16


Fjällbacka 1944

— Doskonałe — powiedział Vilgot, biorąc dokładkę smażonej makreli. — Pyszne, Bodil.

Nie odpowiedziała, z ulgą spuściła głowę. Pochwały męża odbierała jak nagrodę za to, że jest zadowolony.

— Pamiętaj, chłopcze, przed żeniaczką musisz się przekonać, co dziewczyna potrafi w kuchni i w łóżku!

Wymachując widelcem, roześmiał się na całe gardło. Usta miał pełne jedzenia.

— Vilgot! — upomniała go Bodil z oburzeniem, ale nie odważyła się powiedzieć więcej.

— Niech się chłopak uczy — odparł Vilgot, nakładając sobie jeszcze piure z ziemniaków. — A w ogóle to możesz być dumny z ojca. Właśnie dzwonili z Göteborga. Firma tego Żyda Rosenberga zbankrutowała, ponieważ w ciągu ostatniego roku odebrałem mu dużo kontraktów. To dopiero! Jest co świętować! Z nimi tak trzeba. Na kolana, batem, i puścić z torbami.

— Teraz takie czasy, że trudno mu będzie się utrzymać — wymsknęło się Bodil. W tej samej chwili zdała sobie sprawę, że popełniła błąd.

— Co chcesz przez to powiedzieć, moja droga? — spytał Vilgot podejrzanie łagodnym tonem, odkładając sztućce. — Żal ci ich? Rozwiń tę myśl, proszę.

— Nie, nic z tych rzeczy — odparła, nie podnosząc wzroku.

Miała nadzieję, że okazując uległość, wyjdzie z tego cało. Ale w oczach Vilgota już się pojawił znajomy błysk. Całą uwagę skupił na żonie.

— Ale ja proszę, mów dalej. Jestem bardzo ciekaw, co masz do powiedzenia.

Frans wodził wzrokiem od matki do ojca, a w dołku rosła mu coraz większa gula. Widział, że matka drży ze strachu, a oczy ojca błyszczą, jak zawsze w takich sytuacjach. Chciał poprosić, żeby mu pozwolono odejść od stołu, ale zrozumiał, że już za późno.

Matka najpierw musiała kilka razy przełknąć ślinę. Potem powiedziała urywanym ze zdenerwowania głosem:

— Pomyślałam o jego rodzinie. Że w dzisiejszych czasach nie będzie mu łatwo znaleźć nowe źródło utrzymania.

— Bodil, mówimy o Żydzie. — Vilgot mówił powoli, jakby upominał dziecko.

Chyba właśnie ten ton ją poruszył, bo podniosła głowę i z pewną przekorą powiedziała:

— Przecież Żydzi to też ludzie, i tak samo jak my muszą wykarmić dzieci.

Frans czuł, jak gula w dołku rozrasta się do monstrualnych rozmiarów i zaczyna go dławić. Chciał krzyknąć, żeby się nie odzywała do ojca w ten sposób. Co w nią wstąpiło? Jak może bronić Żyda? Czy to warte ceny, którą będzie musiała za to zapłacić? Nagle poczuł, że jej nienawidzi za to, że jest taka głupia. Czy nie wie, że nie warto prowokować ojca? Że nie wolno się sprzeciwiać, że trzeba położyć uszy po sobie? Wtedy jest szansa, że się ujdzie cało, przynajmniej na jakiś czas. Głupia kobieta. Zbuntowała się, czego pod żadnym pozorem nie wolno robić Vilgotowi Ringholmowi. Nawet jeśli to tylko iskierka buntu, cień powątpiewania. Frans struchlał na myśl o wybuchu, jaki zaraz ta jedna jedyna iskierka wywoła.

Najpierw zapadła cisza. Vilgot patrzył na żonę, jakby to, co usłyszał, nie mogło mu się pomieścić w głowie. Zacisnął pięści, żyła w szyi pulsowała. Frans chciał uciec z jadalni i biec przed siebie, dopóki starczy mu tchu. Ale nie był w stanie się ruszyć, jakby się przykleił do krzesła.

