Kradzież pierścienia

Tomek powoli wracał przez park do myśliwskiego domku. Idąc zastanawiał się, dlaczego natychmiast ojciec skorzystał z tak błahego powodu, by go wyprawić z pałacu maharadży jeszcze przed zakończeniem przyjęcia.

“Gdyby ojcu naprawdę chodziło o moje oparzenie, to na pewno wróciłby razem ze mną do domu — monologował w myśli. — Nie, to był jedynie pretekst, bo przecież ojciec mrugnął okiem, udając niepokój o ewentualną możliwość powikłań z powodu zakażenia. Może w takim razie nie wypadało mieszać się do sztuczek fakira? Lecz przecież kuglarz sam mnie prosił o sprawdzenie, czy żar pali się i parzy. Wszyscy żartowali i nikt nie brał mi tego za złe. Nie, to nie o to chodziło.”

Zamyślony szedł coraz wolniej. Srebrzysty blask księżyca w pełni dyskretnie wkradał się między drzewa. W górze na pogodnym niebie błyszczały gwiazdy. W ciszy parnego wieczoru słychać było rechot żab, a od czasu do czasu rozlegał się krzyk nocnych ptaków uganiających za żerem.

Tomek wyszedł z parku na polanę. Po przeciwnej stronie widać było myśliwski domek maharadży i otaczające go rozłożyste platany. Tomek zatrzymał się; dopiero teraz spostrzegł, iż wieczór jest bardzo jasny. Spojrzał w niebo. Olbrzymia tarcza księżyca zdawała się zwisać tuż nad czarną linią drzew pobliskiej dżungli. Widok księżyca w pełni przypominał mu towarzyszkę wielu przygód — Australijkę Sally. Podczas wspólnego pobytu u jej stryja, szeryfa Allana w Nowym Meksyku [76], w takie właśnie księżycowe wieczory Tomek z Sally i jej matką zazwyczaj przebywali do późna na werandzie i gawędzili na różne tematy, przeważnie dotyczące jego łowieckich przygód. Twarz Tomka wypogodziła się na wspomnienie Sally. Postanowił zaraz napisać do niej kilka słów.

“Wprawdzie wysłałem do Sally list z Bombaju, ale mogę napisać również i dzisiaj, skoro, prawdę mówiąc, tęskno mi trochę za tą <> monologował w myśli. — Muszę powiadomić ją o okropnej przygodzie w Bombaju i jaką to niespodziankę sprawił nam pan Smuga swoją nieobecnością. Sally przecież nic jeszcze nie wie o naszym niezwykłym polowaniu na tygrysy i o pierścieniu ofiarowanym mi na pamiątkę przez księżnę Alwaru.”

Naraz ogarnął go niepokój, czy rezolutna Sally nie będzie miała mu za złe przyjęcia pierścienia od maharani. Sally zawsze dąsała się, gdy w jej obecności rozmawiał z innymi dziewczętami.

“Do licha, na śmierć zapomniałem, że ta mała jest zazdrosna. Czyż mogłem jednak być dla księżnej mniej uprzejmy, skoro okazała tyle życzliwości?” — zafrasował się Tomek i nagle... nagle zrozumiał, dlaczego ojciec wyprawił go do domu.

“Na pewno popełniłem nietakt, zbyt długo rozmawiając z maharani — robił sobie surowe wyrzuty. — Jak mogłem zapomnieć, że w Indiach kobiety nie przebywają na ogół w towarzystwie obcych mężczyzn. Prawdopodobnie mimo woli znów palnąłem jakieś głupstwo...”

Jak niepyszny wrócił do domu. Zapalił w izbie kaganek oliwny i zdjął trzewik, aby założyć opatrunek na oparzelinę. Chociaż był w nie najlepszym humorze, parsknął głośnym śmiechem, gdy spojrzał na obnażoną stopę. Nieznaczne zaczerwienienie nie mogło spowodować jakichkolwiek komplikacji.

