Mroźne tchnienie Tybetu

Dość wygodny przejazd łodziami ze Szrinagaru do wsi Genderbal, ukrytej w cieniu platanów-olbrzymów, nasi podróżnicy mogli traktować jako przyjemny wypoczynek w porównaniu z oczekującą ich konną jazdą.

W Ganderbalu zatrzymali się na nocleg w karawanseraju [101], gdzie zastali wierzchowce, jakoby pozostawione przez Smugę. Zaraz po przybyciu do oberży Pandit Davasarman oświadczył, że muszą wynająć kilka koniuchów do prowadzenia jucznych koni oraz służących do osobistych posług. Przeciwko temu ostatniemu bosman energicznie zaprotestował.

— Ejże, szanowny panie, po jakie licho potrzebna nam służba? — mówił oburzony. — Koniuchy do doglądania szkap, zgoda, i co najwyżej jakiś kucharczyk do pitraszenia przekąsek. Resztę zawsze robimy sami. Prócz chłopaka okrętowego, który i tak nie umiał dobrze wyczyścić do glansu butów, nigdy nie miałem służby osobistej.

— Szlachetny sahibie, widzę że po raz pierwszy znajdujesz się w kraju, gdzie obowiązują odmienne zwyczaje — odparł Pandit Davasarman nie zmieszany protestem. — Tutaj biali nie wykonują pospolitych prac. Stracilibyśmy szacunek krajowców, gdybyśmy postępowali inaczej. Podczas organizowania karawany zazwyczaj najmuje się: babu — tłumacza, szuprassi — gońca, kucharza, lokaja, czyściciela butów, koniuchów i tragarzy, a niektórzy biali biorą nawet: fryzjera, szewca, krawca itp.

— To może również najęlibyśmy kogoś do nabijania mojej fajki tytoniem? — zakpił bosman.

— Nikt by się temu nie dziwił, co najwyżej patrzono by na pana z większym szacunkiem — odpalił Davasarman.

— Potrafię i bez tego nauczyć każdego szacunku dla siebie — mruknął bosman.

— Najlepiej pozostawmy panu Panditowi Davasarmanowi wolną rękę w sprawie zorganizowania karawany — wtrącił Wilmowski. — Prosimy jednak, aby nie przesadzał pan z tą osobistą służbą.

— Moim zdaniem musimy wynająć koniuchów, kucharza, trzech służących do prac obozowych, babu i szuprassi — stanowczo rzekł Davasarman. — Zaraz zawołam lumbadara [102] i dokładnie omówię z nim całą sprawę.

— Bardzo prosimy, niech się pan tym zajmie — zakończył Wilmowski rozmowę.

Tego dnia wszyscy wcześnie udali się na spoczynek, lecz następnego ranka byli ubrani do drogi, zanim słońce zdążyło rozproszyć nocne mroki. Kończyli śniadanie, gdy na kamienistym podwórzu karawanseraju rozległ się stukot końskich kopyt.

— Ciekaw jestem, dlaczego Pandit Davasarman i sierżant Udadżalaka nie jedzą razem z nami śniadania — zagadnął Tomek. — Czyżby obrazili się na nas?

— Nie dziwiłbym się im, bo “kochany” bosman często nie liczy się ze słowami i zbyt skory jest do zwady — powiedział Wilmowski. — Wczorajsza rozmowa na temat służby była nieco za ostra.

— Na nerwy mi działa ten książęcy krewniak. Każdy człowiek w miarę możności powinien sam siebie obsługiwać, a nie innym, tak samo jak i on dobrym ludziom, kazać sobie, za przeproszeniem, dłubać w nosie. U moich staruszków, w domu na Powiślu, żadnej służby nie było. Obecny tutaj pan bosman nosił wodę w konwi i korona nie spadła mu z głowy — bronił się marynarz. — Po co mamy niepotrzebnie wydawać ciężko zarobione pieniądze?

— Dobrze pan mówi, panie bosmanie, ale nic na to nie możemy poradzić. Co kraj, to inny obyczaj, więc lepiej niech pan nie spogląda zezem na Pandita Davasarmana, bo z tego nic dobrego dla nas nie wyjdzie — wtrącił Tomek.

