Pociąg coraz bardziej oddalał się w kierunku północnym od Alwaru. Mijał bambusowe chaty, rozrzucone wśród poletek obsianych ryżem, bobem i tytoniem, zatrzymywał się na brudnych stacyjkach miasteczek o zaniedbanych budynkach, przemierzał połacie podmokłej dżungli, bądź zbitej gęstwy krzewów bambusowych, cierni i kęp trzciny.
Po kilkugodzinnej jeździe pociąg zbliżał się do Delhi, dawnej stolicy Wielkich Mogołów [81]. Starodawne miasto pierwotne zwało się “Dilli”, co w sanskrycie oznacza “próg”. Nazwa ta doskonale charakteryzowała geograficzne i polityczne znaczenie miasta. Spoglądając na mapę Półwyspu Indyjskiego widzimy, że leży ono na zachodnim krańcu Niziny Hindustańskiej w środku północnych Indii. Na zachód od Delhi bieleją piaski rozległej Pustyni Thar, obrzeżonej na południu Górami Arawali, które dwoma rozmytymi erozją odgałęzieniami sięgają w pobliże miasta. Na wschód rozciąga się urodzajna dolina świętego Gangesu, usiana rozlicznymi miastami, wśród których królują sławne jako święte Benares i Allachabad. Znad górnego Indusu nad górny Ganges prowadzi odwieczny naturalny szlak. Tędy szły najazdy wojowniczych ludów na Indie. Stamtąd przyszli Ariowie, Persowie, Grecy pod dowództwem Aleksandra Wielkiego, Afgańczycy, a potem na czele wielkich hord mongolskich Tamerlan i Baber, który dał początek dynastii Wielkich Mogołów. Miasto, założone w XIII wieku przez mahometańską dynastię, było niszczone tak przez Tamerlana jak i Babera, bo ktokolwiek chciał panować nad żyzną doliną Gangesu, ten musiał przekroczyć zagradzającą drogę rzekę Dżammę [82] oraz zdobyć leżące na jej brzegu święte miasto Delhi.
Gdy pociąg przejeżdżał przez Delhi, Pandit Davasarman opowiedział towarzyszom o wspaniałych zabytkach architektury mahometańskiej i hinduskiej znajdujących się w mieście. Davasarman był skarbnicą wiedzy o swym kraju, umiał przy tym ciekawie mówić, toteż Tomek, Wilmowski i bosman zasypywali go pytaniami o różne szczegóły.
— Słyszałem, że kiedyś w Delhi Hindusi powstali przeciwko Anglikom i podobno dali im wtedy niezłego łupnia — zagadnął marynarz. — Ciekaw byłbym coś niecoś o tym usłyszeć, bo jak widzę mrowie Hindusów i garstkę Anglików rządzących się tutaj jak szare gęsi, to aż podziw mnie bierze, że tak dacie się za nos wodzić.
Wilmowski i Tomek zaczęli nieznacznie dawać przyjacielowi znak, aby nie pytał przychylnego Anglikom Hindusa o drażliwą historię wielkiego powstania indyjskiego, lecz nie zdołali go powstrzymać.
Davasarman uśmiechnął się przyjaźnie do bosmana, co nie uszło uwagi Tomka, i odpowiedział:
— Mówisz, sahibie, że na garstkę Anglików przypada mrowie Hindusów? Anglicy doskonale potrafią działać na swoją korzyść i dlatego zjednali sobie wiernych sojuszników wśród Hindusów. Dzięki temu są panami kraju. To urodzeni konkwistadorzy [83]. Trzeba przyznać, że w krytycznych chwilach potrafią zdobywać się na bohaterstwo.
— Czy to ma znaczyć, że dzielnie bili się w powstaniu? — zapytał bosman.
— Proszę posłuchać, jeżeli ciekawi to panów. Ściśle mówiąc, powstanie nie rozpoczęło się w samym Delhi, lecz w Merath [84], leżącym nieco dalej na północy, w prowincji Agra-Oudh. Otóż hinduskim patriotom zdawało się, że mając tak liczebną przewagę nad Brytyjczykami, mogą siłą zrzucić z karku jarzmo nałożone przez kolonizatorów. Widzieli w tym jedyny ratunek przed nędzą i klęskami głodu, nękającymi większość ludności Indii. To przede wszystkim było głównym podłożem wielkiego indyjskiego powstania, które wybuchło najpierw w Agra-Oudh [85].
