IV

Przed ósmą wieczorem Tawi, znudzona już samotnością, rzuciła się do otwierania drzwi, słysząc sieroco-uprzejme stukanie, z jakim wchodzi człowiek oglądający się na swoje ślady.

— Odgadłam, że to ty — krzyknęła. — Rita, myszko, trusio, i twój, jak być powinno, jeszcze chudszy Butz!

Rudawa, szczupła dziewczyna z drobnymi rysami twarzy dostojnie przekroczyła próg, oglądając się na idącego z tyłu wielbiciela.

— To ja — powiedziała przeciągle — ale dlaczego Butz miałby schudnąć?

Za jej plecami parsknęła istota tak gruba i okrągła, że wydawało się, położona na bok, mogłaby się w takim położeniu kręcić jak bąk, bez obawy, że zaczepi o łoże jakąkolwiek częścią ciała.

— Dlaczego Butz miałby schudnąć? Je, dzięki Bogu. No, kochana, witam cię. Butz, ty też się przywitaj. Oto tort, dla ciebie, Tawi.

Tawi schwyciła jedną ręką tort, krótki pocałunek w usta odwzajemniła porywczym cmoknięciem w ucho, zaś drugą ręką wczepiła się w Butza, przyciągając go blisko do siebie. Butz miał dwadzieścia dwa lata, był w rozkwicie swych pulchnych krągłości podobny do dziesięcioletniego olbrzyma, przypominającego przy każdym obrocie malutkiego Gargantuę.

— Nie chcesz więc schudnąć, Butz — powiedziała Tawi, szczypiąc go w drżący łokieć — a szkoda, bo wtedy jeszcze bardziej byś mi się podobał! Już się spociłeś? To kołnierzyk zbyt mocno ściska. Rita, czy ty pilnujesz, żeby szedł po schodach powoli, patrz, jak bije jego serce, jak dyszy, mój ty biedaku! Potrzeba ci trochę pudru. Chcesz, zaraz ci podam? Śmiejąc się, już rzuciła się w poszukiwaniu puderniczki, ale Butz, podniósłszy obie ręce, zaczął bronić się tym gestem z bardzo żałosnym wyrazem twarzy; najprawdziwsze przerażenie i panika pojawiły się na jego zaczerwienionej twarzy, a oczy stały się wilgotne; jednak uległszy czemuś śmiesznemu, nieoczekiwanie prychnął, chichnął i parsknął cichym śmiechem.

— Pu-pu… pudrem — wymówił w końcu, tracąc oddech i wycierając twarz chusteczką. — Nie, nie, ja nigdy, nigdy… nie… nie używam pudru! Dziękuję ci. Niech ci to wyjdzie na zdrowie!

Słowa te wypowiedziane szybko, lecz z namiętną odrazą do pudru, zmusiły gospodynię do zajęcia miejsca na taborecie i powstrzymania wszechogarniającego ją chichotu rękami, przyciśniętymi do twarzy; nawet Rita roześmiała się łagodnie.

— Jednak, kochanie — spytała — jesteś tak podniecona, że aż zaniepokoiłam się. Co? Co z tobą?

Nowe stukanie do drzwi przerwało tę u wagę.

— Cały wieczór będę taka — zdążyła powiedzieć Tawi. — Widzisz kochana, to nerwy.

Wciąż jeszcze śmiejąc się, otworzyła drzwi i wzięła w ramiona czarnowłosą, o smagłej twarzy maleńkiej małpki i w ogromnym kapeluszu, Celestynę Dufort, kiedyś pracującą razem z nią w księgarni.

— Witaj, Celestynko, witaj!

— Witam cię, Tawiątko, witam!

— No cóż, starość nie radość. Celestynko niegodziwa, z kim to przyszłaś? Ach, to twój brat!

Wziąwszy się za ręce, podskoczyły razem ze trzy razy. Potem Fluk, brat Celestyny, w sposób szarmancki i wyszukany skłonił się Tawi, jego maniery, ironiczna i pewna siebie twarz, szczególny polot wyuczonych i przesadnie ruchliwych gestów, często spotykanych na publicznych balach, czyniły z tego młodzieńca kawalera umiejącego znaleźć się w każdej chwili.

— Kwitnąć i upiększać sobą drogę życia, z każdym rokiem kwitnąć coraz wspanialej i jaśniej! — tak właśnie zakończył swoje życzenia.

