Wjazd do aułu Naib Nazara jeszcze bardziej pogorszył nastrój niefortunnych spiskowców. Pomiędzy okrągłymi jurtami nomadów kręcili się mężczyźni zbrojni w handżyry oraz okute pałki. Spode łbów spoglądali na obcych przybyszów. Zaledwie panna młoda zsiadła z wielbłąda, natychmiast z kilkoma innymi kobietami przystąpiła, w myśl kirgiskiego zwyczaju, do stawiania przywiezionej z sobą jurty. Powstało małe zamieszanie, z czego skorzystał Tomek i po cichej, krótkiej naradzie z bosmanem odwołał Smugę na ubocze.
— Nie rób posępnej miny, chłopcze. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Będzie nie lada widowisko. Jeszcze nie widziałeś kirgiskiego wesela — niefrasobliwie powiedział Smuga.
— Nie w głowie mi teraz wesele. Jeśli natychmiast stąd nie wyjedziemy, to cała nasza wyprawa zakończy się w aule Naib Nazara — ponuro odrzekł Tomek.
Smuga natychmiast spoważniał. Zbyt dobrze znał odwagę młodego przyjaciela, by mógł sądzić, iż przestraszył się na widok bandy rozbójników. Ujął go pod ramię i spojrzawszy mu prosto w oczy, krótko zapytał:
— Czy jesteś pewny, że grozi nam tutaj niebezpieczeństwo?
— Uciekajmy stąd, zanim Naib Nazar zajrzy do juków z dywanami — z naciskiem szepnął Tomek.
— Do diabła, czyżbyście z bosmanem do spółki spłatali jakiegoś szpetnego figla?! — zdumiał się Smuga. — Czy w dywanach było coś ukryte? Hm, można się było tego spodziewać! Mów krótko, o co chodzi!
— Zapewniam pana, że Naib Nazar wpadnie w szał, gdy otworzy juki...
Doświadczony Smuga nie pytał Tomka o nic więcej. Jeśli Tomek wykrył schowane w dywanach jakieś przedmioty i obecnie wyczuwał niebezpieczeństwo, to lepiej było wierzyć mu na słowo. Każda chwila zwłoki mogła przecież spowodować nieoczekiwane komplikacje.
— Chodź ze mną, później porozmawiamy. Zachowuj się spokojnie, jak gdyby nic nam nie groziło — powiedział Smuga.
Razem odszukali Pandita Davasarmana. Smuga szepnął mu kilka słów do ucha. Hindus drgnął, nieprzyjemnie zaskoczony jego słowami. Natychmiast spojrzał na Tomka, który odetchnął lżej, widząc w jego wzroku więcej podziwu niż gniewu.
— Porozmawiajmy z Naib Nazarem — zaproponował Pandit Davasarman. — Jeśli stąd uciekniemy, to i tak szybko nas dogonią. Dowiedziałem się, że Naib Nazar zaprosił komendanta rosyjskiego na wesele. Może uda się nam wykorzystać to na własną korzyść.
W trójkę podeszli do podochoconego kumysem Kirgiza.
— Naib Nazarze, chcielibyśmy porozmawiać z tobą na osobności — zaczął Pandit Davasarman.
Naib Nazar niedbałym ruchem ręki oddalił od siebie dżygitów.
— Słucham cię, sahibie. Zaraz rozpoczniemy ucztę. Na pewno jesteście głodni — uprzejmie powiedział rozbójnik.
— Nie jesteśmy głodni. Czekając ukryci w skałach mieliśmy dość czasu na jedzenie — odparł Pandit Davasarman. — Domyślasz się zapewne, iż celem naszej tajemnej wyprawy jest Chiński Turkiestan. Musimy dotrzeć tam jak najszybciej z pewną misją od przyjaciół z Gilgit.
— Czy tam również wieziecie komuś ślubny podarunek? — roześmiał się Naib Nazar.
— Może i tak!
— Przejście przez granicę macie zabezpieczone. Gdybyście napotkali jakiś posterunek rosyjski, powiecie tylko, iż jedziecie z mego wesela. Tak umówiłem się z komendantem rosyjskim, który z kilkoma oficerami niebawem przyjedzie na ucztę.
— Oni nie powinni nas tu zobaczyć, Naib Nazarze. Pamiętasz, że nie mam najlepszych wspomnień ze spotkań z nimi.
— U mnie nic wam nie grozi. Moi dżygici roznieśliby Rosjan na handżyrach.
— Wiemy, Naib Nazarze, że pod twoją opieką jesteśmy bezpieczni, lecz władza twoja kończy się na granicy Chińskiego Turkiestanu, a tam Rosjanie posiadają duże wpływy. Mogliby nam utrudnić wykonanie ważnego zadania.
