19


Fjällbacka 1945

Frans widział to nie przez przypadek. Obserwował Elsy, jak szła do domu, postanowił ją śledzić, dopóki nie zniknie za pagórkiem, i dlatego zobaczył, jak się całują. Jakby mu ktoś wbił nóż w serce. Krew uderzyła mu do głowy, jednocześnie w całym ciele poczuł mróz i straszliwy ból.

— Bardzo ładnie… — powiedział Erik. Też to widział. — A to dopiero… — Zaśmiał się, potrząsając głową.

Śmiech Erika wywołał nagły, oślepiający błysk w głowie Fransa. Musiał natychmiast uśmierzyć ten ból, ból nie do wytrzymania. Rzucił się Erikowi do gardła.

— Zamknij mordę, ty głupku…

Zacisnął Erikowi ręce na szyi. Widział, że Erik bezskutecznie próbuje łapać powietrze i widząc jego przerażenie, poczuł ulgę. Na krótką chwilę przestała mu ciążyć ta gula w brzuchu, która w chwili gdy zobaczył, jak się całują, urosła dziesięciokrotnie.

— Co ty robisz?! — krzyknęła Britta.

Erik leżał na wznak, Frans siedział na nim. Nie namyślając się, podbiegła i zaczęła go ciągnąć za koszulę, ale odepchnął ją tak mocno, że poleciała do tyłu.

— Frans, przestań! — krzyczała z płaczem, odsuwając się od niego jak najdalej.

Coś w jej głosie sprawiło, że się ocknął. Spojrzał na Erika, któremu twarz posiniała, i puścił jego gardło.

— Przepraszam — wymamrotał, przesuwając dłonią po oczach. — Przepraszam… ja…

Erik usiadł i patrząc na Fransa, dotknął swojej szyi.

— O co ci chodzi? Co cię ugryzło? Jeszcze trochę, a byłbyś mnie udusił! Zwariowałeś?

Erik zdjął przekrzywione okulary i założył je z powrotem.

Frans milczał. Tępo patrzył przed siebie.

— Nie widzisz, że on się kocha w Elsy? — gorzko powiedziała Britta, ocierając łzy wierzchem dłoni. — Wyobrażał sobie, że ma jakieś szanse. Głupi jesteś, jeśli tak myślisz, Frans! Ona i tak by na ciebie nie spojrzała. Teraz rzuciła się w ramiona tego Norwega. A ja…

Britta wybuchnęła płaczem i zaczęła się zsuwać w dół po skale. Frans obojętnie patrzył, jak się oddala, podczas gdy Erik wpatrywał się w niego ze złością.

— Frans, do cholery. Przecież ty jesteś… To prawda? Kochasz się w Elsy? Teraz rozumiem, dlaczego się wściekłeś. Ale nie możesz… — Urwał i potrząsnął głową.

Frans nie odpowiadał. Nie mógł. Ciągle miał przed oczami Hansa. Widział, jak się pochyla i całuje Elsy. I jak Elsy odwzajemnia pocałunek.



Erika nabrała zwyczaju, żeby się przyglądać radiowozom, i gdy drugi raz tego dnia jechała do Uddevalli, wydało jej się, że w aucie, które minęła przed Torp, mignął jej Martin. Ciekawe, gdzie był.

Sprawa nie była pilna, ale wiedziała, że nie będzie mogła się zabrać do pracy, dopóki się nie dowie, dlaczego dziennikarz z „Bohusläningen” Kjell Ringholm również interesuje się Hansem Olavsenem.

Chwilę później siedziała w redakcyjnej recepcji i zastanawiała się nad powodami jego zainteresowania. Postanowiła zapytać go wprost. Po kilku minutach skierowano ją do jego pokoju. Witając się, Kjell Ringholm przyglądał jej się z ciekawością.

— Erika Falck? Pani jest pisarką, prawda?

Wskazał jej krzesło. Erika powiesiła kurtkę na oparciu i usiadła.

— Zgadza się.

— Niestety nie czytałem żadnej z pani książek, ale słyszałem, że są dobre — powiedział uprzejmie. — Szuka pani materiałów do kolejnej? Nie zajmuję się tematyką kryminalną, więc nie wiem, w czym mógłbym pani pomóc. Jeśli dobrze rozumiem, opisuje pani autentyczne przypadki, prawda?

— Powiem od razu, że to nie ma nic wspólnego z moimi książkami — powiedziała Erika. — Z różnych powodów zaciekawiła mnie przeszłość mojej matki. Przyjaźniła się między innymi z pańskim ojcem.

Ringholm zmarszczył czoło.

— Kiedy to było? — spytał z zaciekawieniem.

— Z tego, co wiem, w dzieciństwie i w młodości. Skupiłam się na czasach wojny. Jak pan wie, mieli wtedy po piętnaście lat.

Ringholm skinął głową. Czekał na dalszy ciąg.

— Stanowili nierozłączną czwórkę. Oprócz mojej matki i pańskiego ojca należeli do niej Britta Johansson i Erik Frankel. Jak pan zapewne wie, oboje zostali zamordowani, w odstępie zaledwie dwóch miesięcy. Dziwne, prawda?

Ringholm nadal milczał, ale Erika zauważyła, że zesztywniał, a w jego oku pojawił się błysk.

— Otóż… — Zrobiła przerwę. — W pewnym momencie dołączyła do nich jeszcze jedna osoba. W 1944 roku znalazł się we Fjällbace bojownik norweskiego ruchu oporu, właściwie chłopiec jeszcze. Ukrył się na kutrze mojego dziadka, który potem razem z babcią przyjął go pod swój dach. Nazywał się Hans Olavsen. Już pan to wie, prawda? Wiem, że pan też się nim interesuje, i w związku z tym pytam: dlaczego?

— Jestem dziennikarzem, nie mogę o tym rozmawiać — powiedział Ringholm.

— Błąd. Nie może pan ujawniać źródeł — spokojnie sprostowała Erika. — Nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy sobie pomóc. Jestem dobra w wyszukiwaniu dokumentów. Pan jako dziennikarz też to potrafi. I pana, i mnie interesuje ten Norweg. Oczywiście nic się nie stanie, jeśli mi pan nie powie dlaczego, będę musiała się z tym pogodzić. Ale moglibyśmy się przecież wymienić informacjami. Moglibyśmy też to robić w przyszłości.

Umilkła. W napięciu czekała na odpowiedź. Ringholm się zastanawiał. Bębnił palcami po biurku, rozważając wszystkie za i przeciw.

— Okej — powiedział w końcu i sięgnął do najwyższej szuflady biurka. — Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy sobie pomagali. Moje źródło nie żyje, więc nie widzę powodu, żeby pani wszystkiego nie opowiedzieć. A więc zetknąłem się z Erikiem Franklem w związku z pewną… prywatną sprawą. — Chrząknął i podsunął jej skoroszyt z szuflady. — Powiedział mi wtedy, że chciałby mi o czymś opowiedzieć, że mi się to przyda i że należy to ujawnić.

— Tak powiedział? — Erika sięgnęła po skoroszyt. — Że trzeba to ujawnić?

— Tak to zapamiętałem — powiedział Ringholm, siadając wygodnie. — Kilka dni później zjawił się u mnie z wycinkami, które ma pani przed sobą. Wręczył mi je bez słowa wyjaśnienia. Oczywiście zadałem mu mnóstwo pytań, ale powiedział tylko, że jeśli, jak słyszał, rzeczywiście jestem dobry w dziennikarstwie śledczym, powinna mi wystarczyć zawartość tego skoroszytu.

Erika przerzuciła wycinki. Te same, które dostała od Christiana. Artykuły ze starych gazet, w których padało nazwisko Hansa Olavsena i wspominano o jego pobycie we Fjällbace.

— Tylko tyle? Nic więcej? — Westchnęła.

— To samo sobie pomyślałem. Jeśli coś wiedział, dlaczego nie powiedział wprost? Dlaczego chciał, żebym sam się dowiedział reszty? Właśnie się do tego zabierałem i skłamałbym, gdybym zaprzeczył, że moja ciekawość wzrosła tysiąckrotnie, gdy się dowiedziałem, że Erik Frankel został zamordowany. Zastanawiałem się, czy to może mieć związek z tym… — Wskazał leżący na kolanach Eriki skoroszyt. — Oczywiście słyszałem również o zamordowaniu tej starej kobiety, ale nie miałem pojęcia, że może być jakiś związek… Bez wątpienia rodzi się mnóstwo pytań.

— Udało się panu czegoś dowiedzieć o tym Norwegu? — spytała Erika z zaciekawieniem. — Ja ustaliłam tylko, że miał romans z moją matką, a potem nagle ją zostawił i wyjechał z Fjällbacki. Chciałam go odszukać, sprawdzić, co się z nim stało, czy wrócił do Norwegii… Może pan mnie uprzedził i już to wie?

Ringholm pokręcił głową. Nie odpowiedział ani tak, ani nie. Opowiedział o swojej rozmowie z Eskilem Halvorsenem, który nie słyszał o Hansie Olavsenie, ale obiecał poszperać w źródłach.

— Równie dobrze mógł zostać w Szwecji — powiedziała Erika w zamyśleniu. — W takim razie powinien być jakiś ślad w szwedzkich urzędach. Sprawdzę. Będzie problem, jeśli się okaże, że wyjechał do innego kraju.

Ringholm wziął od niej skoroszyt.

— Niezły pomysł. Nie musimy zakładać, że wrócił do Norwegii. Po wojnie sporo ludzi u nas zostało.

— Wysłał pan jego zdjęcie Eskilowi Halvorsenowi?

— Nie. — Ringholm zaczął przeglądać wycinki. — Ale ma pani rację. Nigdy nie wiadomo, czasem przyda się nawet najmniejszy drobiazg. Zaraz się z nim skontaktuję i prześlę mu któreś z tych zdjęć albo jeszcze lepiej przefaksuję. Może to? Jest chyba najwyraźniejsze, jak pani sądzi?

Podsunął jej wycinek ze zdjęciem, które oglądała kilka dni wcześniej.

— Myślę, że tak. Widzi pan, tu jest cała czwórka. To moja matka.

Wskazała palcem na Elsy.

— Mówi pani, że często się spotykali, tak? — w zamyśleniu spytał Ringholm.

Był zły na siebie, że wcześniej nie powiązał Britty ze zdjęcia z ofiarą morderstwa. Pocieszał się, że większości ludzi nie przyszłoby to do głowy. Niełatwo było dopatrzyć się podobieństwa między piętnastoletnią dziewczyną i siedemdziesięciopięcioletnią panią.

— Dowiedziałam się, że byli ze sobą bardzo zżyci, chociaż w tamtych czasach nie bardzo się to podobało. Podziały klasowe były we Fjällbace wyraźne. Britta i moja mama były biedne, podczas gdy chłopcy, Erik Frankel i… właśnie, pański ojciec, należeli do tych lepszych. — Erika zrobiła palcami znak cudzysłowu.

– Ładnych mi lepszych… — mruknął Ringholm pod nosem.

