W azjatyckiej Wenecji

Tomek siedział w doongah zakotwiczonej w jednym z licznych kanałów przecinających miasto. Łódź stała przy brzegu ukryta przed słońcem w cieniu zwisających nad wodą konarów drzew jaworowych. Tomek położył sobie na kolanach deskę i na tym zaimprowizowanym na poczekaniu stole rozpoczął pisanie listu:


Szrinagar w Kaszmirze, dnia 30 VI 1907 r.


Kochana, Miła Sally!

Niepokoisz się zapewne tak długim brakiem wiadomości ode mnie. W liście z Bombaju opisałem ci tragiczny wypadek, jaki nas spotkał zaraz po wylądowaniu w Indiach. Obiecałem wówczas napisać następny po spotkaniu Pana Smugi. Miało to nastąpić w Alwarze, dokąd polecił nam przyjechać nasz wspólny Przyjaciel. Niestety, Pana Smugi nie zastaliśmy w Alwarze i nawet nie ujrzeliśmy Go do tej pory, mimo że jadąc Jego tropami zawędrowaliśmy aż do Szrinagaru w Kaszmirze.

Muszę Ci wyjaśnić wszystko dokładniej, ponieważ cała sprawa przybiera coraz bardziej dziwny, a nawet tajemniczy obrót. Do Alwaru przybył po nas brat księżnej (wielkiej przyjaciółki Pana Smugi), Pandit Davasarman. Oznajmił nam, iż Pan Smuga czeka na nas w Szrinagarze. Spory to szmat drogi od Alwaru, lecz natychmiast ruszyliśmy na spotkanie. Na ostatniej stacji kolei żelaznej w kierunku północnym wysiedliśmy z pociągu w Rawalpindi, skąd pojechaliśmy dalej w tak zwanych tutaj “tonga”, to jest lekkich powozikach. Pan Bosman narzekał cały czas, ponieważ trakt łączący Rawalpindi z Szrinagarem został ukończony siedemset lat temu i obecnie stanowi wyboistą, niebezpieczną górską drogę. Wiesz przecież, jak Bosman bardzo nie lubi gór!

Na szczęście uniknęliśmy stoczenia się w przepaść i dotarliśmy do Szrinagaru — prawdziwej azjatyckiej Wenecji. Gdyby nie troska o Pana Smugę, byłbym zachwycony niezwykłym pięknem okolicy. Niestety znów spotkał nas zawód. Zamiast Pana Smugi zastaliśmy tutaj jedynie służącego Pandita Davasarmana, który oznajmił, że Pan Smuga musiał w pilnej sprawie wyjechać do Leh i tam będzie na nas czekał. Trudno byłoby mi opisać nasze rozczarowanie i niepokój, a szczególnie gniew Pana Bosmana. Leh bowiem znajduje się w Ladakhu, zwanym również Małym Tybetem. Odległy jest od Szrinagaru o około dwa tygodnie konnej jazdy. Pan Bosman nawymyślał Panditowi Davasarmanowi i zagroził, że nie chciałby znaleźć się w Jego skórze, gdyby przypadkiem Pan Smuga okazał się już tylko duchem, a nie żywym człowiekiem.

Pandit Davasarman z niezwykłym spokojem przyjął wybuch Bosmana. Ludzie Wschodu są fatalistami; uważają, że bez woli Boga włos z głowy im spaść nie może. Toteż niewzruszenie oświadczył, iż jedynie Pan Smuga może wyjawić nam, w jakim celu ściągnął nas do Azji Środkowej. W takiej sytuacji jesteśmy zmuszeni ruszyć dalej w drogę. Naprawdę nie wiem, co mam o tym myśleć. Pandit Davasarman jest niezwykle zamożnym człowiekiem, a ponadto dobrze znanym tutaj badaczem krajów Azji. W jakim celu miałby nas wprowadzać w błąd lub źle życzyć Panu Smudze?