— Pal go sęk. Zamknę jadaczkę na kłódkę, a wy go jakoś ułagodzicie — pojednawczo rzekł bosman.

W tej chwili do izby wszedł Udadżalaka. Stanął na baczność i zameldował:

— Zgłosił się nasz nowy babu, czy szlachetni sahibowie zechcą z nim porozmawiać?

— Spocznij, sierżancie, spocznij, jesteśmy zwykłymi cywilami, nie rób więc sobie zbytnich ceregieli — odezwał się bosman, jakby już zapomniał, że przyrzekł nie mieszać się do rozmów z Hindusami.

Wilmowski trącił go pod stołem. Udadżalaka uśmiechnął się i odparł:

— Tak jest, szlachetny sahibie, dziękuję! Czy mogę wprowadzić babu?

— A gdzież to podziewa się Pandit Davasarman? On dowodzi naszą karawaną, wobec czego babu powinien zwrócić się do niego — powiedział Wilmowski.

— Pandit polecił mi przedstawić nowego babu sahibom — padła odpowiedź.

Wilmowski i Tomek z wyrzutem spojrzeli na bosmana. On również zrozumiał, iż Davasarman jest urażony.

— Wobec tego niech wejdzie ten babu — zgodził się Wilmowski.

Udadżalaka uchylił drzwi i przyzwalająco skinął głową. Do izby wszedł nowo przyjęty tłumacz i przewodnik. Był to niezbyt wysoki mężczyzna, odziany w gruby wojłokowy płaszcz, przepasany skórzanym pasem, nabijanym srebrnymi guzami. Obuwie miał filcowe. Spod pilśniowej czapy, z podwiniętymi do góry dwiema klapkami na uszy, opadały na ramiona dwa czarne warkoczyki, z wplecionymi w nie czerwonymi wstążeczkami. Za pasem zatknięty miał kukri, to jest krótki, zakrzywiony nóż o szerokim ostrzu, używany przez Gurkhów.

— Jestem nowym babu, sahibie — cicho rzekł przybysz.

Podróżnicy spoglądali na niego zdumieni, albowiem wydawało się im, iż znają już skądś tę twarz i ten głos. Naraz Tomek podniósł się od stołu, po czym szybko podszedł do babu. Zajrzał mu prosto w twarz, a po chwili cofnął się jeszcze bardziej zdziwiony. — Domniemany babu roześmiał się, zadowolony z efektu, jaki sprawiła na sahibach jego osoba.

— Nie mylisz się, sahibie, to ja jestem od dzisiaj waszym babu — rzekł wesoło.

— Pandit Davasarman! — jednocześnie krzyknęli Wilmowski i bosman.

— Cóż ma oznaczać ta maskarada? — śmiejąc się, pytał Wilmowski.

— Niech cię wieloryb połknie! Nigdy bym nie przypuszczał, że ubiór może tak zmienić człowieka — dziwił się bosman. — Głos cię tylko zdradził, Davasarmanie.

— Od dzisiaj jestem babu, a Udadżalaka szuprassi. Od samego początku rezerwowałem dla nas te funkcje, ponieważ każdy od razu zwracałby uwagę na Hindusów podróżujących z białymi sahibami. Tymczasem wydaje mi się, że im mniej będą o nas ludzie mówili, tym lepiej na tym wyjdziemy. W Azji wszelkie wiadomości przebiegają przez kraje lotem błyskawicy, mimo iż są podawane tylko z ust do ust.

— Dlaczego wczoraj nie powiedziałeś nam o swoim zamiarze? — dopytywał się Wilmowski.

— Chciałem sprawdzić, czy poznacie mnie w tym przebraniu. Jednocześnie proszę, aby od tej chwili sahibowie nazywali mnie po prostu: babu. A teraz ruszajmy w drogę!

— Komu w drogę, temu czas — rzucił przysłowie bosman, powstając od stołu.

Niebawem znaleźli się przed domem na podwórzu karawanseraju. Oprócz pięciu wierzchowców oraz pięciu jucznych koni zastali tam siedzących na mułach trzech koniuchów, trzech służących i kucharza. Trzej łowcy, babu oraz Udadżalaka przytroczyli karabiny do łęków siodeł, po czym bez zwłoki dosiedli wierzchowców. Kopyta końskie głucho zadudniły na bruku podwórza. Świtało.

