawał sobie sprawę, że to obsesja. Praca pochłonęła go całkowicie, stając się liną ratunkową, której w chwilach zwątpienia mógł się chwycić. Dopóki ścigał, nie musiał wątpić we własne jestestwo. Jak długo służy dobru, spłaca dług. Tylko w ten sposób mógł zmyć z siebie to wszystko, o czym nie był nawet w stanie myśleć.

Odwrócił się, słysząc dzwonek. Przez chwilę nie mógł się oderwać od obrazów przesuwających mu się pod powiekami. Musiał zamrugać oczami, żeby je odpędzić.

— A, to wy — powiedział na widok Pauli i Martina.

Ogarnęło go zmęczenie. To się chyba nigdy nie skończy.

— Chcielibyśmy chwilę z panem porozmawiać — uprzejmie powiedział Martin.

— Ależ oczywiście, proszę — odparł Axel i zaprowadził ich na werandę, tam gdzie poprzednim razem. — Macie jakieś wieści? Nawiasem mówiąc, słyszałem, co się stało z Brittą. Straszne. Dopiero co się z nimi spotkałem, dosłownie parę dni temu. Po prostu nie mogę uwierzyć, że on… — Potrząsnął głową.

— Rzeczywiście, to tragedia — odezwała się Paula. — Ale nie chcemy wyciągać pochopnych wniosków.

— Ale Herman się przyznał, prawda? — spytał Axel.

— Niby tak… — Martin przeciągał słowa. — Ale dopóki nie można go przesłuchać… — Rozłożył ręce. — Właśnie o tym chcemy z panem porozmawiać.

— Naturalnie, chociaż nie wiem, w czym mógłbym pomóc.

— Sprawdziliśmy billingi Johanssonów. Pański numer pojawia się tam trzykrotnie.

— Mogę opowiedzieć o jednej rozmowie. Herman zadzwonił do mnie parę dni temu. Prosił, żebym odwiedził Brittę. Byłem trochę zaskoczony, bo od bardzo wielu lat nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Okazało się, że zachorowała na alzheimera i, jak zrozumiałem, Herman chciał, żeby się spotkała z kimś z dawnych czasów, a nuż to pomoże.

— I dlatego pan tam poszedł? — Paula obserwowała go uważnie. — Bo Britta chciała się spotkać ze znajomym z młodości?

— W każdym razie tak powiedział Herman. Nie byliśmy wprawdzie bliskimi znajomymi, była raczej koleżanką mojego brata, ale pomyślałem, że co mi szkodzi. W moim wieku zawsze miło powspominać stare dzieje.

— I co się działo, kiedy pan u nich był?

Martin pochylił się do przodu.

— Przez jakiś czas miała jasny umysł, gawędziliśmy o dawnych czasach. Potem zupełnie się rozkojarzyła. Nie było sensu, żebym tam siedział. Przeprosiłem i wyszedłem. Bardzo to smutne, okrutna choroba.

— A telefony na początku czerwca? — Martin zajrzał do notatek. — Najpierw od was, drugiego czerwca, potem od Johanssonów do was, trzeciego czerwca, i znów od nich do was, czwartego.

Axel potrząsnął głową.

— Nic mi o tym nie wiadomo. Widocznie rozmawiali z Erikiem. Przypuszczam, że o tym samym. Jeśli Britta chciała wracać do dawnych czasów, bardziej by jej się przydał Erik. Przyjaźnili się, jak już mówiłem.

— Ale pierwszy był telefon od was — upierał się Martin. — Czy wie pan, dlaczego Erik do nich telefonował?

— Mówiłem już. Mieszkaliśmy wprawdzie z bratem pod jednym dachem, ale żaden z nas się nie wtrącał w sprawy drugiego. Nie mam pojęcia, dlaczego Erik się kontaktował z Brittą. Może też chciał odnowić znajomość. Z wiekiem człowiek dziwaczeje i na przykład to, co się wydarzyło dawno, wydaje się całkiem świeże, a do tego bardzo ważne.

Axel zdał sobie sprawę z prawdziwości tych słów w chwili, gdy skończył je wypowiadać. Przed oczami stanęli mu ludzie goniący go z szyderczym śmiechem. Ścisnął poręcz fotela. Nie powinni go dopaść, to nieodpowiednia chwila.

— A więc uważa pan, że chciał się po prostu z nimi spotkać, przez wzgląd na starą przyjaźń? — spytał Martin z powątpiewaniem.

— Nie mam pojęcia. — Axel puścił poręcze. — Ale to chyba najprostsze wyjaśnienie.

Martin i Paula wymienili spojrzenia. Więcej nie uzyskają. Martin miał nieodparte wrażenie, że to tylko zapowiedź czegoś znacznie ważniejszego.

Kiedy wyszli, Axel znów podszedł do okna. Znów stanęły mu przed oczami twarze z przeszłości.


Cześć, jak ci poszło w bibliotece?

Patrik rozjaśnił się, widząc wchodzącą Erikę.

— E… nie pojechałam do biblioteki — powiedziała Erika z dziwną miną.

— A dokąd? — zdziwił się.