Fakty są jednak faktami i, niestety, musieliśmy pogodzić się z rzeczywistością. Toteż postanowiliśmy jak najszybciej wyruszyć do Leh. Niestety już drugi dzień tkwimy w Szrinagarze i czekamy na przybycie naszych bagaży. Miały być wysłane za nami wozem pocztowym. Jak do tej pory, jeszcze nie nadeszły. Pandit Davasarman poinformował nas, że następny odcinek drogi wiedzie przez wyłącznie górską krainę. Doradził uzupełnić ekwipunek, a przede wszystkim nabyć praktyczne na taką podróż skórą kryte kuferki, tak zwane “yakdan”. Służą one do przewożenia osobistych rzeczy i jednocześnie w obozowisku z powodzeniem zastępują łóżko. Yakdan posiada z boku żelazne uchwyty. Jeżeli więc rozstawi się dwa takie kuferki i w otwory uchwytów zamocuje się końce kijów z przymocowanym do nich grubym płótnem, to tworzą wygodne w tych surowych warunkach posłanie. Ponadto jeden yakdan jest zwyczajowo uznanym ładunkiem dla jednego kulisa, a dwa stanowią ładunek dla jaka, konia lub muła. Posiadanie takich powszechnie tu używanych kuferków znacznie ułatwia podróż i oszczędza niepotrzebnych targów przy wynajmowaniu sił transportowych. Biorąc to pod uwagę, ojciec i Pan Bosman udali się z Panditem Davasarmanem do centrum miasta w celu poczynienia zakupów. Musimy również zaopatrzyć się w ciepłe kurtki z owczej skóry oraz wysokie, jarkendzkie buty filcowe, ponieważ one tylko chronią dobrze w czasie burz śnieżnych w górach.

Na mnie osobiście Pandit Davasarman sprawia bardzo korzystne wrażenie. Mam nadzieję, że wcześniej czy później odnajdziemy Pana Smugę, a wtedy skończą się te zmartwienia. Jak do tej pory nie wiemy, w jakim celu ściągnął nas w głąb Azji i co zamierza czynić. Bo przecież nie może tu chodzić o zwykłą wyprawę krajoznawczą. Gdy tylko dowiem się prawdy, zaraz poinformuję Cię o wszystkim. Oczywiście nie kłopocz się, gdybym nie mógł zbyt szybko napisać. W centralnej Azji nie ma kolei. Listy przenoszone są przez gońców, uzbrojonych w dzidy obwieszone muszelkami i dzwonkami, którymi pobrzękują dla odstraszenia zwierząt podczas wędrówek przez niezamieszkałe okolice. Łatwo domyślisz się, że ten sposób przesyłania korespondencji nie jest zbyt pewny, chociaż podobno dość rzadko zdarzają się napady na samotnych listonoszy. Jak już zaznaczyłem, ojciec z bosmanem robią zakupy, a ja pozostałem w częściowo krytej łodzi, zwanej “doongah” i piszę do Ciebie. Muszę jeszcze wytłumaczyć Ci, dlaczego zamieszkaliśmy w łodzi zamiast w hotelu. Otóż w Kaszmirze Europejczykom nie wolno posiadać własności ziemskiej. Maharadża wprawdzie przeznaczył kilka willi do dyspozycji Europejczyków, lecz w czasie letniego skwaru, panującego na nizinach Indii, Kaszmir roi się od angielskich urzędników. Wszyscy nie mogą pomieścić się w domach i dlatego wiele rodzin wynajmuje doongah, na których mieszka się zupełnie znośnie. Taki już tu panuje zwyczaj. Nie tracimy na tym wiele, ponieważ mieszkając pod gołym niebem mamy doskonałą okazję do podziwiania malowniczych widoków. W porównaniu z upalnymi nizinami indyjskimi i górami skutymi wiecznym lodem, kaszmirska dolina stanowi prawdziwy raj, a Szrinagar azjatycką Wenecję. Do miasta najdogodniej wjeżdża się jedną z licznych arterii wodnych. Rzeki i jeziora połączone są sztucznymi kanałami, po których pływają shikarah, rodzaj chyżych gondoli wyścielonych poduszkami. Na rzece pełno najrozmaitszych łodzi oraz barek przewożących towary, a doongah we dnie i w nocy wożą pasażerów. Z nadbrzeża wiodą ku rzece szerokie schody. Kobiety czerpią wodę wiadrami, wyznawcy braminizmu dokonują obrzędowych kąpieli, a muzułmanie zachowują się tak hałaśliwie, że aż uszy puchną.