Zaraz za wsią przejechali przez most na drugą stronę burzliwego, bryzgającego białą pianą Indu [103]. Dość wygodny dotąd trakt przemienił się teraz w ścieżki wijące się wzdłuż brzegu rzeki na pięć długich etapów.

Podróżnicy brnęli po starych zwałach lawinowych pełnych zdradliwych szczelin, to znów zjeżdżali w lesiste doliny głośne rozkrzyczanym ptactwem, a potem znów wspinali się na pokryty żwirem i kamieniami szlak. Niewiele rozmawiali podczas tej męczącej jazdy — rzeka huczała głusząc słowa.

Na noc rozbijali namioty w małych dolinkach. Zmęczeni, spali mocno, nie zwracając nawet uwagi na możliwość niedźwiedzich odwiedzin. W ciągu tych czterech dni minęli leżące przy trakcie stacje: Kangan oraz Goond, po czym przejechali przez Gagangir i Sonamerg, czyli tak zwane “żółte łąki”. Przyjęły one nazwę od żółtych krokusów pokrywających kwieciem podgórskie, pobliskie polany. Z dala w górach iskrzyła się biel śniegów, a mroźny wiatr smagający gwałtownymi porywami zmusił podróżników do nałożenia futrzanego odzienia i wojłoków.

Popasali we wsi Baltal w rozległej kotlinie, zamkniętej przez potężne przerwy skalne pokryte lodem. Tu rozkoszowali się ciszą, jaka ogarnęła ich po opuszczeniu doliny Indu, wypełnionej hukiem wartko płynącej rzeki. Osada, szumnie zwana wsią, składała się zaledwie z trzech nędznych chat. Nie opodal nich rozbili swe namioty. Przez kilka godzin wypoczywali przy ognisku, mimo duszącego i gryzącego dymu, jaki dawały karłowate brzozy służące za opał.

Wieś Baltal była graniczną osadą w Kaszmirze. Wprost na wschodzie piętrzyło się ku niebu pasmo zachodnich Himalajów, najwyższych gór świata. Przed wyruszeniem w drogę babu zaopatrzył białych sahibów w oryginalne okulary. Miały one drewniane oprawki, w których w miejsce szkieł zwisały końskie włosy. Okulary te miały chronić oczy przed porażeniem przez biel śnieżną zalegającą góry, a powodującą często tak zwaną “białą ślepotę”.

Od Baltalu droga wciąż pięła się w górę, aż do Zoji-la, stanowiącej jedyne wyraźne obniżenie w wyniosłym paśmie zachodnich Himalajów [104]. Dojście do przełęczy nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Ścieżka prowadziła urwistymi zboczami często nad przepaściami. Każdy nieopatrzny krok człowieka, czy zwierzęcia groził stoczeniem się w otchłań.

Pierwszy jechał babu, za nim Udadżalaka, bosman, Tomek, Wilmowski i reszta ludzi z jucznymi końmi. Bosman pobladł, bowiem jego wierzchowiec, zamiast kroczyć środkiem wąziutkiej ścieżyny, zaczął piąć się pod górę tuż nad samym skrajem przepaści. Marynarz kilkakrotnie usiłował zmusić konia cuglami do zaprzestania karkołomnych popisów, lecz wierzchowiec uporczywie wracał na skraj ścieżki.

— Ot, durne bydlę, zupełnie mnie nie słucha — wybuchnął zdenerwowany. — Chce zlecieć w przepaść razem ze mną!

— Co się stało, panie bosmanie? — zawołał zaniepokojony Tomek.

— Nie mogę nakłonić nędznej szkapy, aby zeszła więcej na środek tej piekielnej ścieżki — odparł wzburzony bosman. — Wlecze się z uporem żwirowatym brzegiem. Zlecimy razem, jak amen w pacierzu!