Maja drzemała po obiedzie, a on sprzątał w kuchni.

— Do Kristiny — odparła krótko, wchodząc do kuchni.

— Do jakiej Kristiny? Do mojej mamy? — spytał zaskoczony. — Po co? Daj, sprawdzę, czy ty przypadkiem nie masz gorączki.

Podszedł i przyłożył jej rękę do czoła. Erika się odsunęła.

— Daj spokój, nie ma w tym nic dziwnego. Przecież to… jednak moja teściowa, więc zawsze mogę ją odwiedzić. Tak bez umawiania się.

— A jakże — powiedział Patrik ze śmiechem. — No mów, czego od niej chciałaś.

Erika opowiedziała, jak stojąc przed biblioteką, zdała sobie sprawę, że jest ktoś, kto znał jej matkę, kiedy była młoda. Opowiedziała również o dziwnej reakcji Kristiny i o tym, że powiedziała, że matka miała romans z Norwegiem, który uciekł przed Niemcami.

— Więcej nie chciała powiedzieć. — W jej głosie słychać było bezradność. — A może nie wie. Nie mam pojęcia. W każdym razie Hans Olavsen opuścił mamę. Wyjechał z Fjällbacki. Powiedziała Kristinie, że wrócił do Norwegii.

— Co zamierzasz z tym zrobić? — spytał Patrik, wstawiając do lodówki resztki z obiadu.

— Rzecz jasna spróbuję go odnaleźć — odparła Erika, idąc do salonu. — Poza tym uważam, że trzeba zaprosić Kristinę na niedzielę, żeby mogła się pobawić z Mają.

— Teraz już mam pewność, że masz gorączkę, i to wysoką — zaśmiał się Patrik. — Proszę bardzo. Zadzwonię do mamy i spytam, czy w niedzielę miałaby ochotę wpaść na kawę. Zobaczymy, czy będzie mogła. Przecież zawsze jest taka zajęta.

— Taaa… — powiedziała dziwnym tonem Erika.

Patrik potrząsnął głową. Kobiety. Człowiek nigdy ich nie zrozumie. Ale może na tym to wszystko polega.

— A to co? — zawołała Erika z salonu.

Patrik poszedł zobaczyć, o co jej chodzi. Wskazała na leżącą na stole teczkę. W tym momencie Patrik pomyślał, że chętnie kopnąłby się w tyłek. Że też jej nie schował, zanim Erika wróciła. Znał swoją żonę na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że teraz na pewno nie ukryje przed nią, co jest w teczce.

— To materiały ze śledztwa w sprawie zamordowania Erika Frankla — odparł i pogroził jej palcem. — Nie wolno ci pisnąć słowa o tym, co przeczytasz. Okej?!

— Dobrze, dobrze — powiedziała z roztargnieniem, machając ręką, jakby odganiała natrętną muchę.

Usiadła na kanapie i zaczęła przeglądać dokumenty i zdjęcia. Zajęło jej to godzinę. Potem zaczęła od początku. Patrik zaglądał do niej kilka razy, zagadywał. Potem dał spokój i usiadł nad gazetą, której do tej pory nie zdążył przeczytać.

— Dużo dowodów to wy nie macie — powiedziała Erika, przesuwając palcem po sprawozdaniu techników.

— Rzeczywiście, kiepsko z tym — odparł Patrik, odkładając gazetę. — Nie znaleźli w bibliotece innych odcisków palców niż Erika, Axela i chłopaków, którzy znaleźli zwłoki. Nic nie zginęło, a ślady butów zostawiły te same osoby. Narzędzie zbrodni leżało pod biurkiem, czyli można powiedzieć, że na miejscu.

— Innymi słowy, nie było to zabójstwo z premedytacją, lecz w afekcie — powiedziała w zamyśleniu Erika.

— Chyba że ten ktoś wcześniej wiedział, że na oknie stoi popiersie. — Patrika uderzyła nagle myśl, która przyszła mu do głowy już kilka dni temu. — Słuchaj, którego czerwca poszłaś do Erika Frankla z tym medalem?

— Bo co? — spytała Erika. Nadal wydawała się nieobecna.

— Sam nie wiem. Może to bez znaczenia, ale dobrze wiedzieć.

— To było w przeddzień wycieczki z Mają do Nordens Ark[21] — powiedziała Erika, nie odrywając się od zawartości teczki. — Nie było to przypadkiem trzeciego? W takim razie u Erika byłam drugiego.

— Czy wtedy mówił ci coś o medalu?

— Powiedziałabym ci zaraz po powrocie — zauważyła. — Przekazał mi tylko, że zanim mi cokolwiek powie, chciałby go obejrzeć dokładniej.

— Czyli nadal nie wiesz, co to za medal?

— Nie wiem — przyznała po zastanowieniu. — Ale powinnam coś z tym zrobić. Jutro się dowiem, do kogo się zwrócić.

Znów pochyliła się nad teczką. Przyglądała się zdjęciom z miejsca zbrodni. Podniosła zdjęcie leżące na wierzchu i zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć.

— Cholera, nic nie… — mruknęła, po czym wstała i poszła na piętro.