Samo miasto składa się z wąskich uliczek, zabudowanych wielopiętrowymi domami, przeważnie zdobionymi sztukateriami. Najdziwniejsze są dachy domostw. Na większości z nich rośnie trawa i kwiaty. Nawet dachy hinduskich świątyń oraz meczetów muzułmańskich pokryte są warstwą ziemi, na której bujnie krzewi się roślinność. Nie masz pojęcia, jaki to egzotyczny, niezapomniany widok. Spotyka się tu resztki ruin dawnych pałaców jeszcze sprzed muzułmańskiego najazdu. Nad miastem, niby olbrzymi pomnik, wznosi się góra, zwana Tronem Salomona, uwieńczona starodawną świątynią sprzed około dwóch tysięcy lat. Druga natomiast budowla dominująca nad Szrinagarem budzi bardzo przykre uczucia. Jest to fort i więzienie Hari Parbat.

Ogrody rosnące na dachach ponad ulicami oraz gondole pływające po kanałach nie są jedynymi atrakcjami miasta. Największe wrażenie sprawiają pływające ogrody na jeziorze Dal. Wyobraź sobie duże jezioro, a na nim setki sztucznych wysp i wysepek. Dawniej okolica ta była miejscem wypoczynku i zabaw dla azjatyckich władców, dzisiaj natomiast słynne w świecie pływające ogrody używane są przez wieśniaków do hodowania warzyw. Ciekawy jest sposób, w jaki one powstają. Otóż najpierw wycina się rośliny wodne na głębokości około trzech stóp pod powierzchnią wody, a potem wplątuje się w ich łodygi sitowie oraz trzcinę. Na utworzoną w ten sposób matę nakłada się cienką warstwę błota, co w końcu tworzy jakby podwodną tratwę. Dwa przebite przez nią i wetknięte w dno jeziora bambusowe kije utrzymują całość w jednym miejscu. Po upływie kilku miesięcy pływająca tratwa przemienia się w prawdziwy ogród warzywny, w którym rosną arbuzy, ogórki, pomidory itp. Kaszmirczycy w większości są mahometanami, lecz rządzą tutaj hinduiści. Z tego względu muzułmanie muszą przestrzegać obrządków religijnych kasty rządzącej. Dawniej za zabicie krowy, czczonej przez hinduistów, groziła kara śmierci, obecnie otrzymuje się wyrok dożywotniego więzienia. Groźne mury Hari Parbat są ostrzeżeniem dla mahometan.

Nie jestem pewny, czy mój opis właściwie odzwierciedla oryginalność i piękno Kaszmiru. Dodam jeszcze, że Europejczykowi trudno przecisnąć się przez ludną i gwarną ulicę. Handlarze oraz rzemieślnicy natarczywie wpychają każdemu do rąk swe towary bądź proponują usługi. Nie można się od nich opędzić. Kaszmirczycy wykazują zabawne, a nawet śmieszne u tak okazałych fizycznie ludzi skłonności. Śmiech, płacz i czcza gadanina miesza się u nich przysłowiowo w jednej torbie. Mahometanie, dla odróżnienia się od Hindusów, usiłują wszystko robić odwrotnie. A więc inaczej zawiązują turbany bądź zapinają chałaty, na konia wsiadają z lewej strony, tak jak my, podczas gdy Hindusi czynią to z prawej. W rzeczywistości jednak różnice te są bardzo powierzchowne. Muszę jeszcze zaspokoić Twoją ciekawość, co do stroju kobiet. Otóż noszą one luźne szaty, niby nocne koszule, przeważnie w jasnych kolorach. Głowy spowijają w lekkie welony. Lubują się we wszelkiego rodzaju ozdobach, noszą je w uszach, na szyjach, na rękach i nogach. Muzułmanki ubierają się na czarno i chodzą szczelnie zawoalowane.