Udadżalaka jadący przed bosmanem odwrócił głowę i rzekł:

— Posłuchaj mojej rady, szlachetny sahibie. Puść wolno wodze i zdaj się na instynkt konia, albowiem każde zwierzę najchętniej kroczy po tej części złej drogi, którą już przed nim przeszły bezpiecznie inne zwierzęta. Tędy najczęściej idą juczne karawany. Ładunek na grzbiecie konia grozi w każdej chwili zaczepieniem o skalną ścianę i spadnięciem w przepaść. Toteż doświadczone w marszach górskich juczne zwierzęta kroczą wydeptanym skrajem ścieżki, odsuwając się jak najdalej od zdradliwego zbocza. Nasze konie instynktownie wybierają drogę swych poprzedników i najlepiej jest w takim przypadku pozostawić im swobodę. Przyjrzyj się, sahibie, wszystkie nasze wierzchowce czynią to samo.

— To mnie przekonuje, Udadżalako. Cóż jednak mogę na to poradzić, że nie lubię patrzeć w przepaść? Sami diabli to nadali — odpowiedział bosman, dodając soczyście, marynarskie słówko.

— Mam pomysł, bosmanie! — odezwał się Tomek. — Proszę zamknąć oczy. Wtedy nie będzie pan widział przepaści.

— Faktycznie niezła myśl, ale co się stanie, jeśli przypadkiem zdrzemnę się i zlecę z siodła? Pal sęk, w szczenięcym wieku przeszedłem odrę, to i teraz jakoś chyba przejdę przez te górki.

— Brawo, bosmanie! Jeszcze gotów pan polubić takie wędrówki!

— Jeśli takiego uszczypliwego pędraka jak ty polubiłem, to kto wie, może przekonam się kiedyś i do gór. Chociaż, jak do tej pory, nie zanosi się na to.

Ścieżka tymczasem pięła się coraz wyżej i wyżej. W cieniu skał panowało dokuczliwe zimno, lecz gdy szlak wynurzał się na otwartą przestrzeń, słońce mocno przygrzewało. Po kilkugodzinnej uciążliwej jeździe, ku niezmiernej uldze bosmana, osiągnęli wreszcie przełęcz. Była to słynna Zoji-la, jedno ze słynnych przejść na północ. Tutaj babu zarządził krótki postój, aby zmęczone wierzchowce mogły nieco odetchnąć.

Z języka lodowcowego, odległego zaledwie o jakieś trzysta metrów, wypływał wartki strumień, który tu na przełęczy tracił pęd i nawet tworzył zakola, by nieco dalej zmienić się znów w spieniony, spadający po skalnych progach potok. Podczas zimowych zawiei, trwających tutaj szereg miesięcy, przełęcz była niedostępna i wręcz niebezpieczna dla ludzi i zwierząt. Świadczyły o tym bielejące w słońcu szkielety mułów oraz cmentarzyk ułożony z kamiennych płyt. Porywisty wiatr, wiejący bez przerwy, uprzykrzał wypoczynek.

— Niczego sobie wycieczka! W mieście morderstwo, a w górach szkielety bydląt i cmentarz witają nas na początku wędrówki — mruknął marynarz.

— Nie utyskuj, bosmanie, lepiej obejrzyj się za siebie — zawołał Wilmowski.

Na południowym zachodzie widać stąd było cichą zieloną dolinę Kaszmiru. Bosman uśmiechnął się, wspominając odurzający zapach kwiatów, gondole pływające po kanałach oraz śpiew pięknych dziewcząt. Markotnie spojrzał z kolei ku północy, gdzie rozciągała się nieprzystępna, wyżynna pustynia.

Z przełęczy Zoji-la można było zaobserwować zasadniczy kontrast między krainami południa i północy. Zachodnie pasmo Himalajów stanowi wyraźną granicę pomiędzy roślinnością Kaszmiru i Ladakhu oraz pomiędzy Indiami i Wyżyną Tybetańską. Dzieli ono Kaszmir na dwie części. W każdej z nich panują inne klimaty i zamieszkują odmienne ludy, o różnych kulturach. Na południe od gór w malowniczych, dobrze nawodnionych dolinach mieszkają Ariowie — hinduiści i mahometanie. Na północ od nich rozpościera się niegościnna pustynna wyżyna — kraina Mongołów — buddystów. Mimo iż Ladakh politycznie należy do Kaszmiru, faktycznie stanowi nierozerwalną geograficzną i kulturalną jedność z chińskim Tybetem. Ladakh to przedsionek Tybetu.