Erika domyśliła się, że za tymi słowami kryje się znacznie więcej.

— Nie pomyślałam, że należałoby porozmawiać również z Axelem Franklem — powiedziała z ożywieniem. — Może on coś wie o Hansie Olavsenie. Był wprawdzie trochę starszy od nich, ale przecież spotykał się z nimi, może on…

Przerwał jej gestem.

— Nie liczyłbym na to. Też o tym pomyślałem, ale najpierw sprawdziłem źródła… Pewnie pani słyszała, że podczas jednej z jego licznych wypraw do Norwegii złapali go Niemcy?

— Niestety mało wiem na ten temat. — Erika spojrzała na niego z zaciekawieniem. — Więc słucham. Czego pan się dowiedział? — Rozłożyła ręce, czekając na dalszy ciąg.

— Jak powiedziałem, aresztowali go, kiedy przekazywał jakiś dokument ruchowi oporu. Trafił do więzienia Grini pod Oslo. Siedział tam do początku 1945 roku. Wtedy wszyscy więźniowie zostali przetransportowani statkiem i pociągiem do Niemiec. Wylądował w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Siedziało tam wielu Skandynawów. Pod sam koniec wojny został przewieziony do obozu Neuengamme.

Erika głośno zaczerpnęła tchu.

— Nie miałam pojęcia… Axel Frankel siedział w niemieckim obozie koncentracyjnym? Nie wiedziałam nawet, że w tych obozach siedzieli też Norwegowie i Szwedzi.

— Norwegowie i pojedyncze osoby z innych krajów skandynawskich, przyłapane na działalności podziemnej. Określano ich jako NN, Nacht und Nebel, czyli noc i mgła. Nazwę zaczerpnięto z dekretu Hitlera z 1941 roku, zgodnie z którym cywile z krajów okupowanych nie stawali przed sądami krajowymi, lecz byli wysyłani do Niemiec, żeby zginąć w nocy i we mgle. Jedni ginęli z wyroku sądu w Berlinie, inni z przepracowania w obozach. Tak czy inaczej, Axela Frankla nie było we Fjällbace, gdy przebywał tu Hans Olavsen.

— Przecież nie wiadomo dokładnie, kiedy Olavsen opuścił Fjällbackę. — Erika zmarszczyła czoło. — Nie znalazłam nic na ten temat. Nie mam pojęcia, kiedy zostawił moją mamę.

— Ale ja wiem, kiedy wyjechał — powiedział z triumfem Ringholm, przerzucając leżące na biurku papiery. — Oczywiście mniej więcej — dodał. — Jest!

Wziął kartkę i położył ją przed Eriką. Pokazał jej palcem, gdzie ma czytać.

Erika pochyliła się i przeczytała głośno:

— „Stowarzyszenie Przyjaciół Fjällbacki odniosło wielki sukces, organizując…”.

— Nie, nie, następna szpalta — przerwał jej.

— Aha — Erika spróbowała jeszcze raz: — „Niektórzy z nas byli zaskoczeni, że członek norweskiego ruchu oporu, który znalazł schronienie we Fjällbace, tak nagle nas opuścił. Wielu mieszkańców ubolewa, że nie było im dane się z nim pożegnać i podziękować za to, co robił podczas wojny, której kres wreszcie ujrzeliśmy… — Erika spojrzała na datę na górze strony i podniosła wzrok na Ringholma. — 19 czerwca 1945 roku”.

— To znaczy, że zniknął wkrótce po zakończeniu wojny — powiedział Ringholm, odkładając kartkę na kupkę.

— Ale dlaczego? — zastanawiała się Erika, przekrzywiając głowę. — Mimo wszystko uważam, że rozmowa z Axelem ma sens. Przecież brat mógł mu coś opowiadać. Biorę to na siebie. A pan może mógłby porozmawiać z ojcem?

Ringholm milczał dłuższą chwilę. W końcu powiedział:

— Pewnie, że mógłbym. Zawiadomię panią również, jeśli dowiem się czegoś od Halvorsena. I proszę mnie powiadomić, jeśli pani coś znajdzie. Rozumiemy się?

Pogroził jej palcem. Zwykle pracował sam, ale tym razem doszedł do wniosku, że dzięki Erice poszukiwania pójdą sprawniej, co może być dla sprawy korzystne.

— Sprawdzę w urzędach — powiedziała Erika, wstając. — Obiecuję, że dam znać, jak tylko się czegoś dowiem. — Zaczęła wkładać kurtkę, ale zatrzymała się w pół ruchu. — Właściwie mam jeszcze jedną sprawę. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale…

— Proszę mówić, wszystko może się przydać. — Z zaciekawieniem podniósł wzrok.

— Rozmawiałam z Hermanem, mężem Britty. On coś wie… w każdym razie takie odnoszę wrażenie. Otóż spytałam go o Hansa Olavsena i dziwnie zareagował. Powiedział, żebym spytała o to niejakich Paula Heckela i Friedricha Hücka. Szukałam tych nazwisk w paru miejscach, ale nic nie znalazłam, choć…

— Co takiego? — spytał Ringholm.

— Nie wiem. Mogłabym przysiąc, że nigdy nie słyszałam tych nazwisk, a jednak wydają mi się dziwnie znajome…

Ringholm stukał długopisem o blat biurka.

— Paul Heckel i Friedrich Hück? — upewnił się i zapisał w notatniku. — Sprawdzę. Ale nic mi nie mówią.

— Mamy co robić.

Erika uśmiechnęła się, przystając w drzwiach. Ulżyło jej, że nie będzie szukać sama.

— Raczej tak — z nieobecną miną odparł Ringholm.

— Do usłyszenia — powiedziała Erika.

— Tak jest — odpowiedział, nie patrząc na nią, i sięgnął po słuchawkę telefonu.

Zapalił się do tej sprawy. Dziennikarski nos podpowiadał mu, że w tej szafie jest jakiś trup.


Może przejrzymy wszystko jeszcze raz?

Było poniedziałkowe popołudnie i w komisariacie panował spokój.

— Oczywiście — powiedział Gösta, podnosząc się niechętnie. — Paula też?

— No jasne — odparł Martin i poszedł po nią.

Mellberg był na spacerze z Ernstem, Annika była czymś bardzo zajęta w recepcji, więc usiedli we troje w pokoju socjalnym i rozłożyli dokumenty.

— Erik Frankel — powiedział Martin, trzymając długopis nad czystą kartką notatnika.

— Zamordowany we własnym domu. Narzędzie zbrodni: przedmiot znajdujący się w domu — powiedziała Paula.

Martin notował.

— Co może wskazywać na afekt — zauważył Gösta.

Martin przytaknął.

— Na popiersiu, które było narzędziem zbrodni, nie ma odcisków palców, ale wydaje się, że nie zostały starte. Czyli morderca musiał mieć rękawiczki, co z kolei przeczyłoby wersji, że nie działał z premedytacją — wtrąciła Paula, podglądając, co zapisuje Martin. — Dasz radę to odczytać? — spytała z niedowierzaniem.

Pismo Martina przypominało hieroglify. Albo stenogram.

— Pod warunkiem, że zaraz przepiszę na czysto na komputerze — uśmiechnął się Martin. — Inaczej będę ugotowany.

— Erik Frankel zginął od jednego silnego ciosu w skroń — powiedział Gösta, wyciągając zdjęcia z biblioteki Franklów. — Narzędzie zbrodni morderca zostawił na miejscu.

— Co również mogłoby wskazywać na to, że zbrodnia nie została obmyślona na zimno — zauważyła Paula i wstała, żeby nalać kawy.

— Jedyne pogróżki, jakie dostawał, dostawał dlatego, że zajmował się nazizmem, przez co wszedł w konflikt z neonazistowską organizacją Przyjaciele Szwecji. — Martin sięgnął po pięć zafoliowanych listów i rozłożył je na stole. — Miał oprócz tego pewne osobiste powiązania z tą organizacją, przez przyjaciela z dzieciństwa i młodości Fransa Ringholma.

— Czy są jakiekolwiek poszlaki, że to on mógłby go zabić? — Paula patrzyła na listy, jakby próbowała je zmusić, by przemówiły.

— Trudno powiedzieć. Trzech kumpli z organizacji dało mu alibi. Zeznali, że w dniach, gdy prawdopodobnie doszło do morderstwa, był razem z nimi w Danii. Nie jest to niepodważalne alibi, jeśli w ogóle istnieje coś takiego, ale nie mamy dowodów. Odciski butów należały do chłopaków, którzy znaleźli denata. Wszystkie inne ślady i odciski należą do mieszkańców domu.

— Będzie ta kawa czy zamierzasz tak stać z tym dzbankiem? — spytał Gösta, zwracając się do Pauli, która utknęła przy maszynce.

— Powiedz „poproszę”, to ci naleję — odpowiedziała Paula.

Gösta niechętnie wymamrotał „poproszę”.

— I jeszcze sprawa daty. — Martin podziękował skinieniem, gdy nalała mu do filiżanki. — Ustaliliśmy z dużym prawdopodobieństwem, że Erik Frankel zginął między piętnastym a siedemnastym czerwca. Zwłok nikt nie znalazł, bo brat wyjechał i nikt nie szukał denata, nie był z nim umówiony. Z Violą Ellmander zerwał. W każdym razie tak to odebrała.

— Nikt nic nie widział? Gösta, przesłuchałeś wszystkich sąsiadów? Nie było żadnych obcych samochodów? Żadnych podejrzanych osób?

Martin spojrzał na niego pytającym wzrokiem.

— Nie mieli wielu sąsiadów — mruknął Gösta.

— Mam rozumieć, że nikt nic nie zauważył?

— Przesłuchałem wszystkich sąsiadów, nikt nic nie zauważył.

— Okej, na razie damy sobie z tym spokój. — Martin westchnął i wypił łyk kawy. — A Britta Johansson? Zadziwiająca okoliczność, że była znajomą Erika Frankla i Fransa Ringholma. Wprawdzie znali się bardzo dawno, ale z billingów wynika, że kontaktowali się ze sobą w czerwcu i obydwaj spotkali się z Brittą. — Zrobił przerwę. — Dlaczego właśnie wtedy, po sześćdziesięciu latach przerwy, postanowili odnowić kontakt? Mamy uwierzyć mężowi Britty, że w związku z postępującą chorobą chciała powspominać dawne czasy?

— Moim zdaniem to bzdura — powiedziała Paula, sięgając po kolejne opakowanie markiz. Oderwała plastikowy pasek z jednego końca, wzięła trzy ciasteczka, a potem poczęstowała kolegów. — Nie wierzę w ani jedno jego słowo. Myślę, że gdyby nam się udało dowiedzieć, po co się spotkali, sprawa by się wyjaśniła. Ale Frans milczy jak zaklęty, a Axel trzyma się tej wersji. Podobnie jak Herman.

— No i nie zapominajmy o przelewach — powiedział Gösta. Z chirurgiczną precyzją zdjął jasny wierzchni krążek i wyjadł czekoladową masę. — Mam na myśli Frankla.