Walkę rozpoczęli sipaje, to jest żołnierze indyjscy w służbie angielskiej. Bezpośrednim pretekstem do wybuchu buntu były represje stosowane przez Brytyjczyków za odmowę wyciągania zębami przybitek ładunków [86] przy nabijaniu broni. Były one natarte wołowym i świńskim tłuszczem. Bunt solidarnie podnieśli sipaje wyznania hinduskiego i mahometańskiego, albowiem pierwsi uważali, że naruszono ich dogmat świętości krowy, a drudzy czuli się zbrukani z powodu nieczystości świni. Tak więc w niedzielę 10 maja 1857 roku w Merath wybuchło powstanie. Zbuntowani sipaje wtargnęli do Delhi, zabili wszystkich Europejczyków przebywających w mieście, po czym ogłosili powrót cesarstwa Mogołów. W pobliżu bramy kaszmirskiej znajdował się arsenał. Anglicy nie mogąc go obronić, a także nie chcąc, aby broń i amunicja wpadły w ręce powstańców, wysadzili się w powietrze razem z całym arsenałem.
— No, no, nie spodziewałbym się tego po Anglikach — niedowierzająco bąknął bosman.
— Tak jednak było. Zarzewie buntu ogarniało coraz to inne miejscowości. W Lakhnau [87] również chwycono za broń. W pałacu rezydencji zamknęło się około trzech tysięcy osób, w tym tysiąc mężczyzn, Europejczyków. Resztę stanowiło pięciuset wiernych Anglikom sipajów — przeważnie Sikhów [88], pięćset kobiet i dzieci oraz tubylcza służba.
Siły powstańców wzrastały z dnia na dzień. Szybko topniejąca garstka Anglików i Sikhów miała przeciwko sobie całe wrogie miasto, liczące około siedmiuset tysięcy ludności i trzydzieści tysięcy zbuntowanych żołnierzy. Śmierć codziennie zbierała obfite żniwo. Dopiero po miesiącu z pomocą oblężonym przybył pułkownik Havelock z tysiącem ośmiuset żołnierzami, pozostałymi mu po walkach podczas przedzierania się przez kraj ogarnięty powstaniem. Przez osiemdziesiąt dni oblężeni odpierali zaciekłe ataki, śmierć i głód stale zaglądały im w oczy, lecz kto tylko umiał władać bronią, walczył na wałach. Obrońca Lakhnau, Sir Lawrence, śmiertelnie ranny, jeszcze na łożu śmierci wydawał rozkazy. Mimo szaleńczej odwagi zginęliby wszyscy, gdyby w końcu Sir Colin Campbell nie przybył z odsieczą na czele dziesięciotysięcznej armii. Wówczas kilku możnych maharadżów pospieszyło Anglikom z pomocą. Brytyjczycy stłumili powstanie, a potem pomścili się na przeciwnikach. Burzyli całe osady i nie pozwalali na ich odbudowę, aby dla przyszłych pokoleń hinduskich były widocznym przykładem kary.
W rezultacie powstania została rozwiązana Kompania Wschodnio-Indyjska, reprezentująca od 1600 roku interesy brytyjskie w Indiach. Wprowadzono urząd wicekróla, mianowanego przez króla angielskiego. Cały kraj podzielono na Indie brytyjskie, rządzone bezpośrednio przez angielskich gubernatorów i Indie tubylcze, składające się z setek państewek różnych radżów i maharadżów, którym przydzielono angielskich rezydentów.
Jak więc z tego wynika, Brytyjczycy potrafią doskonale bronić swych interesów. Musimy się od nich wiele nauczyć, jeżeli chcielibyśmy kiedyś pokusić się o uzyskanie niezawisłości.
— Faktycznie zręcznie oni sobie tutaj radzą, ale nie mogliby tak podskakiwać bez waszej pomocy — rzekł bosman, wysłuchawszy zajmującej opowieści. — Dziwne to, że Sikhowie tak bardzo ich kochają.
— O ile dobrze pamiętam, Sikhowie nie zawsze popierali Anglików, wiedli nawet z nimi wojnę — zauważył Wilmowski.