W końcu nastąpił wybuch. Zaciśnięta pięść ojca wystrzeliła prosto w podbródek matki. Matka poleciała do tyłu. Uderzyła głucho o podłogę, z głośnym jękiem, który przeszył Fransa na wylot, ale nie wzbudził jego współczucia, tylko jeszcze większą złość. Dlaczego nie milczała? Dlaczego go zmusza, żeby na to patrzył?

— A więc jesteś wielbicielką Żydów — powiedział Vilgot, wstając. — Tak?

Bodil podniosła się z pleców na kolana i próbowała dojść do siebie.

Vilgot zamierzył się i kopnął ją w brzuch.

— Tak?! Odpowiadaj! Mam pod swoim dachem miłośniczkę Żydów? Tak?

Nie odpowiedziała. Próbowała się oddalić na czworakach. Vilgot poszedł za nią i wymierzył jej kolejnego kopniaka, znów w brzuch. Bodil zatrzęsła się i padła na podłogę. Po chwili podniosła się chwiejnie i próbowała odpełznąć.

— Ty przeklęta żydowska suko!

Vilgot aż się zapluł. Na jego twarzy malowało się lubieżne zadowolenie. Wykrzykując obelgi, znów wymierzył jej kopniaka. Widać było, że go to podnieca.

— Zaraz cię nauczę, jak się postępuje z suką. Żeby zrozumiała. Patrz i ucz się.

Patrzył na Fransa. Sapiąc, rozpiął pasek i spodnie. Podszedł do Bodil, która zdążyła odpełznąć parę metrów. Jedną ręką chwycił ją za włosy, drugą zadarł spódnicę.

— Nie, nie… przecież… Frans… — powiedziała błagalnie.

Vilgot roześmiał się. Pociągnął ją za głowę i z głośnym stęknięciem wbił się w nią od tyłu.

Frans czuł, jak gula w brzuchu wzbiera od nienawiści. Matka odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy, podczas gdy ojciec napierał na nią od tyłu. Wtedy do Fransa dotarło, że jeśli chce przeżyć, musi hodować w sobie tę nienawiść.



Sobotnie przedpołudnie Kjell spędził w redakcji. Beata pojechała z dziećmi do rodziców. Nadarzyła się okazja, żeby poszukać informacji o Hansie Olavsenie. Dotychczasowe wysiłki nie przyniosły rezultatów, bo takie imię i nazwisko nosiło bardzo wielu Norwegów. Jeśli nie znajdzie jakiegoś szczegółu, który mu umożliwi zawężenie poszukiwań, zadanie okaże się niewykonalne.

Kilka razy przeczytał wycinki od Erika, ale nie znalazł w nich żadnego punktu zaczepienia i nie rozumiał, o co mogło mu chodzić. To była największa zagadka. Jeśli Erik Frankel chciał, żeby się o czymś dowiedział, dlaczego nie powiedział mu tego wprost? Po co te tajemnicze zabiegi z wycinkami? Kjell westchnął. O Hansie Olavsenie wiedział tylko tyle, że podczas drugiej wojny światowej działał w norweskim ruchu oporu. Pytanie, gdzie szukać informacji o nim. Przyszło mu do głowy, żeby spytać ojca. Może on coś wie o tym Norwegu. Ale odrzucił tę myśl. Woli ślęczeć setki godzin w archiwum, niż prosić go o cokolwiek.

Archiwum. To jest pomysł. Może w Norwegii mają spis członków ruchu oporu? Na pewno są dokumenty i historycy zajmujący się tą dziedziną. Z pewnością pokusili się o sporządzenie kroniki działań norweskiego ruchu oporu.

Otworzył Explorera, wpisał kilka haseł i po chwili znalazł, czego szukał. Niejaki Eskil Halvorsen, autor książek o Norwegii z czasów drugiej wojny światowej. Skupiał się przede wszystkim na działalności ruchu oporu. To człowiek, z którym powinien porozmawiać. Znalazł w sieci norweską książkę telefoniczną i numer Eskila Halvorsena. Sięgnął po słuchawkę i wybrał numer. Pominął numer kierunkowy do Norwegii i musiał zacząć od nowa. Nie miał skrupułów, że w sobotnie przedpołudnie dzwoni na domowy numer. Dziennikarz nie może ich mieć.