Martin spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie wiedział, że Gösta jest tak dobrze zorientowany w tej części śledztwa. Najczęściej stosował strategię: przyjmuję do wiadomości tylko to, co mi przekazują.

— W sobotę na chwilę włączył się do śledztwa Hedström — powiedział Martin, sięgając po notatkę z rozmowy telefonicznej z Patrikiem, który złożył mu sprawozdanie z wizyty u Fridénów.

— I co ustalił?

Gösta sięgnął po kolejną markizę i, jak poprzednio, ostrożnie zdjął jasny krążek, zlizał czekoladę, a resztę odłożył.

— Gösta, co ty wyprawiasz? Jak tak można? Wylizywać czekoladę, a resztę zostawiać! — Paula była oburzona.

— A ty co? Jesteś strażniczką markiz?

Gösta ostentacyjnie wyciągnął rękę po ciasteczko.

Paula nie odpowiedziała, prychnęła tylko i postawiła pudełko poza jego zasięgiem.

— Niewiele ustalił — odparł Martin. — Wilhelm Fridén umarł kilka tygodni temu i ani wdowa, ani syn nic nie wiedzą o przelewach. Oczywiście nie ma gwarancji, że mówią prawdę, ale Patrikowi wydali się wiarygodni. Syn obiecał dopilnować, żeby ich pełnomocnik przesłał nam papiery zmarłego. Może coś w nich znajdziemy.

— A brat denata? Nie wiedział o tym?

Gösta zerknął łakomie na pudełko markiz, jakby się zastanawiał, czy nie ruszyć tyłka i nie pójść po nie.

— Dzwoniliśmy do Axela — powiedziała Paula, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. — Nie miał pojęcia, o co chodzi.

— Wierzymy mu?

Gösta ocenił odległość dzielącą go od ciasteczek. Szybki wypad mógłby wystarczyć.

— Sam nie wiem. Trudno go rozgryźć. Co sądzisz, Paulo?

Martin spojrzał na nią pytająco.

Paula zamyśliła się. Gösta postanowił skorzystać z okazji. Zerwał się i rzucił do pudełka z markizami, ale Paula złapała je lewą ręką. Wysunęła ją z szybkością węża.

— Nic z tego, stary…

Mrugnęła porozumiewawczo. Gösta musiał się uśmiechnąć. Zaczęły mu się podobać te wzajemne zaczepki.

Trzymając pudełko na kolanach, Paula zwróciła się do Martina:

— Zgadzam się, że nie wiadomo, co o nim myśleć… Ja też nie wiem, czy mówi prawdę. — Potrząsnęła głową.

— Wracając do Britty… — powiedział Martin.

Wielkimi literami napisał w notesie: BRITTA, i podkreślił.

— Mamy świetny trop. Pod jej paznokciami Pedersen znalazł DNA, przypuszczalnie należące do mordercy. Powinien mieć wyraźne zadrapania na twarzy albo przedramionach. Przed południem przesłuchaliśmy Hermana. Nie ma zadrapań. Powiedział, że gdy wrócił do domu, żona już nie żyła. Leżała na łóżku, z poduszką na twarzy.

— Mimo to obwinia siebie o jej śmierć — wtrąciła Paula.

— W jakim sensie? — Gösta zmarszczył czoło. — Osłania kogoś?

— Nam też się tak zdaje. — Paula zmiękła i podsunęła mu pudełko. — Masz, knock yourself out[23].

— Nok? Co takiego?

Jego znajomość angielskiego ograniczała się do wyrażeń związanych z golfem, choć również w ich przypadku jego wymowa pozostawiała wiele do życzenia.

— Nieważne, zlizuj czekoladę — powiedziała Paula.

— Jest jeszcze odcisk kciuka.

Martin z rozbawieniem słuchał ich przekomarzań. Stary chyba zaczyna łagodnieć.

— Jeden jedyny odcisk, na guziku poszewki. Nie bardzo jest się o co zaczepić — ponuro zauważył Gösta.

— Zgoda, ale jeśli się okaże, że należy do tej samej osoby, której DNA znaleźli pod paznokciami Britty, to już będzie coś.

Martin napisał: DNA, i podkreślił.

— Kiedy będzie gotowy profil DNA? — spytała Paula.

— Prawdopodobnie w czwartek, tak mi powiedzieli w Państwowym Laboratorium Kryminalistycznym — odparł.

— Czyli na razie czekamy z pobieraniem próbek DNA.

Paula rozprostowała nogi. Czasem miała wrażenie, jakby udzielały jej się objawy ciąży. Skurcze, między innymi w nogach, i wilczy apetyt.

— Od kogo chcemy pobrać próbki?

Gösta zajął się piątą markizą.

— Od Axela i Fransa, przede wszystkim ich miałem na myśli.

— Naprawdę będziemy czekać do czwartku? Przecież potem trzeba będzie czekać na wyniki. Zadrapania się zagoją. Czy nie powinniśmy zrobić tego jak najprędzej? — odezwał się Gösta.

— Masz rację — stwierdził ze zdziwieniem Martin. — Jutro to zrobimy. Coś jeszcze? Może o czymś zapomnieliśmy albo przeoczyliśmy?

— A co moglibyśmy przeoczyć? — usłyszeli od drzwi.

Do pokoju wszedł Mellberg, za nim lekko zziajany Ernst. Pies natychmiast zwietrzył ciasteczka zostawione przez Göstę. Usiadł i wbił w niego żebracze spojrzenie. Ciasteczka zniknęły w mgnieniu oka.

— Robimy listę, żeby sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyliśmy — odparł Martin, wskazując leżące na stole papiery. — Właśnie mówiliśmy, że jutro trzeba pobrać próbki DNA od Axela Frankla i Fransa Ringholma.

— Tak, tak, zróbcie to — powiedział niecierpliwie Mellberg, obawiając się, że zaraz zostanie zaprzęgnięty do roboty. — Pracujcie. Oby tak dalej.

Przywołał Ernsta i pies pobiegł za nim, merdając ogonem. W gabinecie Mellberga ułożył się tam gdzie zawsze, pod biurkiem, na stopach pana.

— Wydaje mi się, że nie ma sensu szukać mu nowego opiekuna — zauważyła z rozbawieniem Paula.

— Myślę, że Ernst już znalazł dom. Inna sprawa, kto jest czyim opiekunem. W dodatku chodzą słuchy, że Mellberg na starość został królem salsy. — Gösta zachichotał.

Martin zniżył głos:

— Zdążyliśmy to zauważyć… A gdy rano wszedłem do niego, siedział na podłodze i ćwiczył stretching…

– Żartujesz. — Gösta aż wybałuszył oczy. — I jak mu szło?

— Nie bardzo — zaśmiał się Martin. — Próbował dotknąć rękami palców nóg, ale brzuch mu zawadzał. Między innymi.

— Uwaga: ten kurs salsy, na który chodzi, prowadzi moja mama — powiedziała ostrzegawczo Paula. Gösta i Martin spojrzeli na nią zdumieni. — I tak się składa, że parę dni temu mama zaprosiła go na lunch i… naprawdę, był bardzo miły — podsumowała.

Martin i Gösta aż otworzyli usta.

— Mellberg chodzi do twojej mamy na kurs salsy? I był u was na lunchu? Jeszcze trochę, a zaczniesz do niego mówić „tato” — zaśmiał się Martin, a Gösta dołączył.

— Dalibyście spokój, dobrze? — Paula podniosła się z kwaśną miną. — Skończyliśmy, prawda? — upewniła się i dostojnym krokiem opuściła pokój.

Martin i Gösta zostali z niewyraźnymi minami, ale po chwili wybuchnęli śmiechem. Kapitalna historia!


Przez cały weekend trwała otwarta wojna. Dan i Belinda bez przerwy na siebie wrzeszczeli. Anna miała wrażenie, że za chwilę głowa jej pęknie od tego hałasu. Zbeształa ich kilka razy, powiedziała, że mogliby przynajmniej mieć wzgląd na Adriana i Emmę. Argument na szczęście okazał się przekonujący. Wprawdzie Belinda nie przyznałaby tego otwarcie, ale widać było, że przywiązała się do dzieci, za co Anna gotowa była wiele jej wybaczyć. W dodatku Anna uważała, że Dan nie rozumie, jak się czuje jego najstarsza córka i dlaczego tak się zachowuje. Doszło do klinczu, z którego żadne nie umiało się wydostać. Anna westchnęła, zbierając zabawki rozrzucone przez dzieci po całym pokoju.

Od paru dni próbowała się oswoić z myślą, że będzie miała z Danem dziecko. Po głowie chodziły jej różne myśli i musiała się bardzo postarać, żeby pokonać strach. W dodatku, jak przy poprzednich ciążach, zaczęła mieć mdłości. Nie wymiotowała tak często jak wtedy, ale cały czas miała nudności, jakby cierpiała na chorobę morską. Dan zauważył, że straciła apetyt, i biegał za nią jak kwoka, podtykając smakołyki, by ją zachęcić do jedzenia.

Usiadła na kanapie. Głowę wsadziła między kolana i skupiła się na oddychaniu, żeby opanować nudności. Kiedy była w ciąży z Adrianem, dręczyły ją aż do szóstego miesiąca i były to naprawdę długie miesiące… Z piętra dochodziły wzburzone głosy, wznosiły się i opadały przy akompaniamencie głośnej muzyki. Anna poczuła, że dłużej nie wytrzyma. Po prostu nie, i już. Dostała mdłości, żółć podeszła jej do gardła. Zerwała się, pobiegła do ubikacji, uklękła przed sedesem i próbowała wyrzucić z siebie to, co w niej wzbierało. Nie udało się. Szlochała konwulsyjnie, nie odczuwając żadnej ulgi.

Podniosła się z rezygnacją, wytarła usta i spojrzała w lustro. Z przerażeniem stwierdziła, że jej twarz jest tego samego koloru co biały ręcznik, który trzyma w ręku. W wielkich okrągłych oczach malował się lęk. Tak wyglądała w czasach, gdy była z Lucasem. A przecież teraz jest zupełnie inaczej, lepiej. Przesunęła dłonią po płaskim jeszcze brzuchu. Tyle nadziei, tyle obaw budzi w niej jeden maleńki punkcik w brzuchu. Takie maleństwo. Owszem, przychodziło jej już do głowy, że mogłaby mieć z Danem dziecko. Ale jeszcze nie teraz. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy wszystko się uspokoi i ułoży. Mimo to nawet jej przez myśl nie przeszło, żeby coś z tym zrobić. Nić już się zawiązała. Niewidoczna i na pozór krucha, a jednak bardzo mocna, połączyła ją z tą niewidoczną jeszcze gołym okiem drobiną. Odetchnęła i wyszła z łazienki. Podniesione głosy zdążyły się przenieść do przedpokoju.

— Przecież idę tylko do Lindy, nie dociera? Chyba mogę mieć kumpelę? A może na to też mi nie pozwolisz, staruchu jeden!