“Ojciec miał rację, to chyba była hipnoza. Maharadża zapewne również o tym wiedział, a ja, ja znów się wygłupiłem. Skoro wszakże ojciec odgadł prawdę, to musiał także wiedzieć, że nic poważnego mi nie grozi. Wobec tego odprawił mnie do domu jedynie ze względu na księżnę” — pomyślał ciężko wzdychając.

Zakłopotany usiadł na posłaniu. Nie miał jakoś odwagi do napisania listu do Sally. Oczywiście mógł jej nic nie wspominać o pierścieniu maharani, lecz wtedy wyglądałoby to tak, jakby chciał ją oszukać. Tego Tomek nigdy by nie uczynił. Postanowił odłożyć pisanie listu do dnia następnego. Wyciągnął się w ubraniu na miękkich matach. Zaczął rozmyślać, w jaki sposób powinien opisać wydarzenia minionego wieczoru.

Czas wolno mijał... Tomek wciąż spoczywał na posłaniu. Sennym wzrokiem śledził biegającą po suficie zwinną, barwną toke. Niestrudzenie łowiła owady siadające w jej pobliżu. Ładne zwierzątko miało bladoniebieskawy tułów, upstrzony okrągłymi, ceglastoczerwonymi plamami. Dzięki poduszeczkom, czyli jakby rozszerzeniom z poprzecznie ułożonych listków skóry, o różnej wielkości i kształcie, jakie toke posiadała na połączonych błonami palcach czterech łap, swobodnie biegała po gładkim suficie i ścianach [77].

Tomek nie dziwił się obecności gekkona w mieszkaniu i nawet nie próbował go wypłoszyć. W Indiach jaszczurki są powszechnym zjawiskiem nie tylko w domach mieszkalnych. Spotyka się je również w pomieszczeniach urzędów i w sklepach. Prowadzą przeważnie nocny tryb życia: we dnie śpią w norach lub w szczelinach murów, a po zapadnięciu zmroku rozpoczynają łowy na wszelkie owady, oddając tym człowiekowi przysługę. Toke niezmordowanie chwytała komary wlatujące do oświetlonej izby i niebawem znalazła się na ścianie tuż przy posłaniu.

Tomek uniósł się na łokciu, aby lepiej przyjrzeć się pożytecznemu, oryginalnemu gadowi. Toke trochę przestraszona nadęła się, szeroko otworzyła pyszczek i głośno zasyczała, spoglądając na niego swymi czujnymi oczkami. Tomek, nie chcąc spłoszyć jaszczurki, z powrotem nieruchomo legł na macie, a ona prowadziła dalej swoje łowy, nie zwracając już na niego uwagi.

W miarę upływu czasu Tomek odczuwał coraz większą senność, mimo to postanowił czekać na powrót ojca i bosmana. Pragnął jeszcze tego wieczoru zapytać ich, czy przypadkiem jego zachowanie się podczas uczty u gościnnego maharadży mogło spowodować jakieś nieprzewidziane kłopoty.

Gdyby znał treść rozmowy ojca z pułkownikiem Burtonem, nie miałby powodu do jakichkolwiek obaw. Albowiem rozsądny Wilmowski, nieświadom dotąd tajemniczych planów Smugi, na wszelki wypadek wolał nie drażnić obecnych na uczcie obydwóch Anglików, reprezentujących brytyjskie czynniki urzędowe w Indiach, tak jawnie okazywaną przez księżnę sympatią dla Polaków. Ponadto, zasugerowany słowami Burtona, zaczął obawiać się, czy zazdrosny maharadża właściwie ocenia pewną poufałość swej małżonki wobec Tomka. Z tych też jedynie względów skorzystał z nadarzającej się okazji i wysłał syna do domu, nie mając oczywiście o nic do niego żalu. Tomek niestety tego nie wiedział i dlatego, w miarę jak przedłużała się nieobecność ojca, odczuwał coraz większe zakłopotanie. A tymczasem zupełnie inne i realne niebezpieczeństwo czaiło się już w bliskości myśliwskiego domku...