— Na pewno i tam masz znajomych, tak jak w Pamirze, lecz sam najlepiej wiesz, co powinieneś czynić. Kandżuci również woleli nie spotykać się z Rosjanami. Już odjechali.
— Przyznajesz, że tak jest lepiej dla nas i... dla ciebie.
— Wobec tego jedźcie szczęśliwie. Pamiętajcie, że wracacie z mego wesela. Nikt was nie zatrzyma. Teraz napijmy się strzemiennego.
Mała karawana szybko oddalała się od aułu. W chwili gdy wyruszali w drogę, Naib Nazar już witał rosyjskich oficerów, którzy przybyli w asyście oddziału kozaków.
Pandit Davasarman stale przynaglał do pośpiechu. Do tej pory Wilmowski nie pytał o nic, chociaż zaskoczyła go decyzja natychmiastowego udania się w dalszą drogę. Teraz, gdy Udadżalaka z trzema Hindusami i jucznymi końmi znacznie wysforował się do przodu, zagadnął:
— Z jakiego powodu zmieniłeś, Pandicie, nasze plany? Przecież mieliśmy zostać do wieczora u Naib Nazara. Konie nic nie wypoczęły. Czyżby zaszło coś nieoczekiwanego?
— Wyjaśnienia należą się nie tylko tobie, lecz i mnie, szlachetny sahibie, a udzielić ich jedynie mogą sahib bosman i sahib Tomek — odpowiedział Davasarman.
— Twój syn oznajmił mi, że Naib Nazar wpadnie w szał, gdy zajrzy do juków zawierających ślubny podarunek — wtrącił Smuga. — Ponieważ znam dobrze jego oryginalne pomysły, wolałem nie czekać na rozpakowanie juków.
— Domyślałem się, iż w dywanach ukryta jest jakaś kontrabanda. Co to może być, Janie?
— Nie byłem o tym poinformowany, toteż wyjaśnienia znacznie ciekawiej będą brzmiały w relacji Tomka — powściągliwie odpowiedział Smuga.
— Dobrze, powiem wam. W dywanach ukryte są nowoczesne karabiny. Dowiedziałem się o tym, gdy muł spadł w przepaść. Przez lornetkę przyjrzałem się rozbitym jukom — jednym tchem wyjaśnił Tomek.
— I na pewno z bosmanem wyjęliście te karabiny! — zawołał Wilmowski. — Czy wiecie, że możemy zapłacić za to głowami?!
— Nie usunęliśmy karabinów, ojcze. Leżą one w dywanach, oczywiście z wyjątkiem tych, które razem z mułem spadły w przepaść.
— Więc cóż za brewerie wyprawiacie, do licha?! — rozgniewał się ojciec. — Skoro karabiny są w jukach, to przecież nic nam nie grozi.
— Karabiny znajdują się w dywanach. Sam to sprawdziłem po powrocie z polowania na guldża wyimaginowane przez Sadyr Chodżę — rzekł Pandit Davasarman. — Szikar Smuga jednak zapewnił mnie, że Naib Nazar wpadnie w szał, gdy ujrzy te karabiny.
— Mów natychmiast, co zrobiliście z karabinami! — ostro krzyknął Wilmowski.
— Powyjmowaliśmy z nich zamki...
Przez długą chwilę w milczeniu gnali po równinie.
— Czy to był twój pomysł, Tomku? — odezwał się Smuga.
— Nie, proszę pana, pan bosman to wykombinował. Ja radziłem wyrzucić karabiny, a na ich miejsce nakłaść do juków kamieni. — Całe szczęście, że usłuchałeś rady bosmana, bo w innym przypadku nie wyjechalibyśmy żywi z aułu Naib Nazara. Widziałem, jak wsuwał rękę do rulonów z dywanami. Muszę przyznać, że nie posądzałem bosmana o tyle rozsądku.
— Ha, obcując z mądrymi ludźmi, człowiek nabiera roztropności — wtrącił skromnie bosman.
— Sahibie, dlaczego to uczyniłeś? — zapytał Pandit Davasarman.
— Tomek wyklarował mi, że Anglicy na złość Rosjanom uzbrajają bandytów i Kirgizów, aby sami łatwiej mogli rządzić się w koloniach azjatyckich. Żal nam się zrobiło spokojnych kupieckich karawan, bo przecież na nie przede wszystkim napada ten zbój pamirski. Ot i wszystko!
— Jedźmy prędzej, musimy dopędzić Udadżalakę, zanim Naib Nazar ruszy w pościg — ponaglił Pandit Davasarman.