Dan zaczerpnął tchu, żeby jej powiedzieć, co o tym myśli, ale Anna miała dość. Podeszła szybkim krokiem i podniosła głos:

— Cicho! Zrozumiano? Zachowujecie się jak smarkacze. Koniec z tym, ale już! — Pogroziła im palcem i zanim zdążyli się odezwać, zaczęła mówić dalej: — Dan, do cholery, przestań się na nią wydzierać. Zrozum w końcu, że nie możesz jej zamknąć w domu! Ona ma siedemnaście lat i musisz jej pozwolić spotykać się z rówieśnikami!

Na twarzy Belindy pojawił się uśmiech zadowolenia, ale Anna jeszcze nie skończyła:

— A ty nie zachowuj się jak dzieciuch, jeśli chcesz być traktowana jak dorosła! I nie życzę sobie żadnej gadki o tym, że nie mam prawa tu mieszkać, bo czy ci się podoba, czy nie, mieszkamy tu z dziećmi, i już. Chętnie poznamy cię bliżej, ale musisz nam dać szansę! — Zaczerpnęła tchu, a potem mówiła dalej. Dan i Belinda słuchali jej przestraszeni. — Poza tym chcę ci powiedzieć, że nie znikniemy, jeśli o to ci chodziło. Bo spodziewamy się z twoim tatą dziecka. Więc ty i twoje siostry będziecie mieć wspólne z moimi dziećmi przyrodnie rodzeństwo. Bardzo chciałabym, żebyśmy się wszyscy porozumieli, ale sama nic nie zrobię. Musicie mi pomóc! Tak czy inaczej, na wiosnę urodzi się dziecko i szlag mnie trafi, jeśli nadal będę musiała to wszystko znosić! — I wybuchnęła płaczem.

Dan i Belinda struchleli. Belinda zaszlochała, spojrzała na Dana i Annę, a potem wybiegła. Drzwi zamknęły się za nią z hukiem.

— No, ładnie. Anno, czy to było konieczne? — powiedział Dan ze znużeniem.

Emma i Adrian przybiegli do przedpokoju, zwabieni hałasem. Na ich buziach malował się niepokój.

— Idź do diabła — powiedziała Anna i chwyciła kurtkę.

Drzwi znów trzasnęły.


Cześć, gdzie byłaś?

Patrik wyszedł do przedpokoju i pocałował Erikę w usta. Maja też chciała całusa od mamy i przybiegła na chwiejących się nóżkach, wyciągając ręce.

— Mam za sobą dwie, niewątpliwie interesujące rozmowy.

Erika powiesiła kurtkę i poszła za Patrikiem do salonu.

— A o czym? — zapytał z zaciekawieniem.

Usiadł na podłodze i wrócił do zajęcia, któremu się z Mają oddawali, zanim Erika wróciła, mianowicie do budowania najwyższej na świecie wieży z klocków.

— Czy to przypadkiem nie Maja powinna to robić? — zaśmiała się Erika, siadając obok nich na podłodze.

Z rozbawieniem obserwowała, jak jej mąż w skupieniu próbuje umieścić czerwony klocek na szczycie wieży, która już była wyższa od Mai.

– Ćśśś… — syknął Patrik.

Wysunął czubek języka. Próbował położyć klocek na chwiejnej konstrukcji.

— Maju, daj mamusi ten żółty klocek — powiedziała teatralnym szeptem Erika, wskazując klocek na samym spodzie.

Maja ucieszyła się, że może spełnić prośbę mamy. Nachyliła się i szybko chwyciła klocek. Budowla Patrika runęła, ręka z czerwonym klockiem zawisła w powietrzu.

— Dziękuję ci bardzo — rzucił Patrik z nadąsaną miną. — Masz pojęcie, jakiej potrzeba zręczności, żeby zbudować tak wysoką wieżę? Jakiej precyzji i pewnej ręki?

— Może teraz rozumiesz, co miałam na myśli, gdy przez ostatni rok narzekałam na brak bodźców? — roześmiała się Erika i pocałowała męża.

— Rzeczywiście, zaczynam rozumieć — odparł Patrik.

Odwzajemnił pocałunek, wysuwając na próbę koniuszek języka, co spotkało się z miłym przyjęciem. Zwykły całus przerodził się w pieszczoty, które przerwała Maja, rzucając w tatę klockiem.

— Au! — Patrik złapał się za głowę i pogroził jej. — Co to za zachowanie! Żeby rzucać klockami w tatę, gdy ma okazję pomigdalić się z mamą!

— Patrik! — Erika trzepnęła go w ramię. — Nie ucz dziecka takich słów!

— Jeśli chce mieć rodzeństwo, musi się pogodzić z widokiem migdalących się rodziców — odparł Patrik z błyskiem w oku.

Erika wstała.

— Z rodzeństwem to my jeszcze poczekamy. Ale wieczorem moglibyśmy trochę poćwiczyć… — Mrugnęła okiem i poszła do kuchni.

Nie do wiary, jak pojawienie się dziecka może kompletnie odebrać ochotę na seks. Ale po wielu chudych miesiącach ostatnio zaczęli się rozkręcać. Mimo to po roku siedzenia w domu z dzieckiem jeszcze nie miała siły myśleć o rodzeństwie dla Mai. Czuła, że zanim wróci do świata niemowląt, musi się na nowo odnaleźć w świecie dorosłych.

— Opowiadaj. Co to za interesujące rozmowy?

Patrik poszedł za nią do kuchni. Erika opowiedziała mu o swoich wyjazdach do Uddevalli i o tym, co z nich wynikło. Powtórzyła, co powiedział Herman.

— Więc nie znasz tych nazwisk? — Patrik zmarszczył czoło.

— Właśnie, to bardzo dziwne. Nie przypominam sobie, a jednocześnie coś mi… Sama nie wiem. Paul Heckel i Friedrich Hück. Coś mi jednak mówią te nazwiska.

— A więc razem z Kjellem Ringholmem zamierzasz odnaleźć tego… Hansa Olavsena, tak? — spytał z powątpiewaniem.

Erika domyśliła się, o co mu chodzi.

— Wiem, szanse są niewielkie, i nie mam pojęcia, jaki on ma związek z całą tą historią, ale coś mi mówi, że istotny. Zresztą nawet gdyby nie miał, był chyba kimś ważnym dla mojej matki. A od tego się wszystko zaczęło, przynajmniej dla mnie. Chcę się o niej dowiedzieć czegoś więcej.

— Dobrze, byle ostrożnie. — Patrik wstawił wodę. — Napijesz się herbaty?

— Poproszę. — Erika usiadła przy stole. — Ostrożnie? Co chcesz przez to powiedzieć?

— O ile się orientuję, Kjell jest starym wyjadaczem, więc nie daj się wykorzystać.

— Nie wiem, na czym by to miało polegać. Oczywiście może się zdarzyć, że wykorzysta moje informacje, nie dając nic w zamian, ale to wszystko. Tyle mogę zaryzykować. Chociaż nie wierzę, że zrobi coś takiego. Umówiliśmy się, że porozmawiam z Axelem Franklem o Norwegu. Oprócz tego sprawdzę, czy Olavsen figuruje w szwedzkich archiwach. On natomiast porozmawia z ojcem. Nawiasem mówiąc, nie był tym specjalnie zachwycony.

— Bo nie są w zbyt dobrych stosunkach. — Patrik zalał wrzątkiem torebki herbaty. — Czytałem jego artykuły. Nie oszczędzał ojca.

— Będzie ciekawie — lakonicznie stwierdziła Erika, biorąc od Patrika filiżankę.

Patrzyła na niego i popijała herbatę. Z pokoju dobiegał głosik Mai. Mówiła do kogoś. Pewnie do lalki, którą od kilku dni zawsze miała przy sobie.

— Jak się czujesz z tym, że nie bierzesz udziału w śledztwie?

— Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie mam z tym problemu. Ale zdaję sobie sprawę, jaką szansą jest dla mnie opiekowanie się Mają. A praca nie ucieknie, przecież wrócę. Nie chodzi mi o to, że liczę na kolejne morderstwa, ale… wiesz, co chcę powiedzieć.

— A co słychać u Karin? — spytała Erika, udając obojętność.

Patrik przez chwilę zwlekał z odpowiedzią.

— Nie wiem. Wydaje się… smutna. Chyba nie ułożyło jej się tak, jak chciała, i teraz tkwi w sytuacji, która… zresztą nie wiem. Trochę mi jej żal.

— Czy ona żałuje, że cię straciła?

Erika w napięciu czekała na odpowiedź. Nigdy nie opowiadał o swoim małżeństwie z Karin, a jeśli pytała, odpowiadał niechętnie, monosylabami.

— Nie sądzę. Zresztą… nie wiem. Przypuszczam, że żałuje tego, co zrobiła, i że ich przyłapałem. — Zaśmiał się. W jego śmiechu pojawił się gorzki ton, gdy przypomniał sobie scenę, której nie chciał pamiętać. — Naprawdę nie wiem… Zrobiła to pewnie dlatego, że między nami nie było najlepiej.

— Wierzysz, że ona to pamięta? Ludzie mają skłonność do idealizowania przeszłości.

— Masz rację. Ale sądzę, że to pamięta — powiedział Patrik, ale w jego głosie dało się słyszeć powątpiewanie. — Jaki masz plan na jutro? — spytał, by zmienić temat.

Erika domyśliła się, o co mu chodzi.

— Jak mówiłam, zamierzam pójść do Axela Frankla i zadzwonić do wydziału ewidencji ludności i urzędu skarbowego zapytać o Hansa Olavsena.

— Nie masz przypadkiem na głowie książki? Nie powinnaś nad nią popracować?

Patrik się śmiał, ale w jego głosie słychać było niepokój.

— Mam sporo czasu, zwłaszcza że większość dokumentacji mam już gotową. Poza tym ta sprawa nie daje mi spokoju i nie mogę się skupić, więc już nic nie mów…

— Okej, okej. — Patrik się poddał. — Jesteś dużą dziewczynką, sama wiesz, jak gospodarować swoim czasem. Ja i Maja zajmiemy się swoimi sprawami, a ty swoimi.

Wstał. Wychodząc, pocałował ją w głowę.

— Idę konstruować nową wspaniałą budowlę. Może kopię Tadź Mahal w odpowiednio mniejszej skali — powiedział.

Erika ze śmiechem potrząsnęła głową. Chwilami zastanawiała się, czy jej mąż ma dobrze w głowie. Teraz też pomyślała, że chyba nie.


Anna dojrzała ją z daleka. Drobną, samotną postać na końcu pomostu. Nie miała zamiaru jej szukać, ale gdy ze szczytu Galärbacken zobaczyła Belindę, od razu wiedziała, że musi do niej podejść.

Belinda jej nie usłyszała. Paliła papierosa. Obok niej na ziemi leżała cała paczka i pudełko zapałek.

— Cześć — odezwała się Anna.

Belinda drgnęła. Spojrzała na papierosa i przez chwilę się zastanawiała, czy go nie schować, ale spojrzała tylko hardo na Annę i zaciągnęła się głęboko.