Po chwili ktoś podniósł słuchawkę. Kjell przedstawił sprawę. Wyjaśnił, że szuka człowieka o nazwisku Hans Olavsen, który działał w norweskim ruchu oporu i w ostatnim roku wojny uciekł do Szwecji.

— A więc tak od ręki nie może mi pan o nim nic powiedzieć? — Bazgrał kółka w notesie. Łudził się, że od razu się czegoś dowie. — Tak, rozumiem, że w ruchu oporu działały tysiące ludzi, ale może jest jakaś możliwość…

Słuchał długiego wywodu na temat struktury organizacyjnej ruchu oporu i notował. Temat był bezsprzecznie ciekawy, zwłaszcza że bardzo go interesowały organizacje neonazistowskie. Nie powinien się jednak rozpraszać.

— Czy w archiwach są spisy członków ruchu oporu? To znaczy, że są potwierdzone dane… A mógłby pan sprawdzić, czy są wśród nich dane Hansa Olavsena? I ewentualnie podpowiedzieć mi, gdzie tego człowieka szukać? Będę bardzo wdzięczny. Dodam tylko, może ta informacja okaże się przydatna, że do Szwecji, a konkretnie do Fjällbacki, przyjechał w 1944 roku.

Odłożył słuchawkę. Był zadowolony. Wprawdzie niczego konkretnego się nie dowiedział, ale czuł, że Halvorsen potrafi odszukać Hansa Olavsena.

Sam w tym czasie może sprawdzić, czy przypadkiem w bibliotece we Fjällbace nie ma jakichś materiałów o nim. Trzeba spróbować. Zerknął na zegarek. Jeśli zaraz wyjedzie, zdąży przed zamknięciem. Wyłączył komputer, chwycił kurtkę i wyszedł z redakcji.

Kilkaset kilometrów dalej Eskil Halvorsen zaczął już szukać informacji o członku norweskiego ruchu oporu Hansie Olavsenie.


Maja siedziała w swoim foteliku, ściskając kurczowo lalkę. Erika była wzruszona gestem starszej pani i jednocześnie rozbawiona tym, że Maja zakochała się w lalce od pierwszego wejrzenia.

— Urocza była ta pani — powiedziała.

Patrik siedział za kierownicą i tylko skinął głową. Przedzierał się przez gąszcz komunikacyjny Göteborga, co rusz trafiając na ulice jednokierunkowe i tramwaje. Pojawiały się nie wiadomo skąd i głośno dzwoniły.

— Gdzie zaparkujemy? — spytał, rozglądając się.

— Tu jest wolne miejsce — pokazała Erika. — Lepiej, żebyście nie szli ze mną — powiedziała, wyjmując z bagażnika wózek. — Antykwariat nie jest odpowiednim miejscem dla kogoś, kto musi wszystkiego dotknąć.

— Masz rację — odparł Patrik, sadzając Maję w wózku. — Pospacerujemy sobie w tym czasie. Ale potem wszystko mi opowiesz.

— Obiecuję.

Erika pomachała do Mai.

Adres podyktowano jej przez telefon. Antykwariat znajdował się w centrum, w Guldheden. Trafiła bez problemu. Gdy otworzyła drzwi, zadzwonił dzwonek i zza zasłony wyszedł mały szczupły człowieczek z bródką.

— W czym mógłbym pani pomóc? — spytał uprzejmie.

— Dzień dobry, nazywam się Erika Falck. Rozmawialiśmy przez telefon.

Podeszła i podała mu rękę.

Enchanté — odparł i ku jej zaskoczeniu pocałował ją w rękę. Nie przypominała sobie, żeby ją kiedykolwiek pocałowano w rękę. — Mówiła pani, że jest w posiadaniu medalu, o którym chciałaby się pani dowiedzieć czegoś więcej. Proszę wejść, usiądziemy sobie i obejrzę go.

Przytrzymał zasłonę. Erika zobaczyła drzwi tak niskie, że musiała się pochylić, żeby wejść. Weszła i stanęła jak wryta. Wszystkie ściany ciasnego, ciemnego pomieszczenia, od podłogi po sufit, były obwieszone rosyjskimi ikonami. Poza tym był tam tylko niewielki stół i dwa krzesła.