* * *

Skrzek przebudzonej papugi rozbrzmiał niemal tuż nad głową skulonego zakapturzonego człowieka, przyczajonego w krzewach okalających półkolem myśliwski domek na skraju dżungli. Tajemniczy człowiek skulił się jeszcze bardziej. Na moment przywarł do pnia drzewa. Minęła chwila, zanim mężczyzna, zakutany razem z głową w coś w rodzaju opończy z kapturem, zaczął skradać się znowu. Przystanął dopiero tuż obok rozłożystego platanu. Spojrzał w górę na konary zwisające ponad dachem myśliwskiego domku; spod rozchylonego nieco kaptura ukazała się twarz osłonięta szeroką, czarną maską. W dwóch podłużnych wycięciach błysnęły oczy.

Groźny mężczyzna długo wpatrywał się w małe zakratowane okienko, rozjaśnione odblaskiem płonącego wewnątrz kaganka oliwnego. Czas mijał, a światło nie gasło. Zakapturzony człowiek, uspokojony zapewne kompletną ciszą, ostrożnie wspiął się na pień drzewa. Po kilku minutach był już na grubym konarze ponad domkiem. Bezszelestnie opuścił się na płaski dach i podpełzł do kwadratowego otworu. Bambusowa krata nie stanowiła zbyt wielkiej przeszkody dla tajemniczego mężczyzny. Zręczne dłonie prześliznęły się pomiędzy prętami, wyciągnęły zatyczkę przytrzymującą skobel, po czym bezgłośnie otworzyły kratę.

Zakapturzona głowa pochyliła się nad otworem w dachu. Czujne oczy penetrowały wnętrze domu. W pierwszej izbie nie było nikogo. W półmroku nieśmiało migotały odblaski oliwnego kaganka, płonącego w drugim pomieszczeniu, oddzielonym od pierwszego jedynie lekką, przejrzystą zasłoną. Nie opodal tej właśnie zasłony, na niskim posłaniu z mat, leżał młody, biały mężczyzna. Usnął zapewne, ponieważ przez dłuższy czas nie wykonywał najmniejszego ruchu. Upewniwszy się iż więcej nikogo nie ma w tej chwili w domku, zakapturzona postać wycofała się z otworu i strząsnęła z siebie opończę.

Przedtem tajemnicze indywiduum przypominało swym wyglądem oraz ruchami przygarbionego, dziarskiego starca. Obecnie nie można było mieć już jakichkolwiek wątpliwości. Na dachu domku znajdował się dobrze zbudowany, zwinny mężczyzna w średnim wieku. Podejrzany sposób, w jaki tam wtargnął, szeroka, czarna maska osłaniająca twarz i bezgłośne, ostrożne ruchy świadczyły dobitnie o złych zamiarach.

Mężczyzna przerzucił opończę przez lewe ramię. Z kieszeni spodni wydobył kilka małych kamyków. Znów pochylił się nad otworem w dachu. Jeden po drugim wrzucił do wnętrza izby trzy kamyki, bacznie obserwując spoczywającego na matach młodzieńca; ten ani drgnął na odgłos kamyków uderzających o posadzkę.

“Śpi, śpi już na pewno...” — pomyślał zamaskowany intruz, usiadł na dachu, a następnie opuścił nogi w otwór. Stopami namacał szczeble bambusowej drabinki. Cicho jak zjawa zszedł po niej na dół. Ostrożnie zbliżył się do zasłony przedzielającej obydwie izdebki. Teraz mógł już dokładnie przyjrzeć się spoczywającemu na macie białemu chłopcu. Ten nie spał jeszcze, lecz w mdłym świetle kaganka widać było wyraźnie, iż z coraz większym trudem walczy z ogarniającą go sennością. Już tylko od czasu do czasu nieco unosił powieki, by zerknąć na jaszczurkę biegającą po ścianie za owadami.

Zamaskowany mężczyzna wyjął spod koszuli bambusową rurkę i mały skórzany woreczek. W rurkę wsypał z woreczka jakiegoś proszku, po czym uchyliwszy zasłonę przedzielającą obydwie izby, wysunął ją w kierunku głowy leżącego. Lekkie dmuchnięcie rozpyliło proszek w powietrzu nad twarzą na wpół uśpionego Tomka. Tylko czujna toke spostrzegła niecny czyn złoczyńcy, nadęła się i głośno syknęła.