— Odmienne wierzenia religijne stanowią odwieczną kość niezgody, tkwiącą wewnątrz narodu hinduskiego — wyjaśnił Pandit Davasarman. — W stosunku do wyznania muzułmańskiego i hinduizmu, sikhizm był bardzo postępową religią. Ponieważ zyskiwała ona licznych zwolenników, Sikhowie byli prześladowani tak przez mahometan, jak i przez hinduistów.
Dla własnej obrony zostali zmuszeni do zorganizowania się we wspólnotę religijno-wojskową. Potem w okresie czterystuletniego istnienia wykazali nie tylko wiele męstwa, lecz stali się naprawdę doskonałymi żołnierzami. W 1764 roku ogłosili niepodległość swego państwa, obejmującego Pendżab [89], Kaszmir i dolinę środkowego Indusu. Nie mogło się to podobać Brytyjczykom. Toteż w 1849 roku pokonali Sikhów. Ci ostatni, od urodzenia przywykli do rzemiosła wojennego, nie mogąc dalej stawiać oporu Anglikom, przeszli do nich na służbę. Odtąd Anglicy zyskali w Sikhach gorących, ślepych popleczników [90].
— Krótko mówiąc, niepotrzebne wśród Hindusów waśnie religijne pomagają Anglikom w kaptowaniu sprzymierzeńców — orzekł bosman.
— Będziemy przejeżdżali przez Amristar, w którym znajduje się największa świętość Sikhów, złota świątynia Harmandir ze świętą sadzawką nieśmiertelności — powiedział Pandit Davasarman, jakby chciał zmienić temat rozmowy.
Na podobnych pogawędkach czas szybko mijał. Po kilkunastu godzinach pociąg wjechał na równinę Pendżabu i zbliżał się do jego stolicy — Lahaure. Na uprawnych polach widać było rowy irygacyjne. Olbrzymią aluwialną [91] równinę Pendżabu, okoloną od północy i wschodu pogórzami Himalajów, a od zachodu górami Sulejmańskimi, odwadniał Indus oraz jego pięć głównych dopływów. Sądząc po rozległych uprawach pszenicy, ryżu, bawełny, trzciny cukrowej i oliwek, większość ludności Pendżabu trudniła się zapewne rolnictwem oraz chowem bydła.
Tomek uważnie chłonął mijane krajobrazy. Tak jak w drodze do Alwaru, tak i obecnie zapisywał w notatniku ważniejsze stacje, a więc: Delhi, Ambala, Ludhijana, Jalandhar, Lahaure. Już niewiele stacji dzieliło ich od krańcowego etapu kolei żelaznej, ponieważ szlak wiodący w kierunku granicy Kaszmiru kończył się w Rawalpindi. Stamtąd mieli wyruszyć w dalszą drogę do Szrinagaru konno lub dyliżansem.
Nasi podróżnicy z uczuciem ulgi myśleli o opuszczeniu dusznego wagonu kolejowego. Oto kończyły się tchnące żarem niziny. Na północy wystrzelał ku niebu zachodni kraniec Himalajów — najwyższych gór świata — osłaniający Indie od północy potężnym dwa tysiące dwustukilometrowym, lekko wygiętym na południe i szerokim na dwieście kilometrów łukiem. Przez okna wagonu płynął już orzeźwiający oddech gór.
Tylko bosman nie zachwycał się perspektywą wędrówki górskiej. Nie lubił chodzenia po górach i zawsze twierdził, że wytrząsanie brzucha po wertepach nie licuje z godnością bosmańską.
Rawalpindi była bazą strategiczną Anglików. Świadczyła o tym liczba koszar wojskowych. Wszędzie widać było uzbrojonych Gurkhów, to jest strzelców wywodzących się z górali nepalskich. Tu rozpoczynała się jedyna droga łącząca Indie z Kaszmirem. Tutaj też mieściła się główna kwatera angielskiej północnej armii w Indiach.
Wyruszenie z Rawalpindi do Szrinagaru wymagało załatwienia wielu urzędowych formalności. Teraz dopiero trzej biali łowcy mogli należycie ocenić wpływy Pandita Davasarmana. Jego krótka wizyta u angielskiego dowódcy podziałała niby różdżka czarodziejska. W przeciągu kilkunastu minut wystawiono im konieczne dokumenty.