— Dasz jednego? — spytała Anna, siadając przy niej.

— Ty palisz? — zdziwiła się Belinda, podając jej papierosa.

— Paliłam. Przez pięć lat. Ale mojemu mężowi… to się nie podobało.

Oględnie powiedziane. Kiedyś Lucas przyłapał ją na paleniu i zgasił papierosa w zgięciu jej łokcia. Została jej blizna.

— Nie powiesz tacie? — spytała Belinda, wymachując ostentacyjnie papierosem. I szybko dodała potulnie: — Proszę.

— Jeśli mnie nie wydasz, to i ja ciebie nie wydam.

Anna zaciągnęła się, mrużąc oczy.

— Chyba nie powinnaś palić. Ze względu na… dziecko. — Belinda powiedziała to tonem oburzonej ciotki.

Anna zaśmiała się.

— To pierwszy i ostatni papieros wypalony w ciąży, słowo.

Chwilę milczały. Wydmuchiwały kółka dymu, a one unosiły się nad wodą. Lato zdecydowanie się skończyło. Panował przejmujący, jesienny, choć bezwietrzny chłód. Rozpościerająca się przed nimi tafla wody była gładka i lśniąca. Przystań opustoszała, tylko gdzieniegdzie cumowała jakaś łódka. Nie to co latem, gdy aż się roiło od jachtów.

— Ciężka sprawa, co? — odezwała się Anna, patrząc przed siebie, na wodę.

— Niby co? — burknęła Belinda, nie mogąc się zdecydować, jak się zachować.

— Być dzieckiem, ale prawie dorosłym.

— Co ty możesz o tym wiedzieć — zauważyła Belinda i nogą strąciła do wody kamyk.

— Oczywiście, od razu urodziłam się dorosła — zaśmiała się Anna i szturchnęła lekko Belindę, a ona się uśmiechnęła i natychmiast z powrotem spoważniała.

Postanowiła ją zostawić w spokoju i niczego nie narzucać. Milczały kilka minut. W pewnym momencie Anna kątem oka zobaczyła, że Belinda przygląda jej się ukradkiem.

— Bardzo źle się czujesz?

Anna przytaknęła.

— Jak fretka cierpiąca na chorobę morską.

— Dlaczego fretka miałaby cierpieć na chorobę morską? — prychnęła Belinda.

— A dlaczego nie? Udowodnij, że to niemożliwe. Bardzo mnie to ucieszy. Bo właśnie tak się czuję. Jak fretka cierpiąca na chorobę morską.

— Wygłupiasz się — powiedziała Belinda, nie mogąc się powstrzymać od śmiechu.

— Oczywiście, ale tak na poważnie, czuję się paskudnie.

— Mama też czuła się okropnie, kiedy była w ciąży z Lisen. Byłam już duża i pamiętam. Ona była… przepraszam, może nie powinnam opowiadać, jak mama i tata… — Urwała speszona i zapaliła kolejnego papierosa.

— Możesz opowiadać o mamie, ile chcesz. Przeszłość twojego taty to dla mnie żaden problem. Zwłaszcza że wszystkie trzy jesteście częścią tej przeszłości. Tak jak wasza mama. Uwierz mi, nie musisz się czuć, jakbyś zdradzała tatę, bo kochasz mamę. A ja daję ci słowo, nie mam nic przeciwko temu, żeby z tobą rozmawiać o mamie. Nic a nic.

Anna położyła rękę na dłoni, którą Belinda oparła na pomoście. W pierwszej chwili Belinda chciała zabrać dłoń, ale nie zrobiła tego. W końcu Anna zabrała rękę i również sięgnęła po następnego papierosa. Trudno, w tej ciąży będą dwa, a potem koniec z paleniem.

– Świetnie umiem zajmować się dzieckiem — odezwała się Belinda, patrząc jej w oczy. — Pomagałam mamie przy Lisen, kiedy była mała.

— Dan mi opowiadał. Mówił, że prawie musieli cię wyganiać na dwór, żebyś się pobawiła z innymi dziećmi, bo chciałaś się opiekować siostrzyczką. I że bardzo dobrze ci szło. Mam nadzieję, że na wiosnę ja również będę mogła liczyć na twoją pomoc. Weźmiesz na siebie zafajdane pieluszki.

Lekko szturchnęła ją w bok, a ona odpowiedziała tym samym.

— Wezmę tylko te zasikane. Umowa stoi?

Gdy to mówiła, w jej oczach czaił się uśmiech. Wyciągnęła rękę, Anna podała jej swoją.

— Stoi. Zasikane są twoje. Zafajdane dostanie tata — dodała.

Ich śmiech odbijał się echem w pustej przystani.

Potem Anna wspominała tę chwilę jako jedną z najszczęśliwszych w życiu. Chwilę, gdy lody puściły.


Axel był zajęty pakowaniem. Stanął przed nią z dwiema koszulami na wieszakach w rękach. W przedpokoju na drzwiach wisiał podróżny pokrowiec.

— Wyjeżdża pan? — spytała Erika.

Przytaknął, wieszając ostrożnie koszule, żeby się nie pogniotły.

— Tak, muszę wracać do pracy. W piątek jadę do Paryża.

— Wyjeżdża pan, nie wiedząc, kto… — Zabrakło jej słowa, nie dokończyła.

— Nie mam wyboru — odparł ponuro. — Oczywiście wrócę pierwszym samolotem, gdyby policja potrzebowała mojej pomocy, ale naprawdę muszę się wziąć do pracy. Siedzenie tutaj i rozmyślanie do niczego nie prowadzi.

Przetarł oczy. Widać było, że jest znużony. Erika stwierdziła, że od ich ostatniego spotkania bardzo zmizerniał i postarzał się o wiele lat.

— Może wyjazd dobrze panu zrobi — powiedziała ostrożnie. Zawahała się, a potem mówiła dalej: — Jest kilka spraw, o które chciałabym pana zapytać. Moglibyśmy chwilę porozmawiać? Dałby pan radę?

Axel z rezygnacją skinął głową i gestem zaprosił ją do środka. Przystanęła przy kanapie na werandzie, gdzie rozmawiali ostatnio, ale tym razem zaprowadził ją gdzie indziej.

— Jaki piękny pokój.

Aż jej dech zaparło. Poczuła się jak w muzeum wnętrz z lat czterdziestych dwudziestego wieku. Pokój był czysty, wysprzątany, a mimo to unosił się w nim zapach starości.

— Tak. Nie pociągały nas nowości, ani rodziców, ani nas. Matka i ojciec nie wprowadzili w domu większych zmian, my z Erikiem też nie. Zresztą uważam, że dawniej powstawało wiele pięknych przedmiotów, więc naprawdę nie było powodu wymieniać mebli na współczesne i według mnie brzydsze — powiedział w zamyśleniu, gładząc dłonią zgrabną komódkę.

Usiedli na sofie z brązowawym obiciem, niezbyt wygodnej, ale wymuszającej elegancką, wyprostowaną pozycję.

— Chciałaś o coś spytać — przypomniał uprzejmie, ale z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— No właśnie.

Speszyła się. Drugi raz przychodzi do Axela Frankla i zawraca mu głowę, gdy on ma inne zmartwienia. Podobnie jak poprzednio postanowiła, że skoro przyszła, doprowadzi rzecz do końca.

— Dowiedziałam się co nieco o matce, a tym samym również o jej przyjaciołach: pańskim bracie, Fransie Ringholmie i Britcie Johansson.

Axel skinął głową. Kręcąc palcami młynka, czekał na dalszy ciąg.

— Potem dołączył do nich jeszcze ktoś.

Axel nadal się nie odzywał.

— W ostatnim roku wojny pojawił się Norweg, członek ruchu oporu… Przypłynął tym samym kutrem, na którym pan pływał.

Patrzył na nią nieruchomym wzrokiem, ale Erika wyczuła, że się spiął, gdy wspomniała o jego wyprawach do Norwegii.

— Twój dziadek był dobrym człowiekiem — odezwał się w końcu. Jego ręce znieruchomiały. — Jednym z najlepszych, jakich było mi dane w życiu poznać.

Erice było miło, że ktoś mówi tak o jej dziadku. Sama nie zdążyła go poznać.

— Słyszałam, że siedział pan wtedy w obozie. Hans Olavsen przypłynął do Fjällbacki na kutrze mojego dziadka w 1944 roku i, jak ustaliliśmy, został do końca wojny.

— Powiedziałaś: ustaliliśmy — przerwał jej. — To znaczy kto? — W jego głosie słychać było napięcie.

Erika zawahała się.

— Miałam na myśli Christiana z naszej biblioteki. Pomagał mi szukać materiałów. Tylko tyle.

O Kjellu Ringholmie nie chciała mówić. Axel przyjął do wiadomości jej wyjaśnienie.

— Zgadza się, siedziałem wtedy w obozie — odparł i znów zesztywniał. Jakby jego mięśnie skurczyły się na wspomnienie przeżyć z obozu.

— Zetknął się pan z nim?

Axel potrząsnął głową.

— Nie. Gdy wróciłem, już go tutaj nie było.

— A kiedy pan wrócił do Fjällbacki?

— W czerwcu 1945 roku. W ramach akcji Białe Autobusy.

— Białe Autobusy? — powtórzyła Erika.

W tym momencie przypomniało jej się z lekcji historii nazwisko Folke Bernadotte.

Jakby na potwierdzenie Axel powiedział:

— Zorganizował ją hrabia Folke Bernadotte. Chodziło o to, żeby z niemieckich obozów koncentracyjnych ewakuować skandynawskich więźniów. Autobusy, którymi wywożono więźniów, były białe, ze znakami Czerwonego Krzyża wymalowanymi na dachu i po bokach, żeby lotnictwo nie uznało ich za cele wojskowe.

— Po wojnie też było takie ryzyko? — zdziwiła się Erika.

Axel uśmiechnął się z pobłażaniem i znów zakręcił młynka.

— Pierwsze autobusy, po uzgodnieniu z niemieckimi władzami, zabierały więźniów już w marcu i kwietniu 1945 roku. Wywieziono wtedy piętnaście tysięcy ludzi. A zaraz po zakończeniu wojny, w maju i w czerwcu, jeszcze dziesięć tysięcy. Ja przyjechałem w ostatniej turze, w czerwcu 1945 roku — mówił sucho, rzeczowo, ale w jego na pozór obojętnym tonie Erika słyszała echo straszliwych przeżyć.

— A Hans Olavsen zniknął z Fjällbacki, jak już powiedziałam, w czerwcu 1945 roku. Musiał wyjechać na krótko przed pańskim powrotem.

— Musieliśmy się minąć o kilka dni — odparł Axel. — Wybacz, ale nie pamiętam dokładnie. Byłem wtedy bardzo… wycieńczony.

— Tak, oczywiście — powiedziała Erika, spuszczając wzrok.

Dziwne uczucie, rozmawiać z człowiekiem, który poznał od środka niemieckie obozy koncentracyjne.