Tomek ocknął się z półsnu. Spojrzał na rozgniewaną jaszczurkę umykającą po ścianie w kierunku szczeliny. Naraz poczuł łaskotanie w nosie. Kichnął potężnie, co zmusiło go do wydobycia z kieszeni chusteczki, lecz potem znów ułożył się wygodnie i z powrotem zamknął oczy.

Na odgłos kichnięcia intruz drgnął nieprzyjemnie zaskoczony, jakby ono było dlań jakąś złowróżbną przestrogą.

— O, patronko nasza, święta bogini Bogiri Mahalakshmi, dlaczego mi dzisiaj nie sprzyjasz? [78] — wyszeptał zakłopotany.

Ogarnięty przesądną obawą już miał zamiar wycofać się z ryzykownego przedsięwzięcia, gdy naraz ujrzał na palcu Tomka brylant błyszczący w pierścieniu podarowanym przez maharani. Nie mógł wprost oderwać od niego wzroku. Widać było, iż toczy ciężką walkę wewnętrzną. To cofał się w głąb izby, to znów powracał do zasłony, a za każdym razem rozognionym wzrokiem szukał błysku pierścienia.

“O święta patronko, wybacz mi ten jeden, jedyny w życiu raz, iż lekceważę twą przestrogę — szeptał. — Ostrzegłaś mnie, lecz powiedz sama, czy nadarzy mi się po raz drugi tak wspaniała okazja? Wiem, że po otrzymaniu tak jawnego znaku powinienem ulepić twój nowy posążek i złożyć dodatkową ofiarę w świątyni... Wybacz mi ten jeden raz! Gdy posiądę pierścień, ofiaruję ci dar tak kosztowny, jakiego jeszcze nigdy nie otrzymałaś od Crima”.

Trochę uspokojony złożonym ślubowaniem jeszcze raz wydobył bambusową rurkę, napełnił ją usypiającym proszkiem i wydmuchnął go w kierunku głowy młodzieńca.

Minęła dłuższa chwila. Pierś Tomka unosiła się równomiernym oddechem. Mężczyzna w masce stał cierpliwie. Pilnie nadstawiał ucha, czy ktoś niepowołany nie zbliża się z zewnątrz. Wokół trwała niczym nie zmącona nocna cisza. Nałożył więc na siebie opończę, okrył głowę kapturem i wśliznął się do sąsiedniej izby. Ostrożnie, krok za krokiem, zbliżał się do posłania. Zatrzymał się tuż przed uśpionym. Chwilę badawczym wzrokiem przyglądał się jego twarzy, potem przykucnął przy nim. Końcami palców delikatnie ujął pierścień. Na nieszczęście dla niego mały w obwodzie, kobiecy pierścień mocno tkwił na palcu Tomka. Przygotowany widać i na to sprytny złodziej zwilżył palec śpiącego oliwą z kaganka i jeszcze raz zabrał się do zdejmowania pierścienia. Szło mu to bardzo opornie. Podenerwowany niepowodzeniem, zaczął uciskać palec i ciągnąć pierścień. Zaabsorbowany całkowicie swoim trudnym zadaniem nie spostrzegł, iż Tomek wolno uchyla powieki.

Tomek budził się naprawdę. Pierwsza porcja usypiającego proszku uleciała wraz z kichnięciem, druga — nie zdążyła jeszcze wywrzeć odpowiedniego skutku na silnym organizmie młodego podróżnika. Zamaskowany intruz za wcześnie przystąpił do działania, toteż Tomek, chociaż był już trochę oszołomiony, poczuł, że ktoś ściąga mu pierścień z palca. Zaprawiony podczas wypraw łowieckich do niebezpieczeństw, niczym nie zdradził swego przebudzenia, aczkolwiek serce żywiej zabiło w jego piersi na widok zamaskowanego mężczyzny.