Tu za Zoji-la podróżnicy przeżywali bardzo denerwujące chwile. Oto zza załomów skał wyłoniła się przed nimi karawana zdążająca w przeciwnym kierunku. Rozległy się pospieszne okrzyki poganiaczy zwierząt. Obydwie grupy przystanęły natychmiast. Poganiacze karawany pnącej się na siodło przełęczy wcisnęli się wraz z końmi w małe skalne nisze, aby umożliwić przejście schodzącym z góry. Dopiero wtedy Pandit Davasarman dał swoim znak do marszu.

Czoła podróżników, a nawet i poganiaczy przywykłych do takich wędrówek, zrosiły się potem przy wymijaniu karawany stojącej pod skalną ścianą. Konie ocierały się o siebie bokami, stękały przerażone, z trudem utrzymywały równowagę na krawędzi ścieżki. Bosman byłby naprawdę przymknął oczy, lecz “salamy” zmuszały go do wymiany uprzejmych pozdrowień z obcymi wędrowcami. Byli to mahometańscy pielgrzymi ze Wschodniego Turkiestanu, którzy z rodzinnego Jarkendu wyruszyli do Mekki [105] — świętego miasta mahometan. Podróż ich miała trwać w obydwie strony około jedenastu miesięcy, jechali więc ze swym dobytkiem zapakowanym w wielkie toboły. Na nich siedziały kobiety otulone wraz z głowami w obszerne białe opończe. Czarne, nieco skośne oczy, ciekawie zerkały spod zasłon. Mężczyźni trzymając konie za uzdy krótko przy pyskach, aby stały spokojnie, pozdrawiali obcych podróżników. Mahometanie z Jarkendu ubrani byli w długie, podbite futrem kaftany oraz w płaskie, obramowane futrem czapki i w wysokie, miękkie buty. Wołając “salam”, uroczyście się pochylali w pokłonie ze złożonymi na brzuchu rękami, aczkolwiek nie było to łatwe ze względu na niepokój wierzchowców. Nasi podróżnicy odpowiadali na uprzejme powitania i mimo że wymijanie karawany było bardzo niebezpieczne, ciekawie obserwowali mieszkańców dalekiego Turkiestanu. Podziwiali ich odwagę i podjęte ryzyko. Iluż bowiem pielgrzymów ginęło podczas długiej, niebezpiecznej wędrówki.

Przez następnych kilka dni jechali wzdłuż burzliwego, rozcinającego tę partię gór strumienia Dras. Na noclegi zatrzymywali się wśród rumowisk skalnych, które stanowiły prawdziwe królestwo świstaków [106]. Według wierzeń buddystów dusza zmarłego złośliwego człowieka wciela się po śmierci w świstaka. W okolicy roiło się od nich, ponieważ nie doznawały krzywdy ze strony przesądnych Tybetańczyków, a niedźwiedzi strzegły się pilnie. Zmyślne zwierzątka przypominały Tomkowi widziane w Meksyku pieski stepowe [107]. Chcąc lepiej przyjrzeć się azjatyckim, na postoju podkradł się z bosmanem do żerującego stadka. Udało im się nawet osaczyć jedno zwierzątko. Zagnane pomiędzy głazy, wcale nie okazało bezradności. Przewróciło się na wznak i broniło ostrymi pazurami. Z desperacką wściekłością chwytało zębami za kij podsuwany przez Tomka.

Nie na wszystkich chota haziri, to jest biwakach, udawało się im rozpalać ognisko. Jedyny bowiem opał stanowiła znajdowana po drodze Boortsa lub Eurotia, roślina przypominająca wyglądem koper. Jej łodygi często zastępowały zwierzętom paszę. Wydzielała olejek pachnący jak kamfora. Nasycone nim świeże, ścięte, zielone rośliny paliły się znacznie lepiej niż suche.

Pandit Davasarman był nieocenionym organizatorem poszczególnych etapów drogi, toteż względnie szybko dotarli doliną Saru do jedynej na szlaku mieściny, wyposażonej w skromny bazar i szpitalik. Stąd niedaleko już było do Shergolu, pierwszej najdalej na zachód wysuniętej osady buddystów.