— Co? — spytał, ale nie odpowiedziała.

Po chwili zeszła ze szkłem powiększającym w ręce.

— Czy ja wiem… Może to nic takiego, ale… Wygląda, jakby na notesie leżącym na biurku coś było nabazgrane. Ale nie widzę dobrze…

Pochyliła się nad zdjęciem. Szkło powiększające trzymała nad białą plamką.

— Wydaje mi się, że… — Znów zmrużyła oczy. — Chyba Ignoto militi.

— A co to znaczy? — spytał Patrik.

— Nie wiem. Zgaduję, że ma to coś wspólnego z wojskiem. Ale to pewnie nic ważnego. Takie sobie bazgroły — powiedziała. Była zawiedziona.

— Wiesz, rozmawiałem dziś z Martinem, kiedy mi przywiózł teczkę. — Patrik opuścił gazetę i przechylił głowę na bok. — W zamian poprosił mnie o przysługę. — Nie wspomniał, że sam zaofiarował pomoc, bo po co? Chrząknął i mówił dalej: — Poprosił, żebym sprawdził pewnego człowieka z Göteborga, któremu Erik Frankel od pięćdziesięciu lat regularnie co miesiąc przelewał na konto pewną sumę.

— Od pięćdziesięciu lat? — Erika zmarszczyła brwi. — Płacił komuś przez pięćdziesiąt lat? O co chodziło? Jakiś szantaż? — Nie potrafiła ukryć zaciekawienia.

— Nie wiadomo. W każdym razie Martin spytał, czy mógłbym to sprawdzić.

— Oczywiście, jadę z tobą — oznajmiła z zapałem.

Patrik spojrzał na żonę. Niezupełnie takiej reakcji się spodziewał.

— E, może… — jąkał się, szukając powodu, by nie zabierać jej ze sobą. Ale sprawdzenie operacji na koncie to w końcu rutynowa sprawa, nie powinno być problemu. — No dobrze, jedź ze mną. Wstąpimy potem do Lotty, żeby Maja mogła się spotkać z kuzynami.

– Świetnie — odparła Erika. Lubiła siostrę Patrika. — Mam nadzieję, że w Göteborgu znajdę kogoś, kogo będę mogła spytać o medal.

— Na pewno znajdziesz. Poszukaj, posprawdzaj po południu.

Wrócił do gazety. Trzeba korzystać z okazji, póki Maja śpi.

Erika znów wzięła do ręki szkło powiększające. Chciała się jeszcze raz przyjrzeć zdjęciu notatnika Erika. Ignoto militi. Coś jej to mówiło.


Tym razem potrzebował tylko około pół godziny, żeby zapamiętać kroki.

— Dobrze, Bertil — powiedziała z uznaniem Rita i uścisnęła mu rękę. — Czuję, że zaczynasz łapać rytm.

— Zawsze dobrze mi szło w tańcu — skromnie przyznał Mellberg.

— Coś podobnego — mrugnęła do niego. — Słyszałam, że byłeś na kawie u Johanny. — Uśmiechnęła się, podnosząc na niego wzrok.

Była to kolejna rzecz, która go w niej ujęła. Nie był szczególnie postawny, ale przy jej niewielkiej postaci czuł się, jakby miał metr dziewięćdziesiąt.

— Tak się złożyło, że przechodziłem koło waszego domu… — tłumaczył się. — Akurat przechodziła Johanna i zaprosiła mnie na kawę.

— Aha, tak się złożyło — zaśmiała się Rita, kołysząc się w rytm salsy. — Szkoda, że mnie wtedy nie było. Johanna powiedziała, że bardzo miło się wam rozmawiało.

— To bardzo miła dziewczyna — powiedział Mellberg, przypominając sobie, jakie wrażenie zrobiło na nim kopnięcie małej stópki. — Naprawdę miła dziewczyna.

— Nie było im łatwo — westchnęła. — Z początku ja też nie mogłam się przyzwyczaić. Ale coś przeczuwałam, jeszcze zanim Paula przyprowadziła Johannę do domu, żeby mi ją przedstawić. Są ze sobą od prawie dziesięciu lat i szczerze mówiąc, nie chciałabym, żeby Paula była z kimś innym. Idealnie do siebie pasują. Płeć nie gra roli.

— Nie było im łatwiej w Sztokholmie? Mam na myśli reakcje otoczenia — ostrożnie spytał Mellberg i w tym samym momencie zaklął pod nosem, bo nadepnął Ricie na stopę. — Wydaje mi się, że tam to jest częste. Oglądając telewizję, człowiek ma wrażenie, że w Sztokholmie co drugi człowiek ma takie skłonności.

— Tu się z tobą nie zgodzę — zaśmiała się Rita. — Oczywiście, miałyśmy pewne obawy, gdy się tu przeprowadzałyśmy. Ale muszę powiedzieć, że jestem mile zaskoczona. Jak dotąd dziewczyny nie miały z tego powodu żadnych problemów. Chociaż kto wie, może ludzie jeszcze się nie zorientowali. Poczekamy, zobaczymy. Zresztą co miałyby zrobić? Nie żyć? Nie przeprowadzać się tam, gdzie chcą mieszkać? Czasem trzeba się odważyć ruszyć w nieznane.