Świsnęły arkany. Podróżnicy pochyleni w siodłach gnali po równinie. Wkrótce doścignęli juczne konie. Teraz musieli zwolnić tempo jazdy, mimo że Pandit Davasarman nie oszczędzał wierzchowców. Końskie grzbiety wkrótce pokryły się potem, a pyski zabieliły pianą. Co pewien czas któryś z jeźdźców z niepokojem spoglądał za siebie. Juczne konie postękiwały, potykały się, ale smagane arkanami wydobywały resztki sił, by nadążyć za wierzchowcami.
Minęły trzy długie godziny.
— Wykończymy całkowicie juczne konie — krzyknął Wilmowski, przytrzymując za uzdę krótko przy pysku pokryte pianą i potykające się zwierzę.
— Obejrzyj się, sahibie — odparł Pandit Davasarman. — Jeśli Naib Nazar dopadnie nas na równinie, zginiemy!
Wilmowski odwrócił się, długo spoglądał za siebie. W dali na stepie poruszały się czarne punkciki.
Znów pognali konie. Łańcuch gór Sarykolskich, oddzielający Rosyjski Pamir od Chińskiego Turkiestanu, był już bardzo blisko.
Tomek powstrzymał swego wierzchowca. Lunetą wodził po szeregu dżygitów. Pochyleni na końskie karki, zawzięcie smagali batami wierzchowce. Następnie Tomek z niepokojem spojrzał ku łańcuchowi gór.
“Dogonią nas” — pomyślał z determinacją. Szarpnął cuglami wierzchowca i pognał za towarzyszami.
— Ilu ich może być, Tomku? — zawołał Smuga, gdy młodzieniec zrównał się z nim.
— Kilkudziesięciu, dogonią nas...! Dlaczego zbaczamy ku północy zamiast wprost dążyć do gór?!
— Davasarman prowadzi, on wie, co robi!
Hindus jechał na przedzie. Bystrym wzrokiem wodził po łańcuchu górskim. W końcu wypatrzył gardziel znanego mu wąwozu. Widocznie powziął już jakiś plan, ponieważ wstrzymał konia. Gdy Udadżalaka przybliżył się do niego, szybko powiedział:
— Widzisz ten wąwóz? Wiesz, gdzie się znajdujemy. Sam poprowadzisz juczne konie. Gdy w wąwozie miniesz pierwsze skały, jedź wolno. Oszczędzaj konie.
— Niech kto inny poprowadzi juczne konie — zaoponował Udadżalaka, nie chcąc w krytycznej chwili opuścić swego dowódcy.
— Tylko ty znasz dobrze drogę, więc ty pojedziesz! Strata juków równa się kompletnej klęsce. Teraz spiesz się!
W luźnym szyku pięli się po łagodnym stoku pagórka, już wprost wiodącego do gardzieli wąskiego wąwozu. Jadąc wolno pod górę stali się doskonale widoczni dla pogoni. Zwycięski okrzyk kilkudziesięciu dżygitów, dochodzący z daleka, zmącił ciszę zalegającą nad równiną.
Podróżnicy zrozumieli, iż nie unikną walki na śmierć i życie, której wynik zdawał się być z góry przesądzony na korzyść Naib Nazara. Smuga pierwszy wydobył karabin z pochwy, wsuniętej z boku pod siodło. W tej chwili Pandit Davasarman uderzył swego wierzchowca piętami i podjechał do Smugi.
— Jeśli jeden celny strzał nie osadzi pogoni na miejscu, wszyscy zginiemy — rzekł repetując broń. — Spójrz, szikarze, na złomy skalne zalegające po obydwóch stronach wylotu wąwozu. Tam nieznacznie obydwaj się zaczaimy, podczas gdy reszta szikarów, razem z moimi żołnierzami, pojedzie dalej i zajmie pozycje wśród głazów, znajdujących się nieco głębiej w wąwozie. Gdy Naib Nazar wpadnie ze swoją bandą do wąwozu, nasi towarzysze muszą przywitać go ostrą salwą z karabinów i rewolwerów. To powinno wprowadzić na chwilę zamieszanie w szykach bandy. Wtedy jeden z nas dwóch zabije Naib Nazara.
— Czy jesteś pewny, że to powstrzyma pogoń?
— Bandyci dzielnie walczą pod dowództwem nieustraszonego wodza, lecz gdy on ginie, zazwyczaj prędko idą w rozsypkę. Poza tym to jedyna nasza szansa... Powiedz natychmiast towarzyszom, co mają czynić. Spiesz się, inaczej pogoń spostrzeże nasz manewr!
Smuga niezwłocznie porozumiał się z Wilmowskim, przekazując mu jednocześnie dowództwo nad grupą, która otwarcie miała stawić czoło napastnikom. Udadżalaka puszczony do przodu, wjeżdżał właśnie w gardziel wąwozu. Podróżnicy nie popędzali już swych zdrożonych wierzchowców. Pogoń szybko ich doganiała. Plan Pandita Davasarmana był desperacki, lecz wszyscy rozumieli, że jedynie słuszny.
Smuga z Panditem Davasarmanem wysforowali się na czoło umykającej grupki. Zaledwie wpadli za skały osłaniające wylot wąwozu, bosman i Tomek uchwycili cugle ich wierzchowców. Smuga z karabinem w dłoni zsunął się z siodła, Pandit Davasarman uczynił to samo. Obydwaj zaczęli wspinać się na blok skalny. Ostre kamienie raniły im dłonie, osuwały się spod stóp, lecz dwaj, zdecydowani na wszystko mężczyźni, nie zwracali na to uwagi. Zadyszani wpełzli na dogodnie nachyloną skałę, legli między głazami.
Ostrożnie wychylili głowy. Udadżalaka znikał z jucznymi końmi za załomem wąwozu. O jakieś czterdzieści metrów dalej od nich Wilmowski z grupką towarzyszy zsiadł z koni, zajmując obronne stanowiska za złomami kamiennymi. Triumfalne wycie rozgrzanych pogonią dżygitów już rozbrzmiewało w wąwozie szerokim echem.
Wkrótce pierwsi jeźdźcy pojawili się na spienionych rumakach. Gruchnęła salwa karabinowa. Kwik trafionych koni zmieszał się z okrzykiem wściekłości dżygitów. Celne strzały słane z ukrycia powstrzymały nieco pierwszy impet ataku, lecz coraz więcej dżygitów wpadało do wąwozu. Kryjąc się za końskimi szyjami, gromadą ruszyli na nieliczną garstkę podróżników. Znów zabrzmiały charakterystyczne salwy karabinów oraz strzały rewolwerowe. Kilku dżygitów zachwiało się w siodłach, kilku innych zwaliło się na ziemię. Bandyci nie zsiadając z koni odpowiedzieli ogniem karabinowym.
Główne siły pogoni teraz dopiero docierały do gardzieli wąwozu. Smuga i Pandit Davasarman, przyczajeni za skalną iglicą, nie zwracali uwagi na chaotyczną strzelaninę. Całą swą uwagę skupili na nadjeżdżającej gromadzie dżygitów, wśród których powinien znajdować się Naib Nazar. Zbliżała się decydująca walka.
Wataha dżygitów zatrzymała się u wejścia do gardzieli. Część z nich zeskoczyła z rumaków, by pieszo rozpocząć szturm w wąwozie. Chroniąc się za występami skalnymi mogli łatwiej zbliżyć się do strzelców ukrytych za głazami. Cichaczem wpełzli do wąwozu.
Teraz palba karabinowa znacznie przybrała na sile.
— Pandicie, wśród konnych u wylotu wąwozu musi znajdować się dowódca — szepnął Smuga. — Patrz, druga grupa dżygitów zsiada z koni.
— Jest, jest! Pochyla się na koniu i wskazuje ręką na stok góry! To Naib Nazar — szeptem odparł Pandit Davasarman. — W tej chwili na pewno poleca dżygitom wspiąć się na stok góry i od tyłu zajść naszych.
— Tak, masz rację! Na pewno chcą ich wziąć w dwa ognie, aby prędzej zakończyć walkę!
— Czas na nas, szikarze. Niedługo strzał stanie się bardzo niepewny, słońce chyli się już ku zachodowi... Żeby Naib Nazar odwrócił się do nas przodem...
— Trudno, nie możemy zwlekać. Ja strzelę pierwszy, lecz ty, Pandicie, równocześnie bierz go na muszkę karabinu. Jeśli chybię, strzelaj natychmiast po mnie. Tylko mierz spokojnie, trochę powyżej pasa...
Smuga rozpiął kożuch. Jeszcze bardziej wychylił się zza głazu. Przyłożył kolbę karabinu do ramienia. Powoli unosił lufę, trzymając palec na spuście. Starannie mierzył w głowę, troszeczkę poniżej futrzanej czapy. Spokojnie nacisnął spust.
Huk pojedynczego strzału utonął w grzmocie palby rozbrzmiewającej w wąwozie. Nagle Naib Nazar szarpnął cuglami rumaka, a potem z rozkrzyżowanymi szeroko ramionami runął z siodła wprost na ręce dżygitów.
Zaledwie ujrzeli krew spływającą po skroni wodza okrzyk wściekłości i gniewu przygłuszył huk strzałów. Zaraz też całą gromadą zaczęli przygotowywać się do szarży na garstkę przeciwników. Nawet ci, co uprzednio na rozkaz Naib Nazara zsiedli z koni, teraz wskakiwali na siodła. Widząc to Smuga i Pandit Davasarman zaczęli strzelać w bezładną gromadę. Seria strzałów zdradziła dżygitom, skąd wystrzelono celną kulę, która powaliła ich wodza. Kilku śmiałków znów zeskoczyło z koni, by zaatakować ukrytych wrogów.
Smuga spojrzał na towarzysza. Porozumieli się wzrokiem. Plan zawiódł, postanowili jednak drogo sprzedać swe życie. Pandit Davasarman spokojnie przygotowywał się do walki wręcz. Spod kożucha wydobył zza pasa sztylet. Ujął jego rękojeść w zęby, po czym sprawnie ładował rewolwer. Smuga nie był tak spokojny jak on. Nie chodziło mu wszakże o własne życie. Teraz myślał jedynie o wiernych towarzyszach walczących w głębi wąwozu. Słychać było już chrapliwe oddechy dżygitów pnących się na skałę.
Naraz na równinie rozległa się salwa karabinowa. Podniosła się olbrzymia wrzawa. Okrzyki dżygitów tym jednak razem, zamiast triumfu, wyrażały przestrach. Huk nowej salwy i jeszcze bardziej rozpaczliwe krzyki bandytów natchnęły nową nadzieją serca dwóch śmiałków szykujących się do ostatecznej rozprawy.
Smuga znów wychylił się zza głazu. Dżygici stłoczeni w bezładną gromadkę spoglądali na równinę, gdzie oddział rosyjskich kozaków w szyku bojowym odcinał im odwrót.
Teraz dopiero można było ocenić zuchwałość bandy Naib Nazara. Dżygici szybko opanowali przerażenie, jakie ogarnęło ich po niespodziewanym ataku Kozaków. Kilku konnych pospieszyło do wąwozu, by ostrzec walczącą tam czołówkę, podczas gdy inni grupowali się w małe oddziałki. W przeciągu paru minut cała banda była z powrotem na koniach. Kryjąc się za ich szyjami, dżygici rozpoczęli palbę do oddziału Rosjan. Lecz trafiła tu kosa na kamień. Niezrównani jeźdźcy, jakimi są Kozacy, zniknęli z siodeł, jakby za pociągnięciem różdżki czarodziejskiej. Spod głów koni wysunęły się lufy karabinów. Celna salwa zmusiła dżygitów Naib Nazara do rozsypki. Porwali martwe ciało swego wodza, po czym małymi grupkami usiłowali wymknąć się z potrzasku.
Smuga odetchnął głęboko, słysząc rosyjskie słowa komendy.
Kozacy tymczasem utworzyli dwa oddziały. Z gołymi szablami rozpoczęli pościg za umykającą bandą.
— Nie spodziewałem się takiej pomocy — odezwał się Smuga. — Skąd się tu wzięli Kozacy?
— Oficerowie rosyjscy byli w aule Naib Nazara, gdy ten wymknął się w pościg za nami. Musieli zaobserwować zniknięcie pana młodego wraz z gromadą dżygitów. Zapewne przypuszczali, iż planuje jakiś napad, więc wysłali za nim własny oddział wojska — odparł Pandit Davasarman. — Nie traćmy teraz czasu. Zamiast Naib Nazara wkrótce możemy mieć Rosjan na karku. Nic tu po nas!
Jak na skrzydłach zsunęli się ze skały. Zaledwie znaleźli się na dnie wąwozu, od razu ujrzeli swoich towarzyszy niespokojnie wyzierających spoza głazów. Pobiegli do nich.
— Co się tam dzieje? Chyba jakaś walka toczy się na równinie — zawołał Wilmowski.
— Oddział Kozaków gromi dżygitów Naib Nazara. Wsiadajmy na konie i umykajmy póki czas.
— Tylko bosman został lekko raniony w ramię, ale to nic groźnego, już go opatrzyliśmy — informował Wilmowski.
— Skąd się tu wzięli Kozacy? — dziwił się Tomek.
— Później czas na rozważania. Teraz na koń i w górę wąwozu za Udadżalaką. Znajdujemy się w pasie granicznym — krótko rzekł Smuga wskakując na wierzchowca.
— W drogę! — ponaglił Pandit Davasarman.