— Proszę, proszę, ten Davasarman musi być dużą szyszką, skoro tak wielki mir posiada u Anglików — zauważył bosman, gdy Hindus na chwilę się oddalił. — Trochę poszwargotał z pułkownikiem i już mamy papierki potrzebne do drogi.
— Pułkownik Burton zapewniał mnie, że Pandit Davasarman ułatwi nam podróż — odparł Wilmowski. — Skoro teraz sami przekonaliśmy się o jego dużych wpływach, trzymaj, drogi bosmanie, swój język nieco na wodzy, gdy z nim rozmawiasz.
— Słuszna uwaga, jak zwykle masz rację, Andrzeju. Chociaż gdy opowiadał w pociągu o powstaniu Hindusów, to w jego słowach nie było zbyt wielkiej miłości do Anglików.
— Dziwne to wszystko... — mruknął Tomek, widząc nadchodzącego Pandita Davasarmana.
— Teraz musimy postarać się o jak najszybszy środek lokomocji, byśmy zdążyli dotrzeć do Szrinagaru jeszcze przed burzą, sygnalizowaną przez stację meteorologiczną — odezwał się Davasarman. — Proponuję wynająć tonga [92]. One najlepiej nadają się na tutejsze złe górskie drogi. Natomiast bagaże polecimy przewieźć pocztowym ekka [93].
— Jak długo będziemy jechali do Szrinagaru? — zapytał Tomek.
— Zmieniając zaprzęgi co pięć mil, możemy przybyć tam w kilkanaście godzin — wyjaśnił Davasarman. — Trochę będzie to męczące, lecz warto się pospieszyć, zanim burza uniemożliwi przejazd.
— Zgoda, nie traćmy czasu. Chcemy jak najszybciej zobaczyć pana Smugę — powiedział Wilmowski. — Jak długo będą w drodze nasze bagaże?
— W przeciągu dwóch dni powinny znaleźć się w Szrinagarze. Teraz zabierzemy tylko najniezbędniejsze drobiazgi. Chodźmy do mego znajomego, trudniącego się tutaj przewozem pasażerów i poczty.
Właściciel stacji dyliżansów nisko skłonił się przed Panditem Davasarmanem i białymi sahibami. Był to wysoki, tęgi Kaszmirczyk o przebiegłym wyrazie twarzy.
— Jak się masz, Babukhanie! Udajemy się do Szrinagaru i chcielibyśmy twoimi tonga dojechać do Baramoula, gdzie wynajmiemy łodzie. Ty i woźnice otrzymacie dobry dastur [94], jeżeli będziemy z was zadowoleni — powiedział Davasarman.
— Salam [95], szlachetny panie — odparł Babukhan, jednocześnie przykładając prawą dłoń do czoła. — Nie potrzebujesz mówić o dastur, ponieważ już znam twoją szczodrobliwość. Niestety dwa tonga nie pomieszczą sahibów i bagaży. Wiesz dobrze, o radości moich oczu, że droga jest bardzo zła.
— Wiem, wiem, czcigodny Babukhanie. Tonga zabiorą tylko nas, natomiast bagaże zaraz wyślesz pocztowym ekka. Spiesz się, mało mamy czasu. Biuro meteorologiczne sygnalizuje burzę nadciągającą z gór.
— Rzekłeś, szlachetny i szczodrobliwy panie. Już biegnę wydać odpowiednie dyspozycje.
Babukhan wyszedł z domu. Donośnym głosem, wzmocnionym zapewne nadzieją otrzymania sutego napiwku, nawoływał woźniców do pośpiechu.
— Tonga są dwuosobowe, wobec tego młody pan Wilmowski i ja, jako najlżejsi, pojedziemy jednym powozem, zabierając niezbędny bagaż, a panowie obydwaj wsiądą do drugiego. W ten sposób będziemy mogli jechać z jednakową szybkością — zaproponował Davasarman.
— Bardzo słusznie — poparł go Wilmowski. Wolał nie zostawiać sam na sam dobrodusznego bosmana z Panditem Davasarmanem.