Nagle posmutniała. Patrzyła w dal, ponad jego ramieniem. Mellberg pomyślał, że chyba ją rozumie.

— Trudno było zdobyć się na ucieczkę? — spytał ostrożnie i ku swemu wielkiemu zdziwieniu zdał sobie sprawę, że naprawdę chce wiedzieć.

Zazwyczaj unikał zadawania drażliwych pytań albo zadawał je po to, żeby spełnić czyjeś oczekiwania. Chociaż tak naprawdę nic go to nie obchodziło. Tym razem naprawdę chciał wiedzieć.

— I trudno, i łatwo — odparła, a Mellberg wyczytał z jej ciemnych oczu, że widziały rzeczy, których nawet nie umiałby sobie wyobrazić. — Łatwo opuścić taki kraj, jakim się stał, ale trudno, gdy pomyślę o tym, jaki był kiedyś.

Zgubiła rytm i stanęła w miejscu. Dłonie wciąż trzymała w dłoniach Mellberga. Po chwili w jej oczach pojawił się błysk, uwolniła dłonie i zaklaskała.

— Pora na kolejny krok, mianowicie obrót. Bertil, pomożesz mi pokazywać.

Ujęła jego ręce i powoli pokazała, co powinien zrobić, żeby ją obrócić. Nie było to łatwe. Myliły mu się ręce i nogi, ale Rita pokazywała tak długo, aż on i wszyscy pozostali zrozumieli, o co chodzi.

— Będzie dobrze — powiedziała, patrząc na niego.

Mellberg nie był pewien, czy chodzi o taniec, czy o coś jeszcze. Miał nadzieję, że o coś jeszcze.


Na dworze zaczęło się ściemniać. Prześcieradła na szpitalnym łóżku szeleściły przy najmniejszym poruszeniu, dlatego starał się leżeć bez ruchu. Potrzebna mu była całkowita cisza. Nie miał wpływu na dźwięki dochodzące z zewnątrz, odgłosy rozmów, kroków czy brzęk odstawianych tac. Tu, za drzwiami pokoju, mógł jednak zadbać o jak największy spokój, by nie zakłócił go nawet szelest prześcieradeł.

Spojrzał w okno. Na dworze robiło się coraz ciemniej i coraz wyraźniej widział w szybie własne odbicie. Nasunęła mu się refleksja, że ta postać na łóżku musi wyglądać wyjątkowo żałośnie. Drobny, bezbarwny starowina w szpitalnej koszuli, z przerzedzonymi włosami i pooranymi policzkami. Zupełnie jakby całe swoje znaczenie zawdzięczał Britcie. Tak był postrzegany i zawdzięczał to poczuciu godności, które ona mu dała. Nadała sens jego życiu. A teraz on jest winien jej śmierci.

Przyszły córki. Dotykały go, obejmowały, patrzyły niespokojnie, mówiły z niepokojem i troską. Nie potrafił się zdobyć na to, żeby na nie spojrzeć. Bał się, że dostrzegą w jego oczach winę, zobaczą, do czego doprowadził.

Od bardzo dawna nosili z Brittą tę tajemnicę. Dzielili ją, ukrywali i pokutowali. A przynajmniej tak mu się zdawało. Ale gdy Britta zachorowała i bariery zaczęły pękać, zdał sobie sprawę, że nie da się niczego odpokutować, że los prędzej czy później ich dopadnie. Nie da się przed nim schować ani uciec. Naiwnie wierzyli, że wystarczy żyć godnie, być dobrymi ludźmi, kochać swoje dzieci i wychować je na ludzi, którzy potrafią przekazać miłość dalej. W końcu wmówili sobie, że stworzone przez nich dobro przeważyło nad złem, które wyrządzili.

Zabił Brittę. Że też one tego nie rozumieją. Widział, że chcą z nim rozmawiać, wypytać, chcą, żeby rozwiał ich wątpliwości. Oby potrafiły się pogodzić z tym, że jest, jak jest.

Zabił Brittę. Nic mu nie zostało.


Domyślasz się, kim jest ten człowiek i dlaczego Erik przez tyle lat posyłał mu pieniądze? — spytała Erika, gdy dojeżdżali do Göteborga.

Maja siedziała grzecznie w foteliku. Z domu wyruszyli około wpół do dziewiątej, więc gdy wjeżdżali do miasta, dochodziła dopiero dziesiąta.

— Nie, masz przed sobą wszystko, co wiemy. — Patrik wskazał głową kartkę w plastikowej koszulce leżącą na jej kolanach.

— Wilhelm Fridén, Vasagatan 38, Göteborg. Urodzony trzeciego października 1924 roku — przeczytała głośno.

— Wczoraj rozmawiałem w przelocie z Martinem. Nie znalazł nic na jego temat, żadnych związków z Fjällbacką, żadnej kryminalnej przeszłości. Zupełnie nic. A tak w ogóle o której umówiłaś się z tym gościem od medalu?