Tawi wysłuchała tej tyrady, która zabrzmiała niczym upomnienie, z zastygłym uśmiechem, po czym uroczyście podała mu sztywną jak pałka rękę i, szalenie nią potrząsając, powiedziała z westchnieniem:

— Ach! Przeszył pan moje serce! Przeszył pan czy też nie? — W tym momencie poważnie i szybko zwróciła się po kolei do wszystkich: — Tak czy też nie? Przeszył czy nie? — Natknęła się na grzecznie cofniętego But za. Grubas, przymilnie skłoniwszy głowę, skwapliwie zagulgotał:

— Nie, nie, nie! — i bojaźliwie obejrzał się na Ritę, ale jego wysiłek został przywitany łaskawym grymasem.

W tym momencie Tawi chciała wypchnąć gości z kuchni do oświetlonego i posprzątanego pokoju, gdy przez półprzymknięte drzwi doleciały z dołu metaliczne dźwięki mandoliny, na co Fluk, poruszywszy brwią, zauważył:

— O, to Ralf i Murrey!

Rzeczywiście, dwóch przystojnych młodych ludzi, przepuszczając przed sobą taką samą dorodną, wielką, o mężnej postaci, dziewczynę z nieładną, ale przyjemną twarzą, stało naprzeciwko drzwi, wystawiwszy każdy jedną nogę do przodu i dotykając rękami aksamitnych beretów, wyszarpnęli ze strun „szaleńczo-pociągający” walc. Tak też i weszli do środka, ukłonili się, nie przestając ciągle grać. Równocześnie jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki coś poderwało dziewczyny, bo z piskiem rzuciły się ku kawalerom, zanurzyły w ich ramionach i zakręciły w miejscu, ponieważ wirowanie po kole w takiej ciasnocie było niemożliwe nawet dla kurcząt. Mimo że Butz raczej obracał się niż tańczył, Tawi, jak się wydawało, była zadowolona.

— Ależ wspaniale tańczysz! — szepnęła.

— Tak lekko jak piórko!

I dobroduszny grubas całym sercem wybaczył jej wcześniejsze zuchwalstwo z pudrem. Obok wysoka dziewczyna, która miała na imię Alicja, najspokojniej w świecie tuliła i kołysała w ramionach nienaturalnie rozpromienioną Ritę; Celestyna natomiast zderzyła się plecami z jednym z muzykantów i bal się skończył.

— Ponieważ jesteście bardzo barwni — powiedziała Tawi do młodzieńców w beretach, których jednakowy ubiór składał się z błękitnych bluz z czerwonymi, atłasowymi kołnierzykami, to urządzimy to wszystko jeszcze bardziej pstrokato. Jednego z was posadzę obok mnie, właśnie pana, panie Murrey, ponieważ pan przyjemnie się do mnie uśmiecha, a oprócz tego mam białą suknię i czarny pas, jedno pasuje do drugiego, prawda?! Ralf, dziecino, chodź tu! Alicjo, kochanie, przytulę się do ciebie troszeczkę.

Objęły się i pogładziły wzajemnie po głowach z uśmiechem i czułością.

— Tak, teraz lepiej, no, chodźcie, chodźcie, siadajcie, wszyscy, wszyscy, wszyscy! To krzesło jest kulawe, a to, chociaż nie kulawe, to zbyt słabe, jak dla ciebie, Butz; no co, wszyscy usiedli? Uf!

Tak paplając, śmiejąc się, przemieszczając i sadowiąc po kolei każdego, Tawi posadziła wszystkich przy okrągłym stole, sama zaś usiadła między Alicją i Murrey'em. Nie bez dumy patrzyła na stół. Alicja przyniosła słodkie ciasto, Rita tort, Ralf wyciągnął kiełbase, a Murrey paczkę cykat; oprócz tego panowie mrużąc oczy basem przyobiecali jeden drugiemu „popić dobrze”, z powodu czego damy, chrząkając wzruszyły ramionami pytając jedna drugiej:

— Czy rozumiesz coś z tego? Nie. A ty? Jeszcze mniej niż ty!

Od tego momentu Tawi można było oglądać w trzech pozycjach: siedzącą, a zarazem wiercącą się na krześle i machającą przed sobą wskazującym palcem i zaciskającą pozostałe palce tak, jak gdyby trzymała w nich orzech; stojącą, ażeby można było tupaniem podkreślić znaczenie jakichś jej raptownie wypowiedzianych słów; i unoszącą się w półzgiętej pozycji ponad zastawionym naczyniami stołem. Śmiała się przy tym i mówiła bez przerwy, ale jak kamień leżało jej na sercu coś, co przeszkadzało swobodnie odetchnąć.