Spod wpółprzymkniętych powiek w wielkim napięciu wpatrywał się w tajemniczą zakapturzoną głowę oraz twarz ukrytą pod czarną maską. Czyżby to był człowiek z blizną na twarzy, który w Bombaju zabił Abbasa? Przecież przypuszczali, że morderca zdołał w jakiś sposób poznać tajemnicę Smugi i pragnął pokrzyżować jego plany. Mógł więc również po dokonaniu niecnego czynu śledzić ich i skrycie przybyć za nimi do Alwaru. Wypatrując blizny na twarzy zamaskowanego mężczyzny, Tomek jednocześnie starał się obmyślić jakiś plan działania w tej groźnej sytuacji. Nie miał przy sobie broni. Przed udaniem się do pałacu schował rewolwer do walizki. Napastnik chyba był uzbrojony; ponadto jego wspólnicy mogli czaić się w pobliżu. Cóż Tomek miał począć? Myśli jak błyskawice przelatywały mu przez głowę, lecz żaden z pomysłów nie wydawał się rozsądny.

“Do licha, na razie mam przed sobą tylko jednego przeciwnika, potem zaś zobaczymy, co z tego wyniknie...” — myślał.

Nie poruszając lewą ręką, z której palca ściągano mu pierścień, Tomek nagłym ruchem prawą dłonią chwycił za kaptur osłaniający złodzieja. Ten nie stracił przytomności umysłu. Nim Tomek zdołał się podnieść, przycisnął go do maty całym ciężarem swego ciała, kleszczowym chwytem obezwładnił lewą dłoń i zdarł pierścień z palca. Teraz gwałtownie odskoczył od Tomka, pozostawiając zdarty z głowy kaptur w jego ręku. Tomek poderwał się z posłania. Wtedy właśnie otrzymał cios pięścią w podbródek. Zatoczył się na ścianę.

Złodziej jednym skokiem dopadł do kaganka oliwnego. Silne dmuchnięcie pogrążyło wnętrze mieszkania w kompletnych ciemnościach.

Tomek szybko ochłonął po niespodziewanym uderzeniu. Zaledwie usłyszał szelest kroków, natychmiast odważnie rzucił się w pogoń. Wbiegł do drugiej izby, złodziej właśnie znikał w otworze sufitu. Rozważny i przezorny Tomek nie zaryzykował wyjścia na dach. Tam przecież mógł napastnik czatować na niego i ogłuszyć uderzeniem, a może nawet zabić, gdyby wynurzył głowę z otworu. Tak rozumując cicho otworzył nie zaryglowane drzwi i wybiegł na zewnątrz, kierując się ku platanowi rosnącemu za domem. Tamtędy złodziej musiał zejść z dachu na ziemię.

Odetchnięcie czystym, świeżym powietrzem całkowicie przywróciło Tomkowi sprawność fizyczną. Szybko okrążył dom. Złodziej akurat zeskakiwał z drzewa. Ujrzawszy nadbiegającego Tomka, zaczął umykać w kierunku dżungli. Tomek bez wahania podążył za nim.

Od dżungli dzieliło ich około dwustu metrów. Księżycowa noc była bardzo jasna. Tomek biegł za złoczyńcą, który co chwila oglądał się za siebie.

“Jeżeli nie zdołam go dogonić, zanim skryje się w dżungli, umknie bezkarnie — przemknęło Tomkowi przez myśl. — Gdybym miał przy sobie broń, łatwo bym go zatrzymał.”

Niestety rewolwer spoczywał bezużytecznie w walizie. Tomek był bezbronny, lecz podniecony napadem nie odczuwał strachu przed walką z umykającym złoczyńcą. Jeśli schwytany okazałby się mordercą Abbasa, pomściłby śmierć niewinnego człowieka i jednocześnie mógłby odzyskać ukradziony depozyt oraz pierścień maharani. Rozgniewany i zdecydowany na wszystko przyspieszył biegu.