— O dwunastej, w jego antykwariacie — odparła, dotykając kieszeni, do której włożyła zawinięty w miękką szmatkę medal.

— Poczekacie z Mają w samochodzie czy pójdziecie na spacer, gdy będę rozmawiał z Fridénem? — spytał Patrik, wjeżdżając na parking przy Vasagatan.

– Że co? — oburzyła się. — Oczywiście, że pójdę z tobą.

— Przecież nie możesz… A Maja? — nieporadnie tłumaczył Patrik, choć już wiedział, dokąd go ta dyskusja zaprowadzi i na czym stanie.

— Jeśli ty mogłeś ją zabrać na miejsce zbrodni i do komisariatu, to może iść z nami do dziadka, któremu stuknęła osiemdziesiątka — stwierdziła Erika tonem, który nie pozostawiał złudzeń: koniec dyskusji.

— Okej — westchnął Patrik. Wiedział, że został pokonany.

Weszli na trzecie piętro kamienicy z początków poprzedniego wieku i zadzwonili do drzwi. Otworzył mężczyzna około sześćdziesiątki. Spojrzał na nich pytającym wzrokiem.

— Słucham. Państwo w jakiej sprawie?

Patrik pokazał odznakę policyjną.

— Patrik Hedström, jestem z policji w Tanumshede. Mam kilka pytań do pana Wilhelma Fridéna.

— Kto przyszedł? — Z głębi mieszkania dobiegł słaby kobiecy głos. Mężczyzna odwrócił się i odkrzyknął: — Jakiś policjant pyta o tatę! — Po czym zwrócił się do Patrika: — Nie mam pojęcia, dlaczego policja interesuje się ojcem, ale proszę wejść.

Odsunął się, wpuścił go do środka i ze zdziwieniem uniósł brwi, gdy za nim weszła Erika z Mają na ręku.

— Widzę, że do policji przyjmują coraz młodsze roczniki — zauważył z rozbawieniem.

Patrik uśmiechnął się z zażenowaniem.

— To moja żona, Erika Falck, i nasza córeczka Maja. One… to znaczy moja żona jest osobiście zainteresowana sprawą, która jest przedmiotem naszego dochodzenia, i… — Urwał. Nie da się logicznie uzasadnić, dlaczego policjant zabiera na przesłuchanie żonę i roczne dziecko.

— Przepraszam, nie przedstawiłem się. Göran Fridén. Jestem synem Wilhelma, o którego pan pyta.

Patrik przyjrzał mu się: mężczyzna średniego wzrostu, o siwych, lekko kręconych włosach i niebieskich, przyjaźnie patrzących oczach.

— Zastałem pańskiego ojca? — spytał Patrik, idąc za nim przez długi przedpokój.

— Niestety, za późno na pytania. Ojciec umarł dwa tygodnie temu.

— Ach tak — powiedział zaskoczony Patrik.

Nie spodziewał się tego. Był pewien, że mimo podeszłego wieku Fridén żyje, skoro w ewidencji ludności nie figuruje jako zmarły. Zapewne dlatego, że umarł niedawno. Wiadomo, że musi minąć trochę czasu, nim dane trafią do ewidencji. Był zawiedziony. Intuicja podpowiadała mu, że to ważny trop. Czyżby miał się urwać?

— Jeśli pan chce, możecie porozmawiać z moją matką — powiedział Göran, wskazując drzwi do salonu. — Nie wiem, co to za sprawa, ale jeśli nam państwo opowiedzą, może będzie umiała pomóc.

Z kanapy podniosła się drobna, krucha, siwowłosa staruszka. Na swój sposób ładna. Podeszła do nich z wyciągniętą dłonią.

— Märta Fridén. — Przyjrzała im się z ciekawością i uśmiechnęła się szeroko na widok Mai. — Witaj, skarbie! Jak ma na imię?

— Maja — odparła z dumą Erika. Od razu poczuła do niej sympatię.

— Cześć, Maju — powiedziała Märta i pogłaskała Maję po policzku.

Maja była zachwycona, że zwracają na nią uwagę, ale natychmiast zaczęła wierzgać, bo w rogu kanapy zobaczyła starą lalkę.

— Nie, Maju — powiedziała surowo Erika, przytrzymując córkę.

— Niech jej pani pozwoli obejrzeć lalkę. — Märta niedbale machnęła ręką. — Nie ma tu nic, czego nie mogłaby dotknąć. Od śmierci Wilhelma coraz wyraźniej zdaję sobie sprawę, że niczego nie zabierzemy do grobu. — Posmutniała.

Syn podszedł i objął ją.

— Usiądź, mamo. Zrobię gościom kawę. Przez ten czas będziecie mogli spokojnie porozmawiać.

Märta patrzyła za nim, gdy szedł do kuchni.

— Dobry z niego chłopak — powiedziała. — Staram się nie być dla niego ciężarem. Dzieci powinny żyć własnym życiem. On chwilami jest aż za dobry, żeby mu to miało wyjść na zdrowie. Wilhelm był z niego bardzo dumny.