Nim minęło pół godziny, dwa lekkie tonga zatrzymały się przed domem. W pierwszym z nich zajęli miejsce Tomek i Davasarman. Oprócz umówionej zapłaty, Babukhan musiał otrzymać znaczny dastur, gdyż “salamy” płynęły z jego ust wartko, niczym potok górski. Woźnice zasiedli na kozłach, Babukhan jeszcze raz pochylił się przed Davasarmanem i przyłożywszy dłoń do czoła rzekł:
— Salam, szlachetny panie! Niech wszechmocny Allach [96] czuwa w drodze nad tobą lub jeśli wolisz, niech ci towarzyszą Sziwa, Wisznu bądź jakaś można, a zarazem piękna bogini!
— Salam, czcigodny Babukhanie! Niech i tobie wszyscy bogowie przynoszą zdrowie i... szczęście w zdobywaniu majątku — odpowiedział Pandit Davasarman, domyślnie mrugając okiem do mahometanina.
Woźnice, dwaj rośli Pendżabczycy, trzasnęli z batów w powietrzu. Tonga ruszyły w drogę.
Tomek zadumanym wzrokiem wodził po niezwykłej panoramie rozpościerającej się przed jego oczyma. Na północy, na tle czystego nieba, piętrzyły się pokryte śniegiem szczyty zewnętrznych Himalajów. Świeży powiew górskiego wiatru przyjemnie orzeźwiał po długiej, męczącej podróży równinami Indii. Ile to razy słyszał Tomek w szkole, że Himalaje tworzą najwybitniejszą na ziemi granicę klimatyczną między południowo-azjatyckim obszarem monsunowym, a Środkową Azją o klimacie wybitnie lądowym! Tędy również, przez obszary Kaszmiru, wiódł jeden z odwiecznych szlaków komunikacyjnych z Indostanu do Tybetu, Pamiru i Chińskiego Turkiestanu. Tutaj, na tym szlaku, ścierały się najstarsze kultury.
Tomek błądził wzrokiem po ubielonych śniegiem łańcuchach górskich i jednocześnie rozmyślał, w jakim celu Smuga zapuścił się w głąb Azji. Czego lub kogo tam szukał? Czy miał zamiar zaproponować im udział w wyprawie, o której wspominał w swoim liście? Co go łączy z tajemniczym Panditem Davasarmanem?
Odruchowo spojrzał na siedzącego obok Hindusa. Pandit Davasarman nie zachwycał się majestatycznym widokiem gór. Zdawał się drzemać, opuściwszy głowę na piersi. Tomek wpatrywał się w niego badawczym wzrokiem. Hindus intrygował go coraz bardziej. Pułkownik Burton twierdził, iż maharadża Alwaru i Davasarman sprzyjają Anglikom. Trudno było w to powątpiewać; Davasarman cieszył się wielkim zaufaniem u władz angielskich, czego dał dowody, uzyskując, z pominięciem wszelkich formalności, zezwolenie na wjazd do Kaszmiru. Z drugiej jednak strony, jak dziwnie brzmiała w jego ustach opowieść o wielkim powstaniu indyjskim. Ponadto, czy nie pokpiwał z hinduskich bożków w rozmowie z mahometaninem Babukhanem?
“W każdym razie musi być niezwykłym człowiekiem, jeżeli Anglicy tak się z nim liczą” — pomyślał Tomek.
Prawdopodobnie pod wpływem wzroku Tomka Hindus podniósł głowę.
— Bywa pan chyba częstym gościem w tych stronach, skoro nie ciekawi pana tak malowniczy widok gór — odezwał się Tomek.
— Nieskazitelna biel śniegu zalegającego szczyty męczy mój wzrok. Podczas wędrówki po Tybecie nabawiłem się choroby oczu — odpowiedział Davasarman.
— Zapewne zwiedził pan kawał świata. Takie ekspedycje do niezbadanych krajów są bardzo niebezpieczne. Czy nie obawia się pan stale ryzykować własnego życia?
Hindus uśmiechnął się i odparł pytaniem na pytanie:
— Czy narażanie własnego życia podczas łowów na dzikie zwierzęta, nigdy nie budziło w panu zastrzeżeń? Wydaje mi się, że... lubicie swój niebezpieczny zawód!
— Oczywiście, proszę pana, chwytanie i oswajanie zwierząt daje nam wiele zadowolenia.