Ciemna dżungla była już bardzo blisko. Odległość między biegnącymi zmniejszała się z każdą chwilą. Tomek zaprawiony do długich, nużących marszów potrafił zdobywać się na najwyższy wysiłek. Obecnie dzieliło go od umykającego zaledwie kilkanaście kroków. Wkrótce wpadli pomiędzy drzewa. Tomkowi wyrwało się niemal dziękczynne westchnienie — znał tę ścieżkę z rozpoznawczego wypadu do dżungli sprzed trzech dni. Dzięki temu teraz z łatwością orientował się w terenie. Domyślił się również, dokąd złodziej zamierza umknąć, bowiem ścieżka wiodła do małej hinduskiej świątyni ukrytej w dżungli.

Złoczyńca, zaniepokojony zapewne bliskością ścigającego, coraz to spoglądał za siebie. W pełnym pędzie wbiegli na urwistą drożynę, wijącą się nad brzegiem rozległego bagniska. Tomek natychmiast przypomniał sobie setki głodnych krokodyli, które uprzednio widział wylegujące się na kępach moczarów. Przezornie zwolnił tempo pościgu, albowiem stoczenie walki na tak urwistej, wąskiej ścieżynie groziło śmiercią w straszliwych paszczach gadów.

Najbliższe chwile potwierdziły słuszność jego obaw. Niefortunny złoczyńca pragnął zapewne za wszelką cenę umknąć pogoni, albowiem pędził dalej, nie zważając na niebezpieczeństwo. Nagle potknął się, upadł i stoczył się w bagnisko. Tomek wzdrygnął się usłyszawszy plusk wody. Ciche dotąd bagno nagle ożyło. Słychać było wyraźnie, jak krokodyle z trawiastych kęp zsuwają się do wody i płyną pośpiesznie ku brzegowi kłapiąc paszczami. Każda sekunda zwłoki groziła straszliwą katastrofą. Tomek kilkoma susami dobiegł do miejsca, gdzie uciekający wpadł w bagno i teraz bezskutecznie próbował wydostać się na brzeg. Tomek chwycił jego wyciągniętą dłoń. Gwałtownym ruchem dźwignął go w górę. Pomógł mu powstać z ziemi. Przyśpieszony głośny oddech złoczyńcy wymownie świadczył o jego dużym zmęczeniu. Mimo to zaledwie znalazł pewne oparcie pod stopami, zaraz strząsnął ze swego ramienia dłoń Tomka. Odskoczył błyskawicznie, po czym ostrzegł stłumionym, rwącym się głosem.

— Precz stąd, lub zginiesz... sahibie!

Tomek był zaskoczony reakcją złoczyńcy. Przecież najprawdopodobniej uratował mu życie! Nie spodziewał się takiej niewdzięczności. Oburzony, bez namysłu zawołał:

— Zaczynam żałować, że ci pomogłem przed chwilą. Zdejmij natychmiast maskę z twarzy lub wrzucę cię z powrotem do bagniska! Może jesteś nie tylko nocnym złodziejem, lecz i podstępnym mordercą!

— Więc giń, głupcze! — syknął tamten.

Brylant na jego palcu błysnął w świetle księżyca. Nagłym uderzeniem pięści chciał strącić Tomka ze ścieżki w grzęzawisko. Tomek uchylił głowę; zdradziecka pięść zaledwie otarła się o jego ramię. Złoczyńca nie zaryzykował nowego ciosu, zaczął znów szybko uciekać.

Tomek teraz zupełnie zapomniał o ostrożności. Oburzony do głębi duszy rzucił się w szaleńczy pościg. Po kilku minutach dobiegł do rozwidlenia ścieżyny i pognał za uciekającym ku świątyni.

W jasnym świetle księżyca białe mury ostro rysowały się na tle czerni dżungli. Napastnik wbiegł do tajemniczej budowli. Tomek ostrożnie przystanął w progu.

Wnętrze hinduskiej świątyni tonęło w półmroku. W migotliwym świetle płonącej pochodni widać było w głębi żółtą kotarę. Tomkowi zdawało się, iż za nią właśnie zniknął złoczyńca. Stał niezdecydowany. Nieufnym wzrokiem spoglądał na widniejące wzdłuż ścian posągi bożków i bogiń, demonów, przerażających maszkar półludzi i półzwierząt.