Na chwilę zatopiła się we wspomnieniach. Po chwili zwróciła się do Patrika:

— Więc o czym policja chciała mówić z moim mężem?

Patrik chrząknął. Czuł, że wkracza na cienki lód. Może wyciągnie na światło dzienne rzeczy, o których ta sympatyczna stara dama wolałaby nie wiedzieć. Nie miał jednak wyboru. Nieśmiało zaczął opowiadać.

— Prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa popełnionego we Fjällbace, niedaleko stąd, na północy. Pracuję w komisariacie policji w Tanumshede, a Fjällbacka podlega dystryktowi policji Tanum — tłumaczył.

— Morderstwo, mówi pan. Niesłychane — powiedziała Märta, marszcząc czoło.

— Tak. Zamordowany nazywał się Erik Frankel.

Patrik zrobił przerwę. Czekał na jej reakcję, ale na ile mógł to ocenić, nic jej nie mówiło to nazwisko. Potwierdziła to.

— Erik Frankel? Nic mi to nie mówi. Jaki to ma związek z Wilhelmem?

Z ciekawości aż pochyliła się do przodu.

— Otóż wspomniany Erik Frankel — Patrik zawahał się — przez niemal pięćdziesiąt lat co miesiąc przelewał pieniądze na konto Wilhelma Fridéna. Pani męża. Z oczywistych względów zastanawiamy się, z jakiego powodu to robił i co ich łączyło.

— Wilhelm otrzymywał pieniądze od… od Erika Frankla, zamieszkałego we Fjällbace? — Märta była szczerze zdumiona.

Göran wszedł do pokoju z tacą z filiżankami i spojrzał na nich z zaciekawieniem.

— O co chodzi? — spytał.

— Pan policjant mówi, że zamordowany mężczyzna nazwiskiem Erik Frankel co miesiąc przez pięćdziesiąt lat wpłacał pieniądze na konto twojego ojca.

— Co ty mówisz? — zdumiał się Göran, siadając na kanapie obok matki. — Ojca? Dlaczego?

— Tego właśnie nie wiemy — powiedział Patrik. — Mieliśmy nadzieję, że sam nam to powie.

— Lala — powiedziała z zachwytem Maja, podnosząc lalkę, żeby ją pokazać Märcie.

— Tak, lala. — Märta uśmiechnęła się do Mai. — Bawiłam się nią, gdy byłam mała.

Maja przytuliła lalkę do piersi. Märta nie mogła się na nią napatrzeć.

— Urocze dziecko — powiedziała.

Erika przytaknęła z zapałem.

— Jakie to były kwoty? — spytał Göran, nie odrywając wzroku od Patrika.

— Nic wielkiego. W ostatnich latach dwa tysiące koron miesięcznie. Suma z czasem rosła, jak się zdaje, w miarę utraty wartości pieniądza. Czyli jej wartość była stała.

— Ale dlaczego tata nigdy nam o tym nie powiedział? — spytał Göran, patrząc na matkę.

Powoli potrząsnęła głową.

— Nie mam pojęcia, mój kochany. Ale myśmy nigdy nie rozmawiali o pieniądzach. To była jego sprawa. Moją był dom. Taki był zwyczaj w naszym pokoleniu. Taki mieliśmy podział obowiązków. Gdyby nie Göran, teraz w ogóle bym sobie nie poradziła z tymi wszystkimi rachunkami, ratami i tak dalej.

Położyła dłoń na ręce syna, a on odwzajemnił uścisk.

— Mamo, wiesz, że z przyjemnością ci pomagam.

— Czy moglibyśmy obejrzeć dokumenty dotyczące państwa finansów? — spytał Patrik.

Był zmartwiony. Miał nadzieję, że dowie się czegoś o tych dziwnych wpłatach. Tymczasem chyba zabrnął w ślepą uliczkę.

— Nie trzymamy żadnych dokumentów w domu, wszystko jest u adwokata — powiedział przepraszającym tonem Göran. — Ale mogę go poprosić o przesłanie kopii.

— Będę zobowiązany.

Patrik poczuł, że znów wstępuje w niego nadzieja. Może jednak uda się zbadać sprawę do końca.

— Przepraszam, zapomniałem podać kawę.

Göran zerwał się z kanapy.

— I tak mieliśmy już wychodzić — powiedział Patrik, patrząc na zegarek. — Proszę nie robić sobie kłopotu.

— Przykro mi, że nie mogliśmy pomóc.

Märta przechyliła na bok głowę, uśmiechając się lekko do Patrika.

— Trudno. Proszę przyjąć moje kondolencje — powiedział. — Mam nadzieję, że nie sprawiłem państwu przykrości, wypytując tak niedługo po… Niestety nie wiedzieliśmy…

— Nic nie szkodzi. — Märta zbyła go machnięciem ręki. — Znałam mojego Wilhelma na wylot. A co do tych wpłat, zapewniam, że nie mogło chodzić o nic sprzecznego z prawem albo nieetycznego. Więc proszę pytać, ile chcecie. Jak powiedział Göran, postaramy się, żebyście dostali te papiery. Przykro mi tylko, że nie mogłam pomóc.