— A widzi pan! Ukończyłem studia i przeszedłem specjalne przeszkolenie, przygotowujące do badania nieznanych krajów Azji. Nigdy nie jestem pewny, czy powrócę szczęśliwie z wyprawy, lecz mimo to chętnie ryzykuję życie. Wzajemne poznanie się zbliża narody. Czy to nie jest warte kilku nędznych istnień ludzkich?
— Oczywiście, jeżeli tak spojrzymy na tę sprawę. Słyszałem szereg zajmujących opowieści o niezwykłych przygodach pundytów.
— Często nazywa się nas pundytami, aczkolwiek określenie to pochodzi od słowa “pandit”, tytułu przysługującego bramińskim uczonym — wyjaśnił Davasarman.
— Czy mógłbym wiedzieć, do jakich krajów odbywał pan wyprawy? Pasjonuję się takimi opowieściami...
— Oczywiście, dla przyjaciół moje wyprawy nie są tajemnicą. Trzykrotnie odwiedzałem Tybet, przewędrowałem Turkiestan Chiński, dwukrotnie byłem w Pamirze, raz nad Jeziorem Bajkalskim i w Afganistanie. Nie wspominam o krajach obecnie należących już do Wielkiej Brytanii.
— To pan musiał wędrować przez całe lata! — zawołał zdumiony Tomek.
— Przeszło dziesięć lat strawiłem na przemierzaniu Azji — odparł Davasarman. — Przekroczyłem już czterdziestkę, lecz jak pan widzi, piesze wędrówki dobrze konserwują człowieka. Nie wyglądam na tyle, prawda?
— Oczywiście, że nie! Czy pan dawno zna pana Smugę? — Poznaliśmy się na polowaniu w Bengalii. Stare to dzieje... Szikar Smuga jest nadzwyczaj dzielnym mężczyzną.
— O tak! To wspaniały człowiek! Od chwili, gdy poznałem pana Smugę, zawsze marzę, aby stać się takim jak on — impulsywnie powiedział Tomek.
— Ma pan wszelkie dane po temu — poważnie rzekł Davasarman. — Posiadacie obydwaj bardzo wiele podobnych cech. Moja siostra, Sita, pierwsza mi to powiedziała, zanim osobiście poznałem pana.
— Czy pan ma na myśli księżnę Alwaru?
— Tak, mogę pana zapewnić o jej przyjaźni. Była bardzo zmartwiona tym... przykrym incydentem z pierścieniem.
Tomek zamilkł speszony. Davasarman uśmiechnął się, po czym zapytał:
— Czy słyszał pan w Indiach o Crimach?
— Nawet czytałem o nich w jakiejś książce podróżniczej.
— Mamy sporo czasu, więc opowiem panu zabawną, autentyczną historię. Otóż zrządzeniem losu, dwóch bardzo zamożnych kupców należało do kasty Crimów. Oczywiście nie mieli jakiejkolwiek potrzeby dokonywania przestępstw, lecz nie chcąc naruszać kastowego rytuału, odwiedzali się raz do roku i podczas wizyty wzajemnie zabierali sobie nieznacznie jakiś przedmiot mniej więcej równej wartości. W ten sposób wilk był syty i owca cała. Pewnego razu do jednego z nich zawitał miły gość. Brat owego kupca ofiarował gościowi ładne pudełko do betelu. Podsunęło to myśl niefortunnemu Crimowi, iż chociaż raz w życiu mógłby ucieszyć swoją patronkę, boginię Bogiri Mahalakshmi, prawdziwym występkiem, dokonanym według zasad obowiązujących złodziejską kastę. Postanowił ukraść gościowi pudełko do betelu, a potem po złożeniu ofiary bogini, podarować mu jeszcze bardziej kosztowny upominek. Naprędce obmyślił plan działania. W nocy zakradł się do pokoju swego gościa. Na nieszczęście, ów Crim z przypadku, dokonując po raz pierwszy prawdziwej kradzieży, nie miał wprawy koniecznej w tym rzemiośle. Gość nie tylko się przebudził, lecz omal nie rozpoznał złodzieja. Sprawa nabrałaby nieprzyjemnego rozgłosu, gdyby brat kupca, wiedziony jakimś przeczuciem, nie zdążył w porę interweniować. Gość domyśliwszy się prawdy, okazał wiele wyrozumiałości i szlachetności, czym zyskał sobie przyjaźń kupca oraz całej jego rodziny.