Dobrze wiemy, jak się je i pije, może tylko warto wspomnieć o tym, jak zadźwięczy zrzucona ze stołu łyżka, albo zakrztusi się i parsknie kawą śmiejący się sąsiad, wywołując tym samym zamieszanie i pisk odsuwanych krzeseł.

— I co z twoim wyjazdem, Tawi?… — spytała Alicja, spojrzawszy na Ritę, która zamierzała wtrącić jakieś słowo.

— Czy zupełnie rozmyśliłaś się podjąć służbę? — dodała Rita. — Zaiste, to twoje święto chociaż nam się przydaje.

Tawi odwróciła talerzyk, podrzuciła w górę, złapała go i jeszcze raz podrzuciła mówiąc:

— Tę sprawę przegapiłam, przegapiłam! Spóźniłam się. Przyjęto inną.

Nagle zachciało się jej opowiadać wszystko, ale otworzywszy usta i już błysnąwszy oczami, poczuła, że to niemożliwe. Są sprawy, o których nie można mówić bez zdziwienia, a być może, i uśmieszku ze strony słuchacza, w każdym bądź razie opowiada się o nich sam na sam, a nie w rozgardiaszu wesołej zabawy.

— A…a…a… z tego typu podobnymi do szczebiotu dźwiękami ograniczył się jej słaby zapał, po czym zaczerwieniła się i popchnęła Murrey'a, wypisując mu palcem na policzku: „Fju”.

— Nie mówmy o tym — obojętnie powiedziała Tawi — dzisiaj nie chce mi się mówić o moim niepowodzeniu.

— No, niech i tak będzie! — krzyknął Ralf, uderzając się po kolanie. — Zajmijmy się czymś ważniejszym. Murrey, przynieś butelki, korkociąg mam.

Murrey podniósł się bez słowa z lunatycznym wyrazem twarzy, wyszedł i powrócił z butelkami, wiszącymi z szyjkami pomiędzy jego palcami, jak kiście winogrona.

— Ręce jak grabie — zauważył Fluk. — Ale gdzie były te skarby?

— Obawiając się, że zastaniemy wszystkich pijanych — wyjaśnił Murrey — i nie życząc nikomu śmierci, zostawiłem je przed drzwiami.

Towarzystwo, śmiejąc się, zaczęło oglądać etykietki. Celestyna, wodząc palcem po literach, przeczytała: — Rum.

— Rum! — krzyknęła z przerażeniem. — Toć to was wykończy. Alicjo, i ty będziesz pić to świństwo? A ty Rito? Ja nie, za nic w świecie!

— Jest też muskat — delikatnie wtrącił Ralf — oto on, napój dla kanarków, hańba dla pijących i nędza filozofii!

— A co to takiego? — spytała Rita, poważnie patrząc na butelkę.

— Zwykła rycyna — powiedział Murrey. W końcu powydziwiali i pożartowali na ten

temat wszyscy, i Murrey zaczął nalewać; damy wyciągały w jego kierunku szklanki, przyciskały palec niemal do samego dna naczynia i powoli przesuwały go wyżej, jak tylko podnosił się poziom pieniącego się wina.

— A moja, moja, skromniuteńka buteleczka, którą kupiłam — zapytała Tawi — czy ją mam też podać?

— Oczywiście, oczywiście! — krzyknęli mężczyźni. Butz sapał, kłaniał się i promieniał, wycierając spoconą twarz.

— Wypijmy więc! — zaproponował Fluk, bardziej niecierpliwy niż pozostali.

W tym momencie jedni tylko przyłożyli usta, inni wypili haustem i perliste życzenia rozległy się wokół Tawi, która oszołomiona z lekka winem, kichnęła i nerwowo machnęła ręką na znak wdzięczności.

— Wszystkim, wszystkim, wszystkim! — powiedziała i od razu pomyślała: „Ciekawe, jaki toast wzniósłby mój tajemniczy Kruks?

Ale jej myśli zostały przerwane okrzykiem:

— Muszę opowiedzieć — powiedział głośno Murrey — że w nadzwyczaj interesującym numerze dzisiejszej gazety przeczytałem szokującą wiadomość i pomyślałem, Tawi, że być może wczoraj słyszała pani o tym, będąc w Lissie.

— Też czytałam. Bzdury — powiedziała gryząc pieróg, Rita. — To coś nieprawdopodobnego.

— Więc pani wie? — krzyknął Murrey. — Mam przy sobie tę gazetę. Mówi się w niej o nowym wynalazcy. Pofrunął tak, że aż wszyscy jęknęli. Czyżby pani nic nie słyszała o tym?