Muszę zakończyć list, ponieważ już i tak stanowi kilkugodzinną lekturę. Co porabiasz po powrocie ze szkoły do domu? Czy dobrze się bawisz? Czy Twój Kuzyn często przychodzi?

W następnym liście opiszę polowanie na tygrysy w Alwarze. Mam nadzieję, iż niebawem spotkamy Pana Smugę, a wtedy wszyscy będziemy lepszej myśli. Czekaj cierpliwie na wiadomość ode mnie i bądź spokojna o nas, nawet gdyby list się opóźniał. Serdecznie ściskam Cię, Kochana Sally, i przesyłam pozdrowienia dla Twego Stryjka.

Tomek


P. S.

Po polowaniu na tygrysy otrzymałem od księżnej Alwaru piękny pierścień z brylantem. Przeznaczyłem go dla Ciebie jako upominek z Indii. W Szrinagarze kupiłem kilka misternie wykonanych bransolet. Jedna z nich ma przymocowane srebrne dzwoneczki.

Twój Tomek.


Tomek zaklejał właśnie kopertę listu, gdy na brzegu w pobliżu doongah zatrzymał się dwukołowy wóz załadowany pakunkami, eskortowany przez jego towarzyszy.

— Hej, brachu, pomóż nam wyładować te wszystkie graty! — zawołał bosman machając ręką do przyjaciela.

Tomek wybiegł na wybrzeże. Zdumiony spoglądał na ogromną stertę pakunków, jakby nie dowierzał własnym oczom.

— Czy mamy to wszystko zabrać w drogę? — zapytał.

— A jakże! Czeka nas około dwóch tygodni konnej jazdy do Leh, a na trakcie dotąd nie pobudowano sklepików — odparł bosman. — Bierzemy nawet zapas paszy dla koni.

— Tomek jeszcze nie wie, że posiadamy dziesięć wierzchowców — wtrącił Wilmowski.

— To już nawet wynajęliście konie? — dziwił się Tomek. — Przecież nasze bagaże nie nadeszły jeszcze z Rawalpindi!

— Właśnie nadeszły, nie dalej jak przed godziną. Zaraz baczniej nadstawisz ucha, gdy usłyszysz, że mamy szkapy, chociaż ich wcale nie kupiliśmy. Zostawił je tutaj dla nas szanowny pan Smuga, kapujesz teraz? — powiedział bosman.

Tomek pomedytował chwilę, po czym zapytał:

— Kto i kiedy powiedział wam o tych wierzchowcach?

— A któż mógłby powiedzieć, jak nie ten milczek hinduski? — burknął bosman.

— Jeżeli wiedział o pozostawionych tutaj dla nas koniach, to musiał również wiedzieć, iż w Szrinagarze nie zastaniemy pana Smugi. Po co wobec tego wprowadzał nas w błąd?

— Pandit Davasarman twierdzi, że wiadomość o zakupieniu koni przez Smugę przywiózł jego służący, który zakomunikował mu o tym, gdy chciał wynająć wierzchowce do Leh — wyjaśnił Wilmowski.

— Dlaczego nie powiedział tego od razu wczoraj? — indagował Tomek.

— No, mój drogi, jak chyba zauważyłeś, oni obydwaj nie są zbyt rozmowni — odparł ojciec.

— Wygląda, jakby pan Smuga planował jakąś wspólną wyprawę...