— Każdy człowiek choćby raz w życiu popełnia jakiś błąd. Och, przed nami jakaś zagroda, a przy niej konie! — powiedział Tomek, szczerze rad, iż nadarzyła się okazja do przerwania kłopotliwej rozmowy.
— Tutaj zmienimy zaprzęgi — wyjaśnił Davasarman.
Wymiana koni trwała zaledwie kilka minut, po czym tonga pomknęły dalej po wyboistym trakcie przez malownicze doliny oraz zalesione wysoczyzny. W miarę oddalania się od Rawalpindi, kraj stawał się coraz bardziej górzysty. Zbocza gór pokrywały lasy jodłowe i cedrowe [97]. Wokół rozrzuconych tu i tam gospodarstw rosły drzewa owocowe, a na polankach kwitły fiołki. Początkowo okolica przypominała włoskie zbocza Alp, im jednak tonga pięły się wyżej po zygzakowatej drodze, nabierała coraz bardziej surowego, dzikiego wyglądu.
Woźnice, zachęceni obietnicą sutego dasturu, stale przynaglali konie, mimo że szybka jazda po wąskiej, wyboistej, krętej drodze często groziła stoczeniem się w przepaść. Przed każdym zakrętem donośnie trąbili w małe rogi, aby ostrzec wozy dążące z przeciwnej strony. Wymijanie się pojazdów zakrawało na karkołomną sztukę, toteż Tomek co chwila oglądał się na wóz ojca i bosmana.
Wkrótce wjechali w dolinę rzeki Dżehlam [98], wzdłuż której przebiegała granica pomiędzy Indiami Brytyjskimi i terytoriami należącymi do maharadży Kaszmiru. W wiosce Kohala Tomek przeżył nie lada wzruszenie, bowiem tonga w pełnym pędzie przejechały przez wysoki, chybotliwy most z pni drzewnych luźno przerzuconych nad głębią i opartych tylko końcami na belkach, wysuniętych nieco z obu brzegów koryta rzeki. Na woźnicach huśtający się most nie robił żadnego wrażenia. Zatrzymali powozy przed jednym z domków, opatrzonym szyldem z napisem w języku angielskim i perskim: “Komora Celna”. Tutaj również musiano dobrze znać Pandita Davasarmana, ponieważ celnik po kilku ugrzecznionych “salamach” skwapliwie orzekł, że myśliwi oraz podróżnicy wolni są od opłacania cła.
Pandit Davasarman dopilnowywał przeprzęgania koni. Bosman zaraz skorzystał z okazji, aby użalić się przed przyjaciółmi:
— Nie spodziewałem się nigdy, że taki rozsądny człowiek jak Smuga będzie narażał nas na skręcenie karków na górskich wertepach — mówił rozprostowując swe olbrzymie, obolałe cielsko. — W dryndzie ciasno i niewygodnie, trzęsie tak okropnie, że najgorsza huśtawka na morzu podczas sztormu jest niewinną kołysanką, a w dodatku wszystko to odbywa się na głodniaka. Taka droga nadaje się tylko dla tutejszych pustelników uprawiających głodówkę.
— Mnie także kiszki marsza grają — wtrącił Tomek.
Wilmowski też był głodny, więc wszyscy razem z Davasarmanem wstąpili do oberży i posilili się naprędce, po czym w nieco lepszych humorach wsiedli do tonga.
Od Kohala droga ciągnęła się wzdłuż stromego lewego brzegu rzeki Dżehlam. Musieli zwolnić tempo jazdy. Miejscami wąski, wyboisty trakt wiódł po prostu przez przewieszki nad prostopadłymi ścianami skalnymi, to znów znikał w ciemnych tunelach wydrążonych w skałach. Często zagradzały drogę osuwiska ze zboczy górskich, pasażerowie wysiadali wtedy z tonga, a woźnice, narażeni w każdej chwili na stoczenie się w przepaść, przeprowadzali pojazdy przez zdradliwe miejsca. Po tak męczącym i denerwującym odcinku drogi zatrzymali się na nocny wypoczynek w Domel. Była tu dość liczna kolonia wojowniczych Sikhów, wyróżniających się nie tylko wyglądem zewnętrznym, lecz także i zwyczajami. Fizycznie byli znacznie lepiej rozwinięci niż Hindusi. Nosili długie włosy zwinięte w węzeł ukryty pod turbanem i okazałe brody. Na przegubach ich rąk połyskiwały metalowe bransoletki — widomy znak należenia do klasy wojowników. Kobiety Sikhów nie zakrywały swoich twarzy i w pełni zażywały swobody. Chodziły po wsi razem z mężczyznami i ciekawie przyglądały się białym podróżnikom.