Tawi, powstrzymując oznaki trwożliwego zdenerwowania, niewinnie skierowała ku niemu twarz, migając powiekami z uważnym zdziwieniem, z lekka ubarwionym beztroskim wysiłkiem pamięci.

— Słyszałam — przeciągle powiedziała — słyszałam o czymś podobnym, ale zdaje mi się, że zdrzemnęłam się, gdy mówiono o tym w wagonie. Proszę, niech pan przeczyta! Murrey rozłożył gazetą, poszukując artykułu, który go tak zaszokował.

— Ciszej — powiedziała Rita, mimo że wszyscy w milczeniu czekali na Murrey'a. Ten zaś w żaden sposób nie mógł od razu odnaleźć właściwej kolumny. Towarzystwo, pokasłując, oczekiwało na początek lektury. Zalegającej ciszy zawtórowała nagle, tak nieprzyjemnie jasna, zewnętrzna cisza domu, który jak gdyby od razu pogrążył się w sen, jaki ogarnął całe miasto.

— Co to, jak cicho wszędzie! — zauważyła Alicja, nerwowo rozglądając się. Czyżby już było tak późno?

— Oto — powiedział, układając gazetę Murrey — osądźcie sami, jaki wstrząs zdarzył się w Lissie. Słuchajcie! — Ale zamilkł, bo od razu wszyscy skierowali swoją uwagę na coś innego: szybkie, głośne stukanie do drzwi zatrwożyło czytającego i słuchaczy.

— Co to takiego? — krzyknęła Tawi, lecz w odpowiedzi rozległy się jeszcze bardziej głośne i niecierpliwe uderzenia. Dziewczyna nieco pobladła i rzuciła się z zaniepokojonym wyrazem twarzy do kuchni, gestem prosząc gości, ażeby pozostali na miejscach. Przed drzwiami wyprzedził ją Murrey; odsunąwszy dziewczynę, gwałtownie otworzył drzwi. Za Tawi w mroku zakołysał się tłum.

Ci co zrozumieli, ci co zdążyli zrozumieć o co chodzi, już krzyknęli i podskoczyli, szurając krzesłami, a Tawi, przyciskając ręce do piersi, krok za krokiem cofała się do pokoju.

— Jak grom z jasnego nieba! — powiedział Fluk, patrząc na przybyłych; podobnie jak on, patrzyli na wchodzących i wzajemnie na siebie pozostali, widząc zarazem swój przestrach i zaskoczenie. Tawi z ledwością łapiąc oddech nie wierzyła własnym oczom. Sześciu żandarmów otoczyło ją, jeszcze dwóch zatrzymało się przed drzwiami; pozostali rozdzieliwszy gości, zapełnili cały pokój, uważnie przyglądając się domownikom, gotowi w każdej chwili do wykonania rozkazów.

Jak coś czym właśnie cieszyliśmy się niefrasobliwie, wyrwane gwałtownie z rąk obcym, pełnym nienawiści ruchem, znika pozostawiając ból zadanego ciosu, tak nagle rozbity został, złamany i odrzucony wesoły nastrój tego wieczoru. Strach wbił swoje dręczące żądło w drżące serca pobladłych gości, którzy teraz zerwali się, krzyknęli i patrząc jeden na drugiego dostrzegli równocześnie jak sami są bladzi, zmrożeni i wstrząśnięci widokiem broni.

— Tawi! — krzyknęła Alicja.

— Nic nie rozumiem — z przejęciem powiedziała dziewczyna, ponuro przyglądając się człowiekowi w czarnym mundurze, który zatrzymał się na progu wlepiając w nią natarczywe spojrzenie. Miał wzrok z przyzwyczajenia rejestrujący wszystko to, co ważne. W jednej ręce trzymał teczkę, a drugą ściskał swój ostry podbródek.

— Niechże pan wyjaśni, co to wszystko znaczy — powiedziała Tawi, starając się zachować spokój? — To pan ich przyprowadził? Czy widzi pan, jak nas przestraszył wszystkich? Jeszcze drżę cała. Przecież to oczywiście pomyłka? Zatem niech pan przeprosi nas i odejdzie, a ja zastanowię się, czy mam panu wybaczyć. To pomieszczenie ja zajmuję. Nazywam się Tawi Tum. I to wszystko, czego nie musiał pan wiedzieć.

— Tawi Tum — powiedział nieznajomy — otóż właśnie, musimy ustalić personalia pani. Jest pani aresztowana.

Te słowa wprowadziły w osłupienie wszystkich. Tawi, poruszywszy ramieniem, odepchnęła spoczywającą na nim rękę żandarma, odeszła w kąt i odwróciła się z twarzą zalaną łzami. Ralf i Murrey rzucili się na środek pokoju, przeszkadzając w schwytaniu gospodyni.