— Czy brat opowiadał o nim? Przypomina pan sobie? Nie mam żadnych dowodów, ale wydaje mi się, że Erik i jego przyjaciele często spotykali się z Hansem Olavsenem w ciągu tego roku, który spędził we Fjällbace.

Axel patrzył w okno. Wyglądał, jakby próbował sobie przypomnieć. Zmarszczył czoło i przechylił na bok głowę.

— Wydaje mi się, że między tym Norwegiem i twoją matką coś było. Chyba nie masz mi za złe, że to mówię.

— Ależ skąd. — Machnęła ręką. — To było wieki temu. Zresztą wiedziałam o tym.

— No proszę, okazuje się, że moja pamięć nie jest tak kiepska, jak się obawiałem. — Uśmiechnął się łagodnie i spojrzał na nią. — Erik mi chyba opowiadał o romansie Elsy z Hansem.

— Pamięta pan, jak się zachowywała, gdy wyjechał?

— Niestety nie. Po tym, co się stało z twoim dziadkiem, nie mogła dojść do siebie. To zrozumiałe. Poza tym wkrótce wyjechała, do jakiejś szkoły gospodarstwa domowego, jeśli dobrze pamiętam. Potem straciliśmy kontakt. Gdy po paru latach wróciła do Fjällbacki, ja już pracowałem za granicą i rzadko przyjeżdżałem do domu. Pamiętam, że również z Erikiem nie utrzymywała kontaktu. Nie ma w tym nic dziwnego. Ludzie się przyjaźnią w dzieciństwie i wczesnej młodości, a potem, gdy przychodzi dorosłość i problemy z nią związane, oddalają się od siebie.

Znów spojrzał w okno.

— Rozumiem — powiedziała Erika. Była zawiedziona, że i on nie ma nic do powiedzenia o Hansie. — A może pan słyszał, dokąd pojechał? Nie mówił nic Erikowi?

Axel z ubolewaniem potrząsnął głową.

— Bardzo mi przykro. Chciałbym ci pomóc, ale kiedy wróciłem z obozu, nie byłem sobą. A potem miałem na głowie inne sprawy. Może znajdziesz jakieś ślady w archiwach? — podpowiedział życzliwie i wstał.

Erika zrozumiała aluzję i również wstała.

— Będę musiała spróbować. Jak dobrze pójdzie, wszystko się wyjaśni. Może nie wyprowadził się daleko.

– Życzę powodzenia. — Chwycił jej dłoń. — Przeszłość jest bardzo ważna dla teraźniejszości. Wierz mi, wiem coś o tym.

Poklepał ją po ręku. Erika uśmiechnęła się w odpowiedzi. Już miała otworzyć drzwi, gdy spytał:

– À propos, dowiedziałaś się czegoś o medalu?

— Niestety nie — odparła, jeszcze bardziej przygnębiona. — Zwróciłam się do eksperta z Göteborga, ale tak wielu ludzi odznaczono tym medalem, że nie da się ustalić, do kogo należał.

— Przykro mi, że nie mogłem ci pomóc.

— Nie szkodzi. Wiedziałam, że szanse są niewielkie — odparła i pomachała mu na pożegnanie.

Obejrzała się. Patrzył za nią, stojąc w drzwiach. Współczuła mu. A jednak powiedział coś, co podsunęło jej pewien pomysł. Zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku centrum.


Kjell zawahał się, zanim zapukał. Stojąc przed drzwiami mieszkania ojca, znów poczuł się jak mały, przestraszony chłopczyk. Przypomniały mu się czasy, gdy mocno trzymając mamę za rękę, stawał przed ogromną bramą więzienia i z nadzieją, a zarazem lękiem czekał na widzenie z ojcem. Z początku towarzyszyła mu właśnie nadzieja, bo bardzo za nim tęsknił. Brakowało mu taty, pamiętał tylko dobre chwile, gdy był w domu między jedną a drugą odsiadką. Pamiętał, jak ojciec podrzucał go do góry albo zabierał na spacer do lasu i snuł opowieści o grzybach, drzewach i krzewach. Kjellowi wydawało się wtedy, że tata wszystko wie. Ale wieczorami, leżąc w swoim pokoju, przyciskał do uszu poduszkę, żeby nie słyszeć kłótni, ohydnych awantur bez początku i końca. Rodzice podejmowali je w miejscu, gdzie skończyli przed ostatnim pójściem ojca do więzienia, i nie przestawali aż do następnej wizyty policji, która zabierała ojca.

Dlatego z biegiem lat nadzieja słabła, aż całkiem znikła. W końcu czuł tylko strach, gdy w sali widzeń patrzył na wyrażającą oczekiwanie twarz ojca. Potem strach przerodził się w nienawiść. Pewnie byłoby mu łatwiej, gdyby nie wspomnienie spacerów po lesie. Bo wtedy powracało pytanie, które zadawał sobie w dzieciństwie: dlaczego tata tak łatwo z tego rezygnuje, wybierając życie w szarym i zimnym świecie, w którym sam coraz bardziej gaśnie.

Kjell mocno uderzył pięścią w drzwi. Był zły, że pozwolił sobie na wspomnienia.

— Otwieraj, wiem, że jesteś w domu! — zawołał.

Nasłuchiwał w napięciu. W końcu usłyszał odgłos zdejmowania łańcucha i otwierania zamka.

– Świetnie się zabarykadowałeś. Domyślam się, że przed swoimi kumplami — powiedział zjadliwie, przeciskając się do przedpokoju.

— Czego chcesz? — spytał Frans.

Kjell nagle spostrzegł, że ojciec się postarzał. Wydał mu się kruchy. Szybko odsunął od siebie tę myśl. Stary jest mocny, jeszcze ich wszystkich przeżyje.

— Mam pytania.

Wszedł nieproszony do salonu i usiadł na kanapie. Frans usiadł na stojącym naprzeciwko fotelu. Milczał. Czekał.

— Co wiesz o facecie nazwiskiem Hans Olavsen?

Frans drgnął, ale błyskawicznie się opanował. Rozparł się wygodnie w fotelu, ułożył przedramiona na podłokietnikach.

— Bo co? — spytał, patrząc synowi w oczy.

— Nie twoja sprawa.

— Dlaczego miałbym ci pomagać, skoro traktujesz mnie w ten sposób?

Kjell pochylił się do przodu. Jego twarz znalazła się w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów od twarzy ojca. Patrzył długo, zanim w końcu powiedział zimno:

— Bo jesteś mi to winien. Powinieneś korzystać z każdej, nawet najmniejszej szansy, żeby mi pomóc. Jeśli nie chcesz, żebym w dniu twojego pogrzebu zatańczył na twoim grobie.

W oczach Fransa pojawił się błysk, jakby wspomnienie czegoś utraconego. Może spacerów po lesie i chłopczyka podrzucanego do samego nieba. Po chwili spojrzał na syna i spokojnie odparł:

— Hans Olavsen był członkiem norweskiego ruchu oporu. Miał siedemnaście lat, kiedy się zjawił we Fjällbace. Zdaje się, że w 1944 roku. Rok później wyjechał. To wszystko, co wiem.

— Gówno prawda — powiedział Kjell, odchylając się do tyłu. — Wiem, że często się spotykaliście. Ty, Elsy Moström, Britta Johansson i Erik Frankel. Teraz okazuje się, że dwoje z nich zostało zamordowanych w odstępie dwóch miesięcy. Dziwne, prawda?

Frans pominął to pytanie.

— A co ma do tego ten Norweg? — spytał.

— Nie wiem, ale się dowiem — syknął Kjell przez zaciśnięte zęby. Próbował opanować złość. — Co o nim wiesz? Mów, co robiliście razem, dlaczego wyjechał, szczegółowo.

Frans westchnął i spróbował wrócić pamięcią do tamtych czasów.

— Chcesz znać szczegóły… Zobaczmy, co sobie przypomnę. Mieszkał u rodziców Elsy, przypłynął kutrem jej ojca.

— To już wiem — przerwał mu Kjell. — Mów dalej.

— Zatrudniał się na statkach kursujących z frachtem wzdłuż wybrzeża, a w wolnych chwilach spotykał się z nami. Wprawdzie byliśmy od niego dwa lata młodsi, ale to mu nie przeszkadzało. Dobrze się ze sobą czuliśmy. Niektórzy nawet lepiej niż pozostali — dodał. Nawet upływ sześćdziesięciu lat nie wymazał rozgoryczenia.

— On i Elsy byli parą — sucho wtrącił Kjell.

— Skąd wiesz? — spytał Frans.

Sam się zdziwił, że na myśl o tamtych dwojgu zakłuło go w sercu. Widocznie serce pamięta dłużej niż głowa.

— Wiem, i już. Mów dalej.

— Chodzili ze sobą i pewnie już wiesz, że nie byłem tym zachwycony.

— Nie wiedziałem.

— Tak było. Miałem słabość do Elsy, ale ona wolała jego. Jak na ironię Britta durzyła się we mnie, ale nie byłem nią zainteresowany. Może bym nawet poszedł z nią do łóżka, ale coś mi mówiło, że byłoby z tego więcej przykrości niż przyjemności, więc dałem spokój.

— Co za szlachetność! — z ironią zauważył Kjell. Frans zmarszczył brwi. — I co dalej? Jeśli łączyła go z Elsy tak bliska przyjaźń, to dlaczego wyjechał?

— Historia jakich wiele. Najpierw jej naobiecywał Bóg wie czego, a po wojnie powiedział, że musi na jakiś czas jechać do Norwegii, żeby odszukać rodzinę, ale wróci. Ale…

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno.

— Uważasz, że ją oszukał?

— Nie wiem, nie mam pojęcia. Sześćdziesiąt lat minęło od tej pory. Byliśmy młodzi. Może miał wobec niej szczere zamiary, ale w domu czekały na niego ważniejsze zobowiązania. Albo od początku chciał zwiać przy pierwszej okazji. — Znów wzruszył ramionami. — Pamiętam, jak się z nami żegnał. Mówił, że wróci, gdy pozałatwia swoje sprawy w domu. No i pojechał. Szczerze mówiąc, nie myślałem o nim od tej pory. Wiem, że Elsy gryzła się przez jakiś czas, ale matka dopilnowała, żeby poszła do jakiejś szkoły, i nie wiem, co było potem. Zdążyłem już wyjechać z Fjällbacki i… resztę znasz.

— Tak — odparł Kjell ponuro.

Znów miał przed oczami wielką szarą bramę więzienia.

— Nie rozumiem, dlaczego tak cię to interesuje — powiedział ojciec. — Przyjechał i wyjechał. Od tej pory chyba żadne z nas nie miało z nim kontaktu. Skąd to zainteresowanie?

Wpatrywał się w syna.

— Nie mogę ci powiedzieć — opryskliwie odparł Kjell. — Ale wierz mi, jeśli ta historia ma drugie dno, na pewno do niego dotrę.

Popatrzył na ojca wyzywająco.