Rychło ochłonął z pierwszego przykrego wrażenia. Już się nie wahał dłużej. Ostrożnie zamknął za sobą ciężkie podwoje, aby utrudnić złoczyńcy ewentualną ucieczkę, po czym ruszył w głąb mrocznej świątyni.

Uchylił kotary. Oczom jego ukazał się duży posąg czwororękiej bogini. Kamienne bóstwo w jednej ręce dzierżyło nóż, w drugiej głowę ludzką, a dwoma pozostałymi zdawało się jakby kogoś przyzywać. Jedynym strojem odrażającego bóstwa był zwisający wokół bioder pas kamiennych rąk ludzkich. W refleksach migotliwego, czerwonawego światła posąg sprawiał wrażenie żywej, poruszającej się groźnej istoty.

“Krwiożercza bogini Kali” — szepnął Tomek.

Obszedł posąg dookoła, ostrożnie stąpając między leżącymi na posadzce świeżymi kwiatami. Teraz dostrzegł w ścianie niski, ciemny otwór. Zagłębił się w zatęchły korytarz. Drgnął, gdy obok jego głowy zatrzepotał się jakiś stwór. Tomek pomyślał, że to zapewne nietoperz. Nie ociągając się ruszył dalej wzdłuż ściany. Wkrótce ujrzał pasmo migotliwego światła. Dotarł do końca korytarza. Przylgnął całym ciałem do ściany. Ostrożnie wychylił głowę.

Przed kamiennym posągiem jakiejś bogini siedział z podwiniętymi nogami mężczyzna w masce. Z wyrazem wielkiego zadowolenia na twarzy, uspokojony, spoglądał właśnie na swój łup, leżący na jego otwartej dłoni. Widocznie już nie spodziewał się tutaj pościgu.

Tomek ruszył ku niemu. Miękki dywan zaścielający posadzkę tłumił ostrożne kroki. Przystanął tuż za zamaskowanym mężczyzną, pochylił się nad nim i nagłym ruchem schwycił swój pierścień. Zaskoczony złoczyńca oniemiał w pierwszej chwili, zaraz jednak znalazł się z Tomkiem twarzą w twarz.

— Giń, przeklęty sahibie... — krzyknął stłumionym ze wściekłości głosem, dobywając zza pasa sztyletu.

Tomek odzyskawszy pierścień, machinalnie nałożył go na palec. Nagle ujrzał błysk stali, błyskawicznie uskoczył w bok, po czym prawą dłonią chwycił rękę napastnika w przegubie, a lewą nacisnął jego łokieć. Gwałtownym szarpnięciem powalił na ziemię złoczyńcę, który krzyknął z bólu i upuścił sztylet. Tomek przygniótł leżącego przeciwnika kolanami, przytrzymał w kleszczowym uścisku obezwładnioną zręcznym chwytem jego rękę, drugą zaś swą dłoń wyciągnął ku zamaskowanej twarzy.

— Precz — krzyknął przerażony złoczyńca.

Wolną ręką próbował osłonić twarz. Tomek już miał zerwać maskę, gdy naraz usłyszał kobiecy wzburzony głos:

— Puść go, sahibie, i tak został już dostatecznie ukarany.

Tomek obejrzał się bezgranicznie zdumiony. W progu korytarza stała młoda księżna Alwaru. Zaskoczony jej obecnością w nocy w leśnej świątyni, przerwał walkę. Zwolnił złoczyńcę z kleszczowego chwytu, podniósł się i skłonił przed maharani.

Złoczyńca dźwignął się z ziemi. Chyłkiem podążył ku korytarzowi, prześliznął się obok księżnej i znikł w mroku. Maharani szczelnie otulona we wzorzystą, jedwabną chustę zbliżyła się do Tomka.