W dolinie Wakka z daleka ujrzeli zbudowany wysoko na skale klasztor buddyjski. Przebywali w nim Czerwoni Lamowie. Tak jak ich tybetańscy bracia — Żółci Lamowie, podlegali Wielkiemu Dalajlamie w Lhasie. Davasarman znał te zakątki i informował współtowarzyszy o życiu lamów, nigdy nie rozstających się z młynkiem modlitewnym oraz różańcem. W każdym klasztorze przebywała mała grupa lamów, zajmujących się wyłącznie czynnościami religijnymi, natomiast większość członków społeczności klasztornej wykonywała ciężkie prace gospodarskie.

W pobliskim miasteczku karawana zagłębiła się w labirynt starannie zbudowanych z gliny domków o płaskich dachach.

Na nich sterczały wysokie kije obwieszone białymi szmatkami [108] i czarnymi ogonami jaków. Na dachach siedzieli w milczeniu, jakby pogrążeni w kontemplacji mężczyźni, odziani w ciepłe kitle oraz czapki z klapkami na uszy. Na widok przeciągającej karawany podnosili się z powagą, wykrzykując jeden tylko wyraz: “dżule!” [109], potem pochylali się do przodu z wielkim palcem prawej ręki wyciągniętym w górę i z językiem wysuniętym aż na brodę.

Bosman Nowicki w pierwszej chwili oniemiał z oburzenia. Poczerwieniał, zdarł konia cuglami i zatrzymał w miejscu. Unosząc się w strzemionach, zawołał do siedzących na dachu mężczyzn:

— Ach, wy bycze ogony, to tak uprzejmie witacie podróżników?! Taka to u was gościnność?!

Mężczyźni na dachu jeszcze głośniej krzyknęli “dżule” i jeszcze bardziej wysunęli języki.

Być może doszłoby do przykrego incydentu, bo bosman ogarnięty pasją zsiadł z konia, lecz na szczęście w tej chwili babu przyskoczył na wierzchowcu do marynarza i przytrzymał go energicznie za ramię.

— Stój, sahibie! Oni właśnie w ten sposób pozdrawiają! — zawołał półgłosem, po czym skinął głową ku mężczyznom, krzyknął “dżule” i tak jak oni wysunął język.

Mężczyźni uniżenie ponowili powitanie, a następnie spokojnie usiedli na dachu.

— A niech ich... — zaklął bosman i naraz zaczął się śmiać do łez. — To ma być powitanie?! — pytał, wycierając oczy. — A ja omal nie pobierzmowałem ich po krzyżu...!

Z kolei wysunął swój wielki język, co siedzący na dachu przyjęli z oznakami największego zadowolenia.

Podróżnicy rozbawieni tym pożegnaniem ruszyli w dalszą drogę. Teraz wzdłuż traktu napotykali wały padmowe, dochodzące niekiedy do stu metrów długości, usypane przez pobożnych buddyjskich podróżnych z odłamków skał, piargów i ziemi. Od góry przykrywały je płaskie kamienie, w wyrytymi na nich modlitwami. Wały padmowe jak i czorteny — kamienne słupki zdobione płaskorzeźbami oraz napisami — stawiali wyznawcy, aby wskazywały Buddzie drogę do świętej Lhasy, gdy kiedyś znów zstąpi na ziemię.

Obok tych pomników niezwykłej wprost pobożności napotkali również olbrzymi posąg Buddy wykuty w trzydziestometrowej skalnej ścianie.

Szlak karawany wiódł teraz przez urwiste góry, o krok od bezdennych przepaści. W dzień żar słoneczny prażył niemiłosiernie, w nocy dokuczał dotkliwy chłód. Często wyjeżdżali wcześnie przed świtem, aby przebyć jak największy odcinek drogi, zanim słońce roztopi zmarzłą w nocy grubą skorupę śniegu. Rozrzedzone powietrze utrudniało oddychanie i wywoływało optyczne złudzenia. Dzięki temu odległe przedmioty zdawały się być już bardzo blisko.

Po jedenastu dniach niebezpiecznej, męczącej jazdy dobrnęli do klasztoru w Spittugu, skąd zboczyli w przełomy Indusu na wschód. Teraz mieli przed sobą rozległy szmat piaszczystego pustkowia. Na jego krańcu rysowały się wieże zamku radży Ladakhu, a nieco wyżej nad nim klasztor buddyjski — gompa.


Загрузка...