— To moja pasja — powiedział mężczyzna, który wczoraj przez telefon przedstawił się jako Åke Grundén. — Jestem właścicielem jednego z najlepszych zbiorów ikon — wyjaśnił z dumą, gdy siadali przy stole.

— Bardzo piękne.

Erika rozglądała się z ciekawością.

— Mało powiedziane, droga pani — odparł, puchnąc z dumy. — Są symbolem historii i tradycji, która jest… po prostu wspaniała. — Urwał i założył okulary. — Mam skłonność do rozwodzenia się na ten temat, więc może przejdźmy do medalu, z którym pani przyszła. Bardzo mnie zaciekawił.

— Jak rozumiem, medale z okresu drugiej wojny światowej to kolejna dziedzina, która pana interesuje.

Spojrzał na nią znad okularów.

— Człowiek dziwaczeje, gdy zamiast ludźmi otacza się starymi przedmiotami. Nie mam pewności, czy dokonałem właściwego wyboru, ale łatwo się mądrzyć po szkodzie.

Uśmiechnął się, Erika odwzajemniła uśmiech. Podobało jej się jego poczucie humoru, takie z cicha pęk.

Sięgnęła do kieszeni i ostrożnie wyjęła medal. Åke Grundén zapalił stojącą na stole lampę. Świeciła mocno. Erika rozwinęła szmatkę.

— Aha — powiedział, kładąc medal na dłoni.

Oglądał go uważnie, obracał na wszystkie strony w świetle lampy i mrużył oczy, żeby mu nie umknął najdrobniejszy szczegół.

— Gdzie pani to znalazła? — spytał, patrząc na nią znad okularów.

Erika opowiedziała o strychu i o skrzyni po matce.

— I o ile pani wiadomo, matki nie łączyły żadne więzy z Niemcami?

Erika potrząsnęła głową.

— Nie, nigdy o niczym takim nie słyszałam. Fjällbacka, gdzie się wychowała i mieszkała moja matka, leży niedaleko norweskiej granicy. Podczas wojny wielu ludzi pomagało norweskiemu ruchowi oporu. Wiem na przykład, że mój dziadek pozwalał, żeby na pokładzie jego kutra przemycano różne rzeczy do Norwegii. Pod koniec wojny przywiózł nawet członka ruchu oporu, który potem zamieszkał w jego domu.

— Tak, rzeczywiście sporo było kontaktów między mieszkańcami szwedzkiego wybrzeża i okupowanej Norwegii. W prowincji Dalsland ludzie często mieli do czynienia z Niemcami i Norwegami. — Mówił jakby do siebie, studiując medal. — Naturalnie nie mam pojęcia, w jaki sposób ten medal trafił do rąk pani matki — powiedział. — Wiem natomiast, że jest to Krzyż Żelazny pierwszej klasy, przyznawany za szczególne zasługi na polu walki.

— Czy istnieje spis osób odznaczonych tym krzyżem? — spytała Erika z nadzieją. — Niemcy byli tacy dokładni i w tym, co dobre, i w tym, co złe… powinny istnieć jakieś spisy…

Åke Grundén potrząsnął głową.

— Niestety nie ma. Poza tym nie było to rzadkie odznaczenie. Taki krzyż podczas wojny dostało około czterystu pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy. Nie da się zatem ustalić, kogo odznaczono akurat tym.

Erika była zawiedziona. Miała nadzieję, że dzięki medalowi dowie się czegoś nowego, a tymczasem znów zabrnęła w ślepą uliczkę.

— Trudno, szkoda — powiedziała, podnosząc się.

Nie potrafiła ukryć rozczarowania. Podziękowała i podała Grundénowi rękę, a on znów ją ucałował.

— Przykro mi — powiedział, odprowadzając ją do drzwi. — Żałuję, że nie mogłem pani pomóc…

— Nie szkodzi — odparła, otwierając drzwi. — Znajdę inny sposób, bo postanowiłam rozgryźć tę sprawę. Muszę wiedzieć, skąd i dlaczego matka miała ten medal.

Ale kiedy zamknęła za sobą drzwi, ogarnęło ją zwątpienie. Pomyślała, że chyba nigdy nie rozwiąże tej zagadki.

Загрузка...