— Nie jesteś zbyt ostrożny, młody sahibie — powiedziała. — Najpierw pozwalasz sobie ukraść pierścień, a potem lekkomyślnie zapuszczasz się samotnie do świątyni hinduskiej, by u stóp bogini Bogiri Mahalakshmi, patronki złoczyńców, walczyć o swą zgubę. Nie jest to ani roztropne, ani... bezpieczne. Gdybym nie przybyła w porę, po tym, co się zdarzyło, jeden z was musiałby zginąć.

— Wcale nie miałem zamiaru karać złodzieja śmiercią, chociaż on, jak mi się wydaje, nie miał zbyt dużych skrupułów — odparł Tomek. — W jaki sposób wasza książęca wysokość dowiedziała się o kradzieży pierścienia?

— Zdradziła mi to święta bogini Kali, na której cześć odbędą się dzisiejszej nocy przy pełni księżyca religijne tańce — odparła maharani, po czym roześmiała się beztrosko i dodała: — Musisz stąd odejść, ponieważ bajadery przygotowują się już do obrzędu.

Tomek z uwagą przyglądał się maharani. Przecież zachowanie jej wyraźnie wskazywało, iż znała tajemniczego złoczyńcę. Nagle zauważył porzucony w czasie walki sztylet. Podniósł go. W rękojeści wysadzanej brylantami tkwił wielki, krwawy rubin. Tomek doskonale pamiętał tę drogocenną broń. To był sztylet maharadży.

Zaskoczony tak niezwykłym odkryciem, spojrzał zdumiony na księżnę. Swobodnie patrzyła na niego, lekko się uśmiechając.

— A więc poznałeś sztylet? Oczywiście, taki sam posiada mój mąż — powiedziała. — Swego czasu polecił snycerzowi wykonać trzy identyczne sztylety. Jeden z nich zatrzymał dla siebie, drugi dał memu bratu, a trzeci... to jest właśnie ten trzeci. Nazwisko właściciela nic by ci nie powiedziało, więc po prostu zatrzymaj sztylet na pamiątkę i... zapomnij o wszystkim. Indie są krajem pełnym dziwnych tajemnic. Lecz chociaż mogą się u nas dziać niezwykłe dla Europejczyka rzeczy, to, jak sam doświadczyłeś na sobie, bogowie nasi czuwają nad bezpieczeństwem tych, których my bardzo lubimy. Przyrzeknij, że zapomnisz o wszystkim... szlachetny sahibie.

— Wasza książęca wysokość przeszkodziła mi zdjąć maskę z twarzy tego... człowieka — powiedział Tomek. — Zanim cokolwiek przyrzeknę, muszę upewnić się, czy ma on szeroką bliznę na twarzy. Czy wasza książęca mość może mi to wyjawić?

— On na pewno nie ma blizny na twarzy. Cóż złego uczynił ci tamten człowiek? Czy to miało miejsce w Alwarze?

— Człowiek z blizną na twarzy zabił w Bombaju urzędnika linii okrętowej, u którego pan Pandit Davasarman i pan Smuga pozostawili dla nas list oraz cenny depozyt.

— Och, sahibie! Ręczę ci moim słowem, że złodziej pierścienia nie miał i nawet nie mógł mieć z tym nic wspólnego. Czy teraz przyrzekniesz zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu?

— Już zapomniałem — szepnął Tomek bardzo zmieszany. — Na dowód tego oddaję waszej książęcej wysokości sztylet i proszę o zwrócenie go właścicielowi.

Piękna maharani przestała się uśmiechać. Wzięła sztylet i chowając go pod chustę rzekła cicho:

— Twój ojciec i przyjaciel rozmawiają teraz z Panditem Davasarmanem. Przybył zaledwie przed godziną. Wracaj więc szybko do domu, ponieważ usłyszysz od nich ciekawe nowiny. Dobranoc, miły sahibie.

— Czy pan Smuga również przyjechał? — zapytał Tomek.

— Nie, jutro razem z moim bratem wyruszycie do niego.

— Dziękuję za dobrą wiadomość. Dobranoc!

Księżna uśmiechnęła się smutno, a potem przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ciemny korytarz, którym odszedł młody człowiek.


Загрузка...