Wyszli do przedpokoju, Maja z lalką mocno przytuloną do piersi.

— Córeczko, teraz trzeba oddać lalę.

Wiedząc, co z pewnością nastąpi, Erika przygotowała się do zdecydowanych działań.

— Proszę jej pozwolić zatrzymać lalkę — powiedziała Märta i pogłaskała Maję po główce. — Mówiłam już: do grobu jej nie zabiorę. Poza tym jestem za stara, żeby się bawić lalkami.

— Na pewno? — upewniła się Erika. — Z taką lalką wiąże się na pewno mnóstwo wspomnień…

— Wspomnienia tkwią tu. — Märta dotknęła czoła. — Nie w przedmiotach. Nic mnie tak nie ucieszy jak świadomość, że ktoś będzie się bawić Gretą. Musiało jej się okropnie nudzić na kanapie u starej baby.

— Dziękuję. Bardzo pani dziękuję.

Erika wzruszyła się i musiała mocno mrugać powiekami, żeby powstrzymać łzy.

— Nie ma za co.

Märta jeszcze raz pogłaskała Maję po głowie i razem z synem odprowadziła ich do drzwi.

Zanim drzwi się zatrzasnęły, Erika i Patrik zdążyli jeszcze zobaczyć, jak Göran czule obejmuje matkę i całuje ją w siwą głowę.


Martin niespokojnie kręcił się po mieszkaniu. Pia poszła do pracy, był sam w domu i nie mógł przestać myśleć o sprawie. Przejmował się śledztwem, zwłaszcza że Patrik był na urlopie i wcale nie miał pewności, czy da sobie radę. Uważał, że okazał słabość, prosząc Patrika o pomoc, ale bardzo polegał na jego opinii. Dużo bardziej niż na własnej. Czasem się zastanawiał, czy kiedykolwiek nabierze pewności co do tego, co robi jako policjant. Te same wątpliwości miał jeszcze w czasach szkoły policyjnej. Czy się nadaje? Czy potrafi być dobrym policjantem?

Chodził po mieszkaniu i rozmyślał. Zdawał sobie sprawę, że stanął przed największym wyzwaniem w życiu. Czuł się przez to jeszcze mniej pewnie. Czy podoła? A jeśli nie? Jeśli nie będzie umiał wesprzeć Pii? Jeśli nie dorósł do roli ojca? Jeśli, jeśli… Myśli krążyły coraz szybciej i w końcu Martin doszedł do wniosku, że musi coś zrobić, żeby nie zwariować. Złapał kurtkę, wsiadł do samochodu i pojechał na południe. Sam nie wiedział, dokąd jedzie, ale zbliżając się do Grebbestad, poczuł, że mu się rozjaśnia w głowie. Od wczoraj nie dawał mu spokoju telefon z domu Johanssonów do Fransa Ringholma. Prowadząc oba śledztwa, wciąż natrafiali na te same osoby. Czuł, że te dwie na pozór równoległe sprawy w rzeczywistości się krzyżują. Dlaczego Herman lub Britta dzwonili w czerwcu do Fransa? Przed śmiercią Erika. W billingach odnotowano tylko jedną rozmowę, czwartego czerwca. Dość krótką. Martin zapamiętał, że trwała dwie minuty i trzydzieści sekund. W jakiej sprawie dzwonili? Czy rzeczywiście wyjaśnienie było takie proste, jak powiedział Axel? Że choroba Britty skłoniła ją do odnowienia starych znajomości? Z osobami, z którymi nie utrzymywała żadnego kontaktu od sześćdziesięciu lat? Ludzki umysł potrafi płatać dziwne figle, ale… Nie, jest coś między wierszami, coś, co ciągle mu umyka. Postanowił, że nie spocznie, dopóki się nie dowie, co to takiego.

Ringholm właśnie wychodził, gdy Martin stanął przed jego drzwiami.

— Czym mogę służyć tym razem? — spytał uprzejmie.

— Mam jeszcze kilka pytań.

— Właśnie wybieram się na spacer, jak co dzień. Jeśli chce pan ze mną porozmawiać, może mi pan towarzyszyć. Pory spaceru nie zmienię dla nikogo, bo dzięki temu trzymam formę.

Ruszył w kierunku zatoki. Martin za nim.

— Nie przeszkadza panu, że zobaczą pana w towarzystwie policjanta? — spytał Martin z ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem.

— Wie pan co, tak często miałem w życiu do czynienia z gliniarzami, że zdążyłem się przyzwyczaić — odparł wesoło. — A więc o co chodzi? — spytał już poważnie.

Martin musiał truchtać, żeby za nim nadążyć. Stary utrzymywał niezłe tempo.

— Nie wiem, czy pan wie, że we Fjällbace doszło do kolejnego morderstwa.

Ringholm na sekundę zwolnił, potem znów przyśpieszył.

— Nie, nie słyszałem. Kto to?

— Britta Johansson.

Martin patrzył na niego uważnie.

— Britta? — Frans odwrócił głowę w jego stronę. — Kto to zrobił?

— Jej mąż mówi, że to on ją zabił. Ale ja mam wątpliwości…

Frans drgnął.