Zaledwie świt rozproszył mroki nocy, tonga wyruszyły w dalszą drogę. W Uri podróżnicy napotkali mały garnizon sipajów, ubranych w jasnoczerwone pończochy, niebieskie tuniki zdobione czerwienią, żółte, luźne spodnie i czerwone turbany. Około południa byli już w pobliżu Baramoula, skąd resztę drogi do Szrinagaru, wynoszącą około pięćdziesięciu kilometrów, mieli przebyć statkiem po krętej rzece Dżehlam i jeziorze Wular.
Niebawem wydostali się z wąwozu, zwanego często “bramą Kaszmiru”, na skraj rozległej kotliny śródgórskiej. Tutaj łańcuchy gór oddalały się od doliny rzeki, ustępując miejsca uprawnym polom. Porywista, hucząca dotąd wodospadami Dżehlam przemieniła się na tym odcinku w wolno płynący strumień. Zaraz za miastem rozciągał się szeroki, zielony, równinny płaskowyż, ginący w dali u stóp zamglonych, pokrytych wiecznym śniegiem i lodem gór.
Bosman, a nawet i Tomek, po karkołomnej jeździe powozem, odetchnęli z ulgą na widok doongah, szumnie zwanej przez Pandita Davasarmana “statkiem”. Była to oryginalna łódź, podobna do chińskiej dżonki, której część środkową osłaniał dwuspadzisty dach z mat, podtrzymywany drągami. Była ona równocześnie domem mieszkalnym przewoźników, czyli tak zwanych hanjisów. Tworzyli oni w Kaszmirze oddzielną kastę i stanowili mahometańską sektę, niezbyt przestrzegającą przepisów Koranu [99]. Wraz z całą rodziną, a więc kobietami i dziećmi, zamieszkiwali w doongah. Łódź popychali długimi kijami, bądź też ciągnęli ją na linach idąc po brzegu.
Hanjisi, tak jak całe Baramoula wraz z jego mieszkańcami, byli brudni i niechlujni. Olbrzymi drab usłużnie sypał “salamami”, lecz jednocześnie przebiegłym, chytrym spojrzeniem taksował białych sahibów. Podejrzany wygląd przewoźników nie mógł budzić zaufania, toteż Pandit Davasarman uspokoił swych towarzyszy, iż nie potrzebują niczego się obawiać, ponieważ według prawa obowiązującego w Kaszmirze, cały okręg odpowiadał za napad na cudzoziemca.
Szybko dobili targu, po czym rozlokowali się w obszernej łodzi. Hanjisi ochoczo ujęli w dłonie długie drągi; zaledwie odbili od brzegu, rozpoczęli chóralny śpiew. Biali sahibowie bez żalu żegnali brudną, zaniedbaną Baramoulę. Płynęli wzdłuż brzegów tonących w soczystej zieleni. W sadach obok drzew morwowych widać było grusze, czereśnie, jabłonie, drzewa orzechowe, brzoskwiniowe, kasztany i winną latorośl. W bujnej trawie ścielącej się pomiędzy drzewami rosły barwne lilie i irysy. Podziwiając tę uroczą krainę ogrodów i łąk odurzających zapachem kwiatów, dotarli na nocleg na wybrzeże jeziora Wular, a następnego dnia, wkrótce po świcie, znajdowali się już w pobliżu Szrinagaru, nad którym, na tle wspaniałej, dzikiej, skalnej panoramy, dominowały — szczyt Tacht-e-Sulejman [100], tak zwany Tron Salomona oraz Hari Parbat, więzienie i forteca wzniesione na wierzchołku kopulastej góry.