— Wierzę ci, Kjell — powiedział Frans ze znużeniem.

Kjell spojrzał na rękę ojca na podłokietniku. Była to ręka starego człowieka. Pomarszczona, żylasta, zasuszona, upstrzona starczymi plamami. Inna od tej, którą trzymał, kiedy spacerowali po lesie. Tamta była silna, gładka i ciepła, gdy obejmowała jego dłoń. Zapewniała poczucie bezpieczeństwa.

— Zapowiada się urodzaj na grzyby — wymsknęło mu się.

Frans spojrzał na niego zdumiony. Po chwili twarz mu zmiękła i odpowiedział cicho:

— A wiesz, rzeczywiście. Też tak myślę.


Podczas pakowania zachowywał żelazną dyscyplinę, nauczony wieloletnim doświadczeniem w podróżowaniu. Niczego nie należało pozostawiać przypadkowi. Niestarannie złożone spodnie będą wymagać prasowania, co w hotelu stanowiłoby poważny kłopot. Niedbale zakręcona tubka pasty do zębów może doprowadzić do prawdziwej katastrofy w walizce i do konieczności gruntownego czyszczenia garderoby. Dlatego z największą pieczołowitością i ostrożnością układał rzeczy w wielkiej walizce.

Przysiadł na łóżku. W tym pokoju mieszkał jako chłopak. Później urządził go trochę inaczej. Modele samolotów i komiksy nie pasowały do sypialni dorosłego człowieka. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek tu wróci. Tym razem było mu trudno, ale musiał przyjechać.

Podniósł się i poszedł do pokoju Erika, kilkoro drzwi dalej, w długim korytarzu na piętrze. Usiadł na łóżku brata i uśmiechnął się. Pokój był pełen książek. To zrozumiałe. Wszystkie półki całkowicie zastawione książkami. Stosy książek leżały również na podłodze, wiele z żółtymi samoprzylepnymi karteczkami. Nigdy go nie znudziły te wszystkie książki, fakty, daty i ukazywana w nich niepodważalna rzeczywistość. Pod tym względem Erikowi było łatwiej: miał wszystko czarno na białym. Żadnych wahań, wybiegów ani moralnych dwuznaczności, jakich pełno było w świecie Axela. Same konkrety i fakty. Bitwa pod Hastings — 1066. Śmierć Napoleona — 1821. Kapitulacja Niemiec — piąty maja 1945. Axel sięgnął po książkę leżącą na łóżku Erika. Grube tomisko o odbudowie Niemiec po wojnie. Odłożył je na miejsce. Znał to na pamięć. Jego życie od sześćdziesięciu lat kręciło się wokół wojny i jej następstw. Ale przede wszystkim wokół niego samego. Erik to zrozumiał. Wytknął to bratu, ale siebie też nie oszczędzał. Z pozorną obojętnością, jak się wylicza suche fakty, wymienił wszystko, czego w ich życiu zabrakło. Ale Axel dobrze znał brata i wiedział, że za tą obojętnością kryje się więcej emocji, niż jest w stanie okazać większość ludzi.

Po policzku spłynęła mu łza. Starł ją. Tu, w pokoju Erika, sprawy nie przedstawiały się tak jasno, jakby tego pragnął. W jego życiu miało nie być żadnych dwuznaczności, miało się opierać na opozycji: dobro — zło. Uzurpował sobie prawo do rozstrzygania, do której kategorii który człowiek należy. Ale to Erik, mieszkaniec cichego świata książek, wiedział wszystko o dobru i złu. Axel miał świadomość, że walka o wyrwanie się z tego, co pomiędzy dobrem i złem, kosztowała brata więcej niż jego.

Erik o to walczył. Przez sześćdziesiąt lat patrzył, jak Axel przyjeżdża i wyjeżdża, słuchał, jak opowiada o tym, co robi w służbie dobra. Jak kreuje obraz siebie samego jako człowieka, który naprawia zło. Słuchał go w milczeniu. Spoglądał łagodnie zza okularów i pozwalał mu żyć złudzeniem. Mimo to Axel wiedział, że oszukuje samego siebie, nie Erika.

Nadal będzie żył w kłamstwie. Wróci do pracy, do mozolnego pościgu, który musi trwać. Nie powinien zwalniać, bo wkrótce będzie za późno. Niedługo nie będzie nikogo, kto by pamiętał, ani nikogo, kto powinien zostać ukarany. Wkrótce tylko książki historyczne będą dawały świadectwo.

Wstał. Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i poszedł do siebie. Zostało mu jeszcze sporo pakowania.


Dawno nie odwiedzała grobu dziadków. Rozmowa z Axelem przypomniała jej o tym, więc wracając do domu, postanowiła wstąpić na cmentarz. Otworzyła furtkę, zachrzęścił żwir pod nogami.

Najpierw poszła na grób rodziców, na lewo. Przykucnęła i wyrwała chwasty rosnące wokół nagrobka. Trzeba przynieść świeże kwiaty. Wpatrzyła się w napis na płycie. Elsy Falck. Chciałaby ją zapytać o wiele rzeczy. Gdyby nie wypadek, do którego doszło cztery lata temu, mogłaby z nią porozmawiać. Nie musiałaby szukać po omacku, żeby się dowiedzieć, dlaczego była taka, a nie inna.

W dzieciństwie szukała winy w sobie. Później, kiedy już była dorosła, również. Myślała, że to jej wina, bo jest do niczego. Jak inaczej wytłumaczyć to, że matka jej nie dotykała, nigdy nie objęła, nie rozmawiała z nią, tylko do niej mówiła? Dlaczego nigdy nie powiedziała, że ją kocha albo chociaż lubi? Erika długo żyła w przekonaniu, że matka jest nią rozczarowana. Ojciec wiele jej wynagradzał. Poświęcał córkom czas, okazywał miłość. Zawsze był gotów wysłuchać, pocieszyć i podmuchać na obtarte kolano, wziąć na ręce i utulić. A jednak to nie wystarczało. Chwilami wydawało im się, że matka wprost nie może na nie patrzeć, nie mówiąc już o dotykaniu.

Dlatego obraz matki z lat młodości tak zdumiał Erikę. Dlaczego ta, jak o niej mówili, spokojna, ciepła i sympatyczna dziewczyna wyrosła na kobietę zimną i odnoszącą się do własnych dzieci z rezerwą, jak do obcych ludzi?

Dotknęła wyrytego na nagrobku imienia matki.

— Mamo, co ci się stało? — szepnęła i poczuła, że ją ściska w gardle.

Po chwili podniosła się — z jeszcze większą determinacją. Musi się dowiedzieć, co kryje przeszłość matki. Bez względu na cenę.

Rzuciła ostatnie spojrzenie na nagrobek rodziców i przeszła kilka metrów, do grobu dziadków. Elof i Hilma Moström. Nie zdążyła ich poznać. Tragedia, która kosztowała życie dziadka, wydarzyła się na długo przed jej narodzinami. Babcia odeszła dziesięć lat później. Elsy nigdy o nich nie mówiła. Erika się cieszyła, że wszystko, czego się o nich dowiedziała, świadczyło o tym, że byli dobrzy i lubiani. Znów przykucnęła. Wpatrywała się w nagrobek, jakby chciała, żeby przemówił. Kamień milczał. Nic tu po niej. Jeśli ma dotrzeć do prawdy, musi szukać gdzie indziej.

Żeby sobie skrócić drogę do domu, poszła w stronę stojącego na górce domu parafialnego. Przed samą górką odruchowo zerknęła w prawo, na wielki omszały nagrobek. Stał nieco z boku, u podnóża skały zamykającej część cmentarza. Zrobiła jeszcze krok i stanęła jak wryta. Cofnęła się i stanęła przed wielkim szarym nagrobkiem. Serce waliło jej w piersi. Zaczęła sobie przypominać pojedyncze fakty, wyrwane z kontekstu zdania. Zmrużyła oczy, żeby widzieć wyraźniej. Podeszła jeszcze bliżej. Przesunęła nawet palcem po literach, upewniając się, że wyobraźnia nie płata jej figla.

Nagle wszystko zaczęło się składać w całość. Oczywiście. Już wiedziała, co się stało, przynajmniej z grubsza. Wyjęła z kieszeni telefon i drżącymi palcami wybrała numer Patrika. Najwyższy czas, żeby się włączył.


Córki dopiero wyszły. Przychodziły codziennie, kochane dziewczyny. Robiło mu się ciepło na sercu, gdy siadały na jego łóżku, jedna obok drugiej. Takie podobne, choć każda inna. Przypominały mu Brittę. Anna Greta miała jej nos, Birgitta oczy, a najmłodsza, Margareta, dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechała.

Zacisnął powieki, żeby powstrzymać łzy. Już nie miał siły płakać, zabrakło mu łez. Musiał jednak otworzyć oczy, bo pod powiekami wciąż widział Brittę w chwili, gdy zdjął poduszkę z jej twarzy. Nie musiał podnosić, żeby wiedzieć, co się stało, ale chciał uzyskać potwierdzenie, chciał wiedzieć, do czego doprowadził przez jeden nierozważny krok. Domyślił się. W chwili gdy wszedł do sypialni i zobaczył, jak leży bez ruchu z poduszką na twarzy.

Zdjął poduszkę, zobaczył jej martwe spojrzenie i poczuł się, jakby sam umarł. Zdobył się tylko na to, żeby się położyć obok, jak najbliżej jej ciała, i objąć je ramionami. Gdyby to od niego zależało, leżałby tak już zawsze. Chciałby obejmować jej stygnące ciało i wspominać.

Patrząc w sufit, przypomniał sobie letnie dni, gdy z dziewczynkami pływali łódką na Valö. Britta siedziała z przodu, pod samą osłoną kabiny, z twarzą do słońca. Długie nogi wyciągnięte przed siebie, jasne włosy rozpuszczone na plecach. Widział, jak otwiera oczy, odwraca się do niego i uśmiecha radośnie. Stojąc przy sterze, pomachał jej i pomyślał, że jest prawdziwym szczęściarzem.

Wzrok mu pociemniał. Wróciło wspomnienie chwili, gdy po raz pierwszy mu o tym opowiedziała. Było ponure, zimowe popołudnie. Dziewczynki były w szkole. Powiedziała, żeby usiadł, bo muszą porozmawiać. Serce mu stanęło. W pierwszej chwili pomyślał, że pewnie chce go opuścić, że poznała innego. Prawie mu ulżyło, gdy się okazało, że chodzi o coś innego. Słuchał, a ona mówiła. Długo. Zrobiło się późno i trzeba było odebrać dziewczynki ze szkoły. Umówili się, że już nie będą do tego wracać. Co się stało, to się nie odstanie. Po tej rozmowie jego stosunek do niej się nie zmienił. Dlaczego miałoby mu to przesłonić wspólne szczęśliwe dni i cudowne noce? Co ma jedno do drugiego? Zgodnie postanowili nigdy więcej do tego nie wracać.