— Herman? Ale dlaczego? Nie wierzę…

— Znał pan Hermana? — spytał Martin.

Usiłował nie zdradzić, jak ważna jest dla niego odpowiedź na to pytanie.

— Za dużo powiedziane — odparł Ringholm — Spotkałem go tylko raz. Zadzwonił do mnie w czerwcu. Powiedział, że Britta jest chora i chce się ze mną spotkać.

— Nie wydało się to panu dziwne? Nie spotykaliście się przez sześćdziesiąt lat. — Martin nie krył niedowierzania.

— Oczywiście, że wydało mi się dziwne. Ale Herman tłumaczył, że zachorowała na alzheimera, a wtedy podobno człowiek cofa się do wydarzeń i osób, które były ważne w jego życiu. Znaliśmy się w dzieciństwie i wczesnej młodości, spotykaliśmy się we czwórkę.

— A ta czwórka to…

— Ja, Britta, Erik i Elsy Moström.

— Z tej grupki dwie osoby zostały zamordowane w odstępie dwóch miesięcy — zauważył Martin, sapiąc lekko od truchtu. — Nie sądzi pan, że to szczególny zbieg okoliczności?

Ringholm zapatrzył się w horyzont.

— Człowiek w moim wieku widział wystarczająco dużo zbiegów okoliczności, żeby wiedzieć, że wcale nie są takie rzadkie. Poza tym powiedział pan, że do zabójstwa przyznał się jej mąż. Czy w związku z tym uważacie, że zabił również Erika?

Spojrzał na Martina.

— Na razie nic nie uważamy. Ale człowiek zaczyna się zastanawiać, gdy w krótkim czasie zostają zamordowane dwie z czterech osób.

— Moim zdaniem nie ma w tym nic dziwnego. Zbieg okoliczności. Przypadek. Zrządzenie losu.

— Bardzo filozoficzna uwaga jak na człowieka, który większą część życia spędził w więzieniu. Czy to również był przypadek lub zrządzenie losu? — spytał uszczypliwie Martin i natychmiast samokrytycznie pomyślał, że osobiste poglądy powinien odłożyć na bok. Z trudem ukrywał odrazę. Widział, jak poglądy polityczne Ringholma i jemu podobnych działają na Paulę.

— Ani przypadek, ani zrządzenie losu. Byłem już dorosły i zdolny do samodzielnego podejmowania decyzji, gdy wkraczałem na tę drogę. Oczywiście teraz, mądry po szkodzie, mogę powiedzieć, że tego czy tamtego nie powinienem był robić… Albo powinienem pójść inną drogą. Albo jeszcze inną… — Przystanął i zwrócił się do Martina: — Ale ta mądrość nie jest nam dana, gdy jest potrzebna, prawda? — powiedział i znów ruszył naprzód. — Mądrość po szkodzie. Dokonałem takich, a nie innych wyborów. Żyłem tak, nie inaczej. I zapłaciłem za to.

— A pańskie poglądy? Sam je pan wybrał?

Martin był naprawdę ciekaw. Nie potrafił zrozumieć ludzi odrzucających część ludzkości. Nie rozumiał, co nimi kieruje. Budzili w nim odrazę, a z drugiej strony zaciekawienie. Był to ten rodzaj ciekawości, z jaką dziecko usiłuje rozebrać radio na części, żeby sprawdzić, jak działa.

Ringholm długo milczał. Zastanawiał się, bo poważnie potraktował jego pytanie.

— Poglądów nie zmieniłem. Widzę błędy w funkcjonowaniu państwa i interpretuję je po swojemu. Uważam za swój obowiązek je naprawiać.

— Ale dlaczego oskarżacie całe grupy etniczne i narody…

Martin potrząsnął głową. Nie mógł pojąć takiego sposobu rozumowania.

— Popełnia pan błąd, postrzegając ludzi jako jednostki — odparł Ringholm sucho. — Człowiek nigdy nie był jednostką. Zawsze był częścią grupy, zbiorowości. Od stuleci grupy ścierały się ze sobą, walczyły o miejsce w hierarchii, w porządku świata. Można oczywiście życzyć sobie, żeby tak nie było. Ale tak jest. I choćbym nie stosował przemocy, żeby zabezpieczyć swoje miejsce na ziemi, to mnie ostatecznie przypadnie zwycięstwo w walce o porządek świata. Bo historię zawsze piszą zwycięzcy.

Umilkł i spojrzał na Martina. Martina przeszył dreszcz, chociaż spocił się od szybkiego marszu. Przerażający fanatyzm. Zrobiło mu się zimno na myśl, że nie ma sposobu, żeby przekonać Ringholma i jemu podobnych, że mają fałszywy ogląd rzeczywistości. Można ich tylko powstrzymywać, ograniczać, tępić. Dotychczas Martin wierzył, że jeśli rozmawiając z drugim człowiekiem, używa się argumentów, dochodzi się do sedna problemu, a zatem można coś zmienić. Ale we wzroku Ringholma ujrzał furię i nienawiść, które uniemożliwiały dotarcie do tego sedna.

Загрузка...