Cień legendarnego Yeti

Po kilku dniach podróżnicy znajdowali się już na Wyżynie Tybetańskiej. Mimo to w dalszym ciągu unikali wszelkich spotkań z ludźmi, ponieważ północna krawędź wyżyny tworząca rozległą krainę Czan Tang [172], politycznie jeszcze należała do Chińskiego Turkiestanu [173].

Pospiesznymi marszami dążyli na południowy zachód, by jak najprędzej znaleźć się w Tybecie Właściwym. Tam dopiero mieli zamiar rozejrzeć się za przewodnikiem, który by doprowadził ich do granicy Ladakhu.

Wyszukanie odpowiedniego przewodnika stawało się z dnia na dzień coraz bardziej naglącą potrzebą. Zapuszczali się w nieznany, prawie bezludny i nieurodzajny kraj, niemal pozbawiony roślinności. Zdobycie pożywienia, wody do picia, opału czy też paszy dla koni urastało tam do zagadnienia życia i śmierci.

Tomek podczas wieczornych biwaków często wydobywał z podręcznej torby mapę Tybetu i tęsknym okiem spoglądał na potężne rzeki, biorące początek w niebotycznych łańcuchach górskich obramowujących wokoło tę rozległą, wysokogórską wyżynę. Rzeka Tarym stanowiła zlewisko wód płynących w północnej części wyżyny. Korytem Tarymu spływały one do jeziora Łob-nor, natomiast rzeki: Jangcy, Huang-ho, Mekong, Saluin, Indus i Brahmaputra zlewały swe wody do odległych oceanów. Podłużne doliny Indusu i Brahmaputry na południu, jako “kraje rzek”, skupiały życie gospodarcze, polityczne i religijne Tybetu. Natomiast reszta Wyżyny Tybetańskiej stanowiła krainę bezodpływową, podzieloną pasmami górskimi i grzbietami na mnóstwo pustynnych niecek, w których tu i ówdzie znajdowały się słone jeziora [174] o wodzie nie nadającej się do picia.

Pusty i mroźny step niegościnnie witał karawanę. Podczas lata czasem można było na nim spotkać koczowniczych pasterzy tybetańskich, trudniących się wypasem owiec, koni i jaków. Wtedy bowiem nad brzegami zagubionych w pustkowiu jezior oraz wokół gorących źródeł krzewiła się w rzadko rozsianych kępkach słonawa, gruba trawa. Była ona doskonałym pokarmem dla zwierząt. Również w okresie polowań na dzikie jaki na pustynię zapuszczali się nieraz odważni myśliwi w poszukiwaniu cennej zwierzyny. Teraz wszakże zbliżała się straszliwa tybetańska zima i tylko paląca konieczność mogła zmusić koczowników do zaglądnięcia do tej groźnej dla człowieka i zwierząt krainy.

Dzika, bezludna pustynia, której w zimie unikały nawet ptaki, mimo woli napawała niepokojem naszych podróżników. Teraz coraz częściej wspominali zmarłego brata Smugi. Tym samym szlakiem samotnie przedzierał się z Chińskiego Turkiestanu do Ladakhu. Tylko człowiek bezgranicznie odważny i zdecydowany na wszystko mógł podjąć się tak szaleńczego przedsięwzięcia. Czyż wobec tego można było dziwić się, że po straszliwym marszu zabrakło mu sił już niemal u samego celu wędrówki?!

Smuga starał się ukryć swe wzruszenie słuchając rozmów towarzyszy, lecz milczenie jego było bardzo wymowne. Często zasępionym wzrokiem wodził po bezkresnym pustkowiu, jakby szukał jakichś śladów pozostawionych przez swego brata. W takich chwilach Tomek niczym cień dążył u boku Smugi, chcąc okazać mu współczucie.

Pandit Davasarman, mimo doskonałej znajomości krajów Azji Środkowej, tylko z wielkim trudem odnajdywał właściwy kierunek marszu wśród licznych, szerokich dolin i kotlin. Na domiar złego względna dotąd pogoda zaczęła nagle pogarszać się z dnia na dzień. Z głębi wyżyny powiał gwałtowny wicher. Niósł całe chmury słonawego pyłu; oślepiał ludzi i zwierzęta, powodował ciągłe łzawienie, wdzierał się do ust, nosów, uszu, przenikał pod odzienie. Pod wpływem dokuczliwego słonawego pyłu spierzchnięte z zimna ciała podróżników pokrywały się bolesnymi ranami.

Nasi łowcy, zahartowani podczas licznych wypraw do znoszenia trudów uciążliwej podróży, nie żalili się na własne cierpienia. Największą ich troskę stanowił opłakany stan wyczerpanych wierzchowców. Przecież utrata koni w surowej, bezbrzeżnej pustyni groziła zagładą całej karawanie. Toteż nie zważając na zastraszające zmniejszanie się zapasu spirytusu do maszynek do gotowania, codziennie napełniali duży kocioł śniegiem i topili go, żeby zdobyć wodę dla koni. A tymczasem zwierzęta chudły niemal w oczach, nie chciały już nawet jeść skąpo wydzielanych racji obroku i tylko chciwie lizały ozorami twardy śnieg.

Pewnego dnia Pandit Davasarman oznajmił swym towarzyszom, że według jego obliczeń powinni już znajdować się w Tybecie Właściwym. Zaraz też poprowadzili karawanę wprost na zachód. Dążąc w tym kierunku powinni dojść do granicy Ladakhu. Podróżnicy poczuli się raźniej, a ich lepszy nastrój zdawał się udzielać również i wierzchowcom. Samorzutnie zaczęły przyspieszać kroku, wstrząsały łbami i parskały.

— Ho, ho, pańskie oko konia tuczy — zawołał bosman, widząc nieoczekiwane ożywienie się wierzchowców. — Zaledwie poprawiły się nam humory, poczciwe szkapiny w mig to wyniuchały.