To się zmieniło, gdy przyszła choroba. Wtargnęła w ich życie jak tajfun, zmieniając i wyrywając z korzeniami wszystko. A on dał się porwać i popełnił błąd. Jeden jedyny, ale zgubny. Zadzwonił do kogoś. Nie należało tego robić. Był naiwny. Wierzył, że czas wszystko przewietrzyć, pozbyć się stęchlizny i zgnilizny. Myślał, że jeśli pokaże Britcie, że cierpi z powodu tego, co kiedyś ukryła w zakamarkach rozpadającego się teraz umysłu, zrozumie, że musi to z siebie wyrzucić, żeby mogli odzyskać spokój. Żeby ona odzyskała spokój. Boże, co za naiwność. Równie dobrze mógł sam przycisnąć jej poduszkę do twarzy. Przyznawał to z bólem. Zamknął oczy, by wyprzeć ten ból, ból nie do zniesienia. Tym razem nie ujrzał przed sobą martwych oczu Britty. Ujrzał ją na szpitalnym łóżku. Bladą i wymęczoną, ale szczęśliwą, z Anną Gretą w objęciach. Uniosła rękę i pomachała, wzywając go gestem.

Herman westchnął i podszedł do nich z uśmiechem.


Patrik patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Czy to możliwe, żeby Erika miała rację? Nieprawdopodobna historia, a jednak wydaje się logiczna. Westchnął na myśl o czekającym go zadaniu.

— Chodź, córeczko, jedziemy na wycieczkę. — Wziął Maję na ręce i poszedł z nią do przedpokoju. — Po drodze zabierzemy mamę.

Wkrótce podjechali przed bramę cmentarza, gdzie czekała Erika, niemal podskakując z niecierpliwości. Jej zapał zaczął się udzielać Patrikowi. Musiał się pilnować, żeby w drodze do Tanumshede nie naciskać za mocno na pedał gazu. Bywał wprawdzie nieostrożnym kierowcą, ale nie wtedy, gdy wiózł Maję.

— Ja będę mówić, dobrze? — powiedział Patrik, parkując przed komisariatem. — Wejdziesz ze mną, ale tylko dlatego, że nie mam siły się z tobą kłócić. Zresztą nic by mi to nie dało. Ale to mój szef i już raz go do czegoś takiego przekonywałem. Rozumiemy się?

Erika niechętnie kiwnęła głową i wyciągnęła Maję z fotelika.

— Na pewno nie chcesz podjechać do mamy, żeby jej przypilnowała przez ten czas? Przecież nie lubisz, jak Maja przebywa w komisariacie, prawda? — spytał, drażniąc się z nią.

Erika spojrzała na niego z gniewem.

— Chciałabym jak najszybciej mieć to za sobą. Zresztą nie zaszkodziło jej, gdy była tu ostatnio. — Mrugnęła do niego porozumiewawczo.

— Cześć, a co wy tu robicie? — Annika ożywiła się, kiedy Maja uśmiechnęła się do niej szeroko.

— Musimy porozmawiać z Bertilem — powiedział Patrik. — Jest u siebie?

— Tak, jest u siebie — odpowiedziała Annika i spojrzała na nich pytającym wzrokiem. Wpuściła ich. Patrik ruszył do gabinetu Mellberga, za nim Erika z Mają na ręku.

— Hedström! A ty co tu robisz? W dodatku z całą rodzinką, jak widzę — odezwał się opryskliwie Mellberg. Nawet nie wstał, żeby się przywitać.

— Musimy omówić pewną sprawę — powiedział Patrik i nieproszony usiadł na fotelu dla gości.

Maja i Ernst patrzyli na siebie z wzajemnym zachwytem.

— Czy ten pies jest przyzwyczajony do dzieci? — spytała Erika.

Zastanawiała się, czy puścić Maję, która koniecznie chciała zejść na podłogę.

— A skąd ja mam wiedzieć? — burknął Mellberg, ale zaraz zmiękł. — To najłagodniejszy pies pod słońcem. Muchy by nie skrzywdził — powiedział głosem, w którym słychać było dumę.

Patrik słuchał go z rozbawieniem. Ale go wzięło!

Erika ostrożnie posadziła córeczkę obok Ernsta. Zaczął ją lizać, co Maja przyjęła z zachwytem, ale też z pewną obawą.

— No więc czego chcesz?

Mellberg spojrzał na Patrika z ciekawością.

— Chciałbym, żebyś wystąpił o zgodę na ekshumację.

Mellberg zakasłał, jakby mu coś utkwiło w gardle, i aż poczerwieniał, usiłując odzyskać oddech.

— Pozwolenie na ekshumację! Czyś ty człowieku zwariował?! — wyrzucił z siebie, gdy w końcu przestał kasłać. — Chyba ci odbiło na tym urlopie! Masz pojęcie, jak rzadko na to pozwalają? A u nas były aż dwie ekshumacje w ostatnich latach. Jeśli wystąpię o pozwolenie na kolejną, pomyślą, że całkiem odjechałem, i wsadzą mnie do czubków! A w ogóle kogo chcesz wykopywać z grobu?

— Członka norweskiego ruchu oporu, który zniknął w 1945 roku — powiedziała spokojnie Erika.

Przykucnęła na podłodze i drapała Ernsta za uchem.

— Słucham? — spytał z głupią miną Mellberg, jakby myślał, że się przesłyszał.

Erika cierpliwie opowiedziała wszystko, czego się dowiedziała o czwórce przyjaciół i Norwegu, który przybył do Fjällbacki na rok przed końcem wojny. O tym, że w czerwcu 1945 roku wszelki ślad po nim zaginął i że do tej pory nie udało im się go odnaleźć.

— Może został w Szwecji? Albo wrócił do Norwegii? Sprawdziłaś w archiwach u nas i u nich? — spytał z powątpiewaniem.

Erika wstała z podłogi i usiadła w drugim fotelu dla gości. Świdrowała go wzrokiem. Chciała go zmusić, żeby ją traktował poważnie. Potem powtórzyła słowa Hermana: że Paul Heckel i Friedrich Hück mogliby odpowiedzieć na pytanie, gdzie znajduje się Hans Olavsen.

— Te nazwiska wydawały mi się znajome, chociaż nie miałam pojęcia, gdzie mogłam się z nimi zetknąć. Aż do dziś. Wybrałam się na cmentarz, na groby rodziców i dziadków. Tam go zobaczyłam.

— Niby kogo? — zdumiał się Mellberg.

Erika zbyła go machnięciem ręki.

— Jeśli pozwolisz, wrócę do tego później.

— Proszę bardzo — odparł Mellberg niechętnie, ale widać było, że jest coraz bardziej zaciekawiony.

— Na cmentarzu we Fjällbace znajduje się niezwykły grób. Pochodzi z czasów pierwszej wojny światowej. Spoczywa w nim dziesięciu niemieckich żołnierzy, siedmiu znanych z nazwiska i trzech nieznanych.

— Nie wspomniałaś o bazgrołach — wtrącił Patrik.

Oddał pole żonie. Dobry mąż wie, kiedy należy złożyć broń.

— Właśnie, to kolejny element układanki.

Erika opowiedziała o słowach, na które zwróciła uwagę, gdy oglądała zdjęcia z miejsca zbrodni. Słowa nabazgrane na notatniku Erika: Ignoto militi.

— Jak to możliwe, że oglądałaś zdjęcia z miejsca zbrodni? — spytał ze złością Mellberg i spojrzał z gniewem na Patrika.

— O tym później — odparł Patrik. — Wysłuchaj jej do końca, proszę.

Mellberg burknął coś pod nosem i zachęcił Erikę, żeby mówiła dalej.

— Napisał te słowa kilka razy, więc sprawdziłam, co znaczą. To napis z Łuku Triumfalnego w Paryżu, z Grobu Nieznanego Żołnierza. Słowa te znaczą właśnie: nieznanemu żołnierzowi.

Mellberg ciągle nie chwytał, więc wyjaśniała dalej, mocno gestykulując:

— Utkwiły mi w podświadomości. Mamy bojownika norweskiego ruchu oporu, który zniknął w 1945 roku, i nikt nie wie, co się z nim stało. Mamy te bazgroły Erika o nieznanym żołnierzu. Dalej: Britta mówiła coś o starych kościach. I wreszcie mamy te nazwiska wymienione przez Hermana. Do czego zmierzam? Otóż przed chwilą przechodziłam obok tego grobu na cmentarzu we Fjällbace i wtedy uzmysłowiłam sobie, dlaczego te nazwiska wydają mi się znajome. Bo są wyryte na nagrobku.

Erika przerwała, żeby zaczerpnąć tchu. Mellberg wpatrywał się w nią.

— Mówisz, że Paul Heckel i Friedrich Hück to nazwiska Niemców pochowanych w grobie z czasów pierwszej wojny światowej na cmentarzu we Fjällbace, tak?

— Tak — potwierdziła Erika.

Zastanawiała się, jakich jeszcze argumentów użyć. Mellberg ją uprzedził.

— Więc podejrzewasz, że…

Odetchnęła głęboko i zerknęła na Patrika.

— Myślę, że w tym grobie najprawdopodobniej znajdują się jeszcze inne zwłoki. Sądzę, że pochowano w nim członka norweskiego ruchu oporu Hansa Olavsena. I choć nie wiem, jak to się ma do obu morderstw, wierzę, że to klucz do ich rozwikłania.

Zapadła cisza. Nikt się nie odzywał, słychać było tylko bawiących się Maję i Ernsta. Po chwili Patrik powiedział cicho:

— Wiem, że ta historia może się wydawać nieprawdopodobna, ale przedyskutowaliśmy to z Eriką i uważam, że coś jest na rzeczy. Nie ma dowodów, ale są poważne poszlaki, i prawdopodobnie Erika ma rację, że tu kryje się tajemnica obu morderstw. Choć nie wiem, o co chodzi ani dlaczego tak jest. Należałoby zacząć od ustalenia, czy w tym grobie rzeczywiście pochowano jeszcze inne zwłoki. A jeśli tak, jaka była przyczyna śmierci i jak tam trafiły.

Mellberg nie odpowiedział. Splótł dłonie i zastanawiał się. Wreszcie westchnął głęboko.

— Pewnie zwariowałem, ale sądzę, że możecie mieć rację. Nie gwarantuję, że mi się uda, bo i tak już sobie nieźle pozwalaliśmy. Zresztą przewiduję, że prokurator dostanie szału. Ale spróbuję. Tylko tyle mogę obiecać.

— Tylko o to prosimy — powiedziała Erika z takim zapałem, jakby chciała mu się rzucić na szyję.

— Powoli. Nie wierzę, żeby mi się udało, ale spróbuję. I potrzebowałbym trochę spokoju.

— Już wychodzimy. — Patrik wstał. — Zawiadom nas, jak tylko się czegoś dowiesz.

Mellberg nie odpowiedział. Machnął im na pożegnanie i sięgnął po słuchawkę. Zamierzał sięgnąć do technik perswazyjnych i miało to być jedno z najtrudniejszych zadań w całej jego karierze.

Загрузка...