— I mnie również tak się zaczyna wydawać. Czy nie świadczy o tym obecność w naszym gronie hinduskiego pundyty? To wymarzony przewodnik na wyprawę po terenach Azji — powiedział Wilmowski.

— Święta prawda! Jestem już pewny, że tu święci się coś niedobrego — dodał marynarz. — Skąd wszakże możemy mieć pewność, że te dwa milczki mówią prawdę? Przecież to oni powiedzieli nam o koniach zostawionych przez Smugę.

— Musimy zachować pewną ostrożność, dopóki nie odnajdziemy naszego przyjaciela — rzekł Wilmowski. — Teraz wyładujmy sprawunki, bo tylko patrzeć Pandita Davasarmana z bagażami z Rawalpindi.

Wkrótce sterta paczek leżała na brzegu tuż przy doongah obok ośmiu nowych Yakdan. Oprócz kuferków Wilmowski kupił cztery kitla, to jest kosze do zabrania najniezbędniejszych w drodze prowiantów oraz trzy brezentowe namioty. Wśród przywiezionych na wozie zapasów znajdowały się: herbata, cukier, mąka, ryż, zupy w proszku, marmolada, tłuszcz, a także świece i spirytus do maszynki do gotowania. Ponadto każdy z trzech podróżników otrzymał futrzaną kurtkę oraz czapkę i wysokie filcowe buty.

Niebawem zjawił się Pandit Davasarman z bagażami przywiezionymi z poczty. Wspólnie zabrali się do ładowania yakdan i kitla. Udadżalaka, służący Davasarmana, wykazał wiele wprawy w przygotowaniach do drogi. Od razu można było poznać, iż to dla niego nie pierwszyzna. Zaledwie ukończyli pakowanie, Pandit Davasarman odezwał się:

— Jeżeli sahibowie sobie życzą, możemy jeszcze dzisiaj wyruszyć łodzią do Ganderbalu, gdzie oczekują na nas konie. Warto się pospieszyć, w nocy spadł w górach śnieg. Droga nie będzie łatwa, a mamy do przebycia dziewiętnaście marszów.

— Dobrze, ruszajmy — zdecydował Wilmowski.

— Proszę pana, przed wyjazdem ze Szrinagaru chciałbym wysłać list do Europy. Czy będziemy przechodzili w pobliżu poczty? — zwrócił się Tomek do Davasarmana.

— Zajmę się tym, proszę mi go tylko dać, a niezwłocznie będzie wysłany do Rawalpindi — odpowiedział Davasarman.

Tomek wydobył z kieszeni list, a Davasarman natychmiast zawołał:

— Udadżalaka! Zanieś zaraz list sahiba do biura Babukhana i zapowiedz, że mają go wysłać jeszcze dzisiejszą pocztą.

— Tak jest, Pandicie! — służbiście powiedział Udadżalaka, stając przed Davasarmanem wyprężony jak struna.

— Spiesz się, za pół godziny odjeżdżamy.

Udadżalaka oddalał się sprężystym krokiem. Bosman przyglądając się mu z upodobaniem, rzekł:

— Szanowny pan ma dobrego służącego. Wymusztrowany niczym żołnierz.

Mówiąc to porozumiewawczo mrugnął do przyjaciół, ponieważ podejrzewał, iż Davasarman umyślnie wprowadził ich w błąd, przedstawiając Udadżalakę jako służącego. Davasarman wszakże nie okazał zmieszania i spokojnie wyjaśnił:

— Udadżalaka jest sierżantem pułku strzelców indyjskich. Towarzyszył mi w większości wypraw, podczas których pełnił jednocześnie funkcję służącego. To pewny i odważny człowiek.

— Dlaczego nie nosi munduru, skoro jest wojskowym? — zapytał Tomek.

— Obcy ubiór wojskowy zwraca na siebie uwagę, a tego należy unikać podczas nieoficjalnych wypraw badawczych. Proponowałbym przygotować się teraz do odjazdu. Oto są już nasze doongah.


Загрузка...