— Postradaliście całkowicie rozum — zapalczywie przemówił Murrey, wyciągając równocześnie ręce w celu powstrzymania napierających żołnierzy. — Wstydźcie się! Nie ma bardziej niewinnej i łagodnej istoty niż ta dziewczyna, na którą napadacie w siedmiu.

Odrzucił go ruch łokcia.

— Jest tu człowiek, który wie, co robi — gwałtownie odrzekł urzędnik. — Czy chce pan, bym aresztował i pana?

Celestyna, rzuciwszy się na łóżko, gorzko zapłakała; Rita drżąc bezsensownie powtarzała, rozglądając się wokół z pełnym politowania uśmiechem.

— Odejdźmy, odejdźmy stąd! Mój Boże, jaka potworność!

Jednak Butz z oczami nagle nabiegłymi krwią zatupał nogami, chwycił i cisnął krzesło.

— Nie ważyć mi się, nie pozwolę! — krzyknął zapalczywie.

— Milczeć! — głośno powiedział żandarm.

Butz wylękniony nagle zamilkł z wyrazem pełnym skruchy, skurczył się i przysiadł.

Teraz, kiedy zostało właściwie powiedziane wszystko, co najstraszniejsze, nastąpiła, jak to bywa w chwilach szybkiego i gwałtownego zdarzenia, krótka cisza, przypominająca potworny, nieruchomy, lecz wyrazisty i na zawsze zapamiętany obraz. Wszystkie spojrzenia skierowały się na uwięzioną, próbującą daremnie wyrwać się z rąk czterech krępujących jej ruchy policjantów. Płacząc, z otwartymi, nienawistnymi oczyma, z pogardliwie zaciśniętymi, ale pełnymi łez ustami, w chwili, gdy twarz drżała i cierpiała zupełnie już bezwolnie, Tawi przestała w końcu wyrywać się i wykręcać ręce, ale na ile jeszcze mogła, zacisnęła gwałtownie pięści i zdecydowanie potrząsnęła nimi. Mówiła oddychając z trudem.

— Żądam — powiedziała z rozpaczliwą zapalczywością — żebyście wyjaśnili mi swój żart! Dziś jest moje święto, dzień moich urodzin, a wy wzięliście mnie za uliczną złodziejkę? Oto moi goście, moi przyjaciele, co oni o mnie pomyślą?!

— Tawi, głuptasku! — przerwała jej wycierając łzy Alicja. — Nie mów głupstw!

— Pomyślimy, że jesteś zapalczywa jak dziecko — dodał ściskając jej rękę Murrey.

— Posłuchaj, spieranie się z tymi ludźmi jest bezcelowe. Zostaniemy tu i poczekamy na ciebie. Daj spokój i jedź. Pomyłka jest zbyt oczywista. Diabli wiedzą, co oni tam naplątali.

— Jedno słowo — powiedziała Tawi do człowieka kierującego aresztowaniem. — Jaka jest przyczyna waszej obrzydliwej misji?

— Otrzyma pani wyjaśnienie na miejscu — odpowiedział człowiek w czarnym mundurze. — Działam zgodnie z poleceniem i sam nic nie wiem.

— Łże pan — odrzekła z gniewem i goryczą dziewczyna — łże pan, bo przywykł pan łgać. Co pan robi tutaj z tym całym oddziałem? Pytam ponownie, po co ta podłość?

— Dość tego — powiedział urzędnik — proszę się pożegnać i bez sprzeciwu udać się na dół. Zostanie pani odwieziona. A was moi państwo — zwrócił się do gości — również zatrzymam na jakiś czas. Przeprowadzona zostanie rewizja.. Dopóki nie będzie zakończona, nikt stąd nie wyjdzie.

— Pozwólcie mi ich uściskać na pożegnanie — powiedziała Tawi do żandarmów. Podeszła po kolei do przyjaciół, ściskając ich serdecznie, a gdy przyszła kolej na Murrey'a i Ralfa, wspięła się na palce i całując pomazała wszystkich łzami. Żołnierze nie odstępowali jej ani na krok; podano jej kapelusz, ciepły żakiet. Włożyła drżące ręce w jego zniszczone rękawy, pośpiesznie zapięła się; w odpowiedzi na pożegnalne okrzyki posłała całusy, pomachała ręką, wyszła wśród brzęku szabel i stukotu butów, a zauważywszy, że urzędnik odwrócił się zniecierpliwiony w jej kierunku, spokojnie pokazała język.

Загрузка...