— Widocznie nie pisane nam zginąć w tej okropnej pustyni — powiedział Tomek. — Czyżby konie zwietrzyły jakieś ludzkie sadyby?

Pandit Davasarman niczym ogar na łowach uniósł głowę i głęboko wciągnął nosem powietrze. Po chwili rzekł:

— Prawdopodobnie w pobliżu muszą znajdować się gorące źródła. Wydaje mi się, że wiatr niesie z zachodu ostry zapach.

— Nie mylisz się pan! Mój niezawodny bosmański nos mówi mi to samo. Wprawdzie obawiałem się, czy w tej diabelskiej krainie nie zbliżamy się przypadkiem do bram piekielnych, bo w powietrzu czuć jakby siarką, ale może masz rację, że to tylko są gorące źródła. Słyszałem, że one tak właśnie cuchną!

— Nareszcie będziemy mogli się umyć! — ucieszył się Tomek. — Proszę pana, czy ta woda nadaje się do picia?

— Nie jest ona zbyt przyjemna w smaku, lecz może właśnie przy gorących źródłach uda się nam zdobyć trochę pokarmu dla koni — odparł Davasarman. — Poza tym korzystając z wysokiej temperatury wody możemy roztapiać w niej śnieg w kotłach.

— To naprawdę dobra nowina — wtrącił Wilmowski.

— Na bezrybiu i rak ryba. Oby tylko nasze domysły nie okazały się gruszkami na wierzbie — westchnął bosman. — Jeśli to naprawdę będą gorące źródła, to zaraz urządzimy takie pranie, jakie moja szanowna mamusia zwykle urządzała na Powiślu przed Świętami Wielkanocnymi.

— Na ochotnika zgłaszam się do pomocy — zaofiarował się Smuga. — Bielizna już się na mnie lepi.

Tak rozmawiając i pocieszając się wzajemnie zbliżali się do pasma pagórków. Teraz musieli cuglami powstrzymywać konie, które niecierpliwie wstrząsały łbami i rwały się do biegu. Podróżnicy nabrali pewności, że są już blisko gorących źródeł. Nad koliskiem niskich wzgórz unosiły się kłęby pary.

Wkrótce wjechali w kotlinę. Tomek krzyknął z radości ujrzawszy zieloną łąkę, na której nie opodal jednego ze źródeł spokojnie pasło się stado czarnych jaków. W pobliżu na wzniesieniu czuwał samotnie olbrzymi buhaj — przewodnik stada. Długość jego potężnego cielska przekraczała cztery metry, a wysokość w kłębie wynosiła około dwóch metrów. Jak zwykle u starszych samców jaków, grzbiet i górną część boków pokrywała sierść o brunatnym odcieniu. Karawana nadjechała do kotliny pod wiatr, toteż buhaj zauważył ją dopiero po okrzyku Tomka. Udomowione jaki są nadzwyczaj pożyteczne dla człowieka, lecz w stanie dzikim stają się nie mniej groźne od afrykańskiego bawołu. Zaledwie buhaj dojrzał karawanę, natychmiast zaczął uderzać racicami o ziemię, czym zaalarmował resztę stada. W mgnieniu oka rozjuszone jaki, wysoko zadarłszy puszyste ogony, jak lawina ruszyły na karawanę. Pochyliwszy nisko łby, uzbrojone w szeroko rozstawione, wielkie rogi, szarżowały zgrupowane w szeregu. Długie, czarne włosy porastające ich brzuchy i nogi powiewały w pędzie jak bojowe chorągiewki.

Niespodziewane pojawienie się jaków oraz ich nagły atak w pierwszej chwili zaskoczyły podróżników. Smuga najprędzej zorientował się w groźnej sytuacji.

“Uciekajcie w bok na obydwie strony, prędzej!” — krzyknął donośnie.

Jeźdźcy zdarli konie cuglami. W popłochu usiłowali usunąć się z drogi szarżującemu stadu. Tak doświadczony łowca jak Smuga znał zwyczaje jaków. Wiedział, że podrażnione szarżują na oślep na wroga, lecz biegną wprost przed siebie i nigdy nie zawracają, jak to często zwykły podstępnie czynić bawoły afrykańskie. Toteż teraz Smuga ostro powstrzymał swego przestraszonego wierzchowca i zmusił go do biegnięcia przed stadem. W ten sposób ściągnął na siebie uwagę rozjuszonych zwierząt i pomknął przed nimi.

W tej właśnie chwili śmiertelne niebezpieczeństwo zawisło nad Panditem Davasarmanem. Usiłował on bowiem ściągnąć z drogi pędzących na oślep jaków jucznego konia, który przerażony widokiem olbrzymich, nieznanych mu czarnych zwierząt, czterema kopytami zaparł się w ziemię. Pandit Davasarman widząc, że nie zdoła już go uratować, skierował wierzchowca w ślad za Smugą. Na nieszczęście koń Hindusa potknął się o kępę i w powietrzu fiknął kozła. Jeździec wyleciał z siodła jak z procy. Jaki przetoczyły się po koniu tratując go ostrymi racicami. Davasarman tymczasem upadł wprost na grzbiet dzikiego wołu, który jednym wierzgnięciem zrzucił go z siebie na ziemię.

Pędzące stado zniknęło za Smugą w wylocie kotliny. Gromadka podróżników, z wydobytymi poniewczasie karabinami, otoczyła Pandita Davasarmana. Hindus ociężale podniósł się z ziemi i chociaż utykał na prawą nogę, dał im znak, aby nie kłopotali się o niego. Ręką wskazał na wylot kotliny. Zrozumieli, że niepokoi się o odważnego Smugę.

Tym razem wszelkie obawy okazały się zbyteczne. Gdzieś poza kotliną huknął strzał, a nieco później pojawił się na spienionym wierzchowcu Smuga.

— Udało się, na szczęście! — zawołał zeskakując z siodła. — Jaki chyba jeszcze dalej gnają po pustyni. Podczas okrążania pagórka skryłem się za występ i wtedy ominęły mnie. Przy okazji posłałem kulę młodemu wołu. Będziemy jedli świeże mięso.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wprawdzie stracili dwa konie stratowane przez jaki i Pandit Davasarman miał potłuczoną nogę, ale mimo to mogli być wdzięczni losowi, że niezwykłe wydarzenie nie skończyło się bardziej tragicznie.

Ochoczo zakrzątnęli się koło rozłożenia obozu. Jedni rozpinali namioty, drudzy zbierali na opał cenny w tym kraju nawóz jaków, a Udadżalaka wraz z jeszcze jednym żołnierzem wyprawili się z końmi po zastrzelonego przez Smugę jaka.

Nie minęły dwie godziny, a w namiotach były już przygotowane posłania na yakdankach. Nad rozpalonym ogniskiem zwisał kociołek, z którego rozchodził się smakowity zapach rosołu. Bosman, jako kucharz, co chwila sięgał warząchwią do kotła i kosztował potrawy głośno mlaskając z zadowolenia. Od szeregu dni żywili się jedynie polewką z prażonej mąki rozbełtanej z przegotowaną wodą ze śniegu, toteż teraz cieszyli się na myśl o innej strawie.

Wokół gorących źródeł temperatura była dość znośna. Po raz pierwszy od dwóch tygodni podróżnicy wymyli się do czysta i wyprali swoją bieliznę. Oczywiście szczególną opieką otoczyli zdrożone konie. Było to konieczne, ponieważ spragnione zwierzęta rwały się do cuchnącej wody. Dopiero po jakimś czasie napojone konie uspokoiły się i zaczęły skubać na łące trawę.

Cuchnąca siarką kotlina wydała się utrudzonym podróżnikom prawdziwym rajem na ziemi. Niespieszno więc było im ją opuścić. Dzięki gorącym źródłom nie odczuwali zimna, a pożywna świeża pasza przywracała siły ich wierzchowcom. Nawóz jaków pozwalał na oszczędzanie paliwa do maszynek do gotowania. Nic więc dziwnego, że dopiero po trzech dniach wypoczynku Pandit Davasarman dał hasło do wymarszu.

Z powodu utraty dwóch wierzchowców, dwóch ludzi musiało wędrować pieszo, toteż obecnie, podczas marszu, na zmianę dosiadali koni.

Wichura uspokoiła się; w dzień słońce mocno przygrzewało, lecz noce były niezwykle mroźne. W dalszym ciągu nie napotykali osiedli.

Brak wody znów zaczął im dawać się we znaki. Po kilku dniach wierzchowce już ledwo się wlokły.

Pewnego popołudnia czarne chmury pokryły całe niebo. Zerwał się mroźny wicher, który wkrótce sypnął tumanami śniegu. Karawana znajdowała się na lekko sfalowanym płaskowyżu. Wicher stopniowo przybierał na sile i niebawem uderzał już z tak wielką mocą, że jeźdźcy ledwo mogli utrzymać się na nogach. Dalszy marsz stał się zupełnie niemożliwy.

Podróżnicy z trudem rozpięli namioty. Osłonili je jukami i bryłami śniegu. Mimo to buran wyrywał kołki przytrzymujące linki, rwał płachty namiotów i przewracał bambusowe drążki. Długa, bardzo mroźna noc minęła na uciążliwym zmaganiu się ze straszliwym żywiołem.

Nawałnica uciszyła się dopiero nad ranem. Po krótkim wypoczynku wyruszyli w drogę, pozostawiając za sobą trzy martwe konie. W posępnym milczeniu i z niepokojem w sercach spoglądali ku zachodowi.

Tego właśnie dnia napotkali stado jaków. Nauczeni smutnym doświadczeniem, z dala już chwycili za karabiny. Ostrożnie zbliżali się do brzegu zamarzniętego jeziora.

Bosman pieszo wysforował się do przodu. Trzymając pod prawą pachą w pogotowiu karabin. Po chwili odwrócił się do przyjaciół i zawołał radośnie:

— Do góry głowa, panowie! Koło ratunkowe już nadpływa. Wciągnijcie banderę na maszt! Na wprost nas widzę namioty!

— Hurra! — krzyknął Tomek.

Przyspieszyli kroku. Stadko oswojonych jaków nie zwracało uwagi na przechodzącą obok karawanę. Wkrótce znaleźli się w koczowisku pasterzy. U stóp ostro ściętego wzgórza stało kilka namiotów. Wał ułożony z kamieni osłaniał je nieco przed uderzeniami wichru. Namioty Tybetańczyków zbudowane były z brezentowych płacht, poziomo rozpiętych na drągach. Na wierzchu posiadały podłużne otwory do wypuszczania dymu. Obok namiotu tkwiły wbite w ziemię kije, obwieszone kolorowymi szmatkami — chorągiewkami modlitewnymi.

Kilku mężczyzn pojawiło się przed namiotami. Na powitanie wysunęli z ust języki, po czym zawołali:

“Dżule master sahib!”

Gromadka dzieciaków otoczyła podróżników i naśladując starszych ochoczo prezentowała swe czerwone “ozorki”.

Bosman Nowicki z komiczną powagą kilkakrotnie wysunął język, przy czym nieznacznie mrugnął w kierunku Tomka. Podróżnicy i bez tej zachęty ze szczerą radością witali krajowców. Tybetańscy pasterze okazali się uprzejmi i bardzo gościnni. Pomogli rozjuczyć konie i zaraz odprowadzili je na łąkę w pobliżu gorących źródeł. Zaprosili podróżników do swych namiotów. Zaledwie zasiedli na rozciągniętych na ziemi skórach jaków, kobiety postawiły przed nimi małe, okrągłe miseczki, które starannie wylizały do czysta własnymi językami. Tomek i bosman przymknęli oczy, by nie widzieć tej oryginalnej uprzejmości.

W Ladakhu szczęśliwie udało się im uniknąć picia herbaty przyrządzonej na sposób tybetański. Teraz jednak byli zgłodniali i zziębnięci do szpiku kości. Poza tym obawiali się obrazić gościnnych pasterzy. Tybetanki przyniosły kociołek z herbatą oraz skórzany worek, sierścią zwrócony do wewnątrz. Nalały do miseczek herbaty, po czym jedna z nich otworzyła worek, służący do przechowywania masła ubitego z mleka jaków. Palcem wyskrobywała z sierści grudki masła i kładła je do płynu. Następnie do każdej miseczki wsypała szczyptę soli.

Pandit Davasarman oraz jego żołnierze przełykali tybetańską herbatę bez mrugnięcia okiem. Natomiast biali podróżnicy sączyli ją powoli, by uniknąć drugiej porcji. Za to z prawdziwie wilczym apetytem zabrali się do jedzenia, gdy postawiono przed nimi dymiącą pieczeń baranią oraz gotowane mięso jaka.

Pandit Davasarman wręczył krajowcom drobne upominki. Dopiero po tej ceremonii rozpoczął pertraktacje w sprawie wynajęcia jaków. Jednocześnie poprosił o przewodnika, który mógłby doprowadzić ich do Ladakhu. Po bardzo długich targach Tybetańczycy przystali na wypożyczenie sześciu jaków oraz zobowiązali się dostarczyć dwóch przewodników. Mieli oni doprowadzić karawanę do klasztoru w Hemis, a stamtąd powrócić razem ze swymi jakami do koczowiska. Żeby dobić targu, Smuga znów musiał sięgnąć do niemal już pustego woreczka, odziedziczonego po bracie. W zamian za trochę sprzętu obozowego i szereg innych drobiazgów, jak: lusterka, grzebienie, igły, nici, tytoń i nieco odzienia, podróżnicy otrzymali odpowiedni zapas żywności.

Podczas pertraktacji z Tybetańczykami Tomek rozglądał się po prymitywnym osiedlu. Pasterze posiadali w swych namiotach misternie rzeźbione drewniane skrzynie, kaszmirskie dywany, chińskie miski z porcelany i ozdobne posążki Buddy. Nie brak tu było również młynków modlitewnych, noszących widoczne ślady pracowitych rąk, na swój sposób pobożnych pasterzy.

Po dwudniowym wypoczynku karawana wyruszyła w drogę. Jeszcze tylko tydzień marszu dzielił podróżników od łańcucha gór Karakorum, wrzynających się w Tybet swym południowym krańcem.

Po przyłączeniu się do karawany tubylców-przewodników wraz z wypoczętymi jakami marsz przez kraj stał się mniej uciążliwy. Teraz znów wszyscy uczestnicy wyprawy mogli jechać konno, podczas gdy silne woły niosły juki. Tybetańczycy doskonale czuli się w surowym klimacie swej ojczyzny. Wyruszając w drogę każdy z nich zabrał jedynie po jednym osiodłanym do jazdy jaku, a para juków przewieszonych obok siodła oraz gruby koc i stare strzelby stanowiły cały ekwipunek. Mimo przenikliwego zimna spali pod gołym niebem, przykryci kocem i z jukami pod głową. Po całodziennej uciążliwej wędrówce chętnie pomagali w rozkładaniu obozu, starali się o zdobycie opału oraz wody i nigdy nie było widać po nich znużenia. Tymczasem biali podróżnicy — w miarę jak teren wznosił się coraz wyżej w pobliżu gór Karakorum i powietrze stawało się bardziej rozrzedzone — nie byli zdolni do większego wysiłku. Szczególnie olbrzymi bosman Nowicki i młody Tomek szybko męczyli się i narzekali na silne bicia serca. Zawsze opanowany, małomówny Pandit Davasarman i jego hinduscy żołnierze, przywykli do wędrówek po wysoczyznach Azji Środkowej, okazali się wspaniałymi towarzyszami podczas tak niezwykle trudnej wyprawy. Zauważywszy złe samopoczucie Tomka i marynarza, wykonywali za nich wszystkie prace obozowe oraz otaczali ich życzliwą opieką.

Obydwaj przewodnicy dość dobrze orientowali się w terenie. Mimo to nawet oni czasem stawali bezradni wobec niezwykłej wikłaniny dolin i kotlin. Gdy niebo było pogodne, drogowskazem był im gwiazdozbiór Krzyż Południa, według którego ustalali właściwy kierunek. Wiedzieli też doskonale, jakie pory dnia najlepiej nadają się do odbywania marszu. Na przykład podczas wichrów i śnieżyc dawali hasło do drogi jeszcze przed wschodem słońca, ponieważ w tych okolicach najpotężniejsze nawet zawieruchy uspokajały się zazwyczaj, na pewien czas, przed nastaniem świtu.

Pewnego dnia przewodnicy powiedli karawanę wprost ku pasmu górskiemu. U stóp gór, w głębokiej niecce, miało znajdować się kilka gorących źródeł. Według zapewnień Tybetańczyków można tam było spotkać dość liczne stadka dzikich jaków, osłów-kułanów, a także owiec i antylop, które zadowalały się skąpą roślinnością stepową, pokrywającą gdzieniegdzie tę jałową wyżynę [175].

Przewidywania przewodników sprawdziły się niebawem. Dwie upolowane antylopy wprawiły wszystkich w dobry nastrój, mimo że Tybetańczycy zaoponowali przeciwko zatrzymaniu karawany na postój.

— Sahibie, lepiej nie rozkładać tutaj obozu. Już blisko do gompa [176] — tłumaczył krajowiec, mieszając w tybetańską mowę poszczególne angielskie słowa. — Poprowadzę sahibów pieszo na przełaj przez góry. Szybko będziemy na miejscu. Natomiast mój syn powiedzie konie i jaki dalszym, wygodniejszym traktem. Poczekamy na niego w gompa. Zanim przybędzie, zdążymy odpocząć.

— Co sahibowie powiedzą na to? — zapytał Pandit Davasarman.

— Jeśli przejście przez góry nie jest zbyt uciążliwe, to warto by sobie skrócić drogę. Chętnie rozprostuję nogi — odparł Wilmowski.

— Ja zaś wolę wytrząsać brzuszysko na szkapie, niż pieszo drałować po górach — markotnie rzekł bosman. — Mdli mnie już na sam widok skalnych wertepów.

Udadżalaka darzył dobrodusznego marynarza wielką sympatią, zaraz też oświadczył, że również pozostanie przy koniach. Stanęło wobec tego na tym, że wszyscy hinduscy żołnierze, z wyjątkiem Davasarmana, wyrazili chęć towarzyszenia bosmanowi i razem z jednym przewodnikiem pojechali dalej końmi. Reszta podróżników, pod przewodem starego Tybetańczyka, ruszyła na przełaj przez góry.

Grupa idąca pieszo, obdarzona jedynie lekkimi plecakami i karabinami, początkowo szybko pięła się po bezdrożach, lecz wkrótce Tomek zaczął żałować, że opuścił bosmana. Przejście na przełaj wcale nie było łatwe. Tybetańczyk wiódł ich po bezdrożach, nagich stokach, zawalonych złomami pni. To wędrowali nad skrajem przepaści, to znów pięli się po urwiskach pokrytych śnieżną skorupą. Tego dnia pogoda była prawie bezwietrzna. Płachty śniegu skąpane w promieniach słońca raziły wzrok, więc nałożyli drewniane “okulary”, w których szkła zastępowało końskie włosie. Tybetańczyk również osłonił przed blaskiem swe oczy. Ponieważ nie posiadał okularów, po prostu rozplótł warkocz i opuścił włosy z przodu głowy na twarz.

Po trzech godzinach znaleźli się na małej, wysoko położonej przełęczy. Wokół roztaczała się dzika, górska panorama. Jak okiem sięgnąć wszędzie widać było pokryte wiecznym śniegiem i lodem szczyty, wystrzelające wysoko w niebo.

Po jakimś czasie przewodnik zatrzymał się nad głębokim uskokiem. Zafrasowany rozglądał się po urwiskach. Podróżnicy zaniepokojeni przystanęli obok niego.

— Tutaj przecież nie ma przejścia — odezwał się Pandit Davasarman. Wydaje mi się, że zabłądziłeś.

— Jakże mógłbym zabłądzić? Przecież znam te okolice od dziecka — oburzył się Tybetańczyk. — To złe duchy sprowadziły nas na manowce. Na to nikt przecież nie poradzi.

— Nie tłumacz bzdurami swojej pomyłki — skarcił go Smuga.

— Nie mów tak, sahibie. Góry naprawdę są zamieszkiwane przez różne... złe i dobre duchy. One naumyślnie sprowadziły nas z właściwej drogi, abyśmy nie mogli trafić do świętego gompa.

— A czy ty na pewno wiesz, gdzie ten klasztor się znajduje? — zagadnął Tomek.

— Jakże mógłbym nie wiedzieć? Przecież wszystkie gorące źródła i łąki w tych stronach są własnością świętych lamów z naszego gompa. Ja i moja rodzina również do nich należymy. Nawet teraz niosę lamom opłatę należną za wypasanie mojego bydła na ich łąkach.

— Czy i ty również jesteś lamą? — zdziwił się Tomek.

— Nie, sahibie, oni są moimi panami. Należę do nich — odparł przewodnik.

— Dlaczego nazywasz tych lamów swoimi panami? Czy nie jesteś wolnym człowiekiem?

Tybetańczyk spojrzał na Tomka pełnym niedowierzania wzrokiem, jakby obawiał się, czy ten przypadkiem nie kpi z niego. Po chwili odpowiedział:

— Nie żartuj, młody sahibie. Każdy człowiek musi mieć swego pana i płacić mu daniny. I ty też pewno masz pana [177].

— Dajmy teraz spokój dysputom — wtrącił Pandit Davasarman. — Zastanów się, którędy mamy iść do gompa.

— Musimy się trochę wrócić. Jeśli duchy nie będą przeszkadzały, to wkrótce odnajdę dobrą drogę.

Zaczęli schodzić po stromym stoku. Tomek zmęczony więcej od innych, wolno wlókł się na samym końcu. W pewnej chwili wydało mu się, że czuje na sobie czyjś uporczywy wzrok. Odwrócił się i nagle ujrzał na śniegu cień kogoś ukrytego za skalnym załomem. Na cichy okrzyk Tomka jego towarzysze obejrzeli się, musieli również dostrzec olbrzymi cień nieznanej istoty na gładkim jak lustro śniegu, gdyż przystanęli i zdumieni spoglądali na siebie.

— Mi-te, zwierzę chodzące jak człowiek! — zawołał Tybetańczyk pełnym przerażenia głosem.

Usłyszawszy to, Tomek błyskawicznym ruchem zrzucił z ramion plecak, po czym podskoczył ku głazowi, ściskając w dłoniach swój sztucer. Zaintrygowany zasłyszanymi uprzednio opowieściami o dziwnym Yeti — biegł nie patrząc nawet, czy którykolwiek z towarzyszy podąża za nim. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło go od załomu skalnego. Naraz cień zaczął się kurczyć, a w końcu zniknął zupełnie. Tomek przyspieszył biegu, zrozumiał, że dziwny stwór rozpoczął odwrót.

Tuż przed skalną ścianą rozpędzony pośliznął się na twardej tafli śniegu. Runął jak długi na ziemię, potoczył się po stoku. Zgubił swoje okulary, lecz podniecony pogonią, nie zwrócił nawet na to uwagi. Poderwał się na nogi. Wbiegł za skalny załom. O kilkadziesiąt metrów przed nim jakiś brunatny stwór właśnie wsunął się pomiędzy wielkie głazy.

— Jest, jest! — wrzasnął Tomek w kierunku biegnących za nim towarzyszy i pognał naprzód jak szalony.

Zapomniał o słabości nękającej go od kilku dni, zapomniał o zgubionych okularach. Przeskakiwał sterczące spod śniegu kamienie, potykał się, ale nie odrywał wzroku od głazów, za którymi zniknął legendarny Yeti [178].

Szaleńczy pościg za zręcznie umykającym stworem trwał dość długo. Pozostawiał on za sobą wyciśnięte w śniegu ślady bosych stóp. Tomek wysforował się o kilkadziesiąt metrów i wciąż biegł na czele pogoni. Czasem zdawało mu się, że dostrzega brunatną postać widoczną zza skał, lecz za każdym razem sprawiała inne wrażenie. To przypominała nagiego, kosmatego człowieka, to znów gdy opadała na cztery łapy wyglądała jak tybetański niedźwiedź. Stwór coraz bardziej oddalał się, szedł coraz wyżej i wyżej. W końcu Tomek stracił pewność, czy w ogóle jeszcze widzi cokolwiek na błyszczącym w słońcu, stromym stoku, pokrytym szklącym się lodem. Już brakowało mu w piersiach tchu. Serce waliło jak młot. Krew pulsowała w skroniach, a przenikliwy blask słoneczny prawie porażał wzrok.

Tomek biegł coraz wolniej. Usłyszał nawoływania towarzyszy. Zatrzymał się, by nabrać tchu i odpocząć. Dopiero po długiej chwili otoczyli go zasapani towarzysze.

— Biegłeś, jakbyś miał skrzydła — z uznaniem powiedział Smuga. — Nie mogłem cię dogonić. Czy widziałeś, co to było?

— Już sam nic nie wiem — odparł Tomek. — Chwilami zdawało mi się, że to był nagi człowiek niezbyt wysokiego wzrostu. Gdy jednak biegł na czterech łapach, bardzo przypominał niedźwiedzia. Nie mogłem widzieć dokładnie, ponieważ stale dzieliło nas kilkadziesiąt metrów, a słońce prawie całkowicie mnie oślepiało. Upadając zgubiłem okulary.

— Do licha, ależ to byłaby sensacja, gdybyśmy przypadkiem schwytali legendarnego Śnieżnego Człowieka — westchnął Smuga.

— Chodźmy stąd jak najprędzej, kto ujrzy mi-go, tego spotka nieszczęście — szepnął Tybetańczyk.

— Ten wasz mi-go najprawdopodobniej okaże się zwykłym niedźwiedziem — powiedział Wilmowski. — Ale dość już zmitrężyliśmy czasu. Musimy dotrzeć przed nocą do klasztoru.

Przewodnik jakoś w końcu odnalazł właściwy kierunek. Późnym popołudniem ujrzeli nareszcie jasne kontury klasztoru. U jego stóp rozsiadło się kilkanaście domków o płaskich dachach. Była to drongpa, czyli wioska pańszczyźnianych chłopów, należących do lamów.

Przed wejściem do kamiennego klasztoru, pomiędzy czortenami, stały po obydwóch stronach drogi dwa wielkie bębny modlitewne. Każdy lama przechodząc obok nich pchnięciem dłoni wprawiał je w ruch obrotowy, by “odmawiały” modlitwę na jego intencję. Zewnętrzne ozdoby i belki czworokątnego budynku pomalowane były na niebiesko, zielono i czerwono, a każdą z tych barw oddzielał szeroki biały pas. Wąskie okna pokrywały rysunki ludzi i zwierząt. Wykute w skale stopnie wiodły do wejścia świątyni, zasłoniętego jedynie grubą wełnianą kotarą.

Na powitanie karawany wyszedł ze świątyni stary lama o kilku pożółkłych zębach i ogolonej do gołej skóry głowie. Był odziany w czerwony habit oraz kamizelkę ze złotego brokatu. U pasa zwisał mu mały posążek Buddy, zapewne przywieziony z pielgrzymki do świętej Lhasy i woreczek ze święconą wodą. Na znak, iż należał do “żółtych lamów”, nosił na lewym ramieniu składaną czapkę z krótko przyciętym pióropuszem.

Lama powitał podróżników w języku tybetańskim. Pandit Davasarman odpowiedział i wręczył mu, jako dar dla świątyni, jedną z ostatnich grudek złota z woreczka Smugi.

Podczas przydługich powitań Tomek przyglądał się ciekawie bębnom modlitewnym. Gdy młodzi lamowie uchylili kotary, by wpuścić podróżników do wnętrza świątyni, Tomek dłonią dotknął bębna i zakręcił nim, przyglądając się wyrytym na walcu modlitwom. Lama obrzucił Tomka pełnym zdziwienia wzrokiem i zaprosił do wejścia do klasztoru.

Tomek odetchnął z ulgą, wszedłszy za grubą kotarę. Stanowiła ona bowiem jakby granicę pomiędzy dwoma odmiennymi świątyniami. Podczas gdy na dworze wokół rozpościerała się mroźna i dzika górska panorama, a wprost oślepiający blask słoneczny zmuszał do mrużenia oczu — we wnętrzu świątyni panował wieczny mrok, rozjaśniany przez kaganki, tlące się jedynie u stóp dużego, kamiennego posągu Buddy. Swąd tłuszczu jaków skwierczącego w kagankach mieszał się z ciężkim, odurzającym zapachem kadzideł.

Kilku lamów weszło do świątyni i otoczyło swego przełożonego. Wilmowski i Smuga za pośrednictwem Pandita Davasarmana rozmawiali z opatem, Tomek rozglądał się po świątyni. Obok posągu Buddy w pobliżu ołtarza stały posągi innych bóstw. Tomek przetarł wierzchem dłoni obolałe oczy, po czym wolnym krokiem przechodził wzdłuż ścian pokrytych malowidłami, wyobrażającymi sceny religijnych legend, potworne bóstwa i dziwaczne zwierzęta. Z kolei znów przystanął przed ołtarzem przybranym wspaniałym tybetańskim kobiercem. Pomiędzy tlącymi się kagankami stały miseczki z ofiarnymi darami złożonymi Buddzie, a więc masło z mleka jaków, mleko, mięso z ryżem i proso.

W końcu uwagę Tomka przykuła szeroka ława umieszczona obok ołtarza. Stały na niej artystycznie wykonane młynki modlitewne, leżały czapki lamów, kropidła z ptasich piór, dziwaczne instrumenty, misterne figurki wyobrażające ludzi i zwierzęta, różańce i dzwonki.

Opat spostrzegłszy Tomka pilnie przyglądającego się przedmiotom kultu religijnego, skinął na Pandita Davasarmana. Razem z nim przybliżył się do młodzieńca. Za pośrednictwem Hindusa zapytał Tomka, który z przedmiotów szczególnie zwrócił jego uwagę. Tomek wyjaśnił, że zainteresowały go oryginalne dzwonki i różańce.

Dostojny lama zastanowił się nad czymś, po czym zawołał innych lamów i poprosił Pandita Davasarmana, aby powiedział młodzieńcowi, że może dokładnie obejrzeć przedmioty, które go tak zaciekawiły. Tomek ochoczo skorzystał z uprzejmej propozycji. Przede wszystkim wziął do ręki mały, ozdobny dzwoneczek o specjalnym uchwycie z dziurką, do zakładania dzwonka na palce, niczym pierścienia.

Zaledwie podniósł oryginalny dzwoneczek, opat z trudem powstrzymał okrzyk zgrozy czy zdumienia, potem cofnął się o krok. Zasłabł widocznie, zaraz też dwóch lamów podtrzymało go pod ramiona. Pomruk mnichów ostrzegł podróżników, że dzieje się coś niezwykłego.

— Tomku, dość już tego, chodźmy stąd — rzekł półgłosem Wilmowski.

— Nie dotykaj tych przedmiotów — dodał Smuga. — Możemy narazić się na niepotrzebne kłopoty.

Tomek usłuchał rad. Sam również zauważył dziwne zachowanie się mnichów, szybko więc położył na ławie trzymany teraz w ręce biały różaniec, wykonany z ludzkich kości. Uczynił gest, jakby chciał odejść, lecz w tej chwili opat przemógł niemoc i pospiesznie wypowiedział kilka słów po tybetańsku.

— Opat prosi cię, szlachetny sahibie, abyś w spokoju oglądał wszystko, co tylko wzbudza twoją ciekawość. Mówi, że sprawiasz mu tym największą radość — rzekł Pandit Davasarman.

Tomek spojrzał na mnichów. We wzroku ich nie było widać oburzenia czy urazy. Wprawdzie wydawali się być czymś bardzo poruszeni, ale mimo to spoglądali na niego z wielką sympatią. Uspokojony tym, oglądał z kolei sztylet o dwóch ostrzach: srebrnym i miedzianym.

— Do czego służy ten sztylet? Chyba nie jako broń? — zwrócił się Tomek do Pandita Davasarmana.

Hindus przetłumaczył jego słowa opatowi, a ten drżącym głosem odpowiedział.

— To jest ofiarny sztylet — wyjaśnił Davasarman. — Jedno ostrze przeznaczone jest dla duchów powietrza, drugie dla duchów ziemi.

W tej chwili przed wejściem do świątyni usłyszeli tubalny głos bosmana. Razem z lamami wyszli więc, by go powitać i dopatrzyć rozjuczenia jaków przybyłej karawany.

Zapadał zmierzch. Lamowie zaprosili gości na posiłek do swych mieszkań na piętrze ponad świątynią. Rozmowa toczyła się na temat legendarnego stworu, zwanego przez krajowców mi-te. Lamowie po wysłuchaniu relacji Pandita Davasarmana o przygodzie, jaka spotkała ich w drodze do klasztoru, stwierdzili, że w tej okolicy dość często napotykano ślady mi-te. Nieznane stwory nawet kilkakrotnie zbliżały się aż do klasztornej wioski.

Tomek, mimo niezwykłego dlań tematu rozmowy, odczuwał dokuczliwe pieczenie oczu, toteż w porozumieniu z ojcem pierwszy udał się na spoczynek, pozostawiając towarzyszy na pogawędce z lamami.

Karawana miała wyruszyć w drogę wczesnym rankiem, by jak najprędzej dotrzeć do klasztoru w Hemis. Od granicy Kaszmiru dzieliło podróżników jeszcze tylko kilka dni drogi. Tam mieli zamiar dłużej odpocząć. Zaledwie zajaśniał świt następnego ranka, konie i jaki stały już przed klasztorem gotowe do drogi.

Tomek po źle przespanej nocy był małomówny i osowiały. Nie zwracał uwagi na odświętnie odzianych dzisiaj, żegnających ich mnichów. Zaraz siadł na konia, osłaniając dłonią łzawiące oczy. Sędziwy opat osobiście odprowadził karawanę aż do bębnów modlitewnych.

— Ga-le-Ga-le-pe! [179] — zawołał na pożegnanie.

Karawana raźno posuwała się płytkim, górskim wąwozem. Po godzinie jazdy wąski upłaz wyprowadził ich do wysoko zawieszonej kotliny. Tutaj Tomek raptownie wstrzymał wierzchowca. Obydwiema dłońmi zasłonił oczy. Smuga, jadący tuż za nim, zaledwie spojrzał na przyjaciela, zaraz zeskoczył z konia. Podbiegł do Tomka. Spod palców młodzieńca spływały grube krople łez.

— Tomku, Tomku, co ci się stało? — zawołał Smuga. — Andrzeju, hop, hop, zatrzymajcie się wszyscy!

Otoczyli Tomka. Ojciec pomógł mu zsiąść z wierzchowca.

— Co ci jest, Tomku? — pytał zaniepokojony.

— Nie wiem, oczy mnie bardzo pieką i mocno łzawią — odparł Tomek. — Zupełnie nie mogę patrzeć na śnieg.

Spod zaciśniętych kurczowo powiek, zaczerwienionych i obrzękłych, wypływały obficie łzy.

— Snow-blindness! [180] — po angielsku zawołał Pandit Davasarman.

— Masz rację, Pandicie, to jest tak zwana “biała ślepota” — potwierdził zafrasowany Smuga.

— Zapewne wczoraj doznałeś porażenia oczu, gdy zgubiłeś okulary goniąc rzekomego Śnieżnego Człowieka — powiedział Wilmowski. — Nie możemy jechać dalej. Albo tutaj rozłożymy obóz, lub może lepiej wróćmy do klasztoru.

— Czy to długo będzie mi tak dokuczało? — zapytał Tomek.

— Nie martw się, sahibie, choroba nie potrwa dłużej niż kilka godzin. W najgorszym przypadku za dzień lub dwa będziesz zdrów — pocieszył go Davasarman.

— Pandit ma rację, trzeba tylko natychmiast przerwać szkodliwe dla oczu działanie promieni słonecznych, a wszystko będzie dobrze — dodał Smuga. — Więc co robimy, czy pozostaniemy tutaj, czy też wracamy do klasztoru?

— Zostańmy tutaj — poprosił Tomek. — Źle się czuję w zaduchu klasztornym.

— Jakbyś mi to z ust wyjął, brachu. Te kręcimłynki działają człowiekowi na nerwy. Grunt to świeże powietrze — poparł go bosman. — Zaraz postawimy namioty i będziesz sobie leżał jak król!

Wkrótce Tomek spoczywał na wygodnym posłaniu w namiocie z oczyma osłoniętymi chustką. Nadszedł wieczór. Przemywanie oczu ulżyło cierpieniom Tomka, a jego towarzyszom przywróciło lepszy nastrój; niedługo po kolacji udali się na spoczynek.

Tomek drzemał, to znów budził się. Podświadomy niepokój nie pozwalał mu zasnąć. Starał się uspokoić myśleniem o Sally. Co porabia teraz? Czy bardzo niecierpliwi się tak długim brakiem wiadomości od niego?

Chciałby już jak najprędzej wrócić do Londynu i ujrzeć ją, a tymczasem przez nieostrożne zgubienie okularów sam spowodował przymusowy postój. Oby zapalenie oczu jak najprędzej minęło! Pandit Davasarman mówił, że podczas takiej choroby człowiek ulega nawet czasowej ślepocie. Gdyby wyszedł z namiotu i zdjął opaskę, mógłby sprawdzić, czy dobrze widzi. W nocy przecież nie ma słońca...

Przez dłuższą chwilę wsłuchiwał się w głębokie oddechy śpiących towarzyszy. Potem ostrożnie siadł na brzegu posłania. Spod jaśka wyciągnął spodnie, ubrał się, nałożył kożuch i buty. Po omacku dobrnął do wyjścia z namiotu. Świeży, mroźny powiew wiatru owiał jego rozgorączkowaną twarz. Szybko zdjął opaskę z oczu. Postąpił kilkanaście kroków. Jak poprzez grubą mgłę majaczyła olbrzymia tarcza księżyca. Obraz był zamazany, niepełny. Tomek ciężko westchnął. Zaczął rozglądać się wokoło, lecz choć wytężał wzrok, nie widział dobrze. Postanowił wrócić do namiotu, nie mógł doń jednak trafić. Poruszał się ostrożnie to w przód, to w tył, macał w powietrzu rękoma. Po chwili stwierdził, że zupełnie nie orientuje się w kierunku. Przystanął bezradnie. Przypomniał sobie, że do kotliny wiódł wąski upłazik, obramowany tylko z jednej strony przez stromą górską ścianę. Błądząc po omacku, łatwo mógł stoczyć się w przepaść.

“Będę chyba musiał zawołać o pomoc”: — pomyślał.

Nagle jakieś silne dłonie chwyciły go za ramiona. Jednocześnie szorstka, zimna dłoń zatkała mu usta. Nieoczekiwany napad na krótką chwilę poraził Tomka, lecz niebawem chłopiec zapanował nad sobą. Nadludzkim wprost wysiłkiem wyszarpnął z kleszczowego uścisku jedną rękę. Odtrącił dłoń kneblującą usta. Teraz spróbował oswobodzić się i wtedy właśnie dotknął włochatego cielska.

“Ratunku... Yeti!” — straszliwie krzyknął Tomek.

Echo jeszcze niosło po górach jego rozpaczliwe wołanie o pomoc, a tymczasem on sam został już całkowicie obezwładniony. Ktoś wziął go na ręce i niósł w nieznane. Słyszał z dala przerażone okrzyki przyjaciół. Potem huknął strzał. Odpowiedział mu głuchy łomot i szum toczącej się masy śnieżnej.

— Durniu, cóżeś zrobił najlepszego?! — krzyknął Smuga, wyrywając bosmanowi karabin.

— Rany boskie, już po nich — zawołał marynarz, chwytając się rozpaczliwie za głowę. Grupa mężczyzn w niemym przerażeniu spoglądała na sunącą z góry pyłową lawinę śniegu, która szybko wypełniała zaklęsłości terenu. Nawet jeśli stwory unoszące chorego Tomka nie zostały strącone w otchłań górską pędem lawiny, to i tak pościg za nimi został udaremniony.

Bosman bezwiednie wycierał dłonią pot spływający z czoła. To on właśnie pierwszy wybiegł z namiotu zaalarmowany przeraźliwym wołaniem Tomka o pomoc. To on wystrzelił z karabinu, widząc, że jakieś stwory, unoszące jego druha, znikają na ścieżce upłazu. Huk nieszczęsnego strzału spowodował oberwanie się lawiny. Podróżnicy w milczeniu i zupełnym bezruchu spoglądali w mrok nocy